Steinbecka podróż do Rosji

W 1946 roku, czyli w zaledwie dwa lata po zakończeniu wojny, nikogo nie obchodziło to, jak wygląda życie Rosjan, a szczególnie Amerykanów, którzy mieli z nimi dość napięte stosunki. Rosja była jedną wielką niewiadomą, na jej temat krążyły plotki i legendy, wszystko co złe, przypisywano właśnie Rosjanom – że się nie myją w ogóle, albo że się myją, ale wszyscy razem w tym samym czasie – kobiety z mężczyznami, że nie piją, ale chleją do upadłego, że zbyt dużo tańczą, że czczą Stalina, że chcą wojny, że ją wypowiedzą. Sytuacja wyglądała podobnie również i w drugą stronę – Rosjanie nie mieli pojęcia kim są Amerykanie i jak wygląda ich codzienne życie – co do jednego byli pewni: że chcą z nimi wojny i że prędzej czy później ją wypowiedzą. Mieszkańców obu państw interesowała scena polityczna wroga, ale poza tymi wszystkimi pytaniami o zimną wojnę, gdzieś z tyłu głowy próbowali sobie wyobrazić, jak żyje ten drugi – co ubiera, co jada na obiad, czy chodzi na przyjęcia, o czym rozmawia z przyjaciółmi… To właśnie wtedy Steinbeck, uznany już w tym czasie autor „Gron Gniewu”, „Myszy i ludzi”, mający za sobą swoją pierwszą podróż do Europy, postanowił wyruszyć w głąb Rosji, aby odpowiedzieć na te wszystkie pytania, na które jeszcze nie odpowiedziano.

steinbeckTowarzyszyć miał mu węgierski fotograf i jego przyjaciel – Robert Capa – którego fotografie z tej podróży miały stanowić część projektu. Ich wyprawa miała trwać czterdzieści dni, podczas których mieli przyjrzeć się życiu przeciętnych Rosjan i bez zbędnych analiz i ocen Steinbeck miał opisać to, co zobaczył i poznał, Capa zrobić zaś zdjęcia. O ile jednak zapisków pisarza nikt nie miał ochoty przeglądać, tak fotografie podlegały cenzurze i bez uprzedniego zaakceptowania ich ze strony władz nie mogły zostać wywiezione z kraju. Przez czterdzieści dni towarzyszyli Rosjanom, Ukraińcom i Gruzinom, przyglądając się ich codzienności, rozmawiając, próbując siebie nawzajem poznać.
Zaskakujący okazuje się fakt, jak w rzeczywistości mało wiemy nie tylko o sobie nawzajem, o drugim narodzie, ale przede wszystkim o swoim kraju, w którym żyjemy od kołyski. Ukraińskiego chłopa interesowało przede wszystkim to, ile zarabia przeciętny amerykański chłop, jak wygląda jego dzień, czy stać go na kupno traktora i czy pomaga mu państwo. Nie na wszystkie te pytania potrafił Steinbeck odpowiedzieć (tak na marginesie: pojawia się ciekawa konkluzja, jakoby zarówno Rosjanie jak i Ukraińcy wszelkie wynalazki – czy to techniczne czy natury czysto rządowej, prawnej uznają za swoje dzieło). Podobna trudność w udzieleniu odpowiedzi pojawiła się, kiedy jeden z rosyjskich dziennikarzy zapytał Steinbecka go o młode amerykańskie literackie talenty, a on potrafił wymienić tylko jedno nazwisko.

Steinbeck i Capa przyglądali się Ukraińskim żniwom, uczestniczyli w potańcówce, byli w teatrze, zwiedzali miasto z uroczą Sweet Laną (tak wymawiali imię Swietłany), słuchając jej opowieści, umierali z przejedzenia po ucztach, w których uczestniczyli i leczyli obolałe żołądki po gruzińskiej wódce. Rozmawiali z ludźmi szczęśliwymi i spełnionymi, ale również z takimi, którzy jeszcze nie zdążyli odbudować swojego domu po zniszczeniach wojennych. Widzieli dziewczyny tańczące ze sobą nawzajem, bo wojna zabrała im wszystkich młodych chłopców, szaloną kobietę, której umysł nie zdołał unieść piętna wojny i wypchnął ją z cywilizowanego świata do jaskini, w której żyła niczym dzikie zwierzę, widzieli dzieci bawiące się wśród ruin. I chociaż podczas tej czterdziestodniowej podróży bywały momenty ciężkie – bo samolot się spóźnił, albo nie wystartował, bo okazało się, że nikt nie zarezerwował im pokoi, bo Capa bał się o swoje zdjęcia i chodził po pokoju hotelowym niczym kwoka, której skradziono pisklęta, albo spędzał trzy godziny w łazience, próbując uniknąć spotkania z porannym, upierdliwym Steinbeckiem – ten trud okazał się wart zachodu. Konkluzja z tego reportażu jest jasna: Rosjanie to tacy sami ludzie, jak wszyscy inni, mający swoje wady i zalety, tak samo ciekawi, a zarazem przerażeni świata jak Amerykanie. To ludzie dobrzy i źli, ale to ludzie – nie rządni krwi, nie zmanipulowani.
Przyznam szczerze, że dla mnie „Dziennik z podróży do Rosji” nie okazał się aż tak odkrywczy, bo przecież bliżej nam, Polakom, do Rosji niż Amerykanom, a i kultury mamy zbliżone, ale z przyjemnością czytałam o tych różnicach i podobieństwach, które przedstawiciele tych dwóch narodów między sobą odkrywali. Fotografie Roberta Capy są niesamowite, a też wzajemnie przywary obu podróżników wywołują u czytelnika uśmiech na twarzy. Zdecydowanie warto przeczytać, szczególnie ze względu na obraz Steinbecka, jako pisarza – to na co zwraca uwagę, albo co zbywa milczeniem, okazało się dla mnie fascynującym literackim odkryciem.

Autobusem przez Kalifornię i ludzkie charaktery

Każdy z nas przynajmniej raz podróżował komunikacją miejską: pociągiem, tramwajem czy choćby tym najpopularniejszym i najczęstszym – autobusem. Każdemu z nas zdarzyło się zetknąć z różnymi ludźmi – tymi budzącymi podziw, z teczkami w rękach, w garniturach i komórkami stale przytkniętymi to prawego lub lewego ucha, z ładnymi dziewczynami, ubranymi w zdobne spódnice, mogącymi się pochwalić długimi i szczupłymi nogami, ze staruszkami, których nieustannie boli głowa i zawsze znajdzie się jakiś powód do narzekania, z zakompleksionym, bo pryszczatym nastolatkiem czy choćby z życiowym nieudacznikiem, który smutki topi to w alkoholu, to w papierosach, kobietach lub podróżach.
Każdy z nas – z pozoru zwykły człowiek – okazuje się fascynującym materiałem godnym opisania, niosącym może i powtarzalną, ale niezwykle uniwersalną i stale fascynującą historię. Każdy.
I to właśnie robi Steinbeck w „Zagubionym autobusie”.

Zagubiony.autobusGłównym bohaterem powieści jest Juan – Meksykanin, który mieszka jednak z dala od swojej ojczyzny. Juan prowadzi razem ze swoją żoną, Alice, mały bar z bufetem i okrągłymi stołkami przymocowanymi do podłogi. Alice często jest jednak nieznośna – zrzędliwa, zazdrosna i nieszczęśliwa. Większość jej dnia zajmuje narzekanie i rządzenie innymi, a jej największą wadą zdaje się być wpychanie nosa w nieswoje sprawy i zabieranie głosu na każdy temat. Nie jest lubiana ani przez gości, ani przez pracowników, ani, zdaje się, przez samego Juana.
Państwo Chicoy posiadają również koncesję na prowadzenie linii autobusowej między Rebel Corners a San Juan de la Cruz, przez co miejsce, gdzie znajduje się bar, stało się jeszcze stacją autobusową. Juan większość swojego czasu poświęca naprawianiu autobusu, pomaga mu w tym Pryszcz, zwany tak przez okrągłe i nabrzmiałe krosty na swojej twarzy. Autobus, chociaż stary, jakoś jeszcze jeździ, dlatego kiedy tylko wszystko zostaje dopięte na ostatni guzik, Juan zbiera pasażerów i wyjeżdża w podróż. I właśnie od tego momentu zaczyna się cała zabawa. W podróży uczestniczą różnoracy ludzie – od Pryszcza (zwanego też Kitem), który jest boleśnie bezradny na ogromne krosty przez które unika go większość dziewczyn, przez żyjącą marzeniami Normę, biznessmana Pana Pritcharda, aż po tzw. Camille Oaks, która udaje, że jest asystentką dentysty, podczas gdy naga kąpie się w ogromnym kielichu wina przed męską publicznością. Spotykają się tutaj ci uczciwi z cwanymi, szczodrzy ze skąpcami, skromni z bezwstydnymi, mądrzy z głupimi, zaspokojeni z ciągle pragnącymi czegoś więcej od życia. Poznajemy ich zmartwienia i troski, żądze i pragnienia, słabości, kompleksy i cechy, które starają się skrywać, stosunek do życia i drugiego człowieka. Steinbeck jako doskonały obserwator opisuje wykreowanych przez siebie bohaterów w tak niezwykle realistyczny i plastyczny sposób, że gdybyśmy zapytali: „Jaki jest Pan Pritchard?”, „Kim jest Pryszcz?”, doskonale potrafilibyśmy odpowiedzieć na to pytanie w sposób tak wyczerpujący, jakby te postaci były co najmniej naszymi bardzo dobrymi znajomymi.
Nawet jeżeli niektórym ta książka może się nudzić, bo nie ma co spodziewać się po Steinbecku pędzącej akcji czy nagłych zwrotów, niesie ona ze sobą szalenie interesującą i poważną treść.

Chociaż wiele słów krytyki było adresowanych do Johna Steinbecka, jest on absolutnym mistrzem w swoim fachu. W każdej książce udowadnia, że jest niesamowitym obserwatorem życia i jeszcze lepszym rzemieślnikiem, przelewając swoje spostrzeżenia na kartki papieru. Steinbecka można brać w ciemno, będąc pewnym niezaprzeczalnej wartości jego prozy.

Gorycz pragnień ludzkich

Sławę Steinbeckowi przyniosły trzy powieści: „Myszy i ludzie” (1937), „Grona Gniewu” (1939), oraz „Na wschód od Edenu” (1952). Są to trzy najczęściej czytane, a co za tym idzie, najbardziej doceniane powieści autora. Powieści sztandarowe, można by powiedzieć, które pomogą nam zrozumieć styl i tematykę jaką porusza Amerykanin. Jednak w przeciągu dwudziestu lat – pomiędzy wydaniem powieści wojennej „Księżyc zaszedł” (1942), a wydaniem „Zimy naszej goryczy” (1961) autor nie był już tak doceniany. Steinbeck próbował wówczas różnych form literackich, dzięki czemu powstała komiczna opowieść „Krótkie panowanie Pepina IV” czy „Dziennik z morza Corteza”, powieść marynistyczna, ale krytycy i tak uważali, że pisarz nie dysponuje już tymi umiejętnościami, co wcześniej. Rok, po wydaniu „Zimy naszej goryczy”, w 1962 roku, Steinbeck został laureatem literackiej nagrody Nobla, co jeszcze bardziej pobudziło głosy krytyki. Steinbecka czytało społeczeństwo, ale wśród intelektualistów, wykładowców, anglistów, jego powieści nie cieszyły się aż taką popularnością. Dzięki wydawnictwu Prószyński i S-ka, które regularnie pozwala nam zapoznawać się z dziełami słynnego Amerykanina w coraz to piękniejszych odsłonach, mogłam sama się przekonać, czy krytyka Noblisty jest słuszna.

Czasami chciałbym znać istotę nocnych myśli. Są bardzo pokrewne snom. Raz mogę nimi kierować, a znowu kiedy indziej robią, co chcą, i gnają przeze mnie jak silne, nieokiełznane konie.

