Balonem na Biegun Północny

Chłodne północne rejony kuli ziemskiej od zawsze owiane były tajemnicą i nutką grozy. Im bardziej eksploatowane przez człowieka, tym odrobinę mu przychylniejsze, a jednak w XIX wieku wciąż tak samo tajemnicze, jak reszta wszechświata. Dotrzeć tam, zbadać, zobaczyć, przemierzyć wszerz i wrócić do domu – takie było marzenie trójki mężczyzn, którzy zdecydowali się wyruszyć w podróż na Wyspę Białą, prawie całą zajętą przez lodowiec. Większość drogi pokonać mieli balonem, następnie pieszo, ciągnąc na saniach swój dobytek. Coś jednak poszło nie tak, bo ta opowieść o trzech marzycielach nie kończy się dobrze – i wiemy to już od samego początku – bowiem po kilku latach ślad po Szwedach zaginął. Czy to wina zatrucia wodorem, który uciekał z balonu dziurkami po igle paryskich krawcowych, bakterią z niedźwiedziego mięsa, przedawkowanie morfiny czy może bójka pomiędzy nimi samymi? Byli dobrze zaopatrzeni – mieli broń, amunicję, lekarstwa, ciepłe ubrania, wystarczającą ilość jedzenia. Co w takim razie się wydarzyło?
Bea Uusma wyrusza śladem swojej miłości i próbuje się dowiedzieć, co zdarzyło się na Wyspie Białej ponad sto lat temu. Ale właśnie… czy nie przychodzi o sto lat za późno?

źródło: Wikipedia

Wyruszli 11 lipca 1897 roku balonem o nazwie „Orzeł”. Trzej mężczyźni w sile wieku – Salomon August Andrée, Knut Frænkel i najmłodszy – dwudziestoczteroletni, Nils Strindberg. Podekscytowani i szczęśliwi liczyli, że do swoich domów wrócą najpóźniej za rok. Tymczasem już po kilku dniach zmuszeni byli lądować awaryjnie na krze, stawiając swoje życie pod wielkim znakiem zapytania. Zewsząd czyhało na nich niebezpieczeństwo – z jednej strony zachwycała ich cisza i dostojność lodowców, z drugiej strony złowrogi odgłos pękającej kry i poruszających się po lodzie niedźwiedzi przyprawiał o dreszcze i zasiewał w duszy ziarno zwątpienia. Jak długo zdołają tak żyć – mieszkając w domu pośrodku morza i jedząc surowe mięso?
W dzienniku Andrée notował ich codzienną dietę, aktywność fizyczną i samopoczucie. Z jego zapisków można wywnioskować, że z trójki podróżników to on trzymał się najlepiej – jako organizator wyprawy nie wątpił tak, jak jego towarzysze. Wzmiankował o bólach żołądka, stóp, ale i o bezkresnym zmęczeniu i zniechęceniu. Wszyscy chcieli wrócić do domu, jednak Arktyka bezczelnie i samolubnie wydarła im tę szansę z rąk.
Nie dotarli nawet do jednej trzeciej odległości od bieguna, kiedy ślad po nich zaginął. Ostatni list Nilsa do swojej narzeczonej, Anny Charlier, był pełen tęsknoty i miłości, ale obfitujący w pozytywne myśli i uczucia względem wyprawy. Później nie zdołał już napisać do niej żadnego słowa. Ironią losu, nazwisko jego narzeczonej z francuskiego tłumaczyło się jako „balon wodorowy”.
Trzydzieści trzy lata później inna wyprawa na Biegun Północny przypadkowo natknęła się na pozostałości ich obozowiska. Do dziś nie wiadomo, z jakiego powodu zginęli.

