Oswajanie PRL-u

Już samo hasło na okładce przyciąga: największy antykomunistyczny bestseller, wydany za pieniądze komunistów. Ale przyjrzyjmy się bliżej, czym właściwie jest „W zasadzie tak” Jacka Fedorowicza? Najłatwiej odpowiedzieć, że jest to surwiwalowy poradnik o PRL-u, coś w stylu: jak przetrwać, by nie zwariować? Wydana po raz pierwszy w 1975 roku wznowiona została dopiero teraz, w 2017. Chociaż na początku była hitem, z czasem stawała się co raz bardziej zapominana, aż do dziś, kiedy możemy odkrywać ją na nowo. Bo chociaż przenosi nas w podróż o czterdzieści lat do tyłu, o dziwo, jest wciąż bardzo aktualna. Spomiędzy anegdot o urzędach i taksówkach, przebija się obraz polskości.


„W zasadzie tak” jest doskonałą satyrą społeczną ówczesnej Polski. To zbiór szesnastu krótkich felietonów, ilustrowanych ręką Fedorowicza, o rzeczywistości w PRL-owskich czasach. Są bardzo krótkie i konkretne, okraszone ogromną dozą humoru i dystansu, pisane z przymrużeniem oka. Bo czasem, w warunkach tak jałowych, nie pozostaje przecież nic innego, jak kroczyć przez to życie właśnie z uśmiechem na ustach, prawda? To krótkie opowiadania o tym na przykład, jak jeść, by z restauracji nie wyjść z pustym brzuchem – podstawowa zasada brzmi: zamawiaj więcej, niż jesteś w stanie zjeść (i tak wszystkich dań nie otrzymasz) i uzbrój się w cierpliwość (bo dotrą do Ciebie już dawno zimne). Z restauracją wiąże się cały kodeks postępowania z kelnerem – schemat rozmowy, cennik za usługi, ale przede wszystkim ostrzeżenie, by od kelnera nie wymagać za dużo, wszak sztućce możesz zabrać sobie sam, a nie każda Twoja potrzeba musi zostać bezwzględnie spełniona. Skoro już mowa o posiłkach, warto wspomnieć o kawie. W PRL-u najczęściej uświadczylibyście szlachetnie nazywanej kawy parzonej sposobem tureckim (która w istocie z Turcją nic wspólnego nie miała), ekspres był magiczną maszynerią, która jeżeli już w kawiarni była, to najczęściej zepsuta. Niezwykle ciekawy fragment jest również o hotelach; czyli co można, a czego nie można, kto komu usługuje i czy tak naprawdę gość ma znaczenie, do jakiego hotelu lepiej się udać – starego czy nowego (nowy jest niczym po remoncie, a więc wszystko się w nim sypie) – i dlaczego zabija się turystykę, chroniąc hotele przed zagranicznymi gośćmi.
W książce przeczytamy również o podróżowaniu taksówką, pociągiem (a właściwie wagonem piwnym) i własnym samochodem, o oglądaniu telewizji, o piciu i niepiciu alkoholu, o wizytach w urzędach czy o zarabianiu.

„W zasadzie tak” to zbiór ciekawych anegdot, rzeczywistości ukazanej w krzywym zwierciadle. Chociaż PRL to szara, a wręcz czarna rzeczywistość ludzi, którzy żyli w tamtym czasie, to również – jak udowadnia Fedorowicz – paradoksalnie jeden z najbardziej kolorowych okresów w naszych dziejach. Fedorowicz pisze zarówno do starszych, jak i młodszych – tych, którzy PRL poczuli na własnej skórze i tych, którzy po raz pierwszy usłyszeli o nim w szkole. Pokazuje jak sprytnie sobie radzić z beznadziejną sytuacją, krocząc przez życie z uśmiechem, ironią i dowcipem. Szerokim łukiem omija frustrację i złość. Chwyta byka za rogi i przejmuje nad nim panowanie.
Niezwykle lekka i zabawna książka, która uczy historii w zupełnie nowy sposób.

Wchodząc do urzędu, staram się wykrzesać z siebie maksimum życzliwości dla urzędników, wczuwając się w ich sytuację. Oni mogą załatwić moją sprawę, ale przecież nie muszą. Co więcej: nie powinni. Zbyt szybkie załatwienie mojej sprawy mogłoby ściągnąć na nich różne podejrzenia, na przykład te, że ich przekupiłem. Staram się ich zrozumieć, a zrozumieć to znaczy wybaczyć. Więc wchodzę do urzędu wybaczliwy, w duchu ustalając sobie z góry termin następnej wizyty. (…)

Reklamy

Śladami amerykańskiej popkultury

Ćwiek tworzy literaturę, która nie do końca mnie interesuje, bo nie trafia w moje książkowe gusta. Powieści fantastycznych, które przeczytałam, nie mogłabym policzyć nawet na palcach jednej ręki, tak jest ich mało. Wciąż obiecuję sobie, że nadrobię klasykę i sięgnę po LeGuin, po Tolkiena, czy choćby po Harry’ego Pottera, bo do sagi J.K. Rowling też nigdy mnie nie ciągnęło. Zawsze jednak w ręce wpada mi inna pozycja, która każe spychać na bok fantastykę… Tak też było z „Drobinkami nieśmiertelności”, które wzięły na swojego barki (a może kartki?) ciężar oswojenia mnie z autorem przed sięgnięciem po inne jego dzieła. Bo – trzeba nadmienić – to rzecz zupełnie inna niż te, do których Ćwiek przyzwyczaił swoich czytelników. Podróż po Ameryce śladami własnej POPświadomości zainspirowała autora, by dotknąć sedna amerykańskości i przelać swoje przeżycia na papier. Tym sposobem powstało 14 zaskakujących „amerykańskich” opowiadań.


Zaczynając tę książkę mylnie przypuszczałam, że w „Drobinkach” zetknę się z zacięciem reporterskim pisarza. Myślałam, że 14 opowiadań, z których każde ma miejsce w innym stanie i w innym mieście, będzie naznaczone sporą dozą realizmu. Słowem: wydawało mi się, że ta książka to opowieści o Ameryce, a nie opowiadania, których głównym bohaterem są właśnie Stany Zjednoczone. Chociaż spodziewałam się czegoś zupełnie innego, nie mogę powiedzieć, bym była niezadowolona, wręcz przeciwnie – odkrywając książkę z każdą stroną byłam coraz milej zaskakiwana.
Szczególnie w pamięć zapadło mi pierwsze opowiadania, stanowiące zarazem tytuł dla książki, przez swoje nietypowe, aczkolwiek absolutnie fantastyczne zakończenie. Nie wszystkie opowiadania są sobie równe, nie wszystkie można określić mianem „bardzo dobrych”, zdarzają się banalne rozwiązania albo zbyt szybkie rozwinięcia akcji. Lecz taka jest właśnie Ameryka – obfita w przesadę i przesyt, głośna, szumna, pełna splendoru… Jakub Ćwiek swoimi opowiadaniami dotyka sedna amerykańskości, zanurza się w ich kulturze i popkulturze, by później przedstawić ją nam, Europejczykom. Dlatego z ogromnym zaciekawieniem śledziłam wzmianki o serialu The walking dead, który sama wiernie śledzę od samego początku, będącym dla Amerykanów ogromnym przeżyciem, czytałam o święcie Halloween, który chcąc–nie chcąc Amerykanie muszą obchodzić, o legendzie Hollywood czy choćby o amerykańskiej prowincji, którą też Jakub Ćwiek naznacza swoim piórem.
Nie sposób nie zauważyć, że pisarstwo Ćwieka przypomina nieco pióro Stephena Kinga, amerykańskiego mistrza grozy. Chociaż nie ma tu nic z fantastyki, dlatego ciężko byłoby „Drobinki nieśmiertelności” porównać do jakiejkolwiek powieści Kinga, tak z łatwością można dostrzec podobieństwo stylu, jeśli sięgniemy po najlepsze opowiadania Amerykanina.

„Drobinki nieśmiertelności” to w całości zbiór dobrych, interesujących opowiadań. Czyta się je z łatwością i przyjemnością. Zbliżenie się do sedna amerykańskości może okazać się ciekawym czytelniczym doświadczeniem. Z czystym sumieniem polecam tym, którzy na chwilę chcą oderwać się od rzeczywistości i całkowicie zatopić w powieściowym świecie – świecie wielkiej, przerysowanej, różnorodnej Ameryki.

