O szpaczku, który kochał czytać

Chociaż mamą nie jestem, opiekuję się dwuletnim urwisem (no prawie dwuletnim, bo świętować będzie dopiero pod koniec listopada). I dam głowę, że nie jeden rodzic zmaga się z problemem wychowania swojej pociechy na dobrego, zachłannego czytelnika. Podobno trzeba trafić na „tę” książkę, by zachwycić się literackim światem i chcieć go zgłębiać. Kiedy byłam mała, też niby nie chciałam czytać – broniłam się przed książkami rękami i nogami… dopóki nie dopadła mnie nuda. Nie miałam pojęcia co z sobą począć, tułałam się po domu bez pomysłu na spędzenie popołudnia. Wtedy ktoś – mama lub siostra – podsunęli mi „Piękną i bestię” i… przepadłam. Czytałam całe popołudnie dopóki nie skończyłam. Co więcej, nie dałam się od książki odciągnąć – nawet na obiad. Inną powieścią, która tak mnie zafascynowała była „Lassie, wróć!”. Teraz tę dziecięcą fascynację przeżywam na nowo, pokazują małemu Robertowi książeczkę „Kajtek nie umie fruwać”.

Kajtek jest małym ptaszkiem i zachowuje się tak samo, jak wszystkie małe ptaszki… no, prawie. Raz wpadłszy do biblioteki mało kiedy z niej wychodzi. Praktycznie całe dnie szpak spędza na czytaniu, a nocą śni o niezwykłych przygodach, w których wraz z bohaterami brał udział za dnia – o smokach ziejących ogniem i wielorybach tryskających wodą, o królach i rycerzach, bitwach i wojnach, o dinozaurach i jaskiniowcach. Ale kiedy przychodzi czas nauki fruwania, Kajtek znów siedzi z nosem w książkach. Zamiast udać się na lekcje, przebywa w bibliotece i czyta o dalekich krainach. To sprawia, że jego bracia, siostry i kuzyni śmieją się z niego, kpią, a nawet wyzywają. Wyobraźcie sobie tylko: co może być dla szpaka gorszego, niż przezwanie go książkowym MOLEM? Kajtek nie zamierza jednak rezygnować ze swojej pierwszej i najprawdziwszej miłości – książek, lecz gdy przychodzi czas odlotu do dalekich krajów, niepotrafiący latać szpak spotyka się z nie lada problem… Nie ma jednak takiego kłopotu, na który literatura by nie zaradziła. Zatem znów, kolejny raz, książki ratują małego szpaczka.



„Kajtek nie umie fruwać” to przepięknie ilustrowana, liryczna opowieść o bezwarunkowej miłości do książek. Zainteresuje każdego malucha, który w literackim świecie stawia swoje pierwsze kroki. Pokaże zalety czytania i udowodni, że chociaż niektórym czytanie może wydawać się nudne, to tak naprawdę książki uczą nas znalezienie wyjścia nawet z najtrudniejszej sytuacji, uwrażliwiają i – co dla dzieciaka najważniejsze – sprawiają, że świetnie się bawimy! Historia małego szpaczka-bibliofila zafascynowała mnie tak bardzo, że z chęcią i ja sama przeczytałabym o innych jego przygodach.

Reklamy

Ludzie wędrujący

Niektórzy z nas są wędrownymi ptakami – pojawiamy się w czyimś życiu, a później znikamy. Czasem dlatego, że chcemy, częściej jednak z braku możliwości pozostania. Jak odlatujące do ciepłych krajów ptaki, ludzie wyznaczają swe szlaki podróży, urozmaicając czasem trasę o nowe kraje, miasta, ludzi.
Chociaż nie chcę wchodzić na grunt polityczno-gospodarczy, doskonałym przykładem współczesnych wędrownych ptaków są uchodźcy – wędrują, bo nie mogą nigdzie osiąść na stałe, muszą bezustannie iść do przodu, w żadnym miejscu nie mogą się czuć jak u siebie – swobodnie i lekko. Muszą odlatywać, gdy kończy się ich czas.