Źródło: Wydawnictwo Marginesy

Ta podróż nie miała szans, by się udać. Trzech młodych mężczyzn z minimalną wiedzą na temat Arktyki rzuciło się w jądro koszmaru. Nie mieli pojęcia, jak utrzymać się przy życiu w tak ekstremalnych warunkach, ale naiwnie wierzyli, że siła ich marzenia zapewni im bezpieczeństwo. Nierozważnie postępowali z niedźwiedziami polarnymi, nie zdając sobie sprawy, jak ogromnym są zagrożeniem. Całkowicie nieprzygotowani na warunki Północy ciągnęli sanie o ładunku 200 kg, później – z biegiem czasu – wyrzucając rzeczy zbędne. Ale do końca nosili ze sobą atlasy i encyklopedie, szaliki z różowego jedwabiu, obrusy, krawaty czy spinacze. Po co?

Bea Uusma poświęca połowę swojego życia, aby odkryć jaka tajemnica kryje się za wyprawą Andréego. Jej szaleństwo i obłęd na punkcie trzech polarników i przyczyny ich śmierci jest niemalże tak ogromne, jak siła ich marzenia, gdy zdecydowali się na lot balonem na Biegun Północny. Z tym samym zaangażowaniem co oni podąża ich śladem, jeszcze raz bada ich kości i ubrania, czyta dzienniki, kontaktuje się z rodziną, a nawet prosi o pomoc wróżkę licząc, że w końcu zauważy coś, co inni przeoczyli i uzyska odpowiedź na swoje pytanie. To, co stało się na Wyspie Białej ma pozostać jednak tajemnicą, bowiem ciekawość Bei nigdy nie zostanie zaspokojona – pozostaną jej tylko domysły, jak wszystkim innym przed nią.


„Eskpedycja” to fascynująca historia nie tylko ze względu na losy trzech, najbardziej śmiałych i najbardziej nierozważnych szwedzkich polarników, których marzenie poprowadziło do królestwa śmierci, ale też poprzez zaangażowanie autorki, która życiorysów Andréego, Nilsa i Knuta nauczyła się na pamięć. Jej pasja granicząca z obsesją jest równa temu, co odczuwali trzej mężczyźni, wsiadając do balonu, który miał ich ponieść jak najdalej na Północ.
To literacka podróż dla wszystkich – tych, którzy lubią tajemnice i odrobinę grozy, marzycieli i amatorów Arktyki. Co więcej – muszę wspomnieć, że czytanie tej książki jest „ekspedycją” samą w sobie, bowiem nadzwyczaj piękne wydanie zapewnia najwyższe wrażenia estetyczne na każdej stronie.
Pod względem treści, jak i wydania „Eskpedycja” jest dla mnie książką tego roku.

W poszukiwaniu drogi

Z twórczością Hermana Hessego po raz pierwszy zetknęłam się dzięki poleceniu znajomego – Marcina, z którym przez jakiś czas miałam przyjemność prowadzić bloga literackiego Tylko Burak Nie Czyta. Marcin jest taką osobą, która uwielbia rozdawać innym wartościową literaturę. W ten sposób pewnego dnia w paczuszce z książką do recenzji otrzymałam od niego „Petera Camenzinda”. Już wcześniej wspominał mi o „Siddharcie” i „Wilku stepowym”, ale nie potrafiłam dostać tych książek w bibliotece, więc moment ich przeczytania odłożyłam nieco w czasie. Tymczasem on zrobił mi taką właśnie niespodziankę!
„Peter Camenzind” okazał się fantastyczną historią, bardzo swojską i delikatną, która chwyciła mnie za serce. Kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Media Rodzina w maju zamierza wydać nic innego, jak „Siddharthę” i „Wilka stepowego”, postanowiłam sobie powtórzyć tę pierwszą powieść Hessego, z jaką miałam do czynienia i – z ręką na sercu przyznaję – spodobała mi się jeszcze bardziej. Jestem pewna, że w przyszłości sięgnę po nią po raz kolejny.
Ale koniec już o cudownym szwajcarskim Peterze – dziś słów parę o „Siddharcie”.