Amerykańskie studium upadku

Moje relacje z jednym z najważniejszych współczesnych, amerykańskich pisarzy – Philiphem Rothem – można określić jako „skomplikowane”. Czytać zaczęłam go od „Amerykańskiej Sielanki”, która nie dość, że mnie pochłonęła i zachwyciła, to od ponad połowy roku nie pozwala przestać o sobie myśleć. Taka to powieść: wielowymiarowa, niebanalna, aktualna; słowem fantastyczna! Z rozkochania się w niej zobaczyłam też film, a chwilę później sięgnęłam po „Konające zwierzę”. I tu już pojawił się pierwszy zgrzyt. Nie mam nic przeciwko miłości pomiędzy studentkami a profesorem, miłości wolnej i dzikiej, niepohamowanej, zachłannej, ale szczegółowe opisy ich seksualnych aktów przyprawiały mnie o wymioty. Z niepokojem sięgnęłam więc po „Teatr Sabata”, który okazał się tysiąc razy odważniejszy. To właśnie w niej, w ulubionej własnej powieści Rotha, zacierały się granice pomiędzy przyzwoitością a… pornografią. Wszystkie bariery dobrego smaku zostały już dawno złamane. Książkę doczytałam z przymusu. Kiedy więc kilka tygodni temu zauważyłam zapowiedź „Kiedy była porządną dziewczyną”, książkę przyjęłam z podziękowaniem, ale jednocześnie byłam pewna, że to już moje ostatnie spotkanie z Rothem. Spodziewałam się po raz kolejny odważnych momentów, seksu i zbrukanej cielesności człowieczej. Jakże się myliłam! Zatrzymam jednak swoje zachwyty i słowa uznania do końcowego etapu tej recenzji; teraz słów parę o fabule.


Marzeniem Lucy, nieco buntowniczej nastolatki, jest by wieść życie zgoła inne od tego, jakie prowadzili jej rodzice – ojciec pijak i matka, która „z miłości” zgadzała się na największy wstyd i upokorzenia. Z czasem Lucy stara się wziąć sprawy w swoje ręce i – widząc bierność matki i dziadków – usiłuje wyrzucić ojca z ich życia. Nie pyta nikogo o zdanie, po prostu pewnego dnia zamyka mu drzwi przed nosem, a ten ze wstydu nie pojawia się w domu przez kilka lat. Aby dostać się na wymarzone studia – co da jej szansę lepszego życia w przyszłości i otworzy dotychczas zamknięte drzwi – dziewczyna każde popołudnie spędza w barze, pracując jako kelnerka. Odkłada każdy grosz, odmawia sobie drobnych przyjemności, w których pławią się jej rówieśniczki. Nie wie jednak, że to wszystko – ta ciężka praca, masa wyrzeczeń i sprzeciw, jaki okazała ojcu – ma pójść na marne.
Tuż przed końcem roku szkolnego Lucy poznaje Roya, byłego żołnierza, aspirującego fotografika. Z początku Roy robi zdjęcia jej przyjaciółce Ellie, ale z czasem docenia niebanalną urodę Lucy – i tak od sesji do sesji, od jednego ujęcie do drugiego, spojrzenia i uśmiechu na zdjęciach w końcu zaczynają się umawiać. Ale Roy, jak każdy młody chłopak pragnie czegoś więcej, poza uczuciem – chciałby włożyć rękę pod jej halkę, dotknąć białej piersi, przylgnąć ustami do ciepłego, niewinnego łona. A może jest po prostu zdesperowany? Wszak mimo przechwałek o swoich seksualnych podbojach Roy, dwudziestolatek, jeszcze nie spał z dziewczyną. Pragnie Lucy, zakochuje się w niej, szepcze jej do ucha „Aniele” i „zaufaj mi”. Powtarza jej to, „zaufaj mi”, niemalże nieustannie. Mówi „zaufaj mi” i wkłada rękę pod spódnicę. „Zaufaj mi” i przygniata drobną dziewczynę swoim umięśnionym ciałem. „Zaufaj mi”… i w końcu Lucy postanawia zaufać. Ufa mu wielokrotnie, aż do czasu, gdy poczuje rosnące w jej łonie dziecko. Wtedy rozumie, że jej cały świat się skończył.

Małżeństwo z Royem, czułym i kochającym, ale jednocześnie słabym człowiekiem, marzycielem, który nie robi nic, by choć jedno z tych swoich marzeń spełnić doprowadza do tragedii. Czy nastolatka jeszcze kiedykolwiek będzie miała szansę by żyć życiem, o jakim marzyła?

