Współczesne polskie „ości”

Norbert to mężczyzna całkowicie pozbawiony włosów, a do tego wszystkiego rasista będący w związku z Kuanem (Maksem), Azjatą wieczorami stającym się Kim Lee, drag queen, pomimo że gejów nienawidzi. Jego kochanką jest Ninel (Kuba). Ninel, którą rodzina nazywa Kubą, aby nie używać imienia, które jest anagramem Lenina, której pierwszym kochankiem w dzieciństwie był Jacek (Bogna), ma syna Franka, który wdał się w romans z Mają – żoną Szymona, matką Bruna, przyjaciółką Krzysia i Andrzeja. Krzyś i Andrzej to para. Krzyś to bałaganiarz, Andrzej to pedant. Andrzej odczuwa fascynację bezwłosym Norbertem. Norbert wciąż czuje coś do Krzysia, swojej pierwszej wielkiej miłości, który wprowadził go w warszawski świat – nauczył co jeść, co ubierać, jak się zachowywać. Andrzej przyjaźni się z Mają, dlatego razem z Krzysiem często zapraszają ją i Szymona do siebie. Maja to jedyna kobieta, która posiada ciało, które spodobało się Andrzejowi, ale nie śpią ze sobą, bo Andrzej ma Krzysia, a maja ma Szymona i Franka. Szymon wdaje się w dziwny związek z Ninel, dla której byłby w stanie zrobić wszystko – np. karmić kota Burego, który swoją drogą zdechł – później ma kochankę – Juli. Maja zaprasza Franka, Juli i Szymona do domu, śpią razem w jednym łóżku. Bruno, syn Mai i Szymona przeżywa swoje pierwsze rozczarowanie miłosne, nienawidzi ciotki Faustyny wraz z jej bachorami i woli już obracać się w towarzystwie matki i jej kochanka oraz ojca i jego kochanki.

Powiedziałem rodzicom, że jestem gejem, gdy miałem 15 lat. Macie problem, to idźcie do terapeuty. To przez Was jestem gejem. Chcecie wesela albo wnusia? To walczcie o prawa gejów i lesbijek.

Karpowicz_Osci_m_A to dopiero początek.

Zeszłej soboty debiutował nowym deserem: pokrojone w połówki truskawki, posypane świeżo zmielonym pieprzem, a na to bita śmietana z serkiem mascarpone.
Andrzej wpatrywał się z napięciem w twarz Krzysia, konsumującego deser i równocześnie czytającego jakiś artykuł w jakimś tygodniku.
– I jak? – Andrzej nie umiał się powstrzymać.
– Strasznie pedalski deser. Masz jakąś wędlinę?

Maja, Krzyś, Andrzej, Norbert, Ninel, Franek – bohaterowie Karpowicza to ludzie rozbici, skrzywdzeni, sponiewierani przez los. Chociaż spędzają ze sobą mnóstwo czasu i zawsze mogą na siebie liczyć, każdy z nich jest samotny. Maja nie odczuwa bliskości Szymona (być może dlatego rozmawia ze swoją tchórzofretką) i tak jak Ninel, raczej nie jest dobrą matką. Postawa Bruna/ Franka to raczej bierne akceptowanie szaleństw matki, przyzwyczajenie się do nich, aniżeli docenianie ich. W końcu Ninel wydaje fortunę na psychologa dla Franka, który ma nauczyć go, jak odczuwać żal do matki, jak powiedzieć jej, że jest zła (że jest złą suką), a ostatecznie razem z synem śmieje się ze skutków terapii.

– Kiedyś opowiadałaś mi bajki. Jak nie mogłem spa-.
– Mogę ci opowiedzieć o stworzeniu świata w sześć dni. Ta jest krótka.
– Tej nie chce. Ona źle się kończy.
– Niedzielą?
– Nie, matka. Człowiekiem.

