Plemię skazane na sto lat samotności

O swoim czytelniczym związku z Marquezem wspominałam Wam już nie jeden raz. Wszystko zaczęło się, kiedy miałam jakieś trzynaście lat i sięgnęłam po „Miłość w czasach zarazy”, którą po kilku stronach rzuciłam, bo książka mnie znudziła. Kiedy ponownie po nią sięgnęłam byłam już szesnasto-, albo siedemnastolatką i miejsce nudy przejął zachwyt. Ale im bardziej wgłębiałam się w twórczość Kolumbijczyka, tym więcej odkrywałam powracających motywów, których nie potrafiłam zrozumieć, które mnie od jego literatury odrzucały. I tak na zmianę – to przepadałam z zachwytu i rozkoszowałam się każdym słowem, to byłam na pisarza zła i miałam ochotę rzucić niektórymi książkami w kąt. Ale czytałam wytrwale, z biegiem lat nabrałam czytelniczej pokory, przybyły mi nieco wiedzy i dziś uparcie powtarzam, że Marquez jest moim ulubionym pisarzem, absolutnym geniuszem i mistrzem. To prawda, mieliśmy trudne momenty, ale takowe zdarzają się w każdym związku… A ostatnio z powodu wciąż rosnącej tęsknoty do południowo-amerykańskiego słońca i Marquezowskiej prozy postanowiłam odświeżyć sobie lekturę „Stu lat samotności”.

marquez

Cała rzecz dzieje się w Macondo – w miasteczku założonym przez Josego Arcadia i jego żonę, a zarazem kuzynkę Urszulę, którzy po wielotygodniowym marszu w końcu postanawiają się osiedlić w miejscu, do którego udało im się dotrzeć. Można w tym motywie dopatrzyć się podobieństwa do biblijnej wędrówki do Ziemi Obiecanej, oczywiście z nutą Marquezowskiego humoru – bohaterowie nie docierają bowiem do właściwej ziemi, do tej, którą sobie wymarzyli i do której wskazano im drogę, ale zmęczeni marszem postanawiają się poddać. Właściwie nie wiadomo, gdzie owa ziemia jest położona – wszystkiego możemy się tylko domyślać. Zaczyna się jak z bajki – za górami i za lasami – ale będzie musiało minąć bardzo wiele lat, zanim sam założyciel miasta odkryje, że Macondo nie tylko ma dostęp do morza, którego tak bardzo osadnikom brakowało, ale jest… wyspą! Macondo można też traktować jako metaforę tak samo odciętej od świata i pozostawionej samej sobie Ameryki Południowej, do której docierają tylko strzępki informacji o tym, co dzieje się na świecie. Z początku wioską (kontynentem) nikt się nie interesuje, ale z biegiem czasu zaczynają do niej docierać angielscy kolonizatorzy. Przez liczne podobieństwa do mitów i biblijnych opowieści Macondo nabiera cech mitycznych, które stają się mocniejsze i wyraźniejsze wraz z trwaniem akcji powieści.
Samą nazwę miasteczka zapożyczył niby Marquez od kompanii bananowej leżącej nieopodal miejscowości, w której się wychował, ale znacznie bardziej przypomina ona Aracataca – miasto powstałe w XIX wieku, założone przez ludzi, uciekających przed wojną domową.

Zapytał co to za miasto i w odpowiedzi wymieniono nazwę, której nigdy przedtem nie słyszał i która nic nie oznaczała, a jednak tej nocy we śnie przybrała dźwięk magicznego zaklęcia – Macondo