Lucy Nelson jest bohaterką, z jaką może się utożsamić większość z nas – przynajmniej z początku. To dziewczyna niedowartościowana, miewająca kompleksy na punkcie swojego wyglądu, nie dostrzegająca swoich zalet, a jednocześnie pragnąca nieprzeciętności, wyrwania się z domu i wspaniałego, bajkowego życia. Nie łudzi się jednak i nie czeka na gwiazdkę z nieba czy księcia na samym koniu, o nie, ona sama bierze sprawy w swoje ręce. Pracuje po godzinach, uczy się, haruje jak wół na to swoje „piękne życie”, bo wie, że przecierpiała już dosyć i na nie zasługuje… ale jednocześnie, jak każda z nas, kobiet, pragnie nieco uczucia, czułości, męskiej miłości. Niespodziewanie wpada w jej wir, nad czym nie potrafi już później zapanować.
Lucy to bohaterka tragiczna, bowiem każdy jej wybór, w sytuacji w której się znalazła, skończyłby się katastrofą. Jej klęska była nieuchronna, bowiem to właśnie przez trudne dzieciństwo dziewczyna, a chwilę później już kobieta, nie potrafiła zapanować nad swoim życiem. Przez chęć wybicia się ponad amerykańską przeciętność, upadła o wiele niżej, gdzie nie było już dla niej ratunku.
„Kiedy była porządną dziewczyną” to fantastyczny obraz drobnomieszczańskiego społeczeństwa amerykańskiego, Roth nie jest litościwy względem swoich bohaterów, poddaje ich analizie oraz ocenie sprawiedliwej, aczkolwiek surowej. Każda postać jest żywa, każda emocjonalna, a jednocześnie pisarz nie przejaskrawia cech charakteru swoich bohaterów, pozwalając czytelnikowi samemu interpretować i domyślać się prawdy… To właśnie na tym polega geniusz tej książki – na jej autentyczności i uniwersalności. Ta historia mogłaby się dziać wszędzie, niezależnie od czasu –
jest boleśnie prawdziwa, wręcz przeszywająca.

To właśnie takiego Rotha chcę czytać. I wiecie co? Mam ochotę na więcej!

Filipowicz o prowincji

Chociaż Kornel Filipowicz uważany jest za jednego z najwybitniejszych, najbardziej utalentowanych prozaików w literaturze polskiej, przyznać trzeba, że jest dość zapomniany. Jego twórczość odsunęliśmy na bok, sięgając po inne, bardziej współczesne dzieła. Po wydaniu w 2016 roku jego epistolarnej korespondencji z Wisławą Szymborską, książki noszącej tytuł „Najlepiej w życiu ma Twój kot”, media sprowadziły go jedynie do miana „mężczyzny, którego kochała Szymborska”, ukrywając jego talent i wszystkie pisarskie zdolności, przyćmiewając Filipowicza osobą wielkiej poetki. A nie sposób nie wspomnieć, że zachwycał się nim między innymi Iwaszkiewicz, obdarowując go mianem „wirtuoza” i „pisarza najczystszego”. Zaś nikt inny, jak sam Pilch, jeden z najważniejszych twórców współczesnej literatury polskiej, okazuje się być jego uczniem – to Filipowicz go odkrył i pokierował w stronę prozy, nie poezji. Ale dosyć już o samym autorze, czas przejść do analizy dzieła.

Filipowicz jest obserwatorem tak czułym i tak wnikliwym, że trudno wychodzi się z jego opowiadań. Po tej podróży współczesna literatura może się wydać rozczarowująca – pisze Justyna Sobolewska na okładce „Mojej kochanej, dumnej prowincji”, zbioru opowiadań przez nią samą wybranego. Istotnie, język Filipowicza czaruje i zachwyca, historie przez niego opowiadane są niebanalne, wciągają czytelnika w wir zdarzeń i karzą być ze sobą do samego końca, zaprzeć z wrażenia dech i czekać tylko na kolejne spotkanie z tak dobrą prozą.


Rzadko sięgam po opowiadania, bo niezbyt mnie ta forma literacka cieszy. Czasem opowiadanie mi się dłuży, najczęściej jednak czuję pewien niedosyt. W mojej głowie zapętla się pytanie: I co dalej? Finisz mnie rozczarowuje, nic się nie wyjaśnia, nie wiem, jak potoczą się losy bohaterów. Podchodzę do opowiadań z ogromnym sceptycyzmem i wielkimi oczekiwaniami… Sami widzicie, napisać opowiadanie, to nie taka prosta sprawa. Trzeba umieć w tej garści, zaledwie, tekstu, zawrzeć cały świat. Zawrzeć uczucia, emocje, cichy płacz i donośny śmiech, niewypowiedziane słowa i wykrzyczane kłamstwa, ulotność chwil, poranne mgły, popołudniowe słońca i nocne deszcze. Ale to nie wszystko, bo przecież opowiadanie musi być prawdziwe; tam muszą być smaki i zapachy, odgłosy, szelesty, szepty, dźwięki. Opowiadanie niczym, poza objętością, nie może różnić się od dobrej prozy. Musi czytelnika wciągnąć, zachwycić, rozkochać, nasycić, usatysfakcjonować.
Spośród wybranych do „Mojej kochanej, dumnej prowincji”, tekstów zarówno krótszych, jak i dłuższych, nie wszystkie przypadły mi do gustu, lecz z ręką na sercu mogę przyznać, że każde miało w sobie choćby pierwiastek, który był zdolny mnie zachwycić.

Opowiadania Filipowicza dotykają różnych tematów – od tak ukochanej przez autora prowincji, jej mieszkańców, jej swojskości, jej roli jako cichego obserwatora ludzkiego życia, poprzez rodzinne, synowsko-ojcowskie relacje, aż po ciche świadectwa tragedii, wojenne wspomnienia, niezabliźnione rany. Są wśród nich, o dziwo, tematy wciąż aktualne – jak strach przed uchodźcami. W jednym z opowiadań (Gdy przychodzą we śnie) bohatera męczy sen, że po pomocy jednemu z emigrantów, w jego mieszkaniu znajdują się całe ich tłumy, łaknące, potrzebujące, wręcz żądające jego pomocy. Jest przez nich oblegany, osaczany, wkrótce sam zostaje włóczęgą we własnym domu. Filipowicz dotyka też swoim piórem tragedii, opowiadając o śmierci dziewczynki, zgwałconej i zamordowanej, świadkiem czego jest jedynie dwuletni chłopiec (Świadek, który nie umiał mówić). Przez wzgląd na wiek dziecka nikt nie bierze jego insynuacji na poważnie.
Jako więzień obozów koncentracyjnych nie mógł też zbyć milczeniem tematu wojny – pojawia się więc cicha trauma i okrucieństwo, bo na tak wielką tragedię nie potrzeba przecież głośnych słów.

„Moja kochana, dumna prowincja” to zbiór opowiadań niezwykle nastrojowych, klimatycznych, delikatnych, subtelnych, zachwycających formą i językiem. Filipowicza można by czytać wiele razy i nigdy by się nie znudził – jego proza to uczta, cieszenie się każdym słowem, zachwycanie drobnostkami. To opowiadania wciąż „świeże”, pomimo upływu czasu, lakonicznie, lekkie. Autor wielokrotnie puszcza do czytelnika oko, zabiera go w fantastyczną podróż, jednocześnie każąc podjąć zabawę i razem z nim „czuć” to opowiadanie.

Arcydzieło życia Charlotte Brontë

Zanim przejdę do recenzowania „Villette” Charlotte Brontë, zobowiązana jestem, do opowiedzenia Drogim Czytelnikom, jak to cudeńko wpadło w moje ręce; podobno nie ocenia się książki po okładce, lecz gdybym tego nie zrobiła, prawdopodobnie nigdy w życiu nie sięgnęłabym po „Villette”. Poprzednia okładka przygotowana przez Wydawnictwo MG – ta nieco tajemnicza i mroczna – jakoś mnie do przeczytania nie zachęcała, z kolei ta nowa – notabene przypominająca absolutnie cudowne penguinowskie wydania – swym wdziękiem, powabem i urokiem zmusiła mnie wręcz, by w tempie natychmiastowym z książką się zapoznać.
W te ostatnie upalne, sierpniowe dni przeniosłam się zatem do nieco mglistej i deszczowej Francji razem z młodą Angielką, Lucy Snow.

Nikt nie puszcza się na rwące, zmącone wody miłości, jeśli nie przyświeca mu gwiazda nadziei.

Lucy w wyniku ciągu nieszczęśliwych wydarzeń straciła niemalże wszystko: rodzinę, dach nad głową, przyjaciół, jej serdecznych opiekunów i wszelakie środki finansowe, dzięki którym mogłaby jakoś przeżyć ten „najbliższy czas”. Pod wpływem impulsu decyduje się na podróż swojego życia – rozważywszy wszystkie „za” i „przeciw” jest pewna jednego: nie ma już nic, co mogłaby stracić, nijak nie ryzykuje. W akcie desperacji, niczym tonąca brzytwy, czepia się nadziei, że podróż morska do Francji zdoła odmienić jej życie. Tam ma zacząć wszystko od nowa.


Po przybyciu do Francji Lucy trafia do małej, malowniczej miejscowości o dźwięcznej nazwie „Villette”. Los postanawia wynagrodzić jej wszystkie nieszczęścia, które wcześniej jej zgotował i tam, w obcym zupełnie państwie, prowadzi ją za rękę. Szukając dachu nad głową Angielka poznaje Madame Beck, która ostatecznie daje jej pracę na prowadzonej przez siebie pensji dla dziewcząt. Zaczyna od drobnych zadań, by w końcu – po przyswojeniu sobie dźwięcznego francuskiego – stać się tam nauczycielką języka angielskiego. Stawia czołom młodym, nieposkromionym i rozbrykanym dziewczętom, nieustannie sprzecza się z Monsieur Paulem Emanuelem, znosi jego zmieniające się z chwili na chwilę humory, w końcu co raz bardziej zagłębia się w toczące się tam, w szkole Madame Beck, życie towarzyskie. Stara się żyć skromnie, cicho i spokojnie, skupiając się na pracy… lecz nie zawsze wszystko toczy się w taki sposób, w jaki sobie wymyśliła. Z czasem Lucy zaczyna coraz więcej znaczyć dla szkoły, mimowolnie zostaje wplątana w szereg różnych, dziwnych zdarzeń, odkrywa tajemnice, rzeczy wcześniej dla niej niezrozumiałe. Odnajduje tych, których straciła przed laty i powoli, powoli otwiera swoje serce na uczucia drugiej osoby. Mimo iż powtarza, że lepiej być całe życie samotną, niż mieć złamane serce, w końcu i ona sama wpada w szpony miłości – miłości trudnej, patetycznej i – do pewnego czasu – również platonicznej.

„Villette” jest powieścią snującą się powoli, markotnie, leniwie. Brak tu wielu zwrotów akcji, które napędzałyby fabułę – liczą się słowa, uczucia, myśli, rozważania i rozterki bohaterów. Przez tę jej powolność czytelnik jest w stanie bardziej wczuć się w cudowny, spokojny i deszczowy francuski klimat. Niewątpliwym atutem powieści jest fakt, że Brontëoparła ją na motywach autobiograficznych. W rzeczywistości pod nazwą miasteczka Villette skrywa się Bruksela, a zakazaną miłością – Constantin Héger. W 1842 roku dwie siostry – Charlotte i Emily Brontë– wyjeżdżają do Brukseli, by podjąć nauczania w szkole prowadzonej przez Mr’a i Mrs Héger. Chcą podszkolić swój język, stać się bardziej biegłymi. Charlotte ma uczyć angielskiego, Emily zaś podejmuje się nauczania muzyki. Ich pobyt tam szybko się jednak kończy, kiedy po śmierci ich matki, opiekę nad dziewczętami przejmuje ich ciotka. Nie minie rok, zanim Charlotte ponownie nie wyjedzie do Brukseli… jej drugi wyjazd okaże się jednakże fatalny w skutkach, bowiem nieszczęśliwie zakochana w Constantinie Charlotte będzie znosić najgorsze i najsilniejsze udręki serca, jakich zaznać może kobieta. To stanie się inspiracją do napisania słów: lepiej całe życie być samą, aniżeli mieć złamane serce. Miłość do dyrektora szkoły i nauczyciela, Hégera, stanie się inspiracją do napisania „Villette” i „Profesora”.

„Villette” to piękna, pełna mądrości i uczucia książka o miłości – ale nie tylko. Pośród – na przemian – złamanych i uradowanych serc, sporo tutaj ludzkiej niedoli, pechu i radości, zrywów szaleństwa i rozwagi. To klasyka literatury angielskiej, jedno z największych jej arcydzieł. Doskonała na zbliżające się wieczory – długie, jesienne dni, podczas których książka cieszy najbardziej.