Spotkanie autorskie z Jaume Cabré – Apostrof

blog_7

Kiedy rok temu sięgnęłam po książki Jaume Cabré nie sądziłam, że kiedykolwiek uda mi się autora spotkać i zdobyć jego podpis na książce. Oczywiście marzyłam o tym skrycie, ale nie widziałam na to szans, dlatego starałam się w swoich planach i celach nie wybiegać za daleko… Upajałam się „Wyznaję”, „Głosami Pamano” czy „Jaśnie Panem”, słowem i opowieścią Cabré, ale na tym mogłam poprzestać. No, pozostawało mi ewentualne czekanie na kolejną przetłumaczoną powieść autora.

A jednak marzenia czasem się spełniają… kiedy dowiedziałam się, że Jaume Cabré będzie na Empikowym Apostrofie 20 maja – czyli w piątek, kiedy mam całkowicie wolny od pracy i nauki dzień – postanowiłam pojechać. Właściwie nie cieszyłam się z tego wyjazdu aż do momentu, kiedy wsiadłam w pociąg jadący do Katowic (z Katowic jechałam do Warszawy), bo ciągle bałam się, że coś się nie uda. Sądziłam, że jeżeli będę za bardzo podekscytowana tym spotkaniem, moje marzenie wyśliźnie mi się z rąk niczym ryba i wskoczy do czyjegoś innego stawu. Ale koniec końców, udało się!

13288838_788338467963842_366545879_n

Do teatru Powszechnego udałam się chwilę po zakończeniu spotkania z Łukaszem Orbitowskim (o którym przeczytacie TU). Na miejscu byłam jakieś pół godziny przed czasem – celowo. Nie chciałam siedzieć w ostatnim rzędzie, chciałam być jak najbliżej sceny, żeby dobrze słyszeć i widzieć jednego z moich ulubionych pisarzy. Spotkanie poprowadził Michał Nogaś – Dziennikarz Programu 3 Polskiego Radia, prowadzący audycję „Z Najwyższej Półki”, w której rozmawia o literaturze, razem z Ewą Wysocką, tłumaczką, autorką niedawno wydanej książki „Barcelona. Stolica Polski”, korespondentką Polskiego radia w Barcelonie. Co to było za spotkanie! Dotychczas uczestniczyłam w 3, 4 razem z Łukaszem Orbitowskim, spotkaniach i żaden – podkreślam – żaden prowadzący nie był tak świetny w swojej roli!

blog_13

Spotkanie zaczęło się od rozbrajającego „Dzień dobry”, które padło z ust samego autora! Później zadano Cabré pytanie o Katalonię – jakie są charakterystyczne cechy Katalończyków i dlaczego nazywają ich Polakami? Już przy tej pierwszej kwestii śmiechu było niemało, a po przebrnięciu przez to pierwsze pytanie Cabré śmiał się nieustannie! Trzy razy próbował odpowiedzieć na pytanie Michała i trzy razy zapominał o czym ono było – to popatrzył na okładkę „Cienia Eunucha” i zapomniał, to w próbie odpowiadania stracił wątek. Kiedy w końcu zapamiętał pytanie uświadomił sobie, że nie potrafi na nie odpowiedzieć. Za to Polakom Katalończycy zawdzięczają programy telewizyjne – Polonia i Cracovia, w których politycy pokazywani są w krzywym zwierciadle, a od czasu do czasu pojawia się w nich nawet król. Co więcej, programy te kończą się polskim napisem KONIEC. Poza tym dla Hiszpanów Katalończycy mówią dziwnym, niezrozumiałym językiem, stąd wzięło się ich przezwisko. Ale oni podchodzą do tego z dystansem – z czegoś, co miało stanowić obrazę stworzyli zaletę, atrybut i obnoszą się tym z dumą.

Kolejna kwestia, którą poruszył Michał Nogaś łączyła się bezpośrednio z poprzednim tematem. Czy obecnie w 2016 roku, kiedy sytuacja polityczna się już zmieniła, Katalończycy dalej się boją, dalej przeżywają taki strach, jaki towarzyszył im podczas terroru generała Franco? Cabré opowiadał o swojej młodości, którą piętnował ciągły strach. Jako dziecko nie mógł mówić swoim językiem, zabronione było czytanie katalońskiej literatury. Od czasu do czasu spotykali się w niektórych domach by czytać dzieła katalońskich pisarzy, ale i to było ryzykiem. Nie wiedziało się kto jest wrogiem, a kto przyjacielem. Lata jego młodości były naznaczone terrorem generała Franco. Obecnie jest już inaczej, Katalończycy mają siłę, aby walczyć o autonomię, mają ku temu warunki. Są zdecydowani w swoich dążeniach, ale byłoby zbyt pięknie, gdyby na tej drodze ku wolności nie napotkali ani jednej przeszkody…

„Żyjemy w kraju formalnie demokratycznym. Nasza konstytucja, która jest nie do ruszenia, jest stworzona przez działaczy Franco, przez ludzi, którzy czuli jego oddech na swoich plecach”.

Teraz, spacerując po ulicy, Katalończyk nie odczuwa już strachu przed pierwszym lepszym napotkanym obcym, ale jednocześnie jest świadomy, że w każdej chwili sytuacja może się odmienić. Tak samo jest z piłką nożną…

„Młodzi ludzie, oglądając Barcę, która wygrywa 3:0, 4:0, 6:0, są szczęśliwi. Ja wręcz przeciwnie, ja cierpię okropnie! Mówię sobie: coś jest ze mną nie tak, oni wygrywają, a ja się nie cieszę? Ale ja dorastałem w czasach, kiedy Barcelona dochodziła do finału, ale zawsze go przegrywała. Dorastałem w czasach porażek. Dopiero później przyszedł Cruijff, Pep Guardiola, którzy odmienili piłkę, ale we mnie jest wciąż ta obawa, że to jest zbyt piękne, że coś może pójść nie tak…”

blog_12

Nawiązując do wypowiedzi Jaume Cabré o piłce nożnej jeden z uczestników spotkania spytał go, dlaczego nie pisze o footballu? W jego powieściach pojawia się Katalonia, która jest dla niego ogromnie ważna, pojawiają się znajome mu miejsca, jego bohaterowie przedstawiają jego rozterki, jest w końcu i muzyka, jego niespełniona pasja, dlaczego zatem nie ma piłki nożnej, czy to zbyt intymne? „Możliwe” – odpowiedział Cabré, śmiejąc się.
A dwaj ulubieni piłkarze Barcy z ostatnich 10 lat? Xabi Hernandez i Busquets – powiedział bez namysłu.

Cabré opowiedział też sporo o procesie tworzenia powieści przez niego – jak to wszystko wygląda?

„Traktuję czytelnika jako człowieka inteligentnego. Pozwalam mu samemu odkrywać moją powieść. Między bohaterami nie może być takiego dialogu: Moja kuzynka Iwona właśnie przyjechała z Warszawy, bo wtedy czytelnik dowiaduje się, że po pierwsze, mamy kuzynkę, po drugie, nazywa się Iwona, po trzecie, przyjechała z Warszawy. Wtedy nie masz już czytelnikowi nic do powiedzenia, wszystkie informacje mu przekazałeś. On powinien się sam domyślić, że Iwona przyjechała z Warszawy, wspaniale by było, gdyby gdzieś w środku powieści wpadł na trop, że narrator i Iwona są kuzynostwem.”