„Sto lat samotności” można nazwać sagą rodzinną, bowiem opowiada ono aż o siedmiu pokoleniach rodziny Buendiów i chociaż losy poszczególnych członków rozpisane są z rozmachem – sama powieść liczy nieco ponad 400 stron. Marquez skupia się przede wszystkim na mężczyznach, których nękają te same żądze i pragnienia, ale to kobiety starają się utrzymać wewnętrzny spokój domu, próbując poskromić ich szaleństwa i coraz to nowsze i śmielsze wymysły. Nie brakuje im jednak swego rodzaju nostalgii i smutku, serc szalejących z miłości i umysłów myślących tylko o zemście. Myśli Urszuli bardziej niż alchemiczne zapędy męża zaprząta swego rodzaju klątwa, która spoczęła na domu Buendiów – mianowicie nieodparta i wciąż powracająca miłość do osoby z tej samej rodziny. Temu obłędowi ulega Rebeka, która mimo iż z cierpienia zjada ziemię i wapno ze ścian, w końcu pada w ramiona swojego brata, Amaranta, która całą swoją młodzieńczą miłość do Włoskiego tancerza przeleje na siostrzeńców, których wychowuje, aż w końcu Amaranta Urszula, która porzuci męża, aby z Aurelianem spłodzić tego ostatniego z rodu, mimo iż jest jego ciotką – i który w końcu urodzi się ze świńskim ogonem. Żeniaczka z osobą tej samej krwi jest wciąż powracającą do rodu Buendiów klątwą, tym silniejszą, że przez swoje burzliwe miłosne relacje nie są w stanie się przed nią uchronić. Swoją drogą te zawiłości genealogiczne okazują się nie lada wyzwaniem dla czytelnika, który podczas lektury musi sumiennie notować pochodzenie bohaterów i związki, w które wstąpili, aby nie zgubić się w tej zagmatwanej fabule – jako przykład takiego „drobnego” utrudnienia mogę podać 17 synów pułkownika Aureliana Buendii, z których każdy nosi imię swojego ojca.

Wielowymiarowy w tej powieści jest wątek samotności, który zostaje rozbudowany o wiele dalej, niż cierpienia z powodu niespełnionej miłości. Samotna jest przecież nie tylko Amaranta, która już w młodzieńczym wieku utraciła siostrę, z której uczyniła swoją rywalkę, a następnie poza ukochanym Crespim straciła nadzieję, że cokolwiek się zmieni, ale samotna jest też Urszula, z którą najpierw nikt się nie liczy, bo jest kobietą, a później z powodu sędziwego rodu każdy traktuje ją jak wariatkę. Wariuje też w końcu Jose Arcadio, przywiązany do kasztana, potrafiący pod koniec swoich dni porozumiewać się tylko z łaciną i rozmawiać tylko z duchami. Ale tak samo samotny jest Aureliano, który jako syn Mauricio Babiloni na swoje nieszczęście zostaje zamknięty w pokoju Melquiadesa, całymi dniami pogrążając się w jego zapiskach, które zwierają zapowiedź przyszłości. Samotny jest Jose Arcadio wśród pieniędzy, które wiele lat po śmierci Urszuli udało mu się znaleźć i wniebowzięta „Piękna Remedios”. Warto też zwrócić uwagę na pułkownika Aureliana Bunedię, osamotnionego w swojej wojnie, bo motyw latynoamerykańskiego przywódcy jest przecież nierzadkim motywem w powieściach Marqueza. Aureliano płodzi 17 synów, może mieć każdą kobietę, a i tak jest samotny. Całe dnie spędza w warsztacie, wyrabiając każdego dnia 17 złotych rybek, a osiągając tę liczbę, stapia je, aby mieć pracę na kolejny dzień.

Musiał zorganizować trzydzieści dwie wojny, musiał pogwałcić wszystkie swoje pakty ze śmiercią i tarzać się jak wieprz w gnojowisku sławy, aby odkryć, prawie z czterdziestoletnim opóźnieniem, przywileje życia prostego.

Chociaż bohaterowie mieszkają razem, tak naprawdę się nie znają, nic o sobie nie wiedzą – mijają się w drzwiach. Każdy z nich mieszka w odrębnym świecie, w swoim mikrokosmosie, który wciąż na nowo muszą odbudowywać. Każdy inaczej czuje też czas, bowiem w świecie Marqueza nie istnieją zegary. Upływ czasu mierzy się za pomocą pogody („- ale deszcz! – jesień”), wydarzeń (przybywający do miasteczka co roku Cyganie, śmierć i narodziny, śluby i zaręczyny), a także za pomocą wojny, która zdaje się trwać w nieskończoność.

Ciekawym motywem jest sam dom Buendiów, który nie tylko odzwierciedla stan rodziny, ale całego miasteczka. Na samym początku zdaje się wydawać nijaki, tak jak dopiero co założone Macondo i rodzina Josego Arcadia, ale z biegiem czasu rozkwita, panuje w nim szczęście, a wszelkie kłopoty rozgrywają się za górami, a więc nie dotykają bezpośrednio z Macondo. Ale wraz z następnymi pokoleniami dom coraz bardziej podupada, tak jak gubi się beztroska wioski, zastępowana przez strach i nędzę. Kolejni bohaterowie starają się dbać o czystość domu, przeprowadzają remonty, tapetują nawet jego ściany pieniędzmi – co odwzierciedla rozwój ekonomiczny i społeczny Macondo – ale wraz z ich upadkiem, i on upada. W końcu staje się wrakiem, ruiną.

