Piętno młodości

„Młokos”, znany też pod nazwą „Młodzik”, to dzieło najmniej znane i przez to też najmniej doceniane spośród wszystkich najpopularniejszych książek Dostojewskiego, poruszających tematykę moralną. To też książka najmniej „medialna”, jeżeli można tak określić coś, co stworzono w XIX wieku, bo nieszczęśliwie pominięta i zapomniana przy innych monumentalnych dziełach autora, takich jak „Biesy”, „Zbrodnia i kara”, „Idiota” czy „Bracia Karamazow”. „Młokos” dostępny jest zaledwie w dwóch-trzech wydaniach, przy czym ściśle pod tym tytułem wydało go jedynie Wydawnictwo MG, czyniąc tym samym głęboki ukłon w stronę czytelnika, bo tytuł ten idealnie oddaje treść książki – o wiele lepiej ją odzwierciedla, niż tłumaczony wcześniej „młodzik” czy „żółtodziób”.

Chociaż wszystkie dzieła Dostojewskiego są niezwykle ambitne i należą do tej półki literatury z którą nie obcujemy na co dzień, trzeba przyznać, że przebrnięcie przez „Młokosa” jest nie lada wyzwaniem, chociaż wartym wysiłku. Dlaczego? Odpowiedź jest niezwykle prosta i chociaż może wydać się banalna zapewniam, że taką nie jest: bo czytamy Dostojewskiego, a obcowanie z intelektem mistrza sprawia, że czujemy się delikatnie podnieceni na myśl o tej wielkiej literaturze, która do nas przemawia.


Streszczenie „Młokosa” to sprawa niezwykle problematyczna, ponieważ fabuła niejednokrotnie się komplikuje, a wątek główny i najważniejszy miesza się z myślami autora, jego czynami, wspomnieniami i intrygą, w jaką jest zaplątany. Arkadiusz ma dziewiętnaście lat i przez wszystkich nazywany jest młokosem, czego szczerze nienawidzi. Obelgę tę słyszy jednak tak często, że niekiedy sam siebie w złości nazywa młokosem, znajdując w tym słowie usprawiedliwienie swoich czynów. Częściej jednak widzi swoją osobę u progu dorosłości, o krok od przekroczenia tego stopnia – to powoduje, że czuje się wolny i nieograniczony, z drugiej zaś strony wie, że jedną nogą wciąż stoi w młodości, dlatego skrępowany i niezdecydowany wciąż się miota, poszukuje swojej drogi. Arkadiusz jest marzycielem, ale nie bez idei – stara odnaleźć się w życiu, chce zaczerpnąć tego powietrza, którym oddychają ludzie z wyższych sfer, pragnie stać się nadzwyczaj bogatym. Bycie Rotszyldem daje swobodę – jak sądzi – chodzenia w łachmanach, ale ze świadomością swej zamożności. Dołgorukij, bo takie nazwisko nosi nasz bohater, szczyci się swoimi ambitnymi i ponadprzeciętnymi myślami, stara się wyrwać z życia, które prowadzi, zmienić je, ale jednocześnie unika wszelkiej odpowiedzialności, która jak strach czyha na niego w ciemniejszej stronie korytarza – tudzież życia. Jego wciąż kształtująca się osobowość, rwący się duch i wewnętrzny młokos nie pomagają mu w znormalizowaniu stosunków z ojcem, których sam nie rozumie. Nie potrafi osądzić czy Wiersiłow jest człowiekiem szlachetnym, czy łajdakiem. To go podziwia i kocha, to znowu wpada w niekończącą się nienawiść i wzgardę, szuka jego atencji, jednocześnie całkowicie go ignorując, chce się do niego zbliżyć, ale sam dystansuje ich stosunki, nazywając ojca „panem”. Poczucie podziwu miesza się z klęską odrzucenia, odstawienia na bok; pragnienie zwrócenia na siebie uwagi z odosobnieniem. Arkadiusz próbuje poznać uczucie, które łączy jego ojca z matką, ale próby te prowadzą go jedynie do odkrycia szokującego faktu, który dodaje smaczku powieści – okazuje się bowiem, że zarówno ojciec, jak i syn atencją obdarzyli tę samą kobietę. Ów rodzinny dramat i wszystko to, co zachodzi w duszy młodego człowieka stanowi swego rodzaju mieszankę wybuchową, swoiste rozdarcie, które powoduje w końcu wewnętrzny konflikt, walkę dobra ze złem.

