„Przebrała się krowa za cielątko” – czyli o poszukiwaniu przyjaciół i siebie z okresu młodości.

Alice Munro to kanadyjska autorka krótkich form literackich. W jej dorobku znajdziemy mnóstwo nagród, takich jak np. Kawaler Orderu Sztuki i Literatury, Order of Ontario, Giller Prize, czy wieńcząca wszystkie – Literacka Nagroda Nobla 2013. A Noblistów przecież wypada znać, dlatego też najpierw, w 2014 roku, sięgnęłam po „Drogie życie”, teraz wróciłam do autorki, czytając „Przyjaciółkę z młodości”, nagrodzoną, swoją drogą, Trillium Book Award, ale bardziej z gwoli przypadku, dobierając książkę na zasadzie „uzupełnienia” w bibliotece. Wzięłam ją, nie zastanawiając się nawet nad tematyką opowiadań, była pierwszą, jaką zauważyłam na półce.

Munro_Przyjaciolka-z-mlodosci_m„Przyjaciółka z młodości” to oczywiście zbiór dziesięciu opowiadań o różnorodnej tematyce, bohaterach, czasie i miejscu akcji. Cykl otwiera tytułowe opowiadanie „Przyjaciółka z młodości”, przedstawiające nam historię Flory, która zdecydowanie nie miała szczęścia w miłości, ukochanego mężczyznę zdążyły jej bowiem odebrać aż dwie kobiety. Przyjaciółka z młodości jest koleżanką matki, przez opowieści której narratorka stara się zrozumieć postawę pokornej, uczciwej Flory, analizuje ją dogłębnie, porównując do tego, jak ona by się zachowała, co by zrobiła. Następnie poznamy opowieści o kryzysie małżeńskim, romansie, namiętnym uczuciom, którym ciężko się sprzeciwić, podróży śladem zmarłego męża, obiecującej poetce, podróży statkiem matki i córki, oraz niesamowitą, wiążącą się z tym historię, stosunki pomiędzy siostrą, bratem, a kobietą, wracając w dwóch ostatnich opowiadaniach do motywu przyjaźni i zdrady.
Alice Munro przedstawia nam szeroki panel bohaterów, z których każdy jest inny. Pokazuje nam, jak ciężko po latach w drugiej osobie rozpoznać kogoś, kogo się kochało, z kim się przyjaźniło, kogo się znało, dochodząc jednocześnie do wniosku, że jeszcze ciężej rozpoznać siebie w sobie. Bohaterów Munro otacza poczucie samotności, braku szczęścia.
Karolina z bloga Tanayah Czyta, przy okazji rozmowy o „Przyjaciółce młodości” napisała mi, że książki Munro są niezwykle kobiece. Ciężko się nie zgodzić z tak trafną opinią, kiedy rzeczywiście, Munro zaprasza nas jakby do siebie, sadza nas na kanapie, zaparza kawę i zaczyna rozmawiać o tym, o czym zazwyczaj potrzebują porozmawiać kobiety, a nie zawsze mają z kim – o zdradzie, romansie, uczuciu skończonej miłości, namiętnościach, mężczyznach, sobie samych czy po prostu o innych kobietach.
Opowiadania mają różne długości, ale zazwyczaj liczą sobie około trzydziestu do pięćdziesięciu stron. Czyta się je natomiast niezwykle lekko i szybko, nawet nie zauważając, że powoli dobiegają końca. Historie opowiedziane przez Munro absolutnie mnie nie nużyły, aczkolwiek nie do końca podobało mi się zawieszenie w czasie jej historii, brak wyraźnego końca opowieści. Z jednej strony lubię otwarte zakończenia, bo mogę mieć wtedy wrażenie, że to wszystko dalej trwa – świat, w którym się znalazłam przez kilka dni, bohaterowie, których poznałam dalej istnieją, błądzą gdzieś, żyją szczęśliwie. Wtedy sama mogę wybrać dla nich los, odpowiadający moim upodobaniom, wrażliwości literackiej, zmysłowi obserwacji. Ale kiedy opowiadanie ma niespełna pięćdziesiąt stron, nie jestem w stanie zżyć się z bohaterami na tyle bardzo, aby zależało mi na ich szczęściu, bądź nie, abym chciała dla nich stworzyć w swojej wyobraźni inny świat, kontynuację tego, w którym żyli. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdyby opowiadania Munro były „domknięte” o wiele bardziej by mi się podobały. Nie. Wtedy mogłyby się wydawać banalne. Mam jednak uczucie, że czegoś mi w tej prozie Munro brakowało – bo niby wszystko było pięknie opisane, ładnym językiem, historie też niczego sobie, ale w podświadomości ciągle szukałam jakieś iskierki, magii, która by mnie zachwyciła.
„Przyjaciółka z młodości” jest książką lekką i przyjemną, skłaniającą nas do rozmyślań, ale nie katującą swoją formą czy treścią. Munro w przyjemny sposób pisze o sprawach nas, kobiet, interesujących, ale zarazem brakuje mi ostatniego, wypowiedzianego pod koniec opowiadania, jej słowa. Jest OK, ale bez szaleństw.