…historia rodziny jest mechanizmem nieuchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zniszczenie osi.

Marquez w 18 miesięcy stworzył powieść ponadczasową i uniwersalną, powieść totalną, którą sam Vargas Llosa nazwał arcydziełem. Mnóstwo tutaj elementów realizmu magicznego, doskonale odzwierciedlających kulturę, wierzenia i różnorodność krajów iberoamerykańskich (wniebowzięcie Pięknej Remedios, pojawienie się w Macondo Bestii, niesamowita moc płodności Petry Cotes itd.), ale nie brakuje też tła realnego, które z pewnością trafi w gust najwybredniejszego czytelnika. To powieść niesamowicie mądra, nie tylko ze względu na mnogość motywów, metafor i analogii, ale również ze względu na drobiazgowo odrysowane tło historyczne Kolumbii, które bardziej obeznanym w ciekawy sposób wyjaśni pewne zjawiska i przekaże spojrzenie na sprawę – na ten przykład – masakry robotników plantacji bananowej. To nie tylko bardzo dobra, choć wymagająca rozrywka intelektualna, ale też wyjątkowa uczta dla duszy. Kilka lat temu, rozumiejąc z tej książki połowę mniej stwierdziłam, że jest ona tak piękna, że stanie się jedną z moich ulubionych. Dziś trwam w tym przekonaniu, będąc jeszcze bardziej urzeczoną magią opowieści Marqueza. Warto przemyśleć i przeczytać, a przede wszystkim pamiętać, że:

Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi.

Śmierć zapowiedziana

Gabriel Garcia Marquez w „Kronice zapowiedzianej śmierci” po raz kolejny wciąga nas w świat karaibskiej mentalności. Jego powieści zawsze emanują ciepłem, słońcem, namiętnością… ale czy i tym razem tak będzie, skoro „Kronika zapowiedzianej śmierci” to kryminał?
„Kronika zapowiedzianej śmierci” to kryminał, owszem, ale nietypowy, bo pisany jakby od tyłu. Już od samego początku znamy zabójcę, ofiarę i motyw. To jednak nie przeszkadza Marquezowi, aby ukazać nam Karaiby takie, jakie już dzięki jego powieściom znamy. Na Santiago Nasara czyha dwóch mężczyzn, gotowych go zabić. Bliźniacy Vicario starannie szykują się do zapowiedzianej rzezi – zapowiedzianej, bo wie o niej każdy, oprócz biednego Santiago. Nikt w miasteczku nie pomyślał o tym, aby go ostrzec, bo nikt zwyczajnie nie wierzył w to, że bracia Vicario byliby zdolni kogoś zabić. A już tym bardziej, że mogliby zabić Santiago Nasara. Nikt tej śmierci zresztą nie chce – ani mieszkańcy miasteczka, ani sami przyszli zabójcy.

– To poważna sprawa – powiedział jej Cristo Bedoya – szukają go, żeby go zabić.
Victoria Guzman zapomniała o naiwności.
– Ci biedni chłopcy nikogo nie zabiją – odrzekła.
– Piją bez przerwy od soboty – powiedział Cristo Bedoya.
– Właśnie dlatego – wyjaśniła – Nie ma pijaka, który by zjadł własne gówno.

okladka-200Ale jednak. Pablo Vicario i Pedro Vicario zawijają naostrzone noże w gazety i idąc przez miasto wypytują, czy aby na pewno ktoś nie widział Santiago Nasara, bo idą go zabić. Nie kryją się ze swoim zamiarem, ogłaszają go nawet z dumą, pewni, że to, co zamierzają zrobić jest wymierzeniem sprawiedliwości, zmyciem hańby z ich siostry… bo kiedy Bacardio San Roman podczas nocy poślubnej odkrywa, że jego żona nie jest dziewicą, oddaje ją rodzinie. Biedna Angela Vicario zmuszona przez matkę razami wyznaje braciom, że tym, który pozbawił ją niewinności był Santiago Nasar. Pedro i Pablo ruszają więc na polowanie.

Największe okno balkonowe przylegało do sypialni Santiago Nasara. Pedro Vicario spytał Clotilde Armenta, czy widziała światło w tym oknie, a ona odpowiedziała, że nie, ale ciekawość ta wydawała jej się dość dziwna.
– Stało się mu coś? – zapytała.
– Nie, nic – odpowiedział jej Pedro Vicario – Tylko chcemy go zabić.

Chociaż nikt w to nie wierzył, do morderstwa jednak dochodzi. Niewinni bracia Vicario zabijają Santiaga, za cichym pozwoleniem mieszkańców miasteczka. Wszyscy zresztą, dowiedziawszy się o powodzie, uważają, że zbrodnia była dokonana w słusznej sprawie, że nic innego nie można było zrobić. Ale czy Santiago naprawdę był winien pozbawienia ich siostry dziewictwa? Tego się już nie dowiemy, ale możemy swoje przypuszczać.

Nigdy nie było śmierci bardziej zapowiedzianej. Po ujawnieniu przez siostrę imienia winnego, bliźniacy Vicario udali się do chlewu, gdzie trzymali komplet narzędzi rzeźniczych i wybrali dwa najlepsze noże: jeden do ćwiartowania, o długości dziesięciu cali i szerokości dwa i pół cala, drugi zaś do czyszczenia, o długości siedmiu cali i szerokości pół cala.

Marquez jak zwykle przedstawia nam bohaterów niesamowicie wyrazistych, rysując swoisty portret mężczyzny latynoamerykańskiego. To człowiek silny, chociaż wrażliwy i delikatny, nie mający skrupułów, kiedy życie stawia go pod ścianą, odważny, gotów zrobić wszystko, jeżeli jest doprowadzony do ostateczności, a jednocześnie czuły kochanek, wiecznie nienasycony kobiecym ciałem. Na ten portret składa się oczywiście cała społeczność karaibskich mężczyzn, ale mi rzucają się w oczy dwa typy bohaterów – zabójca i ofiara. Bracia Vicario – delikatni, a zarazem szorstcy i męscy, gotowi pozbawić kogoś życia, aby tylko zmyć plamę hańby ciążącej na kimś, z ich rodziny, zdawałoby się, że są niemalże tak niewinny, jak ofiara. No i oczywiście Santiago Nasar, który nawet po śmierci zachował godność i dumę. Mężczyzna z twarzą anioła, gorący kochanek, którego pragnęła każda kobieta, szanujący swoją matkę. I czy to przypadek, że za każdym razem noże z ciała Santiaga wychodziły czyste?

Zaczęli jeść śniadanie, kiedy zobaczyli wchodzącego Santiago Nasara spływającego krwią i niosącego kiść swoich wnętrzności. (…) Ale Argenida Lanao, starsza córka opowiedziała, że Santiago Nasar szedł tak samo dumnie jak zawsze, stawiając uważnie kroki, a jego twarz Saracena z potarganymi kędzierzawymi włosami była piękna jak nigdy. Przechodząc obok stołu uśmiechnął się do nich i poszedł przez pokoje do tylnego wejścia domu. (…) Moja ciotka Wenefrida Marquez, skrobała rybę na patio swego domu, po drugiej stronie rzeki, i ujrzała go, jak schodził po schodach starego nabrzeża szukając pewnym krokiem drogi do swego domu.
– Santiago, synu! – krzyknęła. – Co ci jest?
Santiago Nasar rozpoznał ją.
– Zabili mnie, ciociu Wene – odpowiedział.
Potknął się na ostatnim schodku, ale wstał natychmiast. „Nawet zadbał o to, by strzepnąć ręką ziemię, która została mu na wnętrznościach” – powiedziała mi moja ciotka Wene.

Oprócz zabójstwa dochodzi tutaj jeszcze do jednego dramatu, który bardzo mną wstrząsnął – dramatu matki, która próbowała uratować swoje dziecko, wystawiając go tym samym prosto w ręce zabójców. Ale nie zdradzam Wam więcej szczegółów – dowiecie się przy czytaniu 🙂 Przy okazji warto się skupić na portrecie matki, jaki przedstawia nam Marquez nie tylko w tej, ale i w innych jego książkach.

„Kronika zapowiedzianej śmierci” to arcydzieło konstrukcji – już na początku dowiadujemy się teoretycznie wszystkiego, ale z drugiej strony, autor powoli ujawnia nam ważne szczegóły, próbując nie tyle zaspokoić, co nasycić naszą dociekliwość. Marquez przemienia się nie tyle w narratora wydarzeń, co kronikarza, reportera. Nie wysuwając na pierwszy plan jednego bohatera – czy to Santiago Nasara, czy Angeli, braci Vicario, policjanta – a przedstawiając nam zbiorowość, zabójstwo Santiaga nie osiąga miana zbrodni, ale rytuału. Każdy mieszkaniec mimowolnie w nim uczestniczy, w pełni świadomy i zapoznany z całym kodeksem zasad, których oczywiście przestrzega.

Doskonała powieść na letnie dni – emanuje ciepłem Karaibów, słońcem, nienasyconą namiętnością bohaterów, mentalnością świata iberoamerykańskiego. Marquez po raz kolejny udowadnia swoją wielkość. Zaraz, zaraz… zapomniałam, że ten pisarz nie musi już niczego udowadniać. Marquez w swojej prostocie, a zarazem skomplikowanej fabule, jaką przedstawił w innych utworach, pokazuje literaturę, którą nie tylko warto czytać, ale którą trzeba czytać. Po której ma się ciągły niedosyt, po której marzą nam się słoneczne Karaiby zawieszone w czasie, tak żywe i prawdziwe, że wydawałoby się, na wyciągnięcie ręki, a zarazem nieuchwytne, ulotne, pozostające tylko marzeniem.

Hiperboliczna baśń o dyktatorze latynoamerykańskim

Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy sięgnęłam po pierwszą książkę Gabriela Garcii Marqueza – była to „Miłość w czasach zarazy”. Miałam jedenaście lub dwanaście lat, nie więcej, siedziałam na ławce w ogrodzie i wpatrywałam się w okładkę. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia o tym, kim jest autor, jakie tematy w swoich książkach porusza, ale „miłość” w tytule brzmiała zachęcająco. Jak się jednak okazało lektura wcale nie była łatwym i typowym romansem, jakie w tym wieku czytywałam i dotarłam chyba jedynie do trzydziestej strony. Ale że z natury jestem ciekawska i nieustępliwa, sięgnęłam po tę książkę dokładnie trzy lata temu. I przepadłam. Zachwyciłam się, zakochałam się. Moje serce zostało skradzione.
Jednak w żadnym związku nie jest idealnie – bywają wzloty i upadki, momenty porywczej namiętności i smutków, pretensji, niezrozumienia, suszy, niczym na pustyni. „Sto lat samotności”, druga książka Marqueza, jaką czytałam potwierdzała moje żarliwe uczucie do autora, jego opowieści. „Generał w labiryncie” pokazał mi, że Marquez potrafi pisać naprawdę świetnie na każdy możliwy temat. Co do „O miłości i innych demonach” miałam mieszane uczucia – no bo jak to tak ksiądz z młodą dziewczyną, czy wypada, czy w ogóle można? „Rzeczy o mych smutnych dziwkach” nie zrozumiałam – wręcz odrzucił mnie opis dziewięćdziesięciolatka, który na urodziny zażyczył sobie dziewicy, w której oczywiście się później zakochał, cierpiał z miłości itd. Bolało mnie to, że Marquez o tym wszystkim pisze w tak niesamowicie piękny sposób, bo przez to nie mogłam go ani skrytykować, powiedzieć złego słówka. Ale dał się przebłagać „Dwunastoma opowiadaniami tułaczymi”, w których zabrał mnie w podróż po Europie, opowiadając, jak za dobrych, starych lat. Moja miłość była stabilna, ale już nie tak porywcza i żarliwa, jak na początku.
„Jesień patriarchy” wszystko mi tłumaczy.

jesien-patriarchy„Jesień patriarchy” to podobno najlepsza książka, jaką Marquez napisał, nie sposób więc było po nią nie sięgnąć. Czy rzeczywiście jest najlepsza? Nie wiem, ciężko mi to ocenić, nie przeczytawszy jeszcze wszystkich jego książek, nie wspominając już o tym, jak trudno jest te wszystkie opowieści porównać do siebie i wybrać wśród nich jedną. Poza tym ilu ludzi, tyle opinii. Ale „Jesień Patriarchy” to zdecydowanie najtrudniejsza książka Marqueza, jaką dane mi było przeczytać. Jest niezwykle karkołomna, wymaga ogromnego skupienia i całkowitej uwagi. Żadnego radia w tle, nie wspominając już o telewizorze. Żadnych głosów, pogaduszek, żadnego jedzenia. Wygodna pozycja i my cali – całą duszą i wszystkimi swoimi myślami w książce. Dlaczego? Bo to niesamowicie piękna i wrażliwa historia. A do tego jedno zdanie potrafi mieć mniej więcej z 10 stron.

„Jesień Patriarchy” różni się od większości znanych nam książek. Nie ma tu jednego stałego bohatera, czasu, miejsca, narratora. Chronologia się zaciera – podróżujemy przez książkę od czasów odkrycia Ameryki, aż po czasy „ładu i postępu” w XIX wieku, co sprawia nam wrażenie „bezczasu”. Marquez nie narzuca nam miejsca akcji – oprócz niewielu wzmianek, że powieść ma miejsce gdzieś w środowisku tropikalnym, najprawdopodobniej w Ameryce Łacińskiej, nie znajdziemy tu ani jednej nazwy miasta, ani państwa, nic, co mogłoby nas nakierować w odpowiednim kierunku. Narrator też jest, jak wspominałam, niejeden, przez co trzeba książce poświęcić cały wolny czas i uwagę. Od grupy ludzi, którzy mogliby być wojskiem, służącymi dyktatora, poprzez grupę ludzi, którzy żyjąc w innych, najprawdopodobniej odległych już władcy czasach, uczyli się o nim na lekcjach historii, a jego twarz znali jedynie z podręczników, aż po jego kochankę, żonę, żołnierza i, w końcu, jego samego. Potok słów, ciągłość zdań sprawia, że wypowiedzi wszystkich bohaterów scalają się w jedną, imitując myśli tego najważniejszego – dyktatora. Bohater jest uniwersalny, bo „Jesień patriarchy” to stworzona przez Marqueza hiperboliczna parabola władcy latynoamerykańskiego. To hiperboliczna baśń, w której Marquez przedstawia władcę jako mężczyznę samotnego, doświadczonego w niepowodzeniach miłosnych, silnego i władczego, a zarazem kruchego, słabego, dotkniętego wiecznym, patologicznym kompleksem Edypa, gotowego nawet do symulowania własnej śmierci, aby zdobyć dowód uznania, wierności i miłości swojego ludu. Dyktator, jak każdy inny człowiek, pragnie szczęścia, potwierdzenia tego, że jako wybrany, wykonuje swoją pracę dobrze. Gotów zapłacić za miłość, za to, by nie musiał umierać, by ktoś zrobił to za niego.

(…) był nieodporny jedynie na kule litości, wystrzelone przez kogoś, kto kochałby go tak bardzo, że gotów byłby umrzeć dla niego.”

Jak w baśni, każda postać odgrywa narzuconą mu z góry rolę, wszystko toczy się według określonej reguły, nic nie powinno nas zaskoczyć – są jego zwolennicy, którzy kładą róże na jego zwłokach i przeciwnicy, którzy je rozszarpują, spluwają na nie. Są żołnierze wierni i zdrajcy. Są kochanki i jest jego kobieta.

„(…) mówił, znowu rozdzielą wszystko pomiędzy księży, jankesów i bogaczy, i oczywiście guzik dla biedaków, bo tym będą zawsze tak dokopywać, że w dniu, kiedy gówno nabierze wartości, biedacy urodzą się bez dupy (…). „

Jednak jest to baśń okrutna, przykra, smutna i wrażliwa. Baśń dla dorosłych, która przedstawia nasz dziecięcy lęk przed starością i śmiercią oraz pragnienie bycia kochanym, szanowanym, kimś ważnym, wybrańcem.
Marquez w doskonały sposób pokazuje moment destrukcji człowieka silnego, czas, w którym starość i nostalgia przejmują panowanie nad jego ciałem i umysłem.
Jak kruchy i nic nie warty jest człowiek, którego świat stale oszukuje. Bo życie i tak wyznacza nam ścieżki, którymi mamy chodzić i w końcu i tak zakochamy się za wcześnie, ważne słowa wypowiemy za późno, a umrzemy w najmniej odpowiednim momencie, najprawdopodobniej upokarzając tym siebie i całe swoje życie.

„(…) w chwili gdy po tylu, tylu latach jałowych złudzeń zaczął przeczuwać, że człowiek nie żyje, tylko kurwa przeżywa innych, że zbyt późno uczy się, iż najdłuższego i najużyteczniejszego życia starcza li tylko na to, by nauczyć się żyć, poznał swoją niezdolność do miłości w zagadce linii swych niemych dłoni i w niewidzialnych cyfrach kart (…)”

„Jesień patriarchy” przypomina mi „Generała w labiryncie”, gdzie Marquez w podobny sposób opisywał Simona Bolivara, gdzie dyktator, władca, ten najpotężniejszy w swych najmniej potężnych latach jest oszukiwany, aby choć przez chwilę poczuć, że życie nie jest bezsensowne i niesprawiedliwie. Że przez tą chwilę warto żyć.

„Osobiście podjął się dowództwa nad operacją Odzysk, wydając kategoryczny rozkaz, w ciągu najwyżej czterdziestu ośmiu godzin odnaleźć go żywego i przyprowadzić mi go, a jeśli odnajdą go martwego, to przyprowadzić mi go żywego, a jeśli go nie odnajdą, to przyprowadzić mi go, rozkaz tak jasny i groźny, że przed upływem przewidzianego czasu przyszli do niego z wiadomością, panie generale, że znaleźli go w zaroślach przepaści z ranami spowodowanymi przez złote kwiaty frailejones, bardziej żywego niż my, panie generale (…)”

Latynoamerykański dyktator Marqueza jest skrajnie oddaną karykaturą władzy – władzy w swej chwale i żałości. Humor, gorycz, a do tego arcydzieło realizmu magicznego.

„Jesień Patriarchy” wszystko mi tłumaczy, bo chociaż książka jest trudna, pokazuje doskonale opanowany warsztat pisarski jednego z najwspanialszych, pfu!, najwspanialszego (nie bójmy się używać tego słowa!) pisarza XX i XXI wieku. Poznałam Marqueza z zupełnie innej strony, który potwierdza mi, że potrafi pisać o wszystkim w piękny, niesamowity, wyjątkowy sposób. Czytać i czytać. I nic więcej – no, może z wyjątkiem zachwycania się Marquezem! 😉

Marqueza tułaczka po świecie

Gabriela Garcii Marqueza nie trzeba przedstawiać nikomu. Jest to pisarz znany, podziwiany na całym świecie i uhonorowany rozmaitymi nagrodami (wśród nich Noblem z 1982 roku za – tu posłużę się cytatem – „powieści i opowiadania, w których fantazja i realizm łączą się w złożony świat poezji, odzwierciedlającej życie i konflikty całego kontynentu”). Rzeczywiście czytając Marqueza można przenieść się w niesamowity iberoamerykański świat.
Będąc po lekturze „Rzeczy o mych smutnych dziwkach” byłam niezwykle ciekawa kolejnego dzieła wybitnego pisarza. Muszę przyznać, że będąc nieco odrzuconą przez doznania miłosnego starszego mężczyzny z „Rzeczy”, tu Marquez ponownie zawładnął moim sercem.
„Dwanaście opowiadań tułaczych” jest serią dwunastu opowiadań, które pisarz stworzył podróżując po stolicach Europy – Rzym, Paryż, Wiedeń, Madryt, Barcelona i nie tylko. Marquez po raz kolejny wprowadza nas w niesamowity świat Karaibów. Stwarza nietuzinkowych bohaterów, opisując wszystko, co ich otacza pięknym, kwiecistym językiem, który pomimo swej górnolotności (bo trzeba przyznać, że nie jest to język przypadkowego przechodnia) nie nudzi, a patos nie odbiera książce treści.
tułaczDzieł Marqueza nie da się streścić w kilku zdaniach, a przynajmniej jest to bardzo ciężko zrobić. Nie mówię tutaj o samych „Opowiadaniach”, ale też o innych utworach. Także stojąc w księgarni i czytając okładkę, nie dowiemy się, jaką głębie skrywa dzieło. Marqueza trzeba poznać, by móc się dać wciągnąć w niezwykły świat, który dla nas przygotował.
Dla „Dwunastu opowiadań tułaczych” Marquez napisał niesamowitą przedmowę, w której opowiada różne anegdoty, które towarzyszyły mu przy stwarzaniu dzieła (między innymi to jak zgubił zeszyt z wszystkimi utworami, przetrząsnął z rodziną cały dom, a nawet podejrzewał służbę. Niespokojnym od razu zdradzę, ze zeszyt w końcu się znalazł, dzięki czemu możemy dzisiaj czytać „Opowiadania tułacze”).
Trzeba jednak przyznać, że niewielu pisarzy ma tak osobisty stosunek do czytelnika jak Marquez czy np. Stephen King.
No, ale do rzeczy! Jak już wspomniałam wcześniej, książka składa się z dwunastu opowiadań, tworzonych w Europie. Opowiadania różnią się od siebie tematem – w niektórych głównym wątkiem jest miłość, w innych wędrówka, życie poszczególnych bohaterów, czy nawet cud. W opowiadaniu „Święta” Marquez zręcznie balansuje pomiędzy realizmem magicznym, a metafizyką. Muszę przyznać, że to jedno z moich ulubionych opowiadań (choć wybór był trudny), być może dlatego że zainteresowana kulturą Półwyspu Apenińskiego pochłaniam wszystko, co go dotyczy, ale może i dlatego, że niesamowicie przypominało mi one film, włoski zresztą, „La grande bellezza”, czyli „Wielkie piękno”. Film Paolo Sorrentino, podobnie jak opowiadania Marqueza, owiany jest nutką tajemniczości i magii. Nie wszystko jest zrozumiałe dla ludzkiego rozumu, co nadaje obu tekstom kultury smaczku. Rzym Sorrentino i Rzym Marqueza to miasto, w którym wszystko może się zdarzyć, gdzie niemożliwe staje się możliwym.
Innym metafizycznym utworem jest perełka o nazwie „Strachy sierpniowe”, opowiadające historię pewnego zamku w Toskanii i krwawego morderstwa tam popełnionego.