Co mi się niezmiernie podobało, było to, że Cabré do zilustrowania nam pewnych sytuacji posługiwał się polskimi okolicznościami – tudzież miastem Warszawą i kuzynką Iwoną. Równie dobrze mógł mówić w kontekście Hiszpanii, ale jak widać to nas postawił na piedestale, robiąc nam przysługę. Wiele opowiadał o procesie tworzenia powieści przez siebie – pozostawia szerokie pole dla czytelnika, który sam powinien wszystkiego dowiadywać się z książki. Słuchając jego wywody Michał Nogaś zapytał żartobliwie na której stronie zwykle czytelnik dowiaduje się o imieniu głównego bohatera? Zwykle na dwieście siedemdziesiątej trzeciej – odpowiedział z uśmiechem autor.
„Pomyślcie Państwo, co by to było, gdyby Jaume Cabré przerabiał „Ulissesa” Joyce’a” – zażartował jeszcze raz prowadzący, na co cała sala odpowiedziała śmiechem.

blog_4

Cabré nigdy nie tworzy żadnych konspektów i rozpisek swoich powieści. Nie planuje o czym będą rozdziały i ile ich będzie. Jego historie same się tworzą – tak było np. z „Wyznaję”.

„Gdybyśmy chcieli streścić o czym jest „Wyznaję”, powiedzielibyśmy, że to powieść o skrzypcach. Tymczasem skrzypce pojawiają się dopiero w połowie książki.”

„Wyznaję” zaczęło się od historii pewnego średniowiecznego mnicha, ale pisarz uznał, że nie jest w stanie zbudować całej książki na podstawie tej postaci. Wymyślił więc motyw skrzypiec, a do nich idealnie pasował mu młody chłopiec z ciężkim dzieciństwem. Po drodze, w czasie pisania pojawiła się także druga wojna światowa i inne czasy, które w powieści się stykają.

Skąd wzięła się w jego powieściach muzyka? Bo przecież w każdej jego książce, łącznie z tą najnowszą, pojawia się jakiś muzyczny motyw.

„Tak naprawdę piszę, bo jestem sfrustrowanym muzykiem. Gdybyśmy się spotkali po jakimś koncercie – zwrócił się do Michała Nogasia – i zapytałbym Pana, co Pan robi w życiu, z pewnością odpowiedziałby Pan: jestem pianistą, ale tak naprawdę chciałbym być pisarzem, ja odpowiadam w ten sam sposób – piszę, bo nie umiem tańczyć, ani grać na żadnym instrumencie”

Na pytanie, czy jego powieści są symfonią Cabré postanowił zrobić eksperyment. Opowiedział, że każdy koncert zaczyna się od nut do re mi fa so la si do, a kończy do si la so fa mi re do, co ma być przypomnieniem początkowej melodii. Idąc tym tokiem rozumowania, również i powieść powinna zachowywać się tam samo – ostatnie zdanie powinno przypominać to pierwsze. Razem z Ewą Wysocką Jaume Cabré przeczytał pierwsze i ostatnie zdanie z „Cienia Eunucha” i okazało się, że ta książka naprawdę jest zbudowana jak symfonia. Niesamowite!
Katalończyk początek swojej książki zawsze tworzy na końcu, tak jest mu najwygodniej. Pisanie nie sprawia mu jednak przyjemności – pisze, bo nie potrafi przestać tego robić, ale żona nie raz słyszała go krzyczącego podczas pisania. Jaume Cabré opowiedział też o sytuacji, kiedy podczas spotkania autorskiego dwóch czytelników przyniosło mu konspekt, rozpiskę do „Wyznaję”, dzięki której nie gubili się w tej wielowątkowej opowieści. Jak zareagował na ich pomysł? „Dlaczego nie przynieśliście mi tego, kiedy zaczynałem pisać?!”
A jak doszło do tego, że pisze? Za każdym razem kiedy kończył czytać jakąś naprawdę dobrą książkę czuł, że nie ma co dalej robić, nie ma co czytać, nad czym myśleć, postanowił więc kontynuować historie opowiedziane przez innych autorów. Zaczął opisywać poranek – wschodzące słońce, rozbijające się kwiaty, ćwierkające ptaki, ciężkie kroki zmęczonego mężczyzny, świeży, deszczowy zapach, aż w końcu pomyślał, że chciałby to robić częściej – więc zaczął pisać.

blog_6

Czy pisania da się nauczyć? To pytanie z kolei padło z ust jednej z jego czytelniczek. I co sądzi o szkołach kreatywnego pisania? Autor jako wieloletni wykładowca uniwersytecki odpowiedział, że jego zdaniem pisania i dobrego warsztatu można się nauczyć, ale co innego ze staniem się pisarzem – bo tego nie nauczy cię nikt, ani ty sam się nie nauczysz. Zaletą takich szkół jest to, że z ludzi, którzy pisarzami nie zostaną, stworzy się dobrych czytelników – a to przecież bardzo ważne.

Na koniec zdradził jeszcze, że obecnie nie pracuje nad powieścią, ale zbiorem opowiadań – niektóre z nich napisał już dawno, teraz zamierza je wydać.

Wkrótce spotkanie dobiegło końca. Zapewne omawiane było jeszcze coś, o czym tutaj nie wspomniałam, ale o ile notowałam na Orbitowskim (tak, postanowiłam notować, żeby niczego nie zapomnieć), tak na Cabré totalnie przepadłam – w atmosferze, w jego słowach, w jego opowieściach. Chciałam słuchać i nie stracić ani jednej cennej chwili bo wiedziałam, że być może to jedyna okazja, że może już nie będę miała szansy go spotkać. Więc słuchałam.
Po spotkaniu, które autor skwitował uroczym „Dziękuję!” odbyło się podpisywanie książek przez autora. Zabrałam do Warszawy ze sobą tylko „Wyznaję”, bo nie chciałam zbyt wiele dźwigać. Dzisiaj żałuję – mogłam zebrać podpisy na wszystkich czterech powieściach autora… Z drugiej strony Pan Nogaś wspomniał o tym, że pisarz jest na nogach cały dzień i aby go nie przemęczać, więc może dobrze zrobiłam?
Po zakończeniu spotkania skierowałam się w kierunku Dworca, skąd pociągiem pojechałam do domu.
Marzenie spełnione. 🙂

blog_1

blog_2

Reklamy

Spotkanie autorskie z Łukaszem Orbitowskim – Warszawskie Targi Książki

Na Warszawskich Targach Książki miało mnie w ogóle nie być – studiuję zaocznie, więc perspektywa weekendu spędzonego w Warszawie była nie do przyjęcia. Zawsze pozostawał jeszcze piątek, ale sam plan Targów był bardziej interesujący w sobotę czy w niedzielę. Jednak wydarzyło się coś, co spowodowało, że zrobiłam naprawdę wiele, aby jednak na jeden dzień w stolicy zawitać…
Wszystko zaczęło się właściwie ponad rok temu, kiedy zaczęłam blogować – pierwszą zrecenzowaną przeze mnie książką było „Wyznaję” katalońskiego pisarza Jaume Cabré. Zakochałam się w tej książce po uszy, absolutnie przepadłam. Przez kolejne miesiące sięgnęłam po następne wydane przez Marginesy książki Cabré i utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że to pisarz z najwyższej półki, który czaruje słowem, wodzi czytelnika za nos, bawi się nim, a z literaturą robi coś, czego jeszcze nigdy nie spotkałam. Wkrótce Cabré zawitał na liście moich ulubionych autorów… Kiedy dowiedziałam się więc, że pisarz będzie w piątek w Warszawie, na organizowanym przez Empik Apostrofie, nie mogłam nie pojechać!
Tak się szczęśliwie składało, że o 16:00 na Targach odbyło się też spotkanie z Łukaszem Orbitowskim, którego nie mogłam sobie odpuścić. Ale po kolei! 🙂

blog_15
O podróży pisać Wam nie będę, bo była jak każda inna podróż pociągiem – momentami nużąca (momenty te przespałam), chwilami interesująca (kłótnie w komunikacji miejskiej i pretensje pasażerów są naprawdę wciągające – jak dobry kryminał!). Do Warszawy dotarłam po dwunastej, kilka godzin później znalazłam się na Stadionie Narodowym, oczywiście odbyło się nie bez problemów w dotarciu tam, ale dobrzy ludzie zawsze służą pomocą.
Na początku chciałam kupić „Wigilijne Psy”, ostatnio wydaną przez SQN książkę Orbitowskiego. Naprawdę zamierzałam zaopatrzyć się w tylko jedną książkę, ale kiedy dotarłam na ich stoisko, okazało się, że można mieć 3 książki, płacąc przy tym za 2… Wahałam się długo, przeglądałam te książki, chwytałam, odkładałam, czytałam, krążyłam tam i z powrotem, aż w końcu wyszłam z trzema powieściami Orbitowskiego – „Wigilijnymi Psami”, „Szczęśliwą Ziemią” i „Zapiskami Nosorożca”. Zakupu pomógł mi dokonać bardzo miły pan, który przemawiał do mnie trafnymi argumentami:
– Jak się Pani nie spodoba, to da Pani komuś w prezencie…
– Ale ja nie oddają swoich książek…
– No to nie ma szans, na pewno się spodobają!
– Hm… – zastanawiałam się
– Zawsze może Pani zapłacić za wszystkie trzy i będzie po problemie…
– No dobra, biorę!
blog_26

blog_28

A kiedy w końcu zakupu dokonałam i wyszłam szczęśliwa, okrążyłam stadion jeszcze z pięćdziesiąt razy, zatrzymując się gdzieniegdzie i przeglądając co wydawnictwa oferują. Z półek wołali do mnie pełnym błagania głosem m.in. „Beatlesi” i „Krivoklat”, ale nie ugięłam się. Czy dobrze, sama nie wiem, mam wątpliwości… W końcu książek nigdy za mało!

O 16:00 odbyło się spotkanie z Łukaszem Orbitowskim, a właściwie to miało się odbyć, bo przez poprzednią grupę trochę się opóźniło… Sam autor się niecierpliwił, ale w końcu weszliśmy do sali i mogliśmy poważnie porozmawiać o literaturze (oczywiście żartuję z tą powagą 🙂 ).

blog_21

Spotkanie zostało zorganizowane dzięki Fundacji Miasto Słów, a prowadziła je członkini tejże fundacji i profesor Uniwersytetu Toruńskiego – Marlena Cyzman. Na samym początku padło pytanie, czy autor nie czuje się wkurzony tym, że „Inna Dusza” zbiera same pochwały, jest najbardziej rozpoznawalną książką autora i właściwie tylko z nią się go kojarzy – pytanie to oczywiście miało związek z nominacją „Innej Duszy” do Literackiej Nagrody Nike. Autor odpowiedział, że wkurzony się nie czuje, ale bardziej rozczarowany. W końcu napisał już kilka „książeczek”, a wszyscy tylko kierują swoje myśli ku „Innej Duszy”. Przyznał, że miał kiedyś ambicje napisania wielkiej powieści, ale już się ich wyzbył, skoro czytelnicy uważają, że „Inna Dusza” jest tą jego wielką książką.

Teraz będę pisał książki, jakie sam mam ochotę napisać, bez żadnej ambicji bycia wielkim autorem.”

Jedna z czytelniczek zabrała wtedy głos oznajmiając, że gdyby nie „Inna Dusza” nie poznałaby się z twórczością Łukasza. Autor nie zaprzeczył, powiedział, że cieszy się, że wiele osób właśnie ta książka zachęciła do sięgnięcia po jego inne pozycje, ale sam osobiście nie uważa, żeby był to jego największy literacki sukces. Orbitowski wyznał również, że z powodu tej książki rodzina ofiar Balickiego miała do niego liczne pretensje, jakoby ich pokrzywdził, ale spodziewał się podobnej sytuacji.
Pisarz opowiedział też o swojej nowej książce, która będzie nosić tytuł „Exodus”. Będzie to powieść drogi – o ucieczce, poszukiwaniu, odnajdywaniu siebie. Zapytano Łukasza, czy nie czuje, że temat jest już wyeksploatowany dostatecznie, by znów podobnym motywem, jakim jest podróż, kierować się w swojej książce. Zaprzeczył, za malowniczy przykład podał Wergiliusza, który nie oglądał się na twórczość Homera.

Moje książki zawsze mają jakiś znak inności. A kiedy zajmujesz się sztuką, nie ma co oglądać się na innych.”

Trudność w napisaniu tej nowej powieści, jak zdradził, leży w tym, że dotychczas zawsze pisał o miejscach, które znał, w których był, które w jakiś sposób zbadał. Tym razem akcja książki, jako że jest to powieść drogi, dzieje się w kilku miejscach – między innymi Berlinie, Paryżu czy gdzieś w Grecji. Orbitowski przyznał, że nieźle się wkopał – będzie musiał teraz w jakiś sposób te miejsca poznać, czy podróżą, czy samym zgłębieniem wiedzy o nich. Zdradził też, że w „Exodusie”, pośród tych zaplanowanych 21 rozdziałów, swoje miejsce znajdą też fragmenty poświęcone uchodźcom. Czy nie boi się pisać na tak drażliwy temat obecnie? Absolutnie nie, w ogóle go to nie obchodzi. Czuje się wolny, bo może pisać to co chce, jego książki mogą być przeciętne, ale będą takie, jakie on chce napisać.
Jeden z uczestników spotkania zapytał Łukasza Orbitowskiego jak doszło do tego, że został prowadzącym programu „Dezerterzy”, na co złożyło się kilka minut ciekawej historii. Wszystko stało się właściwie przez przypadek, Łukasz nie brał tej propozycji na poważnie, po czym rzeczywiście – udało mu się zostać prezenterem tego programu. Traktuje to jako świetną przygodę i coś nowego. Prowadząca spotkanie zauważyła, że Łukasz w telewizji jest dokładnie taki sam, jak na żywo – nie zmienia sposobu mówienia, ubiera się tak samo, jest naturalny i szczery i, co najważniejsze, pozwala mówić swoim gościom, nie wchodząc im w zdanie. Z tego wątku wywiązała się dyskusja o poziomie prowadzenia programów telewizyjnych – Orbitowski zauważył, że wielu dziennikarzy skupia całą uwagę na sobie, próbując stać się gwiazdą, on, w przeciwieństwie do nich, koncentruje się na gościu, bo to jest dla niego najważniejsze.

„Bycie sobą to wartość. Ja siebie nie wymyśliłem, to nie jest kreacja.”