Dostojewski, jak we wszystkich swoich powieściach, łączy fabułę, wątek przewodni i intrygę z głęboką psychoanalizą bohaterów. Nijakiego, przeciętnego młokosa, z którego wszyscy się śmieją i drwią czyni bohaterem niesamowicie ciekawym, a jego wewnętrzne rozdarcie opisuje w sposób niezwykle dojrzały, stwarzając tym samym kontrast pomiędzy zachowaniem bohatera – często infantylnym, a jego myślami – nad wyraz mądrymi.

Niejeden człowiek w śmiechu odsłania się całkowicie, ukazuje wszystko, co ma w sobie.
(…) Śmiech wymaga dobroci, a ludzie najczęściej śmieją się złośliwie. Dobry i serdeczny śmiech to radość, a czyż można odnaleźć teraz w ludziach radość, czyż ludzie potrafią się radować?
(…) Nie raz nie możemy zrozumieć czyjegoś charakteru, wtem człowiek ten zaśmieje się tak jakoś szczerze, serdecznie, i cały jego charakter leży jak na dłoni.

„Młokos” to powieść mniej popularna, ale warta poznania. Chociaż w porównaniu do innych dzieł Dostojewskiego widać, że w momencie pisania jej Dostojewski kroczył niebezpiecznie blisko linii kończącej życie człowieka – przez co powieść nie jest aż tak genialna jak napisana z rozmachem „Zbrodnia i kara”, czy „Bracia Karamazow”, w której pojawiają się bardzo podobne wątki (relacje synów z ojcem, a także miłość syna i ojca do tej samej kobiety) – jest to lektura bardzo interesująca.
Czytałam z trudem, a po skończeniu odetchnęłam z ulgą, nie mniej jednak cieszę się, że mogłam poznać kolejną powieść Dostojewskiego, przeanalizować ją, przemyśleć i – przede wszystkim – wynieść z niej coś mądrego.

Reklamy

Książę czy Idiota?

Często zdarza się tak, że oceniamy kogoś pochopnie, a łatka, którą mu przypięliśmy pozostaje na długo, o ile nie na zawsze. Widzimy go już wtedy tylko przez pryzmat naszego pierwszego wrażenia, pierwszej opinii i ciężko o jakąkolwiek jej zmianę. Bywa też tak, że nazywamy kogoś „idiotą” tylko dlatego, że się wyróżnia; jest od nas inny, być może bardziej oczytany, pewniejszy siebie, charyzmatyczny. Często dochodzi też do trzeciej sytuacji, tej najmniej przyjemnej: znając czyjeś dobre serce i łagodny charakter lubimy bawić się jego kosztem, grać na emocjach, wykorzystywać i ranić – być może nie świadomie, a jednak boleśnie. O tym właśnie jest „Idiota” Fiodora Dostojewskiego – o księciu Lwie Myszkinie uważanym przez całe życie za idiotę.

W rzeczy samej nie ma nic przykrzejszego niż być człowiekiem, dajmy na to, bogatym, pochodzącym z porządnej rodziny, a jaką-taką urodą, nienajgorszym wykształceniem, niegłupim, nawet dobrym – i jednocześnie nie mieć żadnego talentu, żadnej cechy szczególnej, żadnego nawet dziwactwa, ani jednej własnej idei, po prostu być ”jak wszyscy”.

idiotaAkcja powieści rozpoczyna się w pociągu, kiedy to książę Lew Mikołajewicz Myszkin wraca ze Szwajcarii, gdzie przebywał na leczeniu, do Petersburga. W czasie podróży poznaje swoich rodaków, a nawet w dziwny, fascynujący, ale zarazem dość chory sposób zaprzyjaźnia się z nimi. Wśród nich jest między innymi Rogożyn, bogacz, uzależniony od spełniania swoich zachcianek, z którym losy księcia zwiążą się aż do samego końca powieści. Lew Myszkin dziwi się Rosji, temu, jak się zmieniła, jak obca, a zarazem wciąż bliska się mu wydaje. Fascynuje się nią i przepełnia go radość z powrotu do kraju, a będąc jednym z dwóch żyjących na świecie Myszkinów, potomkiem sięgającego do starożytnych czasów rodu, postanawia odnaleźć drugą osobę – swoją kuzynkę. Rosjanie jednak, razem z odległą rodziną księcia – Jepanczynami, uważają go za idiotę, niejednokrotnie mówiąc mu o tym prosto w twarz. Ale tam, w domu generała, dzieje się coś niesamowicie ważnego dla księcia Myszkina, coś, co przewraca cały jego dotychczasowy świat do góry nogami – oprócz poznania pięknej i wybuchowej Agłai, zabrania jej serca, książę dowiaduje się o Nastazji Filipownej – kobiecie z piekielnym charakterem, jeszcze piękniejszej i zdecydowanie niezwykłej. Poznaje ją tego samego dnia i już zaledwie po paru sekundach odkrywa, że jest w niej zakochany…

