Nowe śledztwo profesorowej Szczupaczyńskiej

Rzadko miewam tak, że w przypadku bardzo dobrego dzieła nie obawiam się jego kontynuacji. Zawsze bowiem towarzyszy mi to uczucie lekkiego napięcia, czasem strachu, albo kompletnego braku zainteresowania dalszym ciągiem losów bohaterów. To uczucie nasila się wraz z zakończeniem – im lepsze, tym większa obawa, że kolejna część nie dorówna poprzedniej jakością (o dziwo, nie działa to w drugą stronę – kiedy zakończenie jest słabe, nie żywię żadnej nadziei, że druga część poprawi mi ogólny wizerunek jakieś powieści). W przypadku twórczości Maryli Szymiczkowej nie miałam jednak żadnych wątpliwości. Wiedziałam, że nowe perypetie profesorowej Szczupaczyńskiej będą nie tylko tak samo ciekawe i wciągające, jak te z „Tajemnicy domu Helclów”, ale być może i lepsze. Nie przechwalając się, muszę skromnie przyznać, że miałam rację.

szymiczkowa_rozdartazaslonaNa początku warto przypomnieć, że Marylę Szymiczkową powołali do życia literaci – Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, obaj hobbystycznie związany z XIX wiekiem. Ich dwie książki są pastiszem powieści pochodzących właśnie z tamtego okresu – zarówno pod względem języka, jak i oddanego klimatu. To właśnie klimat i obyczajowość XIX-wiecznego Krakowa są tak dobrze odmalowane, że czytelnik wielokrotnie – zapewne – zadaje sobie pytanie o to, co jest tłem dla czego: Kraków dla zbrodni, czy może zagadka kryminalna dla miasta smoka wawelskiego?
W drugiej części przygód profesorowej znów mamy do czynienia ze zbrodnią, z zagadką niesamowicie inteligentną i skomplikowaną, tym bardziej ciekawą i ważniejszą, bo mającą wymiar bardziej osobisty. Dwie tragedie zdarzają się mniej więcej w tym samym czasie: najpierw Karolcia, służąca Szczupaczyńskich, składa wymówienie, co oznacza, że profesorowa tylko z pomocą niezawodnej Franciszki będzie musiała przygotować dom do Wielkanocy, kilka dni później zaś Wisła wyrzuca na brzeg ciało młodej dziewczyny – jak się zapewne domyślacie: Karolci. Tragedia to więc ogromna, by nie powiedzieć: horrendalna. Szczupaczyńska jednak szybko bierze sprawy w swoje ręce i tak, jak w przypadku zbrodni w Domu Helclów dociera po nitce, do kłębka… ale czy oby na pewno? Kiedy wydaje się już, że wszystkie szczegóły morderstwa zostały odkryte, a winny ukarany na jaw wychodzą całkiem nowe okoliczności, które całkowicie zmieniają obraz całej sprawy. Zofia Szczupaczyńska niejednokrotnie naraża na szwank swój wizerunek, udaje się w miejsca, w których kobiecie bywać nie wypada i łamie większość zasad statecznej matrony. Czy to jednak wystarczy, aby spełnić ten obywatelski obowiązek, którym jest pomoc w odnalezieniu mordercy?

Wszystko to może wydawać się dość przewidywalne – schemat znamy już przecież mniej więcej z „Tajemnicy Domu Helclów”, a to, że profesorowa może nas zaskoczyć nie zdumiewa chyba zanadto. A jednak okazuje się, że Dehnel i Tarczyński wymyślili coś, co czytelnika nie tylko szokuje, ale i wielokrotnie wybija z rytmu. Okazuje się tutaj, że XIX-wieczny Kraków nie zawsze był przepełniony takimi skandalami, jakich obawiała się Pani Dulska, ale sprawami znacznie poważniejszymi, mroczniejszymi i wykraczającymi poza granice kraju, a nawet Starego Kontynentu. Poza tym takie miasto – chociaż malownicze i rozwijające się, miasto, w którym walczy się o takie samo prawo kobiet do studiowania, jak mężczyzn – dla płci pięknej często bywa niebezpieczne, a nawet dość lekceważące. Zofia Szczupaczyńska na drodze swojego śledztwa napotyka bowiem przeszkody, których nie jest w stanie pokonać. Wielokrotnie okazuje się, że nie wszystko idzie jej „jak z płatka”, przez co powieść staje się jeszcze ciekawsza i na swój sposób – prawdziwsza.
„Rozdarta zasłona” to rzecz bardzo mroczna, w której swoje miejsce odnajdzie namiętność, sekrety skrywane w krakowskich kamieniach, ale i ogromna dawka humoru. Nie brak tu też klimatu, który tworzą nam choćby artykuły z „Czasu”, od których uzależniony jest Ignacy.
To rzecz bardzo dobra, trzymająca w emocjach, zaskakująca i wciąż piękna – niewątpliwie dorównuje poziomem „Tajemnicy Domu Helclów”.

Reklamy

Rok chrystusowy Dehnela

W 2015 roku proza polska zaobfitowała dwoma dziennikami – najpierw w styczniu Jacek Dehnel wydawał swój „Dziennik roku chrystusowego”, w październiku zaś w ręce czytelników trafiła pierwsza część dzienników Szczepana Twardocha zatytułowana „Wieloryby i ćmy”. Obie jednocześnie są do siebie podobne, ale też się od siebie różnią. Mają jednak z pewnością jedną cechę wspólną: krytykę (specjalnie na potrzeby tej recenzji przypomniałam sobie nawet artykuł Dariusza Nowackiego dla Gazety Wyborczej o obu dziennikach (Blogaski w okładkach, czyli jak Dehnel i Twardoch dzienniki wydali). Zarzuca się autorom, że po pierwsze piszą o niczym – ot, o spotkaniach z przyjaciółmi, o swoich problemach w pisaniu i sezonowych warzywach, o gotowaniu botwinki czy rosołu, po drugie, że inspirację czerpią z sieci, a ich dzienniki przypominają tytułowe „blogaski”, po trzecie zaś, ponadto wszystko uważa się, że są zwyczajowo za młodzi na pisanie dzienników.
Gdybym nie znała prozy Dehnela tak, jak udało mi się ją do tej pory poznać, z pewnością przeczytałabym tę lub podobną recenzję i stwierdziła, że faktycznie nie warto. Ale czytałam i „Matkę Makrynę”, nad którą tak bardzo użalał się autor w swoim dzienniku, i dwie jego najnowsze książki – czyli „Krivoklat” i „Tajemnicę domu Helclów” – wszystkie trzy były krytykowane, a ja uważam je za dobry kawałek literatury. Dlatego dziś o „Dzienniku roku chrystusowego”.

dziennik-roku-chrystusowego-b-iext30030056Rok chrystusowy to wiek, który oznacza już dojrzałość. To rok, który wyznacza w życiu jakąś granicę – już bliżej jest do końca, a więc do śmierci, niż byłoby do początku, do momentu swoich narodzin. To rok też bez wątpienia pełen rozmyślań i refleksji – i tak właśnie zaczyna się dla Dehnela. Już sam początek książki jest mocny, bo obfitujący w rozważania na temat Kościoła, co zresztą powtarza się często w zapiskach z kolejnych dni, tygodni, miesięcy. Dehnel wyznaje, że jest bardziej „chrystusowy”, niż „kościelny”, co zresztą odziedziczył po swojej babci Lali, krytykuje postawę Kościoła czy słowa biskupa Michalika odnośnie pedofilii. Wielokrotnie w tych jego komentarzach przejawia się gniew, zbulwersowanie, nigdy bezsilność. Widać, że te sprawy go obchodzą i nie potrafi pozostawić ich bez komentarza. Milczenie – czy to w sprawach politycznych, czy religijnych – definitywnie nie jest jego cechą charakterystyczną. Znamy to zresztą z jego facebookowych wpisów, którymi Dehnel zapełnia swoją tablicę. To pisarz bardzo krasomówczy i w ten sam sposób pisany jest jego dziennik – rozwlekle i bardzo elokwentnie, ale to nie oznacza, że nudno, chociaż i takich momentów tutaj sporo.
Skoro już o nudzie mowa, to często swoje wpisy poświęca Dehnel temu co jadł, z kim jadł, jakie smaki lubi, co musi mieć w kuchni jesienią, z kim się widział, gdzie się widział, o czym rozmawiali. O tym właśnie w swojej recenzji pisał Dariusz Nowacki – o wypełnianiu internetową treścią swojego dziennika. Wszak często wrzucamy na swoją oś czasu, że jemy obiad gdzieś i z kimś, a i że czujemy się „uszczęśliwieni”, „rozbawieni” czy w „cudownym nastroju”. Na szczęście, chociaż takie wspomnienia są w „Dzienniku” częste, to nie są jego przeważającą treścią, dlatego ja traktowałam je z przymrużeniem oka. Bardziej interesowały mnie te fragmenty, które Dehnel poświęcał swojemu chłopakowi. Jego wieloletni związek z Piotrem Tarczyńskim nie jest żadną tajemnicą, co więcej – czasem można odnieść wrażenie, że autor sam próbuje swojego partnera uczynić bardziej „rozpoznawalnym”. W swoich zapiskach wspominał zresztą, że Tarczyński nie lubi z nim nigdy wychodzić na jakieś uroczystości, bo ludzie zwyczajnie go nie zauważają i błędnie brany jest za kolegę, przyjaciela czy tylko osobę do towarzystwa (jeżeli już się ktoś oczywiście zorientuje, że obok Jacka Dehnela stoi jeszcze jakiś inny mężczyzna). Pisze też o sytuacjach przykrych, a nawet tragicznych – o wykluczeniu i napiętnowaniu związanych z ich miłością. Widać, że ten temat Dehnelowi doskwiera, bowiem często snuje różne rozważania – choćby o Iwaszkiewiczu, który też, jak wiadomo, pomimo bycia żonatym miewał kochanków.
Trzecią najważniejszą sprawą jest jego pisarstwo. Z zainteresowaniem czytałam fragmenty o powstawaniu „Matki Makryny” – bo też samą powieść uważam za fenomenalną, chociaż dość ciężką – o tym, jak mu się „Makryna” rozrasta, mając więcej znaków niż jakakolwiek z jego poprzednich książek, i jak głupio jest się tłumaczyć wydawcom, że książki nie będzie na październikowe targi. Dehnel pisze też o spotkaniach autorskich i o znanej z prozy Pilcha pustce, którą odczuwa po nich. Śmieszna to rzecz, kiedy czyta się o podejściu autora do swoich czytelników, sprawy podpisywania książek i robienia zdjęć.
Jest też oczywiście rodzina, chociaż nie na pierwszym planie. Ale to też rzecz ciekawa – bardzo rzuciło mi się w oczy to, że w odniesieniu do matek swoich znajomych Dehnel zawsze pisze „mama” – np. „mama Gaby”, swoją zaś określa tylko „matką” – „dzwoniła matka”. Wspomina o jakimś skandalu rodzinnym i o wielogodzinnych rozmowach, na które wcale nie miał ochoty. O „tym zawsze idealnym domu” (rodzinnym), w którym brakuje ciepłej wody.
Są podróże – dość liczne, ale znowu nie zanadto. Są inni pisarze – jak Twardoch czy Miłoszewski. Są też sprawy bardzo błahe – jak remont kuchni, i są wzniosłe – jak literatura i malarstwo.

„Dziennik roku chrystusowego” to rzecz, moim zdaniem, bardzo dobra. Nowacki napisał, że oba dzienniki – zarówno Twardocha, jak i Dehnela – nie są dowodem na to, że mamy do czynienia z renesansem diarystyki, ale wręcz przeciwnie – z jej upadkiem. Ja zaś uważam zupełnie inaczej (abstrahując już od biednego Twardocha, który niepotrzebnie tyle razy jest wspominany w tej recenzji). Cięty język Dehnela niejednokrotnie mnie rozbawił, a jego inteligentna ironia, którą posługuje się co dzień wywoływała szeroki uśmiech na mojej twarzy. „Dziennik roku chrystusowego” niewątpliwie potwierdza, że Dehnel to pisarz intelektualista.
Ta książka to fascynująca literacka przygoda, którą chociaż czyta się bardzo mozolnie i czasem ze znudzeniem, ciężko uznać za rzecz w literackim świecie zbędną. Spędziłam z Dehnelem kilka fantastycznych dni, poznałam go lepiej i mam wrażenie, że teraz lepiej też rozumiem jego powieści. A jeżeli to wszystko Was nie przekonuje, to przeczytajcie po to, aby wiedzieć jakich gaf uniknąć na spotkaniu autorskim 😉

Zbrodnia w stylu vintage

Profesorowa Szczupaczyńska ma mnóstwo spraw na głowie – oprócz dopilnowania, by pularda na obiad była na czas, musi zwracać uwagę na służące – i to bynajmniej nie na zaufaną Franciszkę, ale młode dziewczyny, które bierze na próbę i zazwyczaj wyrzuca po dwóch dniach. Całą jej uwagę zajmują najważniejsze krakowskie wydarzenia i plotki o najdostojniejszych obywatelach miasta smoka wawelskiego. To właśnie swojego męża wpycha wciąż w ten szacowny krąg, próbując uczynić go osobą publicznie ważną – w końcu nie ma co, profesor medycyny to przecież nie byle kto, musi być poważany. Czasu ma więc niewiele, zazwyczaj pada na łóżko wyczerpana, nie spełniając małżeńskiego obowiązku. Ale gdy w szacownym Domu Helclów znika jedna z pensjonariuszek, profesorowa bierze sprawy w swoje ręce. Będąca tam akurat w sprawie fantów na loterię dla chorych dzieci, wyciąga swój kajecik i najpierw zapisuje tam drobne uwagi, a już po chwili gotowa jest notować zeznania wszystkich pracowników i pensjonariuszów ośrodka. Krok po kroku wpada na trop, gdy nagle okazuje się, że na jednej ofierze się nie kończy, bowiem poturbowane zwłoki pani Krzywdowej – kucharki Domu – zostają znalezione zaledwie kilka dni potem. Nie zważając na zwyczaje i konwenanse Szczupaczyńska staje do walki z policjantami, sędzią, a nawet samą sobą. Czy uda jej się rozwiązać zagadkę? Czy to chociaż na chwilę oderwie ja od rutyny dnia codziennego?

helcle

Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński stworzyli wspaniały duet, powołując do życia Marylę Szymiczkową. Ten pierwszy lubujący się w XIX wiecznych obyczajach, stylizujący się nawet na takiego fircyka, dandysa idealnie zgrał się ze swoim partnerem, który ponoć lubi kryminały (chociaż nie do szaleństwa). Profesorowa Szczupaczyńska to postać zabawna i inteligentna zarazem, nie zdająca sobie sprawy ze swojego rozwiniętego rozumu i ponadprzeciętnego sprytu. Bawi niemalże tak samo, jak słynna Pani Dulska Gabrieli Zapolskiej. Stawia sobie za cele te same wartości, co prawie każda kobieta (rodzina) dążąca do awansu społecznego. Pełno tu fałszu i zakłamania, udawania czegoś po to tylko, aby nikt na jej temat nie powiedział nic złego. Ale to nie tylko ona postępuje w ten sposób, praktyka ta wydaje się być dość powszechną. Sam język bohaterów jest zręczną odwzorcowany z ogromną precyzją i dokładnością – mnóstwo tutaj ironii i satyry.

„Tajemnica domu Helclów” to sprawnie zrobiony pastisz XIX-wiecznych powieści, czego doskonałym przykładem są krótkie wstawki pod rozdziałami mówiące nam o czym akurat na tych stronach przeczytamy. Forma jest bardzo swobodna i płynna, a drobiazgowo odrysowana topografia XIX-wiecznego Krakowa pozwala wczuć się w klimat powieści i razem z Zofią Szczupaczyńską wyruszyć na poszukiwanie mordercy. Czytając tę powieść nasunęło mi się namyśl jedno pytanie, które widnieje zresztą i na okładce książki – co tutaj jest tłem czego – krakowskie obyczaje i XIX-wieczny klimat są tłem dla zbrodni, czy odwrotnie?

Wydaje się, że Dehnel to gwarancja doskonałe lektury, bowiem chyba jeszcze żadna z jego książek mnie nie zawiodła. Tak też jest z „Tajemnicą domu Helclów”, która i bawi, i uczy, a przede wszystkim urzeka – po przeczytaniu ostatniego zdania – I była szczęśliwa jak bąbelek w szampanie – na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

A dla tych, którym profesorowa przypadła do gustu mam dobrą wiadomość:
To eksperyment, ale długość jego trwania zależy od czytelników. Jeśli Szczupaczyńska nie przypadnie im do gustu, to skończy się na jednym tomie. A jeśli przypadnie, to planujemy cykl kilku książek, z których ostatnia ma dziać się już po zakończeniu II wojny światowej.
Jacek Dehnel w wywiadzie z Zofią Karaszewską dla lubimyczytac.pl

Ratunek sztuki czy jej dewastacja?

Recenzji Dariusza Nowackiego dla Gazety Wyborczej nie czytam. Po katastrofalnym spotkaniu z Ignacym Karpowiczem w Rybniku, które właśnie Nowacki prowadził, jestem tak zniesmaczona, że nazwisko to omijam szerokim łukiem. Tylko że w życiu przeważnie tak bywa, że kiedy unikamy jakieś osoby, to przypadkiem wpadamy na nią na ulicy… co więcej, tych przypadków w krótkim czasie tyle się namnaża, że wkrótce ciężko nazwać owo zjawisko „przypadkiem” czy „zrządzeniem losu”. Tak właśnie mam z Nowackim – co rusz natrafiam na jakąś jego recenzję, którą chcąc, nie chcąc, z ciekawości czy z nudów w końcu czytam. Całkiem niedawno zapoznałam się z jego opinią na temat najnowszej powieści Jacka Dehnela i muszę oddać Nowackiemu honor, bo tym razem przynajmniej w dziewięćdziesięciu procentach się z nim zgadzam.

krivoklat-b-iext43256136Tytułowy Krivoklat, którego ponad dwustu stronicowy monolog czytamy, jest pacjentem jednego z austriackich szpitali dla psychicznie chorych. Sam swój stan ocenia jako „ciężki”, bo – paradoksalnie – okazuje się, że „chorujący lekko” traktowany jest w szpitalu gorzej, więc o wiele bardziej opłaca się być „chorującym ciężko”. Krivoklat nie wydaje się jednak wariatem, co więcej – jest ponad przeciętnie inteligentny! Swoje postępki argumentuje rzeczowo, rozprawia na temat sztuki, jest niesamowicie spostrzegawczy, a jego charakter zabarwiony jest nutą sarkazmu, ponadto wydaje się być „ponad” austriackimi kołtunami, biorąc z góry wszystkich ludzi – z wyjątkiem niedawno zmarłej małżonki i kolegi ze szpitala, pana Zeyetmayera, który – tak na marginesie –  swoją małżonkę zabił – za idiotów i łajdaków. Nigdy nie wiadomo w którą stronę i dlaczego strzyknie jadem. Krivoklat krytykuje wszystko i wszystkich, uważając, że życie jest zbyt krótkie, aby spędzić je wśród idiotów (i wcale nie trzeba trafić do szpitala psychiatrycznego, aby się tego dowiedzieć). Swoje regularne pobyty w ośrodku zawdzięcza równie częstemu oblewaniu 96 procentowym kwasem siarkowym wybitnych arcydzieł wybitnych artystów. Swoje ofiary – lub jak uważa Krivoklat – raczej jednostki, które postanawia w jakiś sposób uratować i wybawić – wybiera bardzo długo, zwracając uwagę na każdy szczegół i analizując każdą możliwość. Bo czy lepiej oblać co Bruegla czy Blake’a, Moneta czy Muncha? Który obraz ma większe znaczenie i, przede wszystkim, który znajduje się w dogodniejszym do oblania położeniu?
Dla wszystkich takie traktowanie arcydzieł malarstwa jest ich dewastacją i niszczeniem, Krivoklata nikt nie rozumie, co więcej – nikt nie chce go z rozumieć. Jedynie pan Zeyetmeyer wsłuchuje się w jego rozprawy, próbując wyłapać sens z tego, co Krivoklat mówi. Sam „kwasowy wandal” uważa zaś, że on daje obrazom szansę i nadzieję – chroni je przed niefachowym okiem laików i amatorów, którzy śmieją się wtedy, gdy czas na kontemplację, rozpaczają, gdy powinni się uśmiechać, mówią o „powabie jedwabistej miękkości walorów” i konsumują sztukę niczym tort Sachera. Krivoklat swoim czynem stara się uratować ideę sztuki przed tymi, którzy pojęcia o niej nie mają. Za każdym razem po swoim wybryku trafia do szpitala – i to bynajmniej nie dlatego, że austriacka policja wie już doskonale kto jest sprawcą – Krivoklat sam oddaje się w ręce władz, bo tylko w sen sposób jego czyn może nabrać sensu. Ale nie nabiera. W szpitalu bohater odczuwa, że wszystko to, co robi, jest walką z wiatrakami, bo nikt nie odczytuje jego czynu właściwie. Jego sprzeciw, bunt, pozostaje na zawsze jedynie aktem dewastacji, przeliczanym w walucie Euro.

Krivoklat jednak nie jest bohaterem iście bernhardowskim, którego twórczości Dehnel uczynił pastisz. Z podziwianym Bernhardem łączy go jedynie styl, który idealnie odwzorcował (lub jak uważają niektórzy: sparodiował). Nowacki w swojej recenzji napisał, że gdyby sam Bernhard miał okazję przeczytać „Krivoklat”, albo byłby bardzo zaskoczony, bo mógłby uznać tę książkę za swoją, albo oburzony, bo pastisz ten przechodzi z czasem w parodię.
Jednak „Krivoklat” to nie tylko pastisz i nie tylko doskonały literacki żart, świadczący zarazem o niezwykłych warsztatowych umiejętnościach Dehnela. Za pomocą swojej postaci autor stawia aktualne pytania o to, czym w dzisiejszych czasach jest sztuka, do kogo jest skierowana i czy jej odbiór ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie, skoro zaspokajamy się „iście rubensowskimi krągłościami” i audioprzewodnikami, które szepcą nam do ucha, co powinniśmy o danym obrazie sądzić. Wbrew oczekiwaniom i wbrew długaśnym na całą stronę zdaniom spędziłam z „Krivoklatem” dwa przyjemne wieczory, bawiłam się dobrze, a też o malarstwie co nieco się dowiedziałam.
Do przeczytania i przemyślenia.

Lala, Lalka – Jacek Dehnel o babci

Z twórczością Jacka Dehnela zetknęłam się dopiero podczas lektury „Matki Makryny” – jego najnowszej powieści (której recenzję znajdziecie tutaj:KLIK ), ale sam autor nie był mi nieznany. Przed rokiem zagościł w moim liceum, aby wykładać nam poezję Iwaszkiewicza. Dehnel na wszystkich zrobił wrażenie – począwszy od jego wyjątkowego stroju, aż po sam charakter pisarza. Mimo że temat – wykładanie poezji Jarosława Iwaszkiewicza brzmiał niezwykle nudno, Jacek Dehnel przedstawił nam postać samego autora, a później dwa czy trzy jego wiersze w taki sposób, że chyba nikt szybko tych kilku godzin z nim spędzonych nie zapomniał. Mi najbardziej w pamięci utkwiły jego rysunki na tablicy do wiersza „Pancernik Gneisenau”. Ale dlaczego o tym mówię? Po prostu, jako ciekawostkę, bo i w „Lali” znajdziecie mnóstwo Dehnela.
„Lala” jest powieścią z elementami autobiograficznymi. Jest to historia, a właściwie opowieść babki Dehnela – tytułowej Lali – o jej życiu. Autor jest wspaniałych gawędziarzem, który to niekiedy sam prowadzi narrację, kiedy indziej oddaje ją babce, albo innym osobom. Znajdziemy też tam fragmenty pamiętnika prowadzonego przez Lalę, następnie przez Jacka, oraz dialogi pomiędzy różnymi bohaterami. Z pozoru wygląda to na rozsypane puzzle, które ciężko ułożyć w całość, a okazuje się wspaniałą wędrówką po świecie niezwykłej osoby i dawnych czasach. Aż można zatęsknić za babcinymi opowieściami, bibelotami na półce, klasyczną muzyką czy pisarzami klasykami. I chociaż miał Jacek problem, jak poskładać książkę do całości, udało mu się to doskonale. Książkę czyta się przyjemnie, choć jeżeli nieuważnie, można się pogubić. Jest to jednak wspaniała, wrażliwa opowieść napisana czułym, pięknym językiem. I chyba nie muszę już czekać ze swoją oceną do samego końca, bo jak sami widzicie, uważam, że „Lala” jest fantastyczna.

– A co tam piszesz? – pyta babcia znaj jakiegoś pisma.
– Powieść o tobie, babciu.
– O mnie? O takiej cholerze?
– Dlaczego cholerze? O wspaniałej babci.
– No, taka znowu wspaniała to ja nigdy nie byłam. Te zdrady z Julkiem. Ale jak ja bym pisała, tobym napisała wszystko. I jak?
– Co i jak?
– I jak ci idzie?
– Fatalnie. Nic się nie klei. Bo albo muszę iść chronologicznie, a to bezsensu, bo ty nie opowiadasz chronologicznie, albo dygresjami, a wtedy nikt się nie zorientuje, o co chodzi.
– To sobie przeczyta dwa razy.
– No, pewnie to jest jakiś sposób.

lalaJuż po tym krótkim fragmencie można zobaczyć niesamowity charakter babki autora. Jest to kobieta elegancka, dostojna, wielka dama, bywalczyni salonów, żona literata, do której kręgów znajomych można zaliczyć Gałczyńskiego (o którym zresztą anegdotkę mamy okazję przeczytać podczas lektury), ale jednocześnie nie boi się wyciągnąć pazurków i podrapać kogo trzeba. Nigdy nie chowa swojego zadziornego charakteru do kieszeni, a tym bardziej nie boi się przeciwstawić się mężczyźnie. Często stawia na swoim, spełnia marzenia, idzie do przodu, nie rozmyśla za dużo, nie ogląda się w tył, nie rozpamiętuje błędów – Dehnel chyba podaje nam gotowy przepis na szczęście. 😉
Lala kochała pięknych mężczyzn i nie stroniła od ich towarzystwa czy zalotów. Jej życie erotyczne było sympatycznie nieprzyzwoite – bo jak określił to jeden z bohaterów książki – Z Lali to był numer – w pewnym momencie swojego życia miała jakby dwóch mężów. Muszę przyznać, że pomimo ślubu z Zygmusiem, czyli jej kochankiem, ja bardzo polubiłam Julka (pierwszego męża) i chciałam, żeby byli razem do końca… Pomimo rozwodu z Julkiem Lala świetnie się z nim rozumiała, na rozprawie rozwodowej śmiali się ze swoich żartów, a później nie tylko często się odwiedzali, ale też byli sobie nawzajem świadkami na następnych ślubach. Trzeba też sobie wyobrazić, jaką pięknością była, skoro rozkochiwała w sobie tylu mężczyzn, a nawet – tutaj opowiem kolejny zabawny epizod z jej życia – kiedy to dostała niezbyt uprzejmy list od Ali, żony Zygmusia, jej kochanka, Zygmunt razem z Julkiem napisali do kobiety list, że nie życzą sobie, aby w taki sposób pisała do Lali. Każdy jej mężczyzna kochał ją prawdziwie i do końca. I ona też kochała mężczyzn do czego nie bała się przyznać, nawet w podeszłym wieku. Bo przecież miłość to nie wstyd.
Ale można też powiedzieć, że Lala miała maleńką obsesję na punkcie seksu. Wszystko to jednak było zachowane w bardzo dobrym guście. Nie powinno to nikogo odrzucać czy obrażać, a raczej wywoływać szeroki uśmiech na twarzy.

Wieczorem przeskakuję po kanałach. Jakiś program – dwie podstarzałe nimfomanki powiedzą wam wszystko o seksie. Między nimi siedzi jakieś paskudztwo, facet sześćdziesięcioletni może, cały wytatuowany i wykolczykowany – w każdej brwi po dziesięć, w wargach, uszach, nozdrzach takoż. Siedzi nago, bez osłonek, bo tamże też ma. Pokazuje, zaczyna macać mosznę. Przełączam. Babcia:
– Pokaż te jądra.
– Ależ babciu…
– Pokaż, chcę zobaczyć.

Kiedy indziej przyszła o czwartej rano, jak zwykle pod hasłem:
– Co robicie? Bo ja idę na siusiu.
Akurat skończyliśmy grać (…). Basia czytała, a ja spałem.
– Dlaczego nie śpisz?
– Czytam, proszę pani.
– A dlaczego czytasz?
– Bo lubię.
– A dlaczego on śpi?
– Bo był zmęczony i poszedł spać.
Babcia figlarnie:
– A dlaczego?

W końcu Basia nie wytrzymała i zabrała się do domu; jeszcze na odchodnym, kiedy rano wstała pierwsza, żeby się spakować, usłyszała od babci, drepczącej po domu:
– A gdzie chłopcy?
– Śpią.
– A co, tak ich wymęczyłaś?

I chociaż życie Lali było fascynujące, jej młodość nie mogła trwać wiecznie. „Lala” to nie tylko opowieść o życiu niesamowitej kobiety, ale też o przemijaniu – jej piękna, jej życia. Jacek Dehnel w doskonały sposób ukazuje nam degradację kobiety – od zmysłowej piękności, aż po straszną starość przez którą człowiek dziecinnieje. Pisarz sam mówi, że postanowił się przeprowadzić na chwilę do babci, bo nie wie, ile jeszcze okazji będzie miał by spędzić z nią jakiś sierpień czy inny miesiąc. I tak od słowa do słowa, od jednej opowieści – którą to raz babcia opowiada wnukowi, a raz wnuk pomaga przypomnieć babci jej młodość – zaczyna się nią opiekować. Ich codzienne życia przepełnia rutyna – od namawiania babci to włożenia pampersa, poprzez przypominanie jej, żeby się nie drapała, aż po pilnowanie, by sama nie wyszła z domu, nie wystawiała się na słońce, nie zgubiła się. To prawda, że starzejąc się człowiek coraz bardziej przypomina dziecko. Tylko o ile prawdziwe dziecko jest w stanie zadawać inteligentne pytania, tak osoba stara, tudzież babcia Lala, zatrzymuje się w pewnym czasie w przeszłości i wszystkie wydarzenia rozgrywają się dla niego na nowo. Resztki jej godności ratuje przywiązanie Jacka, który cierpliwie się nią opiekuje, ofiarując jej całe swoje serce.

Przychodzi do pokoju i mówi, że chce wyjść.
– To najpierw do łazienki na siusiu.
– Już się zsiusiałam. W majtki.
Patrzę, a całe spodnie mokre do kostek.
– O Jezu, co ty, pieluchy nie miałaś?
– Miałam.
Nie miała.
– To fotel też mokry?
I tu, uwaga, słowo-majstersztyk:
– Przy-pusz-czal-nie.

W literaturze często powtarzanym motywem jest miłość matki do dziecka, miłośc syna do ojca, miłość dwójki ludzi. Ale rzadko spotykamy się z miłością wnuka do babci, babci do wnuka. A jest to uczucie niesamowite, silne, zachwycające, chociaż czasem dość groteskowe.

Wychodzi z łazienki. „Patrzę do lustra i słabo mi się robi. Jak ja się postarzałam przez ten szpital”. „Ależ babciu, nic się nie zmieniłaś” – mówię, zgodnie z prawdą. „Ach, bo przez ciebie przemawia miłość, ty nie zauważasz, ale ja to widzę”. A zaraz potem stoi przed lustrem i mówi kokieteryjnie: „Jedyne, co mi zostało, to piękne nogi. Nawet mi schudły ostatnio”.
I co tu tłumić- śmiech czy płacz?

Bo też nie żyliśmy samą idyllą, jak choćby wtedy, kiedy miałem chore ucho i chodziłem z kąta w kąt kwękając, bo i tak nie miałem siły na żadne rozsądne zajęcia. Wreszcie postanowiłem zrobić wielkie zmywanie. Babcia usiadła przy stole kuchennym i dogaduje. A ja na jedno ucho nie słyszę, a w drugim szumi mi woda. Zakręcam więc i pytam:
– Słucham?
– No, popatrz, jak ładnie się zrobiło.
– Tak, tak.
Odkręcam, reguluję wodę, zmywam, za chwilę znowu. Zakręcam, pytam:
– Słucham?
– A zapowiadało się, że będzie padać.
Mówię jej, że nie słyszę, więc niech odzywa się do mnie tylko wtedy, kiedy jest coś naprawdę ważnego, bo za każdym razem muszę zakręcać wodę, pytać raz jeszcze, zdawkowo odpowiadać, a potem regulować. A pogadać możemy później, jak tylko zmyję do końca.
Odkręcam. Reguluję. Znowu. Zakręcam.
– Słucham?
– To ja już nic nie mogę mówić? Zabraniasz mi?
– Nie babciu, nie o to chodzi…
I znowu. Za czwartym, piątym, szóstym razem powtarzałem spokojnie. Wreszcie za dwunastym wściekłem się na serio. A babcia dalej. Wziąłem jeden z talerzy i rymnąłem nim o ziemię tak, że się rozsypał po całej kuchni. I pomogło; i mnie, bo od razu zacząłem szukać śmietniczki, szczotki, skorup, i babci, bo dotarło do niej, że jestem u kresu wytrzymałości.
– Oho – powiedziała tylko spokojnie – myślałam, że to Paweł jest największy nerwus w rodzinie, a ty też. Szkoda – dodała po chwili – że głęboki, bo głębokich mniej, trzeba było płytkim walnąć.
Przeprosiłem ją. Policzyłem płytkie i głębokie. I co? Akurat po równo.

Niełatwo się mówi o „Lali” – bo żeby powiedzieć o niej więcej, niż już powiedziałam, musiałabym po kolei opowiadać Wam o tym, co zrobiła Lala, co się jej przydarzyło, jakie to miało skutki w przyszłości. Tak, musiałabym streścić cały utwór, a w tym sensu nie widzę. Zdaje się, że najważniejsze punkty już napisałam, a więc czas na zakończenie.
Podczas lektury „Lali” nie raz się uśmiechniecie, nie raz zdziwicie, nie raz w Waszych oczach zaświeci łza, która zwilży później suchą skórę policzka. „Lala” to lektura wymagająca, bo akcja nie dzieje się tam szybko, brak w niej superbohaterów, efektów specjalnych, katastrof… Chaotyczna narracja może przeszkadzać, ale w końcu pamięć nie zapisuje wszystkich wydarzeń chronologicznie. „Lala” to pozycja, która pozwala nam dojrzeć piękno życia, piękno ludzkiej egzystencji, niezależnie od wieku. Pozwala dojrzeć piękno w wysuszonej skórze człowieka, w mokrych od moczu spodniach, w przypisywaniu wszelkich możliwych czynów na swój rachunek. To pozycja, którą muszę kupić i przeczytać raz kolejny, bo pierwsze czytanie mi nie wystarczyło. To tylko książka – można by rzec – gruba okładka, kilkaset kartek zszytych razem. Ale ile jest w niej prawdy, ile ukrytego piękna, ile radości, smutku… ile człowieka…
„Lala” to lektura o czasach i ludziach wspaniałych pozostawiona dla ludzi wrażliwych, którzy tęsknią za czymś utraconym, choć sami nie wiedzą co to jest.