Następnie Marlena Cyzman zarzuciła pisarzowi, że wiele osób uważa, że on nie jest intelektualistą. Pisze książki fajne, owszem, ale nie ma w nich żadnej refleksji, ważnej myśli, powodu do przemyśleń, czy filozofii.

„Nie jestem intelektualistą, mam braki w lekturach. Oczywiście, sporo w życiu przeczytałem, ale sporo książek pominąłem. Mam zerową potrzebę polemiki… Moje książki nie mają stanowić głębokiego intelektualnego przeżycia, tam są obserwacje. Warunek dostateczny bycia moim czytelnikiem to bycie w miarę inteligentnym i w miarę wrażliwym. Totalny tępak i człowiek pozbawiony emocji nie przebrnie przez moją książkę.”

Sama odważyłam się też zapytać autora czym jest dla niego pisanie – radością, czy katorgą?

A skąd w ogóle pomysł, że pisanie może sprawiać jakąkolwiek radość? To jest brodzenie przez błoto, przy -4 stopniach, mżawce, wilgoci…”

A jednak Pan to robi – zauważyłam. Łukasz Orbitowski odpowiedział, że zadowalający jest efekt końcowy – czyli książka w rękach czytelnika. To właśnie dlatego warto pisać, mimo iż cały ten proces jest bardzo ciężką i męczącą pracą. Czytelnika traktuje przede wszystkim jak przyjaciela, chociaż nie spoufala się za bardzo. Na wiadomości do niego wysyłane zazwyczaj nie odpisuje, a jeżeli już to wszystkim to samo – fajnie, dzięki bardzo. Nie zdarzyło się, by ktoś zaczepił go na ulicy, zaproponował piwo… On sam też nie udostępnia swoich prywatnych informacji do wiadomości innych – nikt tak naprawdę nie wie, gdzie mieszka on lub jego syn, nie wie kto jest jego partnerką.

„Pisarz nie jest celebrytą. Pisarz to nie raper.”

Na koniec przyznał, że literatura nie jest najważniejsza, chociaż kiedyś tak uważał. Potrafiłby zrezygnować ze spotkań autorskich, ale nie potrafiłby odłożyć pisania. Pisanie to jego praca. Z drugiej strony obecności na spotkaniach autorskich nie bierze za komplement względem swego talentu, bo nikt przy zdrowych myślach, jak twierdzi, nie pofatygowałby się na spotkanie z pisarzem, którego nie lubi.
A dlaczego pisze? Uważa, że nic innego nie potrafi.

blog_19

Na koniec przyszedł czas na podpisywanie książek. Kiedy na biurku, przy którym siedział Orbitowski, postawiłam trzy książki, zapytałam czy go nie zmęczę. On zaśmiał się i powiedział, że dziwi się, że chciało mi się książki dźwigać. Następnie podzieliłam się refleksją, jaka naszła mnie po przeczytaniu „Innej Duszy” i serdecznie podziękowałam za spotkanie. Pobiegłam do Teatru Powszechnego, aby posłuchać Cabré 🙂

blog_18

blog_17

Ogólne wrażenia? Orbitowski to nie tylko całkiem dobry pisarz, ale bardzo sympatyczny, szczery i naturalny facet. Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tym spotkaniu.

Spotkanie autorskie z Witem Szostakiem

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o spotkaniu z Witem Szostakiem w Rybniku, ze smutkiem oddaliłam myśl uczestnictwa w nim. Później okazało się, że czwartego lutego w Katowicach pojawi się Jacek Dehnel, więc tym bardziej byłam zła, że ominą mnie TAKIE wydarzenia. A wszystko przez co? Przez egzamin z ekonomii! O nie, pomyślałam sobie, nie pozwolę na to – i zdecydowałam, że co jak co, ale przecież na spotkaniu z Witem Szostakiem muszę być, w końcu to moje miasto. I jak postanowiłam, tak zrobiłam.

Kiedy tylko weszłam do sali (jako druga swoją drogą), w powietrzu wyczułam ogromne podniecenie. Okazało się, że nie tylko ja tak reaguję na literaturę i jej twórców. 😀 Panie z biblioteki opowiadały radośnie o tym, jak autor przyszedł się z nimi przywitać i że wygląda dokładnie tak, jak na plakacie, przez co łatwo go poznać. Kiedy tylko Wit Szostak wszedł do sali, oniemiałam. Dopiero wtedy zauważyłam, że usiadłam zupełnie w pierwszym rzędzie, wprost na przeciw niego, poza tym rzeczywiście wyglądał tak, jak na zdjęciu – ta sama marynarka, koszula, tak samo ułożone włosy, a nawet zamyślony wyraz twarzy.