Tytułowy Siddhartha to syn bramina, który dochodzi w swoim życiu do takiego momentu, w którym chce odnaleźć własną drogę i odpowiedzi na pytania, które stale go – człowieka młodego i inteligentnego – nurtują. Jednym z takich pytań jest to o własne „ja”, o powołanie człowieka, sens życia i sedno jego istnienia. Razem z przyjacielem – Gowindą – wyrusza w drogę, dołącza do świątobliwych mnichów, aby to właśnie od nich nauczyć się sztuki dobrego, pobożnego życia. Wkrótce jednak odkrywa, że istnieje pewna granica wiedzy, której z Samanami nie przekroczy. Zauważywszy, że jest już o krok przed nimi, postanawia odejść i szukać odpowiedzi na swój sposób. Pogrąża się w grzechu, cielesnych radościach, próżności i zbytku, aby poznać tę drogę, którą jako mnich nigdy by nie kroczył. Rozpustę ciała stara się połączyć z duchowymi poszukiwaniami prawdy, bo gdzieś tam na końcu tej drogi czeka na niego miłość – prawdziwa i czysta.

„Siddhartha” to powieść będąca wyrazem fascynacji Hessego orientalnymi Indiami. Powstała w 1922 roku, tuż po zakończeniu I wojny światowej jest swoistym sprzeciwem wobec śmierci i walki. To właśnie w „Siddharcie” Hesse sprzeciwia się ślepemu podążaniu za władzą, a za pomocą głównego bohatera ukazuje, że mądrości nie można się nauczyć – do mądrości prowadzi wyboista droga i nie raz trzeba zabłądzić, aby trafić na właściwą ścieżkę i osiągnąć cel. Hesse w bardzo piękny, a zarazem dosadny sposób mówi zwięźle o rzeczach najważniejszych. Licząca sobie mniej niż 200 stron opowieść o hinduskim synu bramina, który w podążaniu za pełnią szczęścia dotarł nawet do samego Buddy pokazuje, że ani zbytki świata, radości cielesne czy nawet podążanie za religią nie dają takiej radości i spokoju, jak pełna harmonia z otaczającym światem – naturą. Siddhartha przez niemal całe swoje życie miota się pomiędzy sacrum i profanum, buddyzmem i chrześcijaństwem, ale odpowiedzi czekają na niego dopiero pod koniec drogi jego życia.


To wspaniała opowieść o – tak naprawdę – każdym z nas, mimo iż tytułowy bohater to syn bramina. Lektura bardzo ważna i mądra, ale tym samym dająca prawdziwą satysfakcję przy poznawaniu jej. Utrzymana w klimacie baśni, przeistaczająca się w powiastkę filozoficzną jest istną literacką ucztą, choć do przemyślenia i przeżycia, nie zaś przeczytania i odstawienia na półkę.

Erotomański obłęd

W tym roku miałam okazję zapoznać się nieco z twórczością Philipa Rotha – autora, którego nie trzeba przedstawiać nikomu, bo co roku typowanego jako zwycięzca Nagrody Nobla. Jego fenomenalna „Amerykańska sielanka” poruszyła mnie i zachwyciła do tego stopnia, że objęła bardzo wysoką pozycję na mojej liście TOP najlepszych powieści tego roku. Niestety chwilę po przeczytaniu tej pozycji sięgnęłam po „Konające zwierzę”, książeczkę nieco krótszą, lecz poziomem zdecydowanie nie dorastającą „Sielance” do pięt. Przepełniona erotyzmem, obfitująca w różnego rodzaju uczucia – najczęściej te skrajne, obleśna, choć momentami wrażliwa, wydała mi się dusznym kotłem przepełnionym erotomańską lubieżnością.
Trzy miesiące później skusiłam się na kolejną powieść Rotha – „Teatr Sabata” – będący podobno ulubioną powieścią autora. Sam wstęp – bardzo mocny jak na pierwsze zdania – skojarzył mi się nawet z prozą Marqueza i chociaż nieco mnie wystraszył, bo wiedziałam w jakim tonie będzie prowadzona narracja, postanowiłam zaryzykować. Niestety, jak się okazuje, ryzyko nie zawsze popłaca, bowiem „Teatrowi Sabata” zdecydowanie bliżej ku „Konającemu zwierzu” niż „Amerykańskiej Sielance”.


