Między człowiekiem, a… świnią

Seria EKO Wydawnictwa Marginesy pokazuje historie niezwykłe – od legend i mitów na temat podwodnego miasta Encante, w którym żyją różowe delfiny, przybierające ludzką postać by uwodzić kobiety, poprzez wyprawę na oba bieguny i poznanie tamtejszej fauny i flory, zgłębienie życia trzmieli, aż po historię przyjaźni człowieka z wilkiem. Do tej pory ukazało się dziewięć cudownych, absolutnie wyjątkowych przyrodniczych opowieści, które zadowolą tak naukowca, jak i amatora, który zwierzęta obserwuje jedynie w miejskim ZOO, a z roślinami bliższy kontakt ma tylko poprzez swój balkon. Wśród nich pojawiła się historia Christophera Hogwooda, niezwykłej świnki, która udowadnia nam, że szczęścia nie trzeba szukać daleko. Że czasem i świński ryjek się do nas uśmiecha.


Zwykło się mówić, że to pies jest najlepszym przyjacielem człowieka – swe psie serce poświęca tylko jednej osobie, towarzyszy mu na każdym kroku i kocha tak samo, cokolwiek by się nie wydarzyło. Do tej listy dopisać możemy koty, które co prawda chodzą swoimi drogami i często są niewdzięczne, ale jednak uczucia – co z tego, że najczęściej samolubne – względem człowieka żywią. Wymieniać można by dalej – chomiki i papugi, gady, rybki, nawet konie… ale świnie?! No tak, każdy przyzna, że niemowlęta świnek wietnamskich mogą okazać się całkiem słodkie i urocze… ale kiedy osiągają wagę ponad dwustu kilogramów i szorują swoim obwisłym brzuchem po ziemi, ten czas znika… czyżby na pewno?
Sy Montgomery zdecydowanie bliżej do zwierząt, niż do ludzi. Jest nieustraszona i ciekawska świata, jej pomysły bywają absolutnie szalone, a miłość do świata bezgraniczna. To właśnie ta kobieta, która uważa, że „nie najgorzej byłoby zginąć w paszczy tygrysa”, powiedziała „tak!”, gdy lokalny farmer zapytał ją, czy zaopiekuje się małym prosiakiem. Christopher, nazwany tak na cześć angielskiego dyrygenta, od urodzenia był mniejszy od swojego rodzeństwa. Zaliczał się do cherlaków, które praktycznie nie miały szans na przeżycie. Żeby skrócić jego cierpienia właściciele kilka razy próbowali zabić go na kompostowniku w głębi gospodarstwa. Za każdym razem jednak, spoglądali w oczy prosiaka i odchodzili zrezygnowani. Jedyną deską ratunku była Sy. Tylko ona mogła go uratować.
Kiedy Chrisopher Hogwood przybył do nowego domu, obawiano się, że świnka za parę – najwyżej paręnaście dni – zdechnie, tymczasem on postanowił wszystkich zaskoczyć i szybko postawił się na nogi. Wciąż był mniejszy niż jego rówieśnicy, ale z czasem nabierał masy, rozkoszując się najznamienitszymi przysmakami z lokalnych restauracji. Z biegiem lat Christopher stał się lokalną atrakcją, gwiazdą miasteczka. Jego apetyt stał się taką sensacją, że ludzie z okolicznych miejscowości przybywali, by popatrzeć jak Chris rozkoszuje się tiramisu, lasagne czy truskawkami w czekoladzie, popijając wszystko piwem.
Przebywanie w obecności ogromnego prosiaka było dla Sy Montgomery nie tylko lekcją miłości i przyjaźni, ale również i naukowym doświadczeniem – autorka w końcu mogła oszacować wiek świni, o którym wiedziano niewiele, jako że zwierzęta te od zawsze przeznaczane były na ubój.
Christopher porwał wszystkich – był dobrą, łagodną świnką, kochającą drapanie po brzuchu i przebywanie z ludźmi. Za opiekę i dach nad głową odwdzięczył się wszystkim szczerą przyjaźnią.

Chris lubił się przytulać 😉

„Dobra świnka, dobra!” to historia opisująca, jak jedno zwierzę może wpłynąć na życie człowieka i zmienić je – naturalnie w tym lepszym, pozytywnym kierunku! Pomiędzy opowieścią o Chrisie, poznajemy lepiej samą autorkę książek. Sy Montgomery opowiada nam o swoich troskach i dolach, problemach rodzinnych, braku akceptacji i trudzie codzienności. O tym, jak zwierzęta dały jej to, czego nie potrafiła dostać od ludzi.
To historia idealna na dwa letnie wieczory – bardzo ciepła, pozytywna, łatwa w odbiorze i przywracająca wiarę w świat.