wit
Moderatorką spotkania była pani Anna Piontek, która zaraz na początku odwołała się do cytatu Umberto Eco o tym, że prawdziwa biblioteka to taka, w której można się napisać kawy ze śmietanką – a w naszej, a jakże, można było 🙂 Rozpoczęła rozmowę od pytania o to, jak się pisze książki. Okazało się, że Wit Szostak pisze książki zupełnie różnie – nieraz przy pisaniu słucha muzyki (ale nie polskiej, bo polskie słowa go rozpraszają), albo siedzi w knajpie, gdzie otacza go gwar rozmów i głośny śmiech, ale najczęściej pisze w nocy, kiedy towarzyszy mu zupełna cisza. Poza tym, niektóre książki piszą mu się same, wręcz wylewają się z niego i nie upływa miesiąc, a książka jest już gotowa. Pisania nie uznaje też za jakąś męczarnię, jak postrzega ten proces wielu pisarzy – sprawia mu ono przyjemność, jednak nie tęskni za tym zajęciem w okresie, kiedy robi sobie od niego przerwę. Czasem – jak wtedy w knajpach i kawiarniach – pisze je w Krakowie – czasem w podróży, czasem w domu, na obrzeżach Krakowa. „Oberki do końca świata” prawie w całości powstały w Berlinie, a więc w miejscu, w którym zupełnie nie czuć klimatu polskiej wsi, co świadczy o tym – jak podkreślił – jak wielką rolę odgrywa w pisaniu wyobraźnia. Inaczej rzecz się ma z czytaniem – Wit Szostak przyznał, że nie potrafiłby czytać literatury rosyjskiej będąc na wakacjach, nad morzem, na plaży – wtedy raczej woli wczuwać się w klimat miejsca, w którym akurat przebywa. Zaczynając myśleć o nowej książce nie prowadzi „researchu”, nie sprawdza miejsc i postaci (jak to robi Szczepan Twardoch, który mówił o tym na spotkaniu, w którym uczestniczyłam w październiku). Nieraz zdarza się tak, że cała opowieść jest już gotowa, a brakuje jej tylko lokalizacji, scenografii, niczym w teatrze – tak było z „Wróżeniem z wnętrzności”, do którego pomysł z umieszczeniem akcji książki na dworcu kolejowym przyszedł Szostakowi z zupełnie innej powieści (która jednak nigdy nie powstała i nie powstanie, bo pomysł przestał autora fascynować). Drugie, ukryte życie dworców kolejowych, jak sądzi Wit Szostak, jest zresztą świetnym tematem do dyskusji, bo nieraz dzieje się tak, że dworce pozbawione swojej najważniejszej funkcji zostają wynajęte przez prywatne osoby, które postanawiają tam zamieszkać.
Drugim kwestią, jaką poruszyła pani Anna Piontek, były literackie autorytety Wita Szostaka. Wyobraźcie sobie, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy Szostak przyznał, że wychowywał się wśród literatury iberoamerykańskiej, a wśród jej pisarzy bardzo ceni Marqueza (nie raz zresztą prowadząca spotkanie pomyliła się co do tytułu „Stu dni bez słońca”, zamieniając „dni” na „lata”, jak w „Stu latach samotności” Marqueza). Szostak dostrzegł pewne podobieństwa pomiędzy kulturą polską, a iberoamerykańską – o ile my możemy się czuć niczym te gorsze dzieci cywilizacji europejskiej, tak narody Ameryki Południowej mogą podobny stosunek mieć do Hiszpanii – bo jako „matka” dała im język, literaturę, kulturę, ale z drugiej strony jest też przecież „macochą”, pozostającą w roli kolonizatora. Wit Szostak wspomniał o swojej fascynacji fantastyką w okresie liceum, o czasie kiedy odkrył Tolkiena i o wielkim rozczarowaniu. Bo o ile Tolkien absolutnie go zachwycił, tak okazało się, że inne książki tego samego gatunku wcale go nie porywają Niby były smoki, elfy, te wszystkie charakterystyczne elementy dla fantastyki, ale to już nie działało. Wyjaśnił nam, że dopiero później odkrył, jak ważną w tym wszystkim rolę odgrywa mit, bo w fantastyce nie urzekła go sama opowieść, sama sfera przygodowa książki, ale to głębsze dno, znaczenie – mit. Nawiązał tym samym do niedocenianego i czasem źle przedstawianego polskiego folkloru, który opisał w „Oberkach do końca świata”. Autor zauważył, że Polacy często zazdroszczą innym narodom – jak choćby Irlandczykom – ich folkloru, pieśni, tradycji, mitów, kiedy wystarczy sięgnąć głębiej do naszej tradycji, aby znaleźć to, co naprawdę piękne. Od chwili zapoznania się z fantastyką mit stał się elementem, który zaczął go fascynować, co też próbuje przekazać w swoich książkach.
Oczywiście nie sposób było nie zahaczyć o tematy filozoficzne, skoro sam z wykształcenia jest filozofem. Wspomniał o swojej pracy na uczelni – o tym, jak przychodzi 1 października do sali i widzi ponad setkę osób kompletnie nie zainteresowanych jego przedmiotem, o tym, że jego celem powinno być zauroczenie tych osób nauką, ale tego nie robi, bo zdaje sobie sprawę, że filozofia na Uniwersytecie Ekonomicznym, a więc w dążeniu do bycia ekonomistami, inżynierami itd. wcale by im nie pomogła, a jedynie mogłaby utrudnić. 😀 Tym samym opowiedział o kilku osobach z którymi spotykał się na osobnych zajęciach, które po swoich z nim rozważaniach o filozofii jako drugi kierunek wybrały sobie przedmioty humanistyczne – polonistykę i filozofię.
Rozładowując poważne napięcie rozmów o wielkiej literaturze, Anna Piontek posłużyła się cytatem ze „Stu dni bez słońca”: nie ma nic smutniejszego niż zimne jajka na bekonie i skrzepnięty wieprzowy tłuszcz, pytając autora, czy rzeczywiście nie ma nic smutniejszego, niż zimne jajka na bekonie. Wit Szostak zaśmiał się i wspomniał o tym, że niedawno w artykule pisał o tym, że nie ma nic smutniejszego niż plac budowy. Z uśmiechem powiedział, że przy następnej jego wizycie w Rybniku oczekuje, że zrobimy sobie listę „najsmutniejszych rzeczy według Wita Szostaka”.

I nawet jestem na zdjęciu 😀wit_szostak_3

Pod koniec nadszedł oczywiście czas na pytania czytelników. Już wcześniej przygotowałam sobie kwestie, o które chciałabym zagadnąć Wita Szostaka, ale serce tak mi waliło w piersi, że myślałam, że nie zdołam go o nic zapytać. Mimowolnie się jednak zgłosiłam i zadałam mu aż trzy pytania – dwa podczas trwania spotkania, a jedno podczas podpisywania książki. Moje pierwsze pytanie dotyczyło pseudonimu Wita Szostaka – skąd się wziął, dlaczego pisze pod pseudonimem i dlaczego akurat takim. Autor odpowiedział, że pod pseudonimem zaczął pisać w ’97 roku, była to jakaś chęć zabezpieczenia siebie, odróżnienia swojego prywatnego życia, od życia pisarza – tym samym wielu jego współpracowników z uczelni nie wie, że pisze książki. Później, w trakcie rozmowy z innym czytelnikiem, Wit Szostak zwrócił się do mnie, uzupełniając swoją odpowiedź o to, że „Szostak” jest panieńskim nazwiskiem jego matki, a że często mu powtarzano: mówisz jak Szostakowie, postanowił posłużyć się tym nazwiskiem. Zresztą łączy się to również – znowu – z kulturą iberoamerykańską, gdzie przejmuje się nazwisko po ojcu i po matce, co bardzo mu się spodobało i żałuje, że nie jest to obecne w kulturze polskiej. Następnie zapytałam Wita Szostaka, nawiązując do fragmentu „Wielorybów i ciem” Szczepana Twardocha o to, czy potrafi rzeczywiście oddzielić od siebie zwykłego – profesora uniwersyteckiego, ojca, męża, członka rodziny – pisarza, Wita Szostaka. W „Wielorybach i ćmach” Twardoch posłużył się piękną metaforą, opisując moment, kiedy Wit Szostak wraca do domu i razem z płaszczem na wieszak odwiesza Wita Szostaka. Obawiałam się, że autor potraktuje moje pytanie dość lekceważąco, w końcu nie raz musiał być już o to zapytany w jakimś wywiadzie, ale on powiedział, że to bardzo interesująca i ważna kwestia, że musi tutaj poruszyć kilka wątków. Wcale nie tak łatwo oddzielić od siebie te dwie postaci, które przecież okazują się być jedną osobą. Wit Szostak podąża za nim niczym cień, jest obecny cały czas, nie da się go oddzielić, zostawić na chwilę, zamknąć na klucz w pokoju i odpocząć od jego obecności. Tym samym autor wytłumaczył to, jak czuje się podczas pisania: Kiedy piszę, czuję się, jakby wspinał się po szczycie, podczas gdy mieszkam w dolinie. Ta dolina jest jego domem, z okien swojego domu może obserwować szczyt tej góry, natomiast nie może się tam wspiąć, to jest możliwe tylko dzięki pisaniu. Inny czytelnik, w oparciu o moje pytanie, zapytał go o to, czy coś by zmienił, czy gdyby mógł podjąć jeszcze raz taką decyzję, czy znów pozostawałby poniekąd anonimowy – bo skryty pod pseudonimem, czy na okładkach książek drukowałby swoje prawdziwe imię i nazwisko. Szostak odpowiedział, że wielokrotnie myślał o ujawnieniu się, ale zdecydował w końcu by tego nie robić i tak jest lepiej. Zasugerowano mu również pewne rozdwojenie jaźni 😀 jakim jest Wit Szostak, na co z uśmiechem odparł, że pojawia się też trzecia osobowość – Lesław Srebroń – która napisała „Sto dni bez słońca”, on tę powieść tylko zredagował. 😉 Czytelniczki nawiązywały do „Oberków do końca świata”, dziękując pisarzowi za tak piękną książkę, która cała jest muzyką, za to, że pokazał im świat, który na Śląsku jest zupełnie niedostępny, oddalony. Szostak rozwinął kwestię muzyki, wspominając o tym, że o ile literatura czy malarstwo są sztukami mimetycznymi, naśladującymi rzeczywistość, tak muzyka niczego nie naśladuje, muzyka po prostu jest i to jest w niej piękne. Analizował również z nami postać Błażeja z „Wróżenia z wnętrzności” jako człowieka, z którym nikt się nie liczy, tylko dlatego, że milczy. Błażej traktowany jest jako sprzęt domowy, mebel, element wyposażenia przed którym można wszystko powiedzieć, zdradzić wszystkie tajemnice, bo milczy i nikomu nie powtórzy.
Nawiązując do ks. Tischnera, który powiedział, że na pierwszym miejscu jest człowiekiem, na drugim filozofem, a dopiero na trzecim miejscu księdzem, jeden z czytelników zapytał Wita Szostaka, czy będąc tam w górze, na szczycie (podczas pisania) czy nadal jest człowiekiem. Zagadnięto go również o to, czy naprawdę nie wierzy w konieczność istnienia prawdziwych humanistów w dzisiejszym świecie (odnośnie „Stu dni bez słońca”). A jedna ze starszych fanek Wita Szostaka przyznała, że Szczepan Twardoch zrobił mu doskonałą reklamę w „Wielorybach i ćmach”, nie tylko literacką, ale i modową.
Kiedy spotkanie dobiegło końca i stałam przed Witem Szostakiem ze swoim egzemplarzem „Stu dni…” zapytałam go, czy mogłabym zadać jeszcze jedno pytanie – chciałam wiedzieć, czy podobnie jak Szczepan Twardoch uważa, że przy pisarzu nie można zdradzić żadnej tajemnicy, bo wszystko zostaje zapamiętane, wszystko co bolesne, kiedyś zostanie użyte, czy patrzy na swoją rodzinę, na obcych ludzi jako materiał do przedstawienia w książce czy raczej potrafi to oddzielić.
Nie, ja raczej nie mam tak, że podsłuchuję jakieś rozmowy w pociągu, żeby później to opisać. Myślę, że mi można w tej kwestii ufać bardziej, niż Szczepanowi, o ile w ogóle można ufać Szczepanowi w tym, co pisze.
Uzyskałam też wspaniały autograf, niesamowitym zielonym atramentem:

12674252_949470038422563_113053369_n

To było naprawdę niesamowite spotkanie, nie wiem, czy nawet nie lepsze od tego z Twardochem? Może myślę tak dlatego, że rozmawiałam z autorem, podzieliłam się z nim swoimi spostrzeżeniami i uzyskałam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania? Być może, ale muszę przyznać, że jestem naprawdę zadowolona. Chociaż od spotkania minęły już dwa dni, ja wciąż czuję się, jakbym tam była, wśród tych wszystkich cudownych ludzi, zainteresowanych literaturą, czujących potrzebę, aby o niej rozmawiać, przebywających wśród tak niesamowicie wielkiego intelektu.
A i ekonomia zdana, więc wyszłam przy tym na swoje 😉

*Zdjęcie ze spotkania pochodzi ze strony Rybnik.com.pl

Spotkanie autorskie z Ignacym Karpowiczem

karpowiczNa początku miał być tylko Szczepan Twardoch (Szczepan Twardoch będzie w Rybniku?! Super, zrobię wszystko żeby pójść na spotkanie!!! 😀 😀 😀 ), ale później okazało się, że termin 15 października nie pasuje autorowi. Ze strony internetowej Rybnickich Dni Literatury usunięto więc Twardocha a dano… Karpowicza! Że Twardocha nie będzie, strasznie żałowałam, ale w końcu nie taki diabeł straszny, bo Karpowicz to też przecież czołówka współczesnej polskiej literatury i nie tylko nie ma miejscu było narzekanie, ale należało się wręcz cieszyć. Jednak kiedy okazało się, że i Twardoch będzie w Rybniku (był 2 października, o czym pisałam Wam TU), i Karpowicz, byłam wniebowzięta. Tym sposobem podczas tegorocznych Rybnickich Dni Literatury uczestniczyłam w spotkaniach z dwoma fantastycznymi autorami. O ile jednak Twardoch mnie zachwycił i jeszcze bardziej rozkochał w swojej literaturze, tak spotkanie z Karpowiczem… zawiodło mnie.
Tak, zawiodło mnie. Nawet nie wiecie, jak przykro jest mi pisać te słowa, bo nie tak to sobie wyobrażałam. Byłam przekonana, że spotkanie z Karpowiczem będzie na tym samym poziomie, albo jeszcze wyższym, co spotkanie z Twardochem. Ale po kolei.

Spotkanie prowadził Dariusz Nowacki – krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Śląskiego, o którym ostatnio było głośno w Internecie w związku z jego krytyką „Dracha” Szczepana Twardocha. Zaczął od poruszenia problemu „hejtu”, internetowego linczu na Olgę Tokarczuk, z którym autorka spotkała się zaraz po tym, jak została laureatką nagrody Nike. Karpowicz przyznał, że bardzo ceni sobie twórczość Tokarczuk i jego zdaniem jest jedną z najlepszych polskich pisarek. Docenia jej umiejętność tworzenia zdań, a w szczególności wplatania dialogów pomiędzy opisy, bo, jak twierdzi, nie są one niczym odrębnym w narracji, stanowią całość. Następnie zapytamy o „Sońkę” zaczął opowiadać, jak rozpoczęła się jego przygoda z tą historią. Dowiedziałam się, że „Sońka” towarzyszyła Karpowiczowi niemalże przez całe życie, i że dopiero po jej wydaniu autor zaczął od niej odpoczywać. „Sońka” pierwotnie była książką całkowicie inną – bogatszą i grubszą. Z biegiem czasu Karpowicz zaczął wycinać poszczególne fragmenty „Sońki” („Sońki 01” – jak ją nazwał) i wklejać je do osobnego pliku, w ten sposób powstała nasza, nam znana „Sońka” („Sońka 02”). Dariusz Nowacki był zdumiony faktem, że na komputerze Karpowicza istnieją jeszcze fragmenty „Sońki”, których czytelnicy nie znają. Ponadto, historia jest prawdziwa, bowiem w okolicach, z których wywodzi się Karpowicz, mieszkała kiedyś Sonia, która miała romans z Niemcem. Taka mała społeczność nie tylko nie wybacza, a często zabija. – jak wspomniał autor.

5

Zapytany o to, jakich autorów lubi, docenił Alice Munro za „przezroczystość” jej stylu. Autor opowiedział też o swojej przeszłości i pisarskiej drodze. Pisał od zawsze, bo już od podstawówki, kiedy stworzył opowiadanie dla swojej koleżanki, powoli dojrzewał w liceum, natomiast największy rozkwit nastąpił w czasie studiów, kiedy to wielu znajomym osobom wręczał swoje prace z prośbą o ocenę. Warto pamiętać, że Karpowicz zadebiutował w roku 2006 (mając 30 lat) powieścią „Niehalo”. Czas po ukończeniu studiów, aż do debiutu książki spędził w różnych częściach Afryki – dzięki temu opowiedział nam też o języku amharskim, gdzie nie ma czasu przyszłego – o przyszłości mówi się albo w czasie teraźniejszym, albo w przyszłym, bo jak twierdzą Etiopczycy: przyszłość to nic, co jeszcze się nie zdarzyło.