Jednym z wędrownych ptaków jest Paulinka. Dziewczynka zaprzyjaźnia się z Łukaszem, chłopcem „stąd”, ale to jej nie wystarcza – ona chce pozostać. Spędzają razem dni, przesiadują na drzewie obserwując miasto, zajadają chleb i uczą się siebie nawzajem – Łukasz coraz więcej zna już zdań w języku wędrownych ptaków, a Paulinka lepiej wie, co chłopiec chce powiedzieć. Dni jednak mijają szybko i wkrótce towarzysze Paulinki zbierają się do podróży, ta jednak chce pozostać, aby móc przyjaźnić się z Łukaszem i zobaczyć pierwszy w życiu śnieg. Wędrowne ptaki ostrzegają ją jednak, znając losy tych, którzy podobnie jak Paulinka zamarzyli, aby osiąść na stałe w jednym miejscu – kiedy przychodzą chłodniejsze, nikt z ludzi nie troszczy się o przybyszy, wędrowne ptaki umierają więc z głodu i zimna… Na szczęście wśród ludzi znalazła się jedna dobra dusza – szlachetna pani Lorenz – która zbudowała ogromne gniazdo dla wędrownych ptaków, dające im schronienie i pożywienie. Paulinka będzie więc mogła zostać w miejscu, gdzie mieszka jej przyjaciel, i odkrywać życie z nowej, innej perspektywy – już nie wędrownego ptaka, a dziecka „stąd”.


„Wędrowne ptaki” to wspaniała, bardzo wrażliwa i delikatna książeczka o tolerancji, szukaniu porozumienia, wzajemnym poznawaniu się i szacunku do drugiej osoby. To pokazywanie dziecku kim są „Obcy”, i że oni – podobnie jak my, ludzie „stąd” – mają swoje uczucia, pragnienia, obawy, możliwości, ale też ograniczenia. To historia mówiąca o konieczności niesienia pomocy, współodczuwaniu, okazywaniu zrozumienia i uprzejmości drugiej osobie. Poza tą głębsza sferą jest to opowiadanie o niezwykłej przyjaźni Paulinki i Łukasza – bardzo prostej, jak to z przyjaźnią dzieci bywa, nie wymagającej niczego od drugiej strony, a jednak na tyle silnej, bo zdolnej pokonać nawet największe przeszkody.
„Wędrowne ptaki”, to opowieść skierowana dla dzieci pięcioletnich, ale doskonale sprawdzi się też jako książka dla dzieci nieco starszych. Napisana w sposób poetycki i dosłowny – chociaż pozostawiający szerokie pole do interpretacji – zachwyciła nawet mnie.
Na koniec muszę wspomnieć o cudownych ilustracjach i doskonałej jakości wydania. Kartki są grube, a wykonane w jednym stylu rysunki (w kolorach przeważnie szarych z domieszką koloru pomarańczowego) pobudzają wyobraźnię i doskonale oddają klimat opowieści.

Jak jedenastu braci podbiło świat

Piłka nożna – szaleństwo. Najpopularniejszy sport na całym globie, nieustannie porywający do kibicowania całe rzesze ludności. Chyba nie znaleźlibyśmy takiego, który by chociaż raz nie kibicował jakieś drużynie (no bo przecież reprezentacji kibicować musi!) albo sam nie kopał piłki z kolegami… Już za dwa tygodnie cała Europa zastygnie na moment, usiądzie przed ekranami swoich teleodbiorników i będzie trzymać kciuki, krzyżować palce, zaciskać pięści, krzyczeć, śmiać się, płakać – no mówię Wam, szaleństwo! A to wszystko z powodu jedenastu graczy, próbujących wkopać piłkę do siatki… Aż strach pomyśleć jak wyglądała piłka nożna te ponad 90 lat temu, kiedy kibice mogli cieszyć swoje oczy grą Kłapząbów…

Skoro już mowa o tych jedenastu Kłapząbach, to przejdźmy w końcu do rzeczy. Opowiem Wam, jak było i skąd wokół tej książki tyle zamieszania:

pol_ps_Jedenastka-Klapzaba-2760_1Stary Kłapząb, biedny rolnik z Bukwiczek Dolnych miał jedenastu synów. Natura obdarzyła go w, można powiedzieć, nadmiarze, bo jak prawdziwy mężczyzna nie spłodził jednego, ale jedenastu synów! No a jak jedenastu, to wiadomo z czym każdemu mężczyźnie kojarzy się ta liczba… piłka nożna! No właśnie, na ten sam pomysł wpadł Kłapząb – czemu by nie założyć drużyny piłkarskiej? Jak pomyślał, tak zrobił. Sprzedał kozę, kupił bramki, postawił je na łące obok domu, zrobił tabliczkę z nazwą klubu i wziął się do dzieła – zaczął synów trenować. Ale co to były za treningi! Kłapząbowie musieli wstawać codziennie o piątej rano, biegać sześć kilometrów, a dopiero po tej rozgrzewce dostawali śniadanie. Tak jest – rozgrzewce – bo poza samym biegiem czekały ich jeszcze inne ćwiczenia:

uczył ich więc przyjmowania górnych piłek i ich gaszenia, podań, zwodów, strzałów z miejsca i w biegu, po dryblingu i z pierwszej piłki, wrzutek, przewrotek, dryblingu, gry głową, rzutów karnych, rożnych i autowych, odbiorów, przyjęć na klatkę piersiową, gry w trójkącie w środku pola lub między łącznikiem, skrzydłowym i pomocnikiem, podań na skrzydła, wyprowadzania kontr oraz bronienia się przed nimi, długich wykopów, celnych strzałów, gry kombinacyjnej, wybiegania na pozycję, robinsonad, podkręcania, strzałów fałszem, unikania spalonego, przeskakiwania nad nogami przeciwnika, podłączania się obrońców do ataku, strzałów szpicem, prostym podbiciem, kolankiem, kostką, piętą.

Sporo tego, prawda? No właśnie. Ale co to takiego dla Kłapząbów?
Kiedy ojciec uznał, że synowie są gotowi, zapisał swoją drużynę do rozgrywek trzeciej ligi. Szybko jednak okazało się, że Kłapząbowie tam nie pasują i musieli się przenieść do ligi… drugiej! W pierwszym meczu wygrali bowiem aż 39:0! Niesamowici, nie sądzicie? Ale to jeszcze nie wszystko! Również i drużyny z drugiej, aż w końcu z pierwszej ligi roznieśli, a kiedy udali się na europejskie tournée, to dopiero zasmakowali czym jest prawdziwy football! Wygrywali wszystkie mecze, jakie dane im było zagrać, do tego stopnia nawet, że sam król Anglii powierzył Kłapząbowi swojego syna, aby ten szkolił się u boku najlepszej drużyny świata. Ale po Anglii i wielkiej euforii z odniesionego tam zwycięstwa przyszedł czas na Barcelonę, a cwani Barcelończycy już knuli, jak tu Kłapząbów pokonać:

– Panowie – zabrał głos prezes – jestem naprawdę wzruszony, gdy widzę wasz szlachetny zapał do zapewnienia zwycięstwa naszym klubowym barwom! Ale nie jest to takie oczywiste, jak się wam wydaje. Gdybyśmy skasowali ich wszystkich, nie strzelilibyśmy ani jednego gola!
– Dlaczego? Jak to? Założymy się? Zobaczymy! – krzyczała cała drużyna.
– Panowie, bardzo bym chciał, ale naprawdę nie strzelilibyśmy żadnego gola!
– A dlaczego nie?
– Bo cały czas bylibyśmy na spalonym!

Jednak nie z takimi stary Kłapząb miał do czynienia. Słynna Barca okazała się nie stanowić dla chwały Kłapząbów najmniejszego zagrożenia.

Pewnie wydaje Wam się, że to wszystko jest dość surrealistyczne, bo przecież passa zwycięstw nie może trwać długo, a w życiu nie przez cały czas jest z górki… Nie martwcie się, już na kolejnych stronach zaczną się problemy, które do dziś trapią sport: pieniądze to nagroda, czy cel? Jak zmotywować do walki, gdy przegrywa się w meczu o wszystko? Jak odnaleźć w sobie tę radość, która była na początku? I przede wszystkim: iść dalej, czy stanąć w miejscu i odpocząć?

„Jedenastka Kłapząba” to niesamowita bajka nie tylko dla dzieci. Wydawana regularnie od 1922 roku opowiada o tym, że ZAWSZE warto grać fair play, również poza boiskiem. Uczy tolerancji, ciężkiej pracy, sumienności, wytrwałości i dźwigania ciężaru swoich marzeń na plecach. Wiele w niej uśmiechu, ale mnóstwo też życiowej mądrości, która szczególnie tym młodym przyda się najbardziej. Kłapząbowie, którzy ostatecznie stracili tylko jedną bramkę i podczas całej swojej kariery nie zdobyli ani jednej żółtej kartki (nie wspominając już o czerwonej) uczą nas, że trzeba wiedzieć co jest naszym celem i kiedy powiedzieć sobie „dosyć”. Jedenastu zwykłych, prostych chłopaków wydaje się być idealną gromadą dla młodszego lub starszego chłopca dla którego największą miłością jest piłka nożna, a wartością – spełnianie marzeń.
Wrażliwa, zabawna i mądra – polecam wszystkim.