zima naszej goryczyNew Baytown to małe, ładne miasteczko, położone wokół kompleksu wód śródlądowych zasilanych przez fale morskie. Miejscowość nie jest zbyt ludna, prawie każdy się tam zna. Budynki tam są małe i schludne, z wyjątkiem kilku okazałych domów dawnych wielorybników. Właśnie z tego ludzie kiedyś się utrzymywali – z wypraw w morze. Wkrótce jednak przemysł wyparł wielorybnictwo, a razem z tym na dnie morza pochował pewną tajemnicę – tajemnicę pożaru na statku i upadku pewnej rodziny. Głównym bohaterem powieści jest Ethan Hawley. Ethan należał do najbogatszych ludzi w mieście, jednak los odebrał mu wszystko, skazując go na posadę subiekta w sklepie pewnego Sycylijczyka. O ile Ethan żyje teraźniejszością, starając się zapomnieć o starych dobrych czasach, jego żona, Mary tęskni za utraconą wielkością. Kobieta chciałaby znów być postrzegana przez mieszkańców New Baytown jako pani, a nie „Biedna Mary, która tak dużo pracuje”. Marzy jej się kupno telewizora, nowych mebli czy ozdobnych firanek. Podobnie zachowują się pociechy Ethana – Ellen i Allen – które zazdroszczą innym dzieciom wakacji, wyjazdów czy tego, że nie wisi nad nimi widmo wakacyjnej pracy. Jest też Danny, przyjaciel Ethana, który każdego dnia żebrze o dolara na wódkę, Margie, przyjaciółka Mary, czarownica, rozwódka, która boi się utraty środków do życia i nadchodzącej wielkimi krokami starości, a co za tym idzie – samotności, pan Marullo, czyli szef Ethana, cierpiący na artretyczne bóle, bogaci Bakerowie itd. Każdy z bohaterów żyje pragnieniem odmiany, nowego życia, drugiej szansy. To, wydawałoby się, zwykła społeczność, w której każda rodzina ma jakiś swój problem, swoją tajemnicę. Życie leniwie toczyłoby się dla każdego z nich w podobny sposób, gdyby nie Margie, która pewnego dnia wyczytuje z kart tarota zapowiedź zmiany – krótkiego szczęścia, które po chwili przyniesie za sobą smutek i ogromną dawkę goryczy.

Nie dostrzegaliśmy tego, czego nie umieliśmy wyjaśnić, a tymczasem wielka część świata była pozostawiona dzieciom, szaleńcom, głupcom i mistykom, których bardziej interesowało to, co jest, niż dlaczego to jest. Tyle starych i ślicznych rzeczy jest zgromadzonych na poddaszu świata, ponieważ nie chcemy mieć ich koło siebie, a nie mamy odwagi ich wyrzucić.

Steinbeck w charakterystyczny dla siebie sposób kreśli bohaterów do bólu ludzkich, wśród których każdy jest niesamowicie wyrazisty, ma swoje pragnienia i potrzeby, złudne nadzieje, sprzeczne uczucia – na ten przykład Ethan, główny bohater, to mężczyzna niezwykle inteligentny, z umiejętnością posługiwania się ironią i ciętym dowcipem. Pracując w sklepie skradł sobie serce każdego mieszkańca New Baytown, będąc dla nich zawsze miłym i towarzyskim. Również i dla czytelnika Ethan wydaje się przesympatyczną postacią, nazywając swoją żonę „Ablativusem absolutusem”, „Panną Myszeczką”, „Panną Rabarbarką z Oranżerii” czy „Gotowaną przepiórką”. Ja wprost nie mogłam oderwać się od czytania dialogów pomiędzy Ethanem a Mary, tak bardzo emanują ciepłem i miłością. Bohater nie jest jednak, jak sam podkreśla, „sympatycznym głupcem”, który chociaż cwany, w rzeczywistości jest nieszkodliwy. Kochając ponad życie swoją rodzinę będzie starał się daj jej to, czego od niego oczekują. Do czego to doprowadzi? Jak zmienią się losy mieszkańców New Bayton? Czy Ethan odzyska należną mu sławę? Kto podpalił statek rodziny Hawleyów?
Oprócz bycia głównym bohaterem powieści, Eth jest również w głównej mierze jej narratorem. W głównej mierze, ponieważ na początku obu części dwa rozdziały napisane są w narracji trzecioosobowej, z trzecim rozdziałem
to Ethan zabiera głos.

Jeżeli ktoś potrafi utrzymać ludzi w napięciu, niemal bez tchu, wyczekujących przez czas dłuższy, to uwierzą we wszystko – nie tyle dzięki aktorstwu, co technice, wyliczeniu w czasie.

Tytuł książki pochodzi z kroniki Williama Shakespeare’a „Ryszard III”. Tytułowy król Ryszard, człowiek okropny i pozbawiony skrupułów, morduje swoją rodzinę, aby móc zasiąść na tronie. Steinbeck oplatając historię cytatem z Shakespeare’a, opowiada o upadku moralności Ameryki z lat 50′ i 60′, jednocześnie przedstawiając realistyczny, wciąż obecny i uniwersalny obraz człowieka, pokazuje, jak dobrowolne zejście z dobrej, na złą drogę, mając złudną nadzieję, że wszystko „jakoś się ułoży” prowadzi do klęski człowieka, jego upadku.

„Zima naszej goryczy” może być stawiana obok „Gron Gniewu” czy „Na wschód od Edenu”. To wspaniała liryczna powieść, która pokazuje, jak proste potrafią być żądze ludzi i jak skrajne i przerażające czyny, aby te żądze zaspokoić. To nie powieść o pieniądzu, a o przewrotnej naturze człowieka, o drobnych sprawach, których na co dzień nie dostrzegamy, o czasie, który stale się zmienia. O rezygnacji i poświęceniu. O niedostrzeganiu drobnych chwil szczęścia każdego dnia. Choć zakropiona ogromną dawką humoru i ironii, nie jest to książka, która bawi, a jedynie wyciska łzy, pozostaje z czytelnikiem na zawsze. To książka zmuszająca do refleksji nad sobą i własnym postępowaniem. To Steinbeck w najlepszej formie.

W poszukiwaniu pieniądza i chleba

„Grona gniewu” to arcydzieło literatury – wspaniała powieść o wartości rodziny, o przeciwnościach w życiu człowieka, o biedzie i nędzy.

Rodzina Joadów, jak wiele innych, zmuszona przez los, porzuca strony rodzinne i wyrusza na południe. Kalifornia kusi ich pięknem i rzekomym bogactwem, ale przede wszystkim chęcią przetrwania. Tam bowiem mają znaleźć pracę, dzięki której zdołaliby przeżyć. Liczą na posadę przy zbieraniu brzoskwiń, w które obfituje kalifornijski rejon. Kalifornia jest ich ziemią obiecaną.
Praca jednak okazuje się zupełnie inna od tej, pokazanej na ulotkach. Stawki są małe, nie ma co do gęby włożyć, ludzie przymierają głodem.

„Klęska wyziera z oczu tych ludzi. Z oczu tych zgłodniałych wyziera rosnący gniew. W sercu ich wzbierają i dojrzewają grona gniewu – zapowiedź przyszłego winobrania.”

grona gniewu OKLADKA.inddRodzina się rozpada, a ponadto w Kalifornii panuje ponad przeciętne bezprawie, choć nie wiem czy te określenie jest tutaj słuszne. Powiedziałabym może wręcz przeciwnie – Kalifornia jest bardzo dobrze strzeżonym i zarządzanym stanem, ale policja nadużywa swojej władzy względem nowo przybyłych. Wyzwiska, bójki, więzienie mają zmusić „Oklaków” do opuszczenia Kalifornii i wrócenia tam, skąd przybyli.
Steinbeck podkreśla swoją krytyczną postawę wobec kapitalizmu i wyzysku, oraz w wyjątkowy sposób pokazuje, że niewiele pozostało na świecie dobra, a biednemu człowiekowi może pomóc tylko drugi biedak.
Steinbeck rozpala jednak nadzieję w sercach, pozwala wyśnić sobie inne życie, pozwala na marzenia, choć z nutką realizmu, bowiem mogą one nigdy nie zostać zrealizowane. Rozpala w człowieku wiarę.

„Ku czemu idziemy? A mnie się zdaje, że do niczego nie idziemy. Zawsze tylko jesteśmy w drodze.”

Jednym z głównych wątków powieści jest właśnie droga, a więc można ją nazwać „powieścią drogi”, gdzie wędrówka służy do przekazania uniwersalnych prawd i wartości moralnych. Joadowie nieustannie podróżują, szukając szansy na lepsze życie. Z tym łączy się wartość rodziny – która mimo wszystkich przeciwności losu stara trzymać się razem. Jednak i to okazuje się niemożliwe – umiera babka, odchodzi Connie, pozostawiając ciężarną żonę, Tom musi się ukrywać, a Al w końcu chce wyfrunąć z rodzinnego gniazda i ułożyć sobie własne. Al reprezentuje chyba jedyną osobę, która bardziej skupiona jest na sobie, niźli na innych. Nie można mu mieć tego jednak za złe – jest młodym chłopakiem, żądnym świata i przygód, poszukującym luksusu, chcącym niezależności. Poza nim można wyróżnić stryja Johna i Rosasharn – przy czym i oni nie reprezentują złych postaw. Rosasharn, jako kobieta w ciąży, myśli o dziecku, a nie o sobie. Pragnąc mleka, nie chce się najeść, kieruje nią nieustanny lęk, że dziecko narodzi się martwe, natomiast John nieustannie pokutuje, przeprasza za grzechy, stara się żyć dobrze, po popełnionym w przeszłości „błędzie”.
Osobą, która spaja całe towarzystwo jest matka. Ona jak i ojciec, są jedynymi postaciami, do których nikt nie zwraca się po imieniu. Matka jest ostoją kobiecości – jest niesamowicie silna, która nie daje po sobie poznać, jak bardzo los ją doświadczył. Trzyma władzę w swoich rękach, dowodzi, troszczy się o posiłki, wysyła mężczyzn do pracy, a nawet podnosi ich na duchu. Do złudzenia przypomina mi ona bohaterkę „Matki” autorstwa Pearl S. Buck.
Niezwykły wpływ wywarła na mnie jej rozmowa z mężem:

„Kobieta potrafi zmienić się i dopasować lepiej niż mężczyzna (…) Kobieta zamyka całe swoje życie w rękach, a mężczyzna – w głowie.”

„Mężczyzna idzie przez życie, szarpiąc się jakby i skacząc. Urodziło mu się dziecko, umarł ktoś z rodziny – szarpnął się i już jest gdzie indziej. Osiadł na swojej farmie albo ją stracił – znowu się szarpie i rzuca w co innego. A kobieta płynie, płynie jak strumień, jak rzeka. Spotyka w drodze jakieś tam wiry, czasem tu i tam zakotłuje się coś, ale i tak wszystko płynie naprzód, wciąż naprzód. Kobieta właśnie tak widzi życie.”

Matka jest wyczerpana, ale nie daje tego po sobie poznać. Jest chyba moją ulubioną postacią. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo cierpiała – a powodów do tego miała sporo. Nie potrafię sobie wyobrazić jej bólu, kiedy musieli odjechać z kolejnego miejsca, poszukując innego i pozostawiając za sobą w tyle swoich dwóch synów, których prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy. I takie właśnie jest zakończenie książki – otwarte. Dla mnie jest to sporym atutem – choć na początku byłam rozczarowana, muszę przyznać, że lubię kiedy nie wszystkie sprawy są wyjaśnione. Kiedy Tom dalej błąka się po lesie, Al jakoś układa sobie życie, a Rosasharn… no właśnie. Ostatnia scena, kiedy Rosasharn ratuje umierającego z głodu mężczyznę, podając mu własną pierś, jest niezwykle enigmatyczna. Rozkosz, która pojawia się na twarzy dziewczyny niewątpliwie wiąże się z namiastką odzyskanego macierzyństwa, z myślą o utraconym maleństwie. Z drugiej strony, na jej twarzy pojawia się „tajemniczy uśmiech”, który nie jest zresztą ukazany po raz pierwszy w powieści. Rosasharn w ciąży się zmieniała – dopiero wtedy naprawdę dojrzała, stała się w pełni kobietą.

„Grona gniewu” to zdecydowanie lektura obowiązkowa, ukazująca wiele problemów i niezwykle ważnych wartości, których w obecnych czasach brakuje. Podkreśla przywiązanie człowieka do ziemi, tradycji i rodziny, czego wzorcem mogą być nasi „Chłopi” Reymonta.
Z czystym sumieniem mogę polecić, aczkolwiek ostrzegam przed rozczarowaniem – otwarte zakończenia są ciekawe, ale kiedy nie wszystko kończy się dobrze, kiedy bohaterom towarzyszy cień zła, wciąż kroczący za nimi i nutka nieszczęścia, czy rzeczywiście jest się z czego cieszyć?

„Tom roześmiał się z zakłopotaniem.
– Ano, może Casy miał rację, może człowiek nie ma własnej duszy, a tylko kawałek jednej wielkiej… a wtedy…
– Co wtedy, Tom?
– Wtedy to nie będzie ważne, że umrę. Wtedy i tak będę wszędzie, w mroku. Będę wszędzie, gdzie mama spojrzy. Wszędzie tam, gdzie ludzie walczą o to, by mieć co jeść. Będę wszędzie tam, gdzie policjant bije człowieka. Jeżeli Casy mówił prawdę, to będę tam, gdzie drą się wniebogłosy szalali z głodu ludzie, będę tam, gdzie dzieci się śmieją, kiedy chcą jeść i wiedzą, że zaraz dostaną kolację. A kiedy nasi ludzie będą jedli chleb z własnych pól i zamieszkają w pobudowanych przez siebie domach – będę i tam. Rozumie mama?”