„Teatr Sabata” zaczyna się od miłosnego ultimatum, które nieco ponad 50-letnia Drenka stawia swojemu 64-letniemu kochankowi, tytułowemu Mickeyowi Sabatowi. Pragnie wymóc na znanym i mającym długoletnią praktykę erotomanie bezwarunkową wierność. Nietrudno sobie wyobrazić, jak reaguje na to mężczyzna – oczekiwania Drenki uważa za bzdurne i kapryśne, tłumaczy kobiecie, że jej zachowanie jest nieco samolubne, a wręcz dziecinne. Podkreśla swoje przywiązanie do wolności i miłość do kobiet. Chce cieszyć się z życia i poznawać wszystkie jego smaki – tak dosłownie, jak i w przenośni.
Sprawa jednak nieco się komplikuje, kiedy Drenka niespodziewanie umiera. Pogrążony w żałobie Sabat nie potrafi poradzić sobie z coraz bardziej ogarniającym go smutkiem i wyrzutami sumienia, które przypominają mu o utraconej miłości. Bo chociaż hedonista, człowiek wolny i erotoman w najlepszej swojej postaci, Sabat na co dzień jest człowiekiem bardzo samotnym, podstarzałym, zniszczonym przez życie i niecieszącym się już takim powodzeniem u kobiet. Jego reputacja po kilku incydentach jest wręcz zszargana, więc na próżno mu szukać pocieszenia w zgrabnych ramionach dwudziestolatek. Kusząca Drenka okazuje się jedyną, a co więcej – najważniejszą – kobietą w jego życiu.
Po jej śmierci Sabat rzuca się w wir czarnych wspomnień, analizując swoje życie, tajemnicze zniknięcie młodej żony, chorobę alkoholową drugiej, erotyczne incydenty, za które przyszło mu słono zapłacić, z młodymi dziewczętami, śmiałe rozmowy telefoniczne (i rzecz jasna: nie tylko rozmowy) ze studentkami, aż w końcu rozpustność i próżność tego amerykańskiego społeczeństwa, które go otacza.

Philip Roth o tej powieści powiedział tak:
Wiele osób jej nienawidzi, ale to nie jest powód, dla którego ją lubię. Jest w niej dużo wolności. A tego szukasz jako pisarz, kiedy pracujesz. Poszukujesz swojej własnej wolności. Aby wyzbyć się zahamowań, sięgnąć w głąb pamięci, swych doświadczeń i życia, po czym odkryć prozę, która przekona czytelnika.

Chociaż całym swoim sercem i aż do ostatniej strony liczyłam, że coś mnie w „Teatrze Sabata” urzeknie, nie podzielam entuzjazmu autora. Jest w tej książce zdecydowanie drugie tło, które da się dostrzec, jeżeli na chwilę oderwie się od kipiącego erotyzmem pierwszego planu i głównej fabuły, jednak ta sfera głębsza i wrażliwsza jest przysłonięta seksualnymi historiami 64-letniego Mickeya. Jako czytelniczka zachwycona „Amerykańską Sielanką” poczułam się wręcz zraniona, kiedy moja głęboka i szczera nadzieja legła w gruzach wraz z ostatnim zdaniem książki. Piękna, bardzo podniosła i emocjonalna scena, gdy bohater na żydowskim cmentarzu swoich rodziców szuka miejsca, w którym sam mógłby wznieść swój grób niknie i niszczeje na tle kolejnej cmentarnej sceny – lecz tym razem erotycznej i obleśnej. W tym momencie Sabat nie szuka miejsca na swoją trumnę, lecz spełnia pewien rytuał, ożywia wspomnienie tego, co przeżył z Drenką. Nie chcę zdradzać fabuły i precyzować czym ten rytuał jest, wystarczy, jeżeli napiszę, że to rzecz nie tyle szokująca, co wręcz obrzydzająca. Piękno i wrażliwