Superpsycho powrót na Kostkę

Kiedy pojawiła się informacja, że za kilka miesięcy, tygodni, a w końcu dni pojawi się na rynku wydawniczym „Arystokratka w ukropie” – kontynuacja niesamowitej, oryginalnej „Ostatniej Arystokratki” – cieszyłam się jak głupia, ale jednocześnie towarzyszyła mi pewna obawa… no bo czy moje mięśnie twarzy i brzucha wytrzymają te napady ciągłego śmiechu? O jakość książki, rzecz jasna, nie miałam się co martwić, ale za to o swój wizerunek w oczach innych – o tak! Jak jednak napisane jest na okładce: czytanie w miejscach publicznych na własną odpowiedzialność! Poza tym nie mogłam się doczekać, kiedy znów powrócę do zabawnych wspomnień o Himmlerze czy Helence Vondraczkowej, więc kiedy tylko dotarł do mnie egzemplarz najlepiej sprzedającej się książki roku 2015 w Czechach, rzuciłam się na niego, niczym głodny na bochen chleba – w końcu rok oczekiwania to zdecydowanie zbyt długo!

arystokratka-w-ukropieZanim przejdę do fabuły i oceny książki, na początku chciałabym uspokoić wszystkich, którzy czytali „Ostatnią Arystokratkę” dość dawno, ale nie pamiętają wszystkich postaci i akcji – nic nie szkodzi! Druga część szybko przypomni Wam o wszystkim i nie oszczędzi przyjemności. Książka jest dobra również dla tych, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z losami Marii Kostki – części wcale nie trzeba czytać po kolei – jeżeli nie czytaliście pierwszej, to po przeczytaniu drugiej części na pewno po nią sięgniecie! 🙂
„Arystokratka w Ukropie” zdecydowanie trzyma świetny, absolutnie wyjątkowo śmieszny poziom „Ostatniej Arystokratki”. Rodzina Kostków dalej cierpi piekielne katusze, próbując zarabiać ogromne pieniądze (co oczywiście im się nie udaje), pozwalają demolować turystom swój zamek, co więcej sami go demolują, razem ze służbą, która robi co chce, a nawet dyktuje Arystokratom warunki gry.
Znów do czynienia mamy z ojcem Marii, który pieniądze nazywa „swoimi koleżkami” i nienawidzi wyskrobywania, czego przykład poniżej:

Przy goleniu ojciec ćwiczył mowę, którą zamierzał wygłosić pracownikom żądającym wypłaty. Ze zrozpaczoną miną patrzył w lustro i wciąż powtarzał: – Nie dam, naprawdę nie dam. Nie mam z czego. Po prostu nie mam.
Matka myślała, że się modli.
Swoją mantrę ojciec wypróbował najpierw na pani Cichej – kiedy tylko ojciec wszedł do kuchni – przetarła fartuchem róg stołu, postukała weń palcem wskazującym i powiedziała:
– No to jazda.
– Nie dam, naprawdę nie dam. Nie mam z czego. Po prostu nie mam – odparł ojciec z wyćwiczoną miną wyrażającą głęboki żal.
– Nie interesuje mnie to – powiedziała pani Cicha i znów postukała palcem w blat.
– Nie dam, naprawdę nie dam. Nie mam z czego. Po prostu nie mam.
– Nie interesuje mnie to – (pukpukpukpukpuk).
Przy kolejnych powtórkach miałam wrażenie, że wpadłam w pętlę czasu.
Po szóstej rundzie „nie mam – nie interesuje mnie to”, pani Cicha wściekle zdarła fartuch, rzuciła nim w ojca i rozpoczęła ewakuację największej zamrażarki.

Józef z kolei to psy nazywa „swoimi kumplami”, kilka chwil później tracąc do nich całą sympatię, jaką posiadał. Jest Milada, która za wszelką cenę stara się uratować zamek, „psycho” i „super” Deniską, która chodzi w zbroi rycerza, Vivien, która w końcu uczy się czeskiego (niestety jej słownictwo ogranicza się do „psycho” i „super”, które są odpowiedzią na wszystko), Panią Cichą, która uzupełnia swoje jednakowe dni litrami orzechówki i skubaniem gęsi, Panem Spockiem, który chodzi z siatką na głowie i je prozaki, niczym landrynki i w końcu Marią, która chodzi z pułapką na kuny… na głowie! Jest też oczywiście Maks, który przeżywa swoje przygody i sepleniący książę Schwarzenberg…
Na zamku pojawiają się nowe zasady i obyczaje – jak zakazać używania brzydkich wyrazów, czy turyści kradnący nie tylko papier toaletowy, ale i klamki! Jak widać, chaos jest jeszcze większy niż był, a pomyśleć, że będzie jeszcze większy!
Poza tym Evžen Boček nie omieszkał nie umieścić straszących Marii i osobliwego Himmlera, o którym krąży przecież tyle legend! No i pojawia się księżna Diana, ale, o Boże!, co na to wszystko biedna Vivien?

Cóż, może Was rozczaruję, ale nic więcej odkrywczego o tej doskonałej czeskiej prozie nie zdołam powiedzieć, ale czy ktokolwiek byłby w stanie to zrobić? Tę książkę po prostu musicie przeczytać, chyba że życie Wam nie miłe i nie lubicie się od czasu do czasu uśmiechnąć 😉
„Arystokratka w Ukropie” to gwarancja świetnego czeskiego humoru. Jest tutaj wszystko, czego czytelnik mógłby się spodziewać, znając Arystokratów, a jednocześnie z każdym zdaniem jest wciąż zaskakiwany.
Doskonała, arcyśmieszna i przeogromnie wcale nie arystokratyczna!
Przeczytawszy „koniec części drugiej” mam nadzieję na część czwartą, piątą i szóstą, bo zdaje się, że losy Marii Kostki z Kostki nigdy mi się nie znudzą.

Recenzję „Ostatniej Arystokratki” możecie przeczytać TUTAJ

Reklamy

Zamek Kostka – czyli czesko-amerykański świat z ogromną dozą humoru

„Ostatnia Arystokratka” uważana jest za najśmieszniejszą książkę roku w Czechach. W swoim rodzimym kraju, autor osiągnął ogromny sukces, ale czy nie za bardzo ryzykowne jest stwierdzenie, że nam – z pozoru ponurym i wiecznie narzekającym Polakom, także spodoba się dzieło Czecha? Zobaczmy.

Narratorką powieści jest jedna z głównych bohaterek – osiemnastoletnia Maria, córka czeskiego arystokraty, który dopiero co dostał w swoje ręce zamek, od pokoleń należący do jego rodziny.
No, może nie do końca od pokoleń.

„Dwa miesiące po ukończeniu budowy Kostkę zdobyli rycerze zakonu krzyżackiego. Potem Kostkę zdobył praktycznie każdy, kto akurat koło niej przechodził.
(…) Pięć razy kostkę traciliśmy i pięć razy dostawaliśmy ją z powrotem. „

arystokratkaCzesko-amerykańskich arystokratów poznajemy w momencie przeprowadzki z Ameryki do Czech. Już na samym początku mamy do czynienia z ogromnym poczuciem humoru autora – rodzina zastanawia się bowiem, jak przewieść skremowane ciała swoich przodków do Czech, aby uniknąć dodatkowych opłat. Po wcale nie długim namyśle, postanawiają przesypać zawartość urn do woreczków po słonych orzeszkach. W tym celu na okrągło wcinają orzeszki, po czym myją i suszą woreczki. Następnym problemem, który staje im na drodze, okazuje się kot. Jak przewieźć kota, aby uniknąć dodatkowych opłat? Otóż wystarczy nafaszerować go środkami uspokajającymi i włożyć do torby. Sprawa jednak nieco się komplikuje, kiedy Caryca (kot) załatwia swoją potrzebę w torbie…
W końcu jednak podróż dobiega końca i nogi Kostków stają na Kostce. Tam czeka na nich oczywiście wykwalifikowana służba – kasztelan Józef, kucharka i sprzątaczka Pani Cicha, oraz ogrodnik – Pan Spock. Załoga, choć na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem zwyczajną, wcale się takową nie okazuje. Józef jest niespotykanym gburem, Pan Spock hipochondrykiem, który cierpiał, cierpi, a już z pewnością będzie cierpiał na wszystkie możliwe choroby (włączając w to miłość) i na ten temat komponuje piosenki, natomiast Pani Cicha od czasu do czasu lubi sobie „golnąć”. Sama rodzina Kostków nie jest wcale mniej barwnie przedstawiona. Matka Marii – Vivien – jest miłośniczką księżny Diany, przez cały czas czyta jej biografie, nie robiąc prawie nic innego. Frank, (ojciec Marii), powoli zaczyna wpadać w obsesję związaną z pieniędzmi. Wciąż liczy to co ma, oraz czyta stare archiwa, szukając winnych roztrwonionego majątku:

„Mój ojciec też w nocy nie spał. Grzebał w archiwum, żeby zrozumieć, dlaczego nie jesteśmy miliarderami jak książę Schwarzenberg. Opracował czarną listę przodków, którzy według niego ponoszą największą odpowiedzialność za nasze ubóstwo. „

Nawet na pytanie kim chciałby być odpowiada, że księciem Schwarzenbergiem 😀
Za to Maria… Maria jest trzecią Marią w historii rodu. A na jej imieniu ciąży klątwa:

„Nazywam się Maria Kostka z Kostki. Jestem trzecią Marią w historii rodu.
Marię I pochowano w 1450 roku w rodzinnym grobowcu, nie sprawdzając czy jest wystarczająco martwa. Kiedy parę lat później otworzono grobowiec siedziała na schodach. Od tego czasu nasze zwłoki chowane są w zamkniętych trumnach.
Zamknięta jest również trumna Marii II, która przy jednej z prób wyprodukowania kamienia filozoficznego najwyraźniej wynalazła dynamit. W trumnie zamknięto tylko część garderoby i perukę, ponieważ ciało zniknęło wraz z wieżą, w której mieściło się jej laboratorium.
Obie są naszymi straszydłami. Ani jedna nie dożyła dwudziestu lat”

Cała akcja powieści obfituje w mniej lub bardziej udane próby zdobycia pieniedzy przez ubogą rodzinę arystokratów (!)
Zamek owiany jest swoistą historią – w której swoje miejsce zajęły osobliwe pokoje, jak: pokój Wielkiego Świntucha, pokój pełen wypchanych zwierząt, czy apartament Himmlera, rozgrywający nazistowski hymn.
Zatrudniona przez rodzinę Kostków Milada stara się pomóc im w obliczu kryzysu materialnego, wierząc, że Kostka to tak naprawdę żyła złota, wystarczy się tylko do niej przedrzeć. W tym celu organizuje dla zwiedzających atrakcje takie jak świniobicie, Święta Bożego Narodzenia czy możliwość konnej przejażdżki z wybranym członkiem arystokracji. Zatrudnia dziennikarzy, którzy robią rodzinie zdjęcia podczas wielkiego sprzątania czy fotografów, którzy mają przygotować zdjęcia na nowe pocztówki.

Warstwę komiczną do powieści wprowadza też nietuzinkowa Deniska, czyli córka prawnika Kostków, czy dwa nieposłuszne psy – Olek i Leoś.

Pierwsza część opowieści losów nieprzeciętnej rodziny obfituje w wiele scen, przez które nawet najbardziej ponury człowiek na świecie skusiłby się na śmiech. Ja śmiałam się nieustannie. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak zabawnym człowiekiem musi być autor, skoro stworzył coś takiego. Doskonale wcielił się w rolę osiemnastoletniej Marii, skrupulatnie przedstawiając jej dziennik, ukazując nam wyjątkowe i niespotykane portrety bohaterów.
Książka jest też świetnie przełożona – język bohaterów jest dosadny, ale realny, idealnie oddaje charakter bohaterów czy pomyłki językowe Vivien.
Nie pozostaje nic, jak tylko czekać na kolejną część tej wspaniale czeskiej opowieści. Czekać, ze zniecierpliwieniem!