Po marzenia niczym albatros!

Zaledwie kilka tygodni temu przeczytałam dwa zbiory opowiadań Oty Pavla – „Śmierć pięknych saren” i „Jak poznałem się z rybami” i byłam nimi kompletnie oczarowana. Dawno nie spotkałam się z literaturą tak subtelną i delikatną, tak pozytywną, a zarazem przecież smutną i tragiczną, bo autobiograficzną. Chwilę po przeczytaniu książki napisałam do Mirka z wydawnictwa Stara Szkoła, z którym współpracuję, aby podzielić się wrażeniami, bo chyba nikt nie zna się na literaturze czeskiej tak dobrze jak on. Akurat zajmował się  felietonami sportowymi Pavla i bardzo się ucieszył, że książka mi się spodobała i zaproponował „Bajkę o Raszku”. Tę drobną książeczkę otrzymałam od niego w prezencie kilka dni później.
Nie sądziłam, że kolejne spotkanie z Otą Pavlem okaże się aż tak bardzo udane.

Bajka o Raszku_Ota PavelBohaterem opowiadania jest tytułowy Jerzy Raszka, syn honorowego Czecha, która podczas wojny traci swój majątek i popada w ruinę, tylko dlatego, że jako szewc odmawia robienia butów dla niemieckich żołnierzy. Ojciec szuka pracy w innych dziedzinach, próbuje być wesołym grabarzem, bo tego się w tym zawodzie wymaga, ale po wykopaniu kilku setek grobów i ta jego wesołość zostaje przysypana ziemią. Wkrótce i on spoczywa w podobnym do tych, które sam wykopał, dole i to mały Jurek musi przejąć obowiązek utrzymania matki i sióstr. Zaczyna pracę w fabryce, ale tak naprawdę myślami jest wciąć gdzie indziej. Jerzy chce latać, niczym albatros, a pomóc mogą mu w tym tylko narty – proste, swojskie, zrobione z beczek po śledziach. Początki nigdy nie są łatwe, dlatego z jego pierwszych skoków śmieją się koty i wrony. Ale to nie szkodzi, Jerzy się nie poddaje.
Podporą w dążeniu do realizacji marzeń jest dla niego ciotka Anna. To nie tylko surowa nauczycielka, ale i serdeczna przyjaciółka, która obok ostrej krytyki udziela Jerzemu cennych rad, a nawet zdolna jest się dla niego poświęcić. Chociaż cechuje go upór i siła, Jerzy miewa gorsze momenty, kiedy to ma ochotę rzucić nartami w kąt i pójść do baru, ale nie pozwala mu na to ciotka. Jak refren jakieś znanej piosenki karze mu trenować więcej i więcej, aż w końcu mówi, że byłaby o wiele spokojniejsza, gdyby Jerzy skoczył pięć tysięcy razy. Młody chłopak bierze sobie jej słowa do serca i zaczyna ostro trenować, wytrwale dążąc do tych pięciu tysięcy. Kiedy udaje mu się osiągnąć taką liczbę skoków czuje się wspaniale, lekko, bo wie, że nikt z jego rywali nie skoczył dokładnie pięć tysięcy razy. Kiedy mówi o tym cioci, ta sprowadza go na ziemię. Poza trenowaniem każe mu zrobić nowe narty – z rosnącego pod jej domem jesionu. W końcu przychodzi czas, kiedy Jerzy ze swoimi nowymi nartami i pięcioma tysiącami wykonanych skoków staje na olimpijskiej skoczni.

Ota Pavel praktycznie przez całe swoje życie trudnił się sportem. Pisaniem powieści zajął się dopiero pod koniec swoich lat w ramach terapii, dlatego też nie wydał wielu książek, a wszystkie z nich bezpośrednio dotykają jego osoby, jego życia lub otoczenia. „Bajka o Raszku” jest jednak czymś innym. To nie tylko hołd oddany najsłynniejszemu czeskiemu skoczkowi, dwukrotnemu medaliście olimpijskiemu, ale też pełna życiowych mądrości propozycja zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Znajdziemy tutaj elementy fantastyczne (jak choćby zawody, w których skaczą psy i staruszki), dodające całej opowieści tego typowo bajkowego klimatu.
To bajka, ale o prawdziwym życiu, w której nie brak łez i wrażliwości, ciężkich chwil i smutnych momentów. Doskonałym przykładem postaci, która zdaje się być najbardziej tajemniczą i zarazem nostalgiczną w tej opowieści jest ciotka Anna Praweczkowa – marząca o Paryżu, słuchająca Sinatry i mieszkająca w bajkowym domku przy rzece i jesionie, mająca jakąś przeszłość (prawdopodobnie smutną), ale wolącą milczeć, oddzielającą marzenia grubą krechą od rzeczywistości. Być może dlatego tak bardzo wspiera Jerzego, by za kilkadziesiąt lat nie żałował czegoś tak, jak ona? Albo trener skoczków, który porzucił całe swoje dotychczasowe życie, zmuszając żonę, aby sama dźwigała węgiel na czwarte piętro, tylko dlatego, że zamarzył o wytrenowaniu zwycięzcy olimpijskiego i obiecał to zarządowi.
To bajka, w której odrobina smutku przeplata się z całym morzem optymizmu i życiowej energii. Pokazująca, że nawet najlepsi pozostają wciąż ludźmi, wraz ze zrealizowaniem swoich marzeń nie stają się bogami i cały czas miewają wątpliwości, gorsze momenty, czy uczucie strachu przed tym, czym się przecież zajmują. Dla Jerzego przyszedł taki moment, w którym bał się skakać, ale tylko ciężką pracą i wytrwałością zdołał to uczucie przezwyciężyć.
I jak na bajkę przystało ma też swój morał: nie zwlekajcie z realizacją marzeń, nie odkładajcie życia na „kiedyś”, bo „kiedyś” może być już za późno.

Jiri_Raska

Reklamy

Po złote węgorze z Otą Pavlem

Zazwyczaj pomijam, ewentualnie czytam na samym końcu, te kilka słów, które na wstępie, przed przystąpieniem do czytania chce nam przekazać tłumacz. W nielicznych przypadkach przeczytałam je na początku: tak było z powieściami Jaume Cabré czy Donny Tartt, aż w końcu teraz – Oty Pavla. Jak to się stało, że ten czeski pisarz znalazł się wśród wyjątków? Nie wiem, ale nie chcę nawet myśleć o tym, jak wielki błąd popełniłabym, nie czytając wstępu Andrzeja Czcibora – Piotrowskiego.

Historia Oty Pavla jest niesamowita. Ota, a właściwie Otto Popper, urodził się jako trzeci i najmłodszy syn żydowskiego komiwojażera Leo Poppera. Nowe nazwisko przejęli chyba nie ze względu na solidarność z narodem czeskim czy asymilację, ale po prostu dlatego, że po tylu latach już tak wypadało, po tylu latach bycia Czechem, należało mieć i czeskie nazwisko. W czasie II wojny światowej dwóch starszych braci Oty Jiří i Hugo – oraz ojciec trafili do obozów koncentracyjnych, pozostawiając Otę samego z matką Herminą. To na niego spadł wtedy trud utrzymania rodziny, zapewnienia strawy na każdy wieczór dla siebie i matki, utrzymania domostwa w dobrym stanie aż do powrotu pozostałych członków rodziny. W 1949 roku kiedy świat powoli zaczynał zmierzać ku lepszemu Pavel został zatrudniony w Czechosłowackim Radiu jako komentator sportowy. Pracę tę załatwił mu przyjaciel jego brata (można by w tym momencie rzec, że to szczęście w nieszczęściu) z obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Ota Pavel pracował również w takich czasopismach jak „Stadion” i „Československý voják”, ciesząc się sławą doskonałego reportera sportowego. Chociaż jego felietony i reportaże ukazywały się w formach książkowych, dopiero w 1964 roku Ota Pavel zyskał sławę pisarza. Kiedy na zimowych igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku zapadł na ciężką chorobę psychiczną, w ramach terapii w szpitalu dla psychicznie chorych zalecono mu pisanie. Tam, walcząc z chorobą, która z każdym dniem przybliżała go do nieuchronnej śmierci, powracał na łono natury w rodzinne strony by po raz kolejny łowić ryby wraz z ojcem i braćmi. Swoją walkę z chorobą przegrał w 1973 roku, mając zaledwie 43 lata.

Dostałem pomieszania zmysłów na zimowej olimpiadzie w Innsbrucku. Mózg mi się zaćmił, jakby gdyby spłynęła mgła z Alp. Zobaczyłem pewnego pana jako diabła w całe okazałości, miał rogi, kopyta, sierść i wiekowe spróchniałe zęby. Potem poszedłem w górę nad Innsbruckiem żeby podpalić zabudowania wiejskie. Byłem przekonany, że taka jasność rozproszy mgłę. Wyprowadziłem już krowy i ogiery ze stajni, żeby nie spłonęły, kiedy dopadła mnie austriacka policja. Założyli mi kajdanki i poprowadzili w dolinę. Wymyślałem im, zdarłem z nóg buty i szedłem po śniegu boso jako Chrystus którego prowadzą na krzyż.

smierc-pieknych-saren-jak-spotkalem-sie-z-rybami-b-iext27631361„Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami” to dwa tomy opowiadań, w których Ota Pavel powraca do krainy wiecznego dzieciństwa, naznaczonego przez pryzmat wojny i zagłady, która wisi w powietrzu. O ile pierwszy zbiór opowiadań jest dość beztroski, to w drugim wyraźnie wyczuwa się już piętno wojennej katastrofy i jeszcze nie nadchodzącej, ale nieuchronnej schizofrenii, na którą kilka lat później autor zachoruje.
„Śmierć pięknych saren” jest zbiorem opowiadań poświęconych tacie. Ojciec jawi się tutaj niczym postać mityczna, z jednej strony odległa przez tę swoją wielkość i wybitność, ale z drugiej strony będącym przecież na wyciągnięcie ręki, na każdą prośbę i kaprys swojego syna. Leo Popper swoją legendarnością może przypominać postać Jakuba – ojca ze „Sklepów Cynamonowych”, ale pozbawiony jest tej „cudowności” i „magiczności”. W postaci „Popperka” nie ma nic nieziemskiego – ojciec nie ma zwyczaju siadać na karniszu, nie hoduje rajskich ptaków i nie myśli, że sam jest jednym z nich, jest przyziemny, człowieczy, tak samo do innych istot ludzkich podobny, tak samo cielesny, a jednak w oczach syna wrasta do rangi bohatera. To zbiór opowiadań lekkich, nieco ludycznych, które nieraz pozwalają się uśmiechnąć czy nawet roześmiać. Ota Pavel nie naznacza wszystkich stron głębią swojego cierpienia co, o dziwo, jest jeszcze bardziej wymowne, wyraziste i bardziej bolesne. Opowiada o ojcu, który sprzedawał szwedzkie lodówki, o jego ślepym zauroczeniu Panią Irmą i przyjaźnią z wielkim profesorem i malarzem Nechlebą, ot tak od czasu do czasu wspominając o wojnie i bezgranicznym smutku, który ogarnął świat.

A mamusia, drobniutka, jasnowłosa, musiała chodzić pracować na lidickie pola i często wracała zapłakana, bo na grobach z krwi i ciał pomordowanych rosła wysoka gęsta trawa. My o zagładzie Lidic nigdy nie zdołamy zapomnieć, wgryzły się nam w serca jak kleszcz w skórę, kleszcz, który zamiast ząbków i odnóży ma czarną swastykę.

Spodziewałam się, że druga część nie spodoba mi się wcale, ze względu na swoja tematykę. Nigdy ryb nie łowiłam i raczej nie zamierzam, więc co tutaj mogłabym znaleźć dla siebie? O, jak się myliłam! „Jak spotkałem się z rybami” to nie pozbawiony uczuć bestialski opis rybołówstwa, to nie apatyczny opis łowiectwa, a pięknie i malowniczo namalowana kraina, do której na swojej łódce zabiera Ota Pavel czytelnika. To część o ciut bardziej niż ojcu poświęcona braciom, to hołd złożony życiu, to koegzystencja życia i śmierci, walka i współistnienie człowieka z naturą. Z charakterystycznym dla siebie dowcipem autor opisuje dokładnie wyprawy, które przeżył z braćmi, z żoną czy z ojcem, połów złotych węgorzy i walkę o starego, zapomnianego karpia, który dla Oty i matki może być jedynym posiłkiem na kilka dni.

Jeśli chcesz być szczęśliwy godzinę, to się upij. Jeśli chcesz być szczęśliwy trzy dni, to się ożeń. Jeśli chcesz być szczęśliwy całe życie, zostań rybakiem.

Tutaj autor wspomina już o swojej chorobie, jest z nią pogodzony i zamiast zalewać nas smutkiem i bólem, dostarcza nam powodu, aby każdy dzień celebrować, wyłapywać najdrobniejsze chwile i upajać się ich cudownością. Jest to jednak proza, patrząc na jej całokształt, dość tragiczna, bo naznaczona ogromną tragedią, końcem tego cudnego życia.

A później już przez długi czas już w ten sposób z braciszkami nie wypuszczałem się na ryby. Horoskop się sprawdził, pomieszania zmysłów dostałem ja, pięć lat spędziłem w zakładzie dla chorych psychicznie.
Ryb tam nie ma.
Jedynie królowie, cesarze, Napoleony, Chrystusy, Afrodyty, księżne Libusze i Dziewice Orleańskie.

Mariusz Szczygieł powiedział, że to jedna z książek, którą kupuje w horrendalnych ilościach, bo to najbardziej antydepresyjna książka świata. No cóż, muszę trochę racji mu przyznać, ale niestety tylko trochę, bo zupełnie inaczej, jak widać, odebrałam tę książkę. O ile Ota Pavel godzi życie ze śmiercią, pokazuje ich współzależność i współoddziaływanie na siebie, wyłapuje tylko dobre chwile, starając się złych nie wspominać, tak całość tej przepięknej, niesamowicie plastycznej prozy jest przecież smutna. To właśnie tutaj autor wspomina o tragicznych skutkach wojny i spustoszeniach, które w ludzkich sercach poczyniła armia niemiecka, wspomina o wesołych wyprawach na ryby, będąc przecież świadomym swojej choroby, swojego wykluczenia ze społeczeństwa i pozbawienia wolności, będąc skazanym na odejście z tego świata, tak bardzo przezeń kochanego. Chociaż błyskotliwa, z niesamowitym, bardzo swobodnym językiem to literatura, która udowadnia, że nic nie trwa wiecznie, że wszystko ma swój koniec, że żyjemy po to, by umrzeć, a przepowiednie, chociaż najbardziej bzdurne, czasem się sprawdzają.
Jednak przez typowe dla Czechów połączenie słodyczy z goryczą Ota Pavel tworzy literaturę z najwyższej półki, którą można czytać wiele, wiele razy, a wciąż będzie się czuło jej niedosyt. Na rybach jest jak Hrabal, który cieszy się każdym łykiem złotego piwa i spływającą po brodzie gęstą pianą. Pozwala się wzruszyć, roześmiać i głośno zapłakać. Jest absolutnie doskonały. Perfekcyjny w każdym szczególe. Doskonały.

Mamusia wezwała pogotowie. Przyjechali, wzięli go pod ręce. Oświadczyli, że zabiorą do szpitala. Zaczął im wymyślać, a przy furtce wyrwał się im, że niby czegoś zapomniał. Ale nie wrócił się po małe radio tranzystorowe, jakie ludzie zwykle zabierają ze sobą. Kiedyś kazał namalować piękną tabliczkę, z której był dumny. Teraz powiesił ją na furtce, aby każdy mógł przeczytać. Wypisano na niej:
ZARAZ WRACAM.
I już nigdy nie wrócił.