Karpowicz ustami swoich bohaterów wypowiada się na ważne w społeczeństwie polskim tematy, takie jak Kościół katolicki, rodzina, macierzyństwo, homofobia, popęd seksualny, wspinanie się po szczeblach kariery, życie, śmierć, eutanazja. Mogłoby się wydawać, że świat stworzony przez Karpowicza jest zły, przesadzony, ale czy to właśnie nie świat, w którym my żyjemy? Podejrzewam, że wystarczyłoby wyjść poza swoją sferę bezpieczeństwa, a poznałoby się podobnych bohaterów z podobnymi problemami. Postawa Karpowicza to nie napiętnowanie Kościoła i pochwała związków homoseksualnych, a zwrócenie uwagi na problem, jaki narasta w naszym społeczeństwie – zdolność do przesady, samotności i kompletnego braku kontroli nad swoim własnym życiem. A że wiadomo, że Karpowicz sam jest homoseksualistą, to raczej nie ma się spodziewać po autorze tego, że będzie wypowiadał się wbrew temu, co myśli – z drugiej strony nie jest to żadna pochwała czy obrona gejów/ lesbijek. Autor nie wypowiada w tej kwestii swojego zdania, przedstawia nam po prostu świat, polskie społeczeństwo w jakim przyszło nam żyć.

Chrześcijaństwo na poziomie ambony nie odróżnia homoseksualizmu od pedofilii, podobnie jak nie odróżnia miłości od powinności.

Wiele dobrego da się powiedzieć o polskiej rodzinie katolickiej, aczkolwiek trzeba mocno w tym celu zacisnąć powieki, czasem też zęby.

I to są właśnie te tytułowe „Ości” – nie tylko rybie ości, które nie kojarzą nam się z niczym dobrym – ludzie bez k-ości, (nie)wykorzystane możliw-ości, anomalie współczesn-ości, współczesne wart-ości, idea woln-ości, mił-ości, służebn-ości, samotn-ości itd. itd…

Jednak nie tylko fabuła jest skomplikowana przez różne „-ości”, przez tak ścisłe związki bohaterów, że w końcu stają się całością. Książka zaczyna się zdaniem: Autobus wolno stał w korku i niepoprawnym związku frazeologicznym, co już sugeruje nam, że w „Ościach” autor będzie bawił się i formą i treścią. Karpowicz z radością uprawia gimnastykę języka wklejając pomiędzy narrację i wypowiedzi bohaterów mniej lub bardziej suche informacje odnoszące się do treści, jak np:

Trzy zasady publicznych występów (3ZPW) – zespół zachowań akceptowanych w mediach i społeczeństwie, praktycznie nieuleczalny, acz podobno można codziennie łykać aspirynę; zasada pierwsza: poruszaj nie rzadziej niż raz na dwieście sekund głową; możesz kiwać w pionie lub poziomie, ale uważaj, żeby ruchy nie kojarzyły się z parkinsonem ani modlitwą/medytacją; zasada druga: rób coś z ustami; gdy publiczny występ dotyczy Jedwabnego, Katynia, likwidacji getta itp., staraj się ściągać usta w niewielką dziecinną piąstkę (uwaga: jeśli masz ładne, warto również skorzystać z oczu!; kolor oczu staraj się dobrać do garderoby przed publicznym wystąpieniem), gdy występ dotyczy weselszych rzeczy, np. bankructwa systemu emerytalnego, kolejnego zamachu terrorystycznego albo poezji Eliota, staraj się trzymać usta w pozycji poziomej; zasada trzecia: unikaj lnu, wybieraj materiały niegnące się albo korzystaj z żelazka.

Poprzez te krótkie teksty, które swoją drogą w dalszym ciągu są relacją z podróży po współczesnej polskości, autor stopniuje napięcie – na początku powoli je obniża po przeczytanym wcześniej fragmencie, pod sam koniec zaś ponownie je podwyższa.
Początek książki, czyli przedstawienie każdego bohatera przypominało mi styl Ingi Iwasiów z „Bambina”, gdzie zapis autorki też przypominał jakąś kronikę, akta.