Reklamy

Amazonia pod przewodnictwem różowych delfinów

Kiedy zaczęłam opowiadać rodzinie o „Podróży różowych delfinów” Sy Montgomery, dziwili się w ogóle, że takie zwierzęta istnieją. Znajomi oglądając zdjęcia delfinów śmiali się, że to zwykłe szare odmiany tych ssaków, pokolorowane jedynie w programie graficznym. Ja sama chociaż wiedziałam o ich istnieniu, nie miałam pojęcia, jak bardzo mogą się okazać fantastyczne. Z twórczością Sy Montgomery zetknęłam się po raz pierwszy i… jakże mile byłam zaskoczona, kiedy okazało się, że jej opis wyprawy do Amazonii nie jest tylko naukowym opisem życia tych niesamowitych stworzeń, a opowieścią przepełnioną kulturą Amazonii, barwami zachodzącego słońca, mitami i wierzeniami tubylców, krzykiem tysiąca gatunku ptaków i barwami kwitnących na drzewach storczyków.

delfinyNaukowcy nazywają je „Inia geoffrensis”, twierdzą, że wywodzą się od pradawnego gatunku uzębionych waleni, ale nie potrafią podać zbyt wielu szczegółów dotyczących życia i funkcjonowania tych ssaków. Różowe delfiny występują w brudnych, mętnych wodach najdłuższej rzeki świata, są najsłabiej zbadanym gatunkiem ze wszystkich delfinowatych. Wyglądem różnią się całkowicie od swoich szarych krewniaków, ale co poza tym? Wiadomo właściwie niewiele, za to miejscowa ludność ma swoje zdanie na ten temat. Mieszkańcy Amazonii twierdzą, że różowe delfiny to „boto”, zmiennokształtni, którzy w okresie pełni księżyca wychodzą z wody, aby uwodzić ludzi i zabrać ich do Encante – Podwodnego miasta. Tubylcy, z którymi rozmawia Sy, nieraz dzielą się opowieścią o tym, jak widzieli delfina przemieniającego się w kobietę o najbardziej kuszących kształtach, o dziewczynie z ich wioski, której delfin pod ludzką postacią zrobił dziecko czy choćby o znajomym, który zamieszkał ze swoją żoną (delfinem) w Encante. Ponoć statek pełen ludzi i delfinów, którzy żyją w Podwodnym Mieście, od czasu do czasu pojawia się na dnie błotnistej Amazonki, ukazując ludziom jak wiele tracą przez swój strach i upiór. Jak tam jest? Podobno całkiem zwyczajnie – są samochody, jest więcej szpitali, życie jest tam łatwiejsze i przyjemniejsze, ale nie można stamtąd wrócić – właśnie dlatego mało kto decyduje się na podróż z delfinem.
Niemalże każdy przerażony jest szaleńczym pomysłem Sy, aby badać różowe delfiny, przestrzegając ją przed ich uwodzicielską mocą, przed Encante, z którego nie ma powrotu.

Sy Montgomery rysuje nowy, całkiem oryginalny obraz delfina – zwierzę, które zawsze kojarzyło nam się z nieprzemierzonym błękitem oceanu, tutaj pływa wśród wystających z wody pni drzew, ludzkich chat, otacza łódki, kusi, zwodzi, urzeka, a nawet kocha się z człowiekiem. „Podróż różowych delfinów” nie jest jednak opowieścią tylko o delfinach. Autorka, niczym Indiana Jones w damskiej odsłonie, nie bojąca się niczego, wychodzi na przeciw trudom i wyzwaniom. Podnosi rzuconą jej przez dżunglę rękawicę i zmaga się z codziennością tego cudownego miejsca, w którym czas przestał istnieć. Odkupuje od głodnych rodzin zagrożone gatunki żółwi, zmaga się z wężami w łazience, broni przed swoją towarzyszką ogromne szczury, które w nocy ją budzą, z zafascynowaniem przygląda się małpom, ucieka przed goniącym ją stadem mrówek, wchodzi na wysokie drzewa, kąpie się w wodzie pełnej piranii, pływa z delfinami, a nawet zażywa ayahuaski, chcąc zesłać na siebie delfini sen. Opowiada o Amazonii, jak o mateczniku, miejscu, w którym wszystko ma swój początek, w którym fantastyka zderza się z realizmem, w którym prehistoria miesza się z XXI wiekiem. To nie tylko podróż i rejs po rzekach Amazonki, ale fascynująca lekcja biologii, geografii, a nawet historii i kultury, która pozostaje w głowie na długo. To fascynująca opowieść, poruszająca w sercu najgłębsze struny wrażliwością, zmieniająca na lepsze, zwracająca uwagę na coś więcej, niż czubek własnego nosa.