Ludzie są na to stworzeni by się nawzajem męczyć.

… a że wszyscy bohaterowie są z krwi i kości Rosjanami, emocji nie zabraknie.

Tutaj, jeżeli chodzi o fabułę, zatrzymam się. Nie będę Wam nic więcej zdradzać, bo też nie ukrywam, że nie łatwo to zrobić. „Idiota” to bez wątpienia jedna z najtrudniejszych powieści Dostojewskiego, kto wie, czy nawet nie najcięższa? To drugi raz, kiedy do niej podeszłam i w trakcie jej czytania odkryłam, że jest tylko odrobinę lżej, niż poprzednim razem. Oczywiście, dostrzegłam o wiele więcej szczegółów, ale znów musiałam przebrnąć przez nużące mnie strony czy rozprawy na temat „kochanej Rosji”.

W „Idiocie” Dostojewski ukazuje konflikt dwóch wartości – konflikt pomiędzy księciem, jego doskonałym chrześcijaństwem, dobrocią i inteligencją, a całą resztą społeczeństwa, czyli bylejakością. Nie piętnuje żadnej z postaw, przedstawia je z całą ich charakterystyką i barwnością, pozwalając czytelnikowi wsiąknąć w wewnętrzny świat Lwa Myszkina. Ukazuje go po części jako mędrca, który wyznacza drogę, a po części jako zagubione dziecko, które w tym zupełnie obcym i wrogim świecie trzeba poprowadzić za rękę. Nie czytalibyśmy powieści Dostojewskiego, gdyby za piękną historią, wątkiem miłosnym, inteligencją i bylejakością nie szły rozprawy filozoficzne, traktaty czy dyskusje – tutaj pojawiają się fascynujące przemyślenia na temat głodu i wiary w okresie średniowiecza, duchu rosyjskości, a także Kościoła katolickiego, a prawosławnego.

Poza tym, co też charakterystyczne dla Dostojewskiego, to dziwny zbiór postaci – po przejściach czy z problemami. Tu nie ma kuszenia przez diabła (jak w „Braciach Karamazow”), nie ma opowieści nad ciałem zmarłej żony („Łagodna”), nie ma rozmyślań na temat wyższości jednej rasy na drugą („Zbrodnia i kara”), jest za to tytułowy Idiota, czytanie „ostatniego pożegnania” na urodzinach, palenie pieniędzy… – tak jak mówiłam, emocji nie zabraknie.
A zakończenie? Majstersztyk! Chyba najlepsze, jakie zdarzyło mi się przeczytać. Nie będę zdradzać szczegółów, bo popsułabym Wam całą przygodę, ale mogę powiedzieć tyle, że to rzecz, której byście się nie spodziewali. Pożenią się ze sobą? Rozstaną się? Wyjadą? Pozabijają? Posprzedają? Jest nad czym się zastanawiać…

Nie zapominajmy, że motywy postępków ludzkich są zazwyczaj o wiele bardziej złożone i różnorodne, niż my je zawsze potem tłumaczymy i rzadko kiedy dadzą się ściśle określić. Toteż opowiadający lepiej czasami zrobi, jeżeli się ograniczy do zwykłego wyłuszczania zdarzeń.

„Idiota” to powieść poruszająca, to powieść wyciskająca łzy, chwytająca za serce. Odkrywająca mroczne zakamarki ludzkiej duszy i słabość, jaką w sobie człowiek nosi. To powieść o istocie człowieczeństwa, o człowieku i świecie, w którym żyjemy – tym materialnym i duchowym. To rzecz o idiotach, którzy nas otaczają opisana pięknym, bardzo plastycznym językiem, z szeregiem nietuzinkowych bohaterów, wartkiej akcji i ciekawych zdarzeń, nie raz nawiązujących nie raz do historii. To Dostojewski w najlepszej formie, pokazujący, jak ogromnym i często niebezpiecznym narzędziem jest słowo. To literacka uczta. Jedna z najlepszych książek, jakie czytałam.

idiota

Próba Raskolnikowa: teoria wszy i napoleonów

Gdzie jest zdolność poznania i serce głęboko czujące, tam na pewno nie zabraknie bólu i cierpienia.

Kim jest Fiodor Dostojewski? Na to pytanie można oczywiście odpowiedzieć najbanalniej: jeden z najwybitniejszych pisarzy na świecie, absolutny mistrz literatury rosyjskiej, klasyk. Ale można też inaczej: nałogowy hazardzista, biedak, katorżnik. Chciałoby się rzec: zwykły człowiek, ale z niesamowitym talentem, darem spostrzegawczości i zdecydowanie nieprzeciętnym umysłem. Wybitny pisarz, choć nie bez wad czy słabości. Człowiek doświadczony przez los. Chociaż jako Polka zdecydowanie nie powinnam pałać do niego sympatią, ta postać mnie fascynuje. Pamiętam, jak całe wieczory spędzałam w łóżku, czytając „Braci Karamazow”, „Biednych Ludzi”, „Idiotę” czy w końcu „Zbrodnię i karę” – bo to właśnie o tej ostatniej pozycji zamierzam Wam dziś opowiedzieć.
Z Rodionem Raskolnikowem spotkałam się już w liceum, ale lektura nie przyniosła mi ani szczypty przyjemności – czytałam na czas i kartkowałam tylko strony książki, marząc o jak najszybszym jej skończeniu. Później do tego wszystkiego doszła jeszcze kartkówka z treści, więc zapewne wiecie, jak się z lekturą pożegnałam. Ale nie dałam za wygraną tak szybko, o nie! Znając twórczość Dostojewskiego przysięgłam sobie, że w przyszłości sięgnę po tą lekturę raz jeszcze, aby lepiej ją zrozumieć, znaleźć to, czego przy pierwszym (szybkim) czytaniu nie zauważyłam, a przede wszystkim pokochać ją, jak wszystkie inne, albo jeszcze bardziej, książki Dostojewskiego. Sięgnęłam po nią właśnie teraz, dzięki wznowieniu klasyki Dostojewskiego przez Wydawnictwo MG.
Wiedząc, że ze „Zbrodnią i karą” prawie na pewno się już spotkaliście, postaram się opowiedzieć Wam, poza oczywistościami wynikającymi z fabuły, o kilku ciekawostkach, których dowiedziałam się dzięki ponownej lekturze.

Zacznę od odrobiny historii: W 1849 roku ponad stu członków Koła Pietraszewskiego, do którego należał właśnie Dostojewski, a które organizowało spotkania (tzw. Piątki), podczas których dyskutowano na tematy filozoficzne i społeczne zostało zaaresztowanych przez funkcjonariuszy tajnej policji. Powodem było tzw. Zapadniczestwo, czyli szerzenie poglądów charakterystycznych dla Zachodu – tudzież krytykowanie cara, zacofanie kulturowe, społeczne i ekonomiczne Rosji, chęć wprowadzenia reform, które zbliżałyby Wschód do Zachodu. Wyrok kary śmierci złagodzono do czterech lat katorgi. Więźniowie dowiedzieli się o tym dopiero gdy stali już przed plutonem egzekucyjnym. To właśnie tam – na katordze w Omsku – Fiodor Dostojewski wpadł na pomysł napisania „Zbrodni i kary”. Zupełnie niewinny przebywając wśród różnych przestępców, spośród których wielu zostało skazanych za morderstwo, zaczął interesować się psychologią współwięźniów.
Zbrodnia-i-kara-1400pixW ten sposób powstał Rodion Raskolnikow – 23 letni były student prawa, półsierota, który w Sankt Peterburgu przebywa zupełnie sam. Z matką i siostrą porozumiewa się za pomocą listów i to dzięki nim, tak naprawdę, żyje, bo to one od czasu do czasu wysyłają mu kilka, kilkadziesiąt rubli. Chociaż mógłby podjąć pracę tłumaczeniową, jak jego przyjaciel Razumichin, Rodia z góry odrzuca wszystkie propozycje, pragnąc żyć w końcu po swojemu. Wieczory spędza bezczynnie i samotnie, leżąc na łóżku w swoim małym pokoju czy szwędając się po mieście. Pewnego razu słyszy rozmowę dwóch mężczyzn o starej lichwiarce, Alonie Iwanownie, jako o wszy, którą lepiej byłoby zabić, bo jej istnienie polega tylko na krzywdzeniu i wyzysku innych osób. W umyśle Raskolnikowa kiełkuje pewna straszna myśl, która w końcu ogarnia jego serce i całe ciało, popychając go do ostatecznego czynu – postanawia zabić. Udaje się więc do mieszkania lichwiarki, pod pretekstem zastawienia swojego srebra, i tam zabija ją siekierą, przyniesioną przez siebie z domu. Kiedy przegląda rzeczy starej, szukając pieniędzy i złota, do mieszkania wchodzi siostra Alony, Lizawietta. Raskolnikow pchnięty do ostateczności zabija również i ją, oraz dziecko, które w sobie nosiła, następnie zabierając to, co ma w rękach, ucieka z mieszkania. Podczas trwania śledztwa Rodia zachowuje się coraz to dziwaczniej, coraz bardziej zwracając na siebie uwagę. W końcu odważa się powiedzieć, jak on postąpiłby, gdyby był zabójcą, odwiedza remontowane mieszkanie zmarłych, coraz śmielej i ryzykowniej rozmawia z prowadzącym sprawę Porfirym Pietrowiczem. Oprócz nieustającej myśli o tym, co się stało, życie byłego studenta toczy się w miarę normalnie – czyli tak, jak toczyło się wcześniej. W końcu na jego drodze pojawia się Sonia – córka zmarłego urzędnika i pijaka – Marmieładowa.

(…) Nagle szybko się schylił i uklęknąwszy, ucałował jej stopę. Sonia odskoczyła od niego przerażona, jak od szalonego. Rzeczywiście wyglądał jak szaleniec.
– Co pan? Co pan robi? Przede mną! – wyjąkała, blednąc, z boleśnie ściśniętym sercem. Raskolnikow wstał natychmiast.
– Nie tobie się pokłoniłem, lecz całemu ludzkiemu cierpieniu. (…)

To właśnie ona – ta wzgardzona świętość – wzbudza w nim jakieś dziwne, niezrozumiałe mu uczucie. Raskolnikow z jednej strony ją podziwia, z drugiej strony czuje się w jej obecności bezpieczny i pewny, ale też pełen wątpliwości – bo targają nim skrajne uczucia i wyrzuty sumienia. To z nią, publiczną panną, wzgardzoną i wykorzystaną przez wszystkich, Raskolnikow odkrywa jakąś więź, być może właśnie ten ich wzajemny upadek. Spędza z Sonią coraz więcej czasu, każe sobie czytać Biblię, rozmawia z nią o jej rodzinie, aż w końcu decyduje się wszystko jej wyznać.

Sprawa wygląda tak: postawiłem sobie kiedyś pytanie: co zrobiłby na moim miejscu, na przykład, Napoleon, gdyby dla rozpoczęcia kariery miał pod ręką nie Tulon, nie Egipt, nie przeprawę przez Mont Blanc czy inne monumentalne i piękne rzeczy, lecz po prostu jakąś śmieszną starowinę, wdowę po registratorze, którą w dodatku trzeba zabić, żeby z jej kuferka zabrać pieniądze (dla tej kariery, rozumiesz?), czy zdecydowałby się na to, gdyby nie było innego wyjścia?

O teorii „ludzi” i „nadludzi”, „wszy” i „napoleonów” dowiadujemy się już dzięki artykule Raskolnikowa czytanym podczas rozmowy bohatera z Porfirym, ale dopiero rozmawiając z Sonią wszystko tłumaczy i objaśnia. Oczywiście określenia „wesz” i „napoleon” są całkowicie metaforyczne, ale doskonale oddają pozycje, jakie względem siebie znajdują te dwa rodzaje człowieka. „Napoleon”, czyli „nadczłowiek” ma prawo do decydowania o sprawach ważnych – nawet o życiu i śmierci, skoro ma to prowadzić do jego dobra, pozwala mu na to jego geniusz, z kolei „wesz”, „zwykły człowiek” jest jednostką podporządkowaną „nadczłowiekowi”, całkowicie od niego zależną.

W rozmowie z Sofią Siemionowną Rodia próbuje siebie usprawiedliwiać biedą i ciężkimi warunkami życia, szuka potwierdzenia swoich słów w kolejnych niekończących się potokach słowach, w końcu jednak boleśnie odkrywa, że nie jest „napoleonem”, a „wszą”.

Skoro zrodziło się we mnie pytanie i zacząłem sam siebie badać, czy mam prawo sięgnąć po władzę, to już to samo dowodziło, że właśnie nie mam tego prawa. Albo pytam: czy człowiek jest wszą? Dowodzi to, że dla mnie człowiek wszą nie jest, a jest nią dla tego, kto się nad takim pytaniem nie zastanawia, kto się decyduje po prostu, bez żadnych wątpliwości… Dręcząc się zaś przez tyle dni pytaniem, czy Napoleon zdecydowałby się na taki czyn, zrozumiałem, że właśnie dlatego się tym pytaniem dręczę, że nie jestem Napoleonem…

Po części namawia go do tego Sonia, po części on sam potrzebuje oczyszczenia, ale i całkiem jasna i klarowna sytuacja wskazuje mu jaką drogę obrać. Rodion decyduje się na przyjęcie odpowiedzialności za swój czyn i udaje się na katorgę. W drodze przez mękę towarzyszy mu Sonia – wierna i kochająca, również próbująca się oczyścić. Przez kilka lat katorgi Rodia unika jej, przyjmuje ją niejednokrotnie ze złością i gniewem, w końcu jednak zauważa, że wszyscy więźniowie Sonię szanują i kochają, chociaż ledwo ją poznali. Odkrywa w sobie głębokie i namiętne, choć długo skrywane uczucie. Są w końcu szczęśliwi, bo pozostało im jeszcze tylko 7 lat wspólnej męki…

Bo jeśli nie ma się już do kogo iść, jeśli iść już nie ma dokąd – to koniec! Przecież chociaż tak powinno być, żeby każdy człowiek miał przynajmniej dokąd pójść!

Czego  nie zauważyłam przy pierwszym czytaniu?
Przede wszystkim tego, że Mała Lydoczka, córka Marmieładowa i Katarzyny Iwanownej w tajemniczy i niesamowity sposób zmienia… płeć i imię! Po śmierci urzędnika nie przeczytamy już o Lydii, a małym chłopcu, Koli, co jest oczywiście ewidentnym przeoczeniem pisarza i potwierdzeniem tego, że nawet najlepszym zdarza się popełnić błąd. Poza tym wielu odwołań do Gogola i Puszkina, do sztuki, ulubionych obrazów Dostojewskiego i wykreowanych postaci, które niejednokrotnie pojawiają się w innych jego powieściach (choćby np. Kola)

„Zbrodnia i kara” jest prawdziwą literacką ucztą nawet dla najbardziej wymagających krytyków. Jest absolutnie niesamowita, pokazuje potęgę ludzkiego umysłu i wszystkie konsekwencje, które idą za wymykającymi się spod kontroli myślami. Jest na wskroś psychologiczna, na wskroś filozoficzna, a przy tym wszystkim niesamowicie społeczna i literacka. Rozdziały, podczas których czytałam o teorii Raskolnikowa, znaną nam też dzięki Nietzschemu były tak fascynujące i absorbujące, że nie potrafiłam się od nich oderwać. Mimo że głównym wątkiem jest zbrodnia popełniona przez Raskolnikowa, w powieści jest jeszcze tyle charakterystycznych i fascynujących bohaterów, że nie sposób się nią znudzić.
„Zbrodnia i kara” opowiada dosłownie o „zbrodni” i „karze”, o odkupieniu swoich win, o pokorze i niesamowitej przemianie człowieka. O Rosji, która nie wybacza, wszechogarniającej biedzie, która nawet najlepszego człowieka jest w stanie zepchnąć na bruk, o miłości, która przezwycięży wszystko, ludziach, którzy wciąż jeszcze wierzą, i nadziei, która nigdy nie znika. To książka trudna i wymagająca, dająca do myślenia, wyciskająca łzy, ale niosąca pokrzepienie. To piękna proza, której dziś zaczyna nam brakować. To fascynująca literacka przygoda i kilka wyjętych z życia dni. To Dostojewski.