Chociaż nie sądziłam, że „Ości” mi się spodobają (głównie ze względu na tematykę) była to wyśmienita lektura – mądra, ambitna, oczekująca czegoś od czytelnika poza szybkim przewracaniem kartek, ze skomplikowaną, aczkolwiek w żadnym przypadku nie odrażającą fabułą, zagmatwaniem, poplątaniem i nami, czytelnikami, kompletnie wciągniętymi pomiędzy karty powieści. Karpowicz po raz kolejny udowodnił mi, że dobrym pisarzem jest, a do tego jeszcze błyskotliwym, ironicznym i sarkastycznym. Ale nie poczułabym tego lekko ostrego smaczku lektury, gdyby na temat „Ości” nie było podzielonych zdań, a uwierzcie, wielu nieprzyjemnych rzeczy się naczytałam. Może i Karpowicz pisze pod ludzi w swoim wieku i o swoich upodobaniach, preferencjach seksualnych, ale cóż poradzić, mnie się książka podobała. Może i była nieco dziwna i egzotyczna, momentami zabawna i skomplikowana, ale całość odebrałam dość smutno – czy to nie nauka dla nas, Polaków? Aby wyściubić nos zza własnych czterech ścian, rozejrzeć się, pomyśleć i coś zmienić? Bo koniec końców, to nie tylko książka o gejach, ale przede wszystkim o ludziach. O nas.

„Sońka” – czyli opowieść o miłości Polki do esesmana

„Sońka” przez wielu definiowana jest jako powieść kresowa. Akcja książki dzieje się bowiem na kresach wschodnich, a w języku tytułowej Sońki, napotkamy wtrącenia białoruskich słów. Niektórzy doszukują się w „Sońce” realizmu magicznego, niczym u Marqueza, metafor, drugiej możliwości odczytu historii, a ja myślę, że najlepiej „Sońkę” interpretować jak najprościej.
Zanim zaczniecie czytać, chciałabym Was przestrzec przed błędem, który zrobiłam ja. Kiedy kupiłam nową książkę Karpowicza, tak nie potrafiłam się doczekać czytania jej, że chwyciłam egzemplarz do ręki, pogłaskałam okładkę, otworzyłam na pierwszej stronie, następnie na kolejnej, kolejnej, aż w końcu doczytałam ostatnie zdanie, zamknęłam książkę i odłożyłam na półkę z niejasnymi uczuciami. Nie wiedziałam co o tej książce sądzić. Bardzo długo jej wyczekiwałam, a kiedy w końcu miałam możliwość przeczytania jej, historia przeleciała mi przez palce w mgnieniu oka. Czy mi się podobało? Owszem, podobało mi się, ale czułam, że to jeszcze nie to. Uczucie, jakie pozostawiła we mnie po sobie „Sońka” wcale mnie nie satysfakcjonowało. Czułam, że czegoś mi brakuje. Musiało minąć kilka dni, aby zrozumiała co się stało.
sonkaDo przeczytania najnowszej pozycji Karpowicza zachęciła mnie Magdalena Cielecka, która pięknie czytała jej fragmenty. Upajałam się tymi strzępkami historii, raz po raz odsłuchiwałam na nowo, czytałam opis książki, a później zauważyłam, że mnóstwo osób robi ten sam błąd co ja. Najpierw zachwycają się „Sońką”, czytają jak najwięcej, a później czują niedosyt. Dlaczego?
A bo trzeba „Sońkę” czytać po pierwsze powoli, po kilka rozdziałów, a po drugie, najlepiej na głos. Oczywiście, nie jest to obowiązek, żeby czytać na głos i uszczęśliwiać wszystkich jadących z nami autobusem, metrem, czy siedzących obok nas na ławeczce w parku. Ale trzeba „Sońkę” czytać powoli, po kilka stron na dzień, wtedy historia smakuje i dobrze, a i głodni po jej spożyciu nie jesteśmy. Pamiętajcie, „Sońka” jest to proza na swój sposób poetycka. Trzeba się nad nią pochylić, aby móc delektować się jej językiem i historią.
Ale ad hoc, o czym opowiedzieć chce nam Karpowicz?
„Sońka” jest to opowieść o niemieckiej okupacji, wielkiej, aczkolwiek zakazanej miłości i ogromnej krzywdzie, jaką doświadczyła młoda dziewczyna.
Czy ktokolwiek wyobrażał sobie miłość Polki do Niemca – okupanta? Z pewnością jest to temat potwornie ciężki, dość kontrowersyjny, ale też pobudzający naszą ciekawość. Sonia wykończona krzywdą i upokorzeniem, których doświadcza z rąk ojca, zakochuje się w Joachimie.
Zakochuje się, bo Joachim jeździ na motorze, bo przywiózł jej pieska, bo jest wysoki, ma surowe rysy i błękitne oczy, bo pachnie niczym bita śmietana z truskawkami i bo z nią rozmawia, choć przecież nie mówi po polsku. Zakochuje się, bo Joachim ją kocha, bo przy nim może zapomnieć, bo trzyma ją za rękę i z nią spaceruje, bo ją słucha, choć przecież nie mówi po polsku. Zakochuje się, bo Joachim na mundur, bo na nią patrzy i bo ją dotyka, zupełnie inaczej niż ojciec, bo spłodzili razem dziecko, bo obiecuje jej wiele rzeczy, choć przecież nie mówi po polsku.
Do momentu, kiedy to Sońka jest główną bohaterką, historia pozostaje raczej bez zarzutu. Później Karpowiecz ukazuje nam jednak coś dziwnego, coś całkiem nietypowego, do czego raczej nie jesteśmy przyzwyczajenie, ale czy coś równie dobrego? Igor, czyli bohater, którego mercedes popsuł się na wsi, w miejscu, gdzie komórki nie mają zasięgu, który popija w domu Soni mleko i słucha jej opowieści, postanawia jej historię przenieść na deski teatru. Wtedy poznajemy Igora interpretację opowieści Sońki. Zabiegu, jakim posłużył się Karpowicz nie będę oceniać. Niektórym może się on podobać, innym nie. Moim zdaniem wprowadzenie elementów dramatu jest zabiegiem ciekawym, który wzbogaca całość. Ale czy nie mówiłam na początku, że stawiam na prostotę? No właśnie… Zatem oceńcie sami.
Wieś, jaką pokazuje nam Karpowicz, jest wsią zacofaną, wsią okrutną, mściwą, która sama ustanawia prawa i sama je egzekwuje. Miejsce, w którym żyła Sonia przypomina wieś z „Malowanego Ptaka” Jerzego Kosińskiego. Ponadto podobać mogą się postaci psa i kota, które są poniekąd wyjęte ze świata, w którym żyją, które są w jakimś stopniu magiczne.
Sońka to bohaterka, która ujmuje czytelnika swoją prostotą, dobrocią i zwyczajnością. Kiedy jej ręka ściskała kawałek owej zakrwawionej szmaty, łzy pojawiły się w moich oczach, tylko po to, żeby powoli spłynąć zostawić po sobie mokry ślad, który i tak przecież wyschnie. Ale czy pozostało coś w moim sercu? Gdyby tak nie było, nie czytalibyście teraz recenzji książki, którą przeczytałam w zeszłym roku.
Polecam „Sońkę” osobom, które w książkach nie cenią jedynie opowieści, a i piękny, niepowtarzalny język, ale też osobom, które poświęcą trochę czasu nad tą historią, aż w końcu osobom wrażliwym, które potrafią po ludzku zrozumieć cierpienie innego człowieka. Cierpienie młodej dziewczyny, aż w końcu kobiety.