„Tramontana” i „Szczęśliwe lato pani Forbes” spodobały mi się szczególnie, ale to też ze względu na moje upodobania – od dłuższego bowiem czasu zachwyca mnie morski świat, ale nie taki zawładnięty przez nowoczesne technologię. O nie, mnie się marzy podróż XVIII lub XIX wiecznym statkiem. Ale koniec z osobistą refleksją. Powróćmy do tematu.
„Szczęśliwe lato Pani Forbes” opowiada historię dwóch karaibskich chłopców i ich europejskiej guwernantki. Już niegdyś pokochałam Marqueza za zdanie o wydawanych przez człowieka silnych wiatrach (o co chodzi, wie każdy czytelnik Marqueza), ale moje zamiłowanie do jego sposobu opisywania świata osiągnęło szczyt, kiedy przeczytałam, że Pani Forbes pachniała „małpimi siuśkami”, taki był bowiem zapach cywilizacji. Pani Forbes jest Europejką, kobietą posiadającą swoje zasady, wychowującą powierzonych jej chłopców twardą ręką. Wszystko powoli się zaczyna zmieniać, kiedy na drzwiach wejściowych z domu zostaje powieszony wąż morski – muarena helena. Marquez opowiada o tragedii samotnej i nieszczęśliwej kobiety, obserwowanej przed dwóch niedojrzałych jeszcze chłopców.
„Tramontana” jest z kolei opisem silnego żywiołu, który pomimo swej śmiertelnej mocy i siły, uwodzi ludzi, kusi ich, by wyszli z bezpiecznego miejsca, z azylu i zbliżyli się do niego, poznali go.

Jeszcze jednym, które mnie zachwyciło, jest „Chciałam tylko skorzystać z telefony”. Główną bohaterką jest kobieta, która poniekąd przez swoje wcześniejsze zachowanie (zawsze powtarzam, że łatka, którą przypinają nam ludzie przez nasze czyny, nie zawsze zostaje zerwana w odpowiednim momencie, czego doskonałym przykładem jest dzieło Dostojewskiego pt. „Bracia Karamazow”) wplątała się w kłopoty, których wcale nie szukała. Szukając telefonu, trafiła do szpitala psychiatrycznego. Jak opowiadanie się skończyło, nie zdradzę. Dodam jedynie tyle, że apetytu opowiadaniu dodaje fakt iż para bohaterów bawiła się magią, czyli byli iluzjonistami, zamieszkującymi Las Ramblas.

Poza tym w zbiorze opowiadań znajdują się jeszcze takie utwory jak:
„Szczęśliwej podróży, panie Prezydencie”, „Samolot śpiącej królewny”, „Śnię na zamówienie”, „Siedemnastu zatrutych Anglików”, „Światło jest jak woda”, „Ślad twojej krwi na śniegu” czy „Maria dos Prazeres”.

Opisałam jedynie pięć z dwunastu opowiadań tułaczych, a i tak nie wyczerpałam głębi tej książki. Nie zostawiam żadnych cytatów. Marquezem najlepiej delektować się w całości.