Poznajcie Leonarda!

Wydawana przez wydawnictwo Prószyński i Spółka seria książek dla najmłodszych – „Wielcy i sławni” – przedstawia pasjonujące historie wybitnych naukowców, odkrywców, wynalazców, artystów czy najpotężniejszych umysłów. Poprzez czytanie ciekawych opowieści, urozmaiconych pięknymi rysunkami dzieciaki w ciekawy sposób mogą chłonąć wiedzę, nie zasypiając z nudy nad plikiem kartek pełnych dat i suchych informacji.
Chcesz wyruszyć razem ze swoją pociechą w fascynującą podróż do świata renesansu, wielkiej sztuki i najpiękniejszych obrazów? Nic prostszego, wystarczy przeczytać „Kim był Leonardo da Vinci?”.

Niektórzy są bardzo utalentowani… ale nikt nie może równać się z Leonardem da Vinci. W jego epoce nie brakowało geniuszy. Leonardo jednak wyróżniał się wśród nich…

kim byłNa początku czytelnik ma okazję zaprzyjaźnić się z małym chłopcem, utalentowanym chłopcem, podróżować z nim do krainy dorastania, szanować i doceniać jako dorosłego, aż w końcu podziwiać jako staruszka i wybitnego artystę. Leonardo może stać się więc przyjacielem, mentorem, wzorem do naśladowania, idolem.
Autorka opisuje życie wielkiego geniusza od trudnego i dość samotnego dzieciństwa, poprzez rozkwit jego kariery, aż po późną starość i w końcu śmierć. Nie jest to jednak opis banalny, a bogaty w wiele ciekawostek dotyczących życia wielkiego geniusza, twórczości i dzieł, nad którymi  pracował, a których niejednokrotnie nigdy nie dokończył. Poza ciekawostkami, uzupełniającymi je rysunkami i kawałkiem renesansowej historii, znajdziecie tutaj również mnóstwo cytatów z dziennika Leonarda, których nie powstydziłby się nawet wybitny znawca twórczości da Vinciego, które udowadniają nam, że ten myślą wyprzedził swoją epokę aż o kilkaset lat. Zdecydowanie ciekawe dla dzieci może okazać się to, że niektóre pomysły, na które wpadł Leonardo zostały zrealizowane dopiero w XVII wieku! Jest tutaj też mnóstwo rozważań na temat pochodzenia „Mona Lisy” czy „Damy z Łasiczką”. Trafnie opisana jest rywalizacja pomiędzy Leonardem a Michałem Aniołem, nocne eskapady Leonarda w celu poznania fizjologii ludzi i zwierząt, jego próby stworzenia encyklopedii, i wiele, wiele innych… Pojawiają się również rozdziały uzupełniające, które pokazują czytelnikowi kawałek renesansowego świata: jak robiło się farby, skąd pozyskiwano barwniki, dlaczego freski Leonarda były mało wytrzymałe i odporne na warunki atmosferyczne, jakie cechy posiadał człowiek renesansu, jak wyglądała „drabina” kariery w pracowni artystycznej. Na ostatnich kartach książki zapisane są daty i najważniejsze wydarzenia z życia Leonarda.

„Kim jest Leonardo da Vinci?” to świetnie przedstawiona historia życia wielkiego malarza, rysownika, inżyniera, biologa, wynalazcy i miłośnika muzyki. To krótka, ale niesamowicie wciągająca książka, kompendium wiedzy i przede wszystkim dobra zabawa. Treść książki bardzo szybko zapada w pamięć, co jest tym bardziej ważne dla młodego, otwartego na świat czytelnika. Rozdziały są poukładane w taki sposób, że w dowolnej chwili książkę można odłożyć i wrócić do niej za jakiś moment, nie tracąc nic z lektury. To świetna zachęta do czytania i nauki.

Skąd się wzięło moje nazwisko?

Nazwisko to obok imienia wyraz, który pozwala innym ludziom zidentyfikować nas, który odróżnia nas od innych. Nie ciężko sobie wyobrazić, jak trudne byłoby życie każdego z nas, jeżeli nie posiadalibyśmy nazwiska lub choćby pseudonimu, bo to człony bardzo do siebie podobne i często od siebie zależne. W naszym codziennym życiu pojawia się wiele osób noszących to samo imię. Jak w świecie bez nazwisk i przezwisk wytłumaczyć komuś, że chodzi o tę, a nie inną Magdę, o tego, a nie tamtego Krzyśka? Z pewnością byłoby to niesamowicie trudne, o ile nawet nie niemożliwe! Nasze nazwiska odgrywają ogromną rolę w naszym życiu, dlatego jestem pewna, że przynajmniej raz zastanawialiście się nad jego pochodzeniem… Jakie ma znaczenie? Skąd się wzięło? Może tworzyliście drzewa genealogiczne i odkryliście, że jakiś daleki Wasz przodek był szewcem, kowalek czy cyrulikiem? Chociaż na pierwszy rzut oka sprawa wcale nie wydaje się skomplikowana, już po chwili okazuje się trudnością spędzającą sen z oczu. A przekonał się o tym Tomek…

proszynski_nazwiska_01Tomek wraz ze swoimi rodzicami – mamą Natalią i tatą Bartkiem –  mieszka w cichym miasteczku położonym pośród lasów i pól. Jakże wielkie przezywa rozczarowanie, kiedy dowiaduje się, że wakacje będzie musiał spędzić w domu z dziadkiem, a nie na plaży w słonecznej i pięknej Chorwacji. Jednak już niedługo po przyjeździe dziadka Antoniego Tomek odkrywa, że dni z nim spędzone nie będą podobne do wszystkich innych… otóż dziadek odkrywa przed Tomkiem świat, w którym żadne słowo nie jest tajemnicą. Jako etymolog uczy go znaczeń słów i pomaga rozszyfrować znaczenie… nazwisk!

– Interesująca jest historia z tym Nowakiem, nawet byś się nie spodziewał. Takie pozornie banalne nazwisko… Chcesz posłuchać? – zaciekawił mnie dziadek. Przesunął się na ławce na tyle, żebym i ja mógł usiąść. – Nazwisko niby proste w wyjaśnieniu, bo pochodzi od kogoś nowego, kto pojawił się gdzieś po raz pierwszy. Na przykład przywędrował z daleka, by się w nowym miejscu osiedlić. Był nowy w obcym sobie środowisku, rozumiesz?
– Spoko, dziadku, ogarniam. To nie jest takie trudne – powiedziałem.
– Widzisz, to ten sam mechanizm. Ale były też inne znaczenia przymiotnika nowy, od których mogły powstać przydomki, a potem nazwiska. Nowym nazywano każdego nowicjusza, czyli ucznia zawodu lub młodego żołnierza. Albo takiego bystrzaka, który bez przerwy wymyślał coś nowego lub popierał czyjeś nowe pomysły. Nowakiem zwano kogoś, kto się dopiero czegoś dorobił albo uzyskał jakieś stanowisko (…)
Duży i ważny udział w opisywanych wydarzeniach ma też sąsiadka i najlepsza koleżanka Tomka, Basia, oraz kapryśny i niegrzeczny kolega z klasy, Olo. Również i ich dziadek Antoni uczy zasad tworzenia nazwisk i metod ich rozszyfrowywania. Wkrótce Tomek będzie miał okazję wykorzystać wiedzę przekazaną mu przez dziadka Antoniego i zrobi to doskonale!

Chociaż to tylko króciutka książka dla dzieci, dowiedziałam się mnóstwa fascynujących rzeczy. Poszczególne znaczenia nazwisk wyjaśnione są przy okazji różnych zdarzeń i perypetii, którym ulegają bohaterowie. To książka cienka, napisana w przystępny sposób, ale pełna fascynujących ciekawostek i niecodziennej wiedzy, którą zdecydowanie warto zdobyć.  Ponadto książka jest uzupełniona ładnymi ilustracjami, które pomagają w szybki sposób przyswoić zdobytą wiedzę i zapamiętać to, co się już przeczytało. To prosty i przyjemny sposób do nauki czegoś nowego.
A jeżeli jeszcze się wahacie, czy przeczytać ją Waszym pociechom, to profesor Jan Miodek z pewnością Was przekona:
Dlatego z satysfakcją i radością witam książkę „Skąd się wzięło moje nazwisko?”, która w przystępny sposób – na tle bardzo interesującej fabuły – odkrywa przed czytelnikiem podstawowe typy nazewnicze funkcjonujące w naszym języku. To zarazem atrakcyjnie podany kawał historii Polski, jej tradycji, kultury i obyczajów, bo związek nazw z tymi obszarami jest przecież oczywisty.