Zapytany przez Nowackiego o młodych twórców potwierdził, że w dzisiejszych czasach każdy może pisać, a często to pisanie nie ma nic wspólnego z literaturą. Rozważył również istotną kwestię kryminału, poruszając problem dopasowania  języka do fabuły. Karpowicz twierdzi, że wielu twórców kryminałów stosuje w swoich powieściach prosty język, jakby tylko ten był odpowiedni do szalenie pędzącej akcji i skomplikowanej fabuły, przez co kryminały nie mają nic wspólnego z literaturą wysoką, z arcydziełami.

2

Pod koniec spotkania zadawane były oczywiście pytania od czytelników, na które w większości odpowiadał Nowacki. Tak, dobrze przeczytaliście, a ja nie popełniłam żadnego błędu – Nowacki. Odpowiedzi Karpowicza były jedynie uzupełnieniem myśli krytyka, co bardzo mi się nie spodobało – przecież to pisarz w tym wszystkim jest najważniejszy, nie prowadzący spotkanie.

No dobrze, ale pewnie zastanawiacie się dlaczego spotkanie nie za bardzo mi się podobało, a więc do rzeczy. Po pierwsze, pytania zadawane przez Nowackiego były dość nudne i drążyły ciągle jeden i ten sam temat, a do tego wszystkiego Karpowicz nie był spójny w swoich myślach, jego odpowiedzi nużyły mnie i po godzinie spotkania pomyślałam tylko: „Boże, niech to się już skończy”. Autor sam jakby nie wiedział co chciał powiedzieć, ponadto styl jego wypowiedzi, jego umiejętność retoryki nie może być porównywana ze stylem, jakim pisze swoje powieści. O ile w książkach Karpowicz bawi się słowem, gimnastykuje język, tak w mowie często brakuje mu słów. Po dwóch godzinach spędzonych na spotkaniu z Karpowiczem dowiedziałam się o wiele mniej o nim i jego książkach, niż po spotkaniu z Twardochem. Ponadto nie towarzyszyło mi kołatanie serca, strach czy podekscytowanie. Kiedy Karpowicz podpisał mi książkę, wspominając, że moje imię jest „takie imperialne”, wyszłam ze spotkania niezwykle zmęczona i jednocześnie szczęśliwa, że dobiegło już końca. Niestety nie miałam okazji wcześniej napisać tej recenzji, przez co ciężko było mi zebrać myśli i przypomnieć sobie wszystko, co autor powiedział nam w czwartek, ale będąc szczerą, wątpię, abym w czwartek czy piątek pamiętała więcej. Być może to dobrze, że piszę tę recenzję, że jest to, oprócz podpisanej książki i zdjęć, jedyny ślad w mojej głowie po spotkaniu z autorem.

k

Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, dlatego cieszę się, że uczestniczyłam w spotkaniu z autorem, zdobyłam jego podpis, zrobiłam kilka zdjęć i poznałam go osobiście. Może na następnym spotkaniu będzie lepiej, o ile pytania będą ciekawsze? 🙂

P.S. Widzicie te wymowne puste miejsca? Na spotkaniu z Twardochem ludzie stali lub siadali na schodach, bo nie było wolnych krzeseł, a to tylko ze względu, że Twardoch jest „tutejszy”, jest „nasz”. Na przykładzie spotkania z Karpowiczem mogę jednak śmiało stwierdzić, że Polacy nie czytają.  Tylko dlaczego nie?

Spotkanie autorskie ze Szczepanem Twardochem

Zapewne znacie to uczucie, tą miłą ekscytację, a zarazem lęk, wstyd, kołotanie serca i motyle w brzuchu, zaraz przed spotkaniem się ze swoim idolem. Taką osobą może być dla nas każdy, kogo wysoko cenimy, kto zmienił coś w naszym życiu – dla mnie takimi osobami są cenieni przeze mnie pisarze – między innymi Szczepan Twardoch.
Kiedy dowiedziałam się, że do Rybnika, mojego miasta, ma przyjechać Szczepan Twardoch, niezmiernie się ucieszyłam. Do spotkania jednak było jeszcze mnóstwo czasu, więc radość i podniecenie odstawiłam na później, nie chcąc zapeszać. Pod koniec września przeżyłam mały zawał serca, kiedy dowiedziałam się, że Twardoch jednak nie pojawi się 15 października w Rybniku. Byłam bliska rozpaczy (dosłownie!), ale pocieszałam się tym, że być może spotkanie odbędzie się w innym terminie – no i się odbyło! W ciągu Rybnickich Dni Literatury upieczono dwie pieczenie na jednym ogniu bowiem 2 października odbyło się spotkanie autorskie ze Szczepanem Twardochem, a 15 października w Rybniku pojawi się Ignacy Karpowicz – czyli duet dwóch znakomitych polskich pisarzy.

Fot. Dominik Gajda (rybnik.com.pl)

Szczepana Twardocha nie trzeba chyba przedstawiać nikomu – to autor niesamowitej „Morfiny” (o której pisałam TU) i nominowanego do Nagrody Nike „Dracha” (o którym pisałam TU). Moje spotkanie zaczęło się właściwie nie od spotkania ze Szczepanem Twardochem, a od spotkania z Karoliną z bloga Tanayah Czyta (jej relacja ze spotkania TU). Po piętnastej przeżyłam już zawał (drugi z powodu Twardocha!), bo mój autobus spóźnił się o ponad dwadzieścia minut, dlatego już się bałam, że nie dotrę na czas. O 16.30 byłam już w Rybniku i szybko biegłam do Karoliny, która czekała na mnie na dworcu. Jako że miałyśmy mało czasu do spotkania, szybko pośpieszyłyśmy w kierunku MBP w Rybniku. Na miejscu spotkałyśmy się z moimi i jej znajomymi.

T7

Spotkanie rozpoczęło się oczywiście przedstawieniem autora, jako niezwykle utalentowanego, młodego twórcy, na co Twardoch się zaśmiał, że przecież ma już 36 lat. Prowadzący spotkanie – Wacław Wrana – skupił się głównie na najnowszej powieści Szczepana Twardocha, czyli na „Drachu”. Układ ten miał oczywiście swoje plusy i minusy – bo z jednej strony dowiedziałam się niezwykle wielu ważnych rzeczy o „Drachu”, a do tego Twardoch podzielił się z nami swoim zdaniem odnośnie Śląska i kilku śląskich spraw, ale z drugiej strony miło byłoby się dowiedzieć czegoś więcej o „Morfinie” czy „Wiecznym Grunwaldzie” – zdaję sobie jednak sprawę z tego, że takie spotkanie musiałoby wtedy trwać przynajmniej trzy godziny, a nie godzinę – nie wliczając w to wszystko podpisywania książek.
Twardoch przeczytał nam fragment „Dracha”, co było wprost niesamowite. Zawsze powtarzam, że nie ma to jak posłuchać, jak autor interpretuje swoje dzieło.
Szczepan Twardoch, jak podkreślam zawsze i wszędzie, to niezwykle inteligentny i mądry pisarz. Na spotkaniu opowiadał o tym, jak lubi pracować ze starymi mapami, studiować je dokładnie, zagłębiać się w klimat historii, którą opisuje. Zapytany o to, jak wygląda jego typowy dzień odpowiedział, że on już nie ma typowych dni – że w tym roku nie było dziesięciu dni z rzędu, które spędziłby w domu. „Dracha” pisał głównie w Berlinie, gdzie, jak twierdzi, zaraz z rana zabierał się do pracy – pisał, studiował mapy, archiwa, dopiero gdzieś do południa uświadamiał sobie, że warto by było upodobnić się do człowieka, umyć zęby, włożyć coś innego niż piżamie, po czym znów zabierał się do pracy. Podczas pisania książki, Twardoch twierdzi, że ogólnie wariuje – jak każdemu pisarzowi raz podoba mu się jego dzieło, innym razem uważa, że jest kompletnie do niczego – zarówno on, jak i książka.

Prawie wszystkie postacie z „Dracha” są prawdziwe. Pisarz studiował archiwa i nadał swoim bohaterom prawdziwe nazwiska osób, które kiedyś mieszkały w danym miejscu, w którym rozgrywa się akcja powieści. W ten sam sposób zrobił sobie listę typowo śląskich nazwisk, które weryfikował później ze stroną internetową i tak nazwał inne postacie. Najbardziej zżył się ze starym Pindurem, którego wymyślił całą biografię, ale ze względów praktycznych nie umieścił jej w książce – twierdzi, że nie było już tam dla niej miejsca. Brak przypisów odnośnie śląskiego, niemieckiego, a nawet rosyjskiego ma symbolizować niezrozumienie. Twardoch opowiadał nam o tym, jak w czasach, w których dzieje się „Drach” ludzie się ze sobą nie dogadywali – nie każdy znał niemiecki czy rosyjski, aby porozumieć się z sąsiadami, dlatego aby pozwolić swoim czytelnikom zagłębić się bardziej w klimat powieści razem z wydawnictwem podjął decyzję o nie dodawaniu przypisów. Brak chronologiczności ma z kolei symbolizować chaos, jakim jest historia. „Historia to nie coś, co było. Historia jest teraz” – tłumaczył Twardoch.
Twardoch wyznał nam, że jego dziadkowi książka się nie podobała, bo „o takich rzeczach sie nie godo”, przy okazji poruszając temat śląskiej mentalności, gdzie wszystko musi zostać w domu, w rodzinie – każda rodzina ma taką swoją opowiedzianą nad stołem, najlepiej po niemiecku, aby dzieci nie słyszały, historię, o której się nie mówi.

T2

Pod koniec spotkania Twardoch zdradził jeszcze, że obecnie pracuje nad nową powieścią, którą ma zamiar skończyć pod koniec tego roku. „To powieść w której znowu powracam do Warszawy (…). Będzie o boksie, o gangach, porachunkach ulicznych…”. Natomiast już za kilkanaście dni możemy spodziewać się „Wielorybów i ciem”, czyli dzienników Szczepana Twardocha.

Kiedy przyszedł czas na pytania, dwoje starszych ludzi – kobieta i mężczyzna – rozentuzjazmowani przekazali autorowi swoje uznanie co do „Dracha”. Po dłuższej wypowiedzi starszy pan zakończył tak: „To było kapitalne. Czy ma pan jakiś sposób, żeby takie coś napisać?”, na co niezwykle zawstydzony Szczepan Twardoch w odpowiedzi posłużył się metaforą pikseli (lub puzzli) – nie chciał, abyśmy od razu znali całą historię – czyli widzieli cały obraz – chciał, aby najpierw zaświecały się pojedyncze piksele, które z czasem miały tworzyć coś coraz bardziej logicznego, aby pod sam koniec powieści ukazać się w całości. Ogółem można było zauważyć, że komplementy wprawiały autora w zakłopotanie – czerwienił się i spuszczał głowę z dół. 🙂
Zapytany jeszcze o Muzeum Śląskie w Katowicach odpowiedział, że bardo boli go to, że w tak fantastycznej architekturze stworzono coś tak słabego. Wystawa, eksponaty, jakie muzeum przedstawia nadają się na gazetkę w szkole podstawowej – jak twierdzi. „Jak można zbudować muzeum śląskie, pomijają wojnę trzydziestoletnią?!”. Jego zdaniem to historia Śląska przedstawiona nie przez Ślązaka, a Polaka. Ponadto autor skrytykował Kazimierza Kutza – „Mam wrażenie, że Kutz tą śląską dupowatość to sam sobie wymyślił”. W sprawie autonomii Śląska się nie wypowiedział, twierdząc, że się na tym nie zna, bo to przecież szereg spraw prawnych itd. – za co serdecznie mu dziękuję, naprawdę mądry człowiek – przekazał natomiast nam, Ślązakom, abyśmy byli Ślązakami przede wszystkim dla siebie, abyśmy promowali śląskość dla Ślązaków, a nie dla Warszawiaków. Skrytykował też niektóre nasze zachowania, jak np. ksenofobia, które nie prowadzą do niczego mądrego i sensownego. Twardoch wierzy też w górników – o ile wszystko to będzie w dobrym guście może pójść naprawdę w dobrą stronę. „Chociaż może mówię to jako dziecko z górniczej rodziny” – zaśmiał się.

T6

Później były już tylko podpisy. Ja oczywiście zdołałam jedynie wykrztusić „dzień dobry” i „dla Kasi”, chociaż chciałam mu powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczą jego książki, że zmieniły moje życie. No cóż, może następnym razem? 😉

IMG_0155

Naprawdę bardzo zachwycił mnie charakter Twardocha. Oglądałam z nim mnóstwo wywiadów, ale wiadomo – na żywo to co innego. Bałam się, że pisarz stworzy barierę pomiędzy sobą, a czytelnikami, natomiast on był bardzo otwarty, zabawny i szczery. Sprawiał wrażenie jak najbardziej autentycznego, nie było w tym nic z aktorstwa czy pozy, którą mógł dla siebie wymyślić. Ponadto był niezwykle miły dla każdego, komu podpisywał książkę i było widać, że pochwały, komplementy wprawiają go w zakłopotanie – chociaż jak przyznał, miło jest dostawać nagrody, wiedzieć, że ktoś go docenia.

Po spotkaniu poszłyśmy z Karoliną na tartę i shake’a, gdzie rozmawiałyśmy o wszystkim – od Szczepana Twardocha, poprzez nasze wspomnienia z matury, aż po planowanie następnego spotkania. Mam nadzieję, że wkrótce znowu się spotkamy, bo naprawdę bardzo Cię polubiłam, Karolina!

Na koniec dodam jeszcze tylko tyle, że jeżeli będziecie mieć okazję aby spotkać Szczepana Twardocha, nie zwlekajcie! Przebywanie z jego ogromnym intelektem sprawia niesamowitą przyjemność – jak dobrze jest posłuchać mądrego człowieka, który ma do powiedzenia coś ważnego – bo w dzisiejszych czasach to jest rzadkością. Ja osobiście chcę więcej, czuję ogromny niedosyt i rozpaczam, że spotkanie już dobiegło końca.

*Wszystkie zdjęcia są autorstwa Pana Dominika Gajdy z portalu www.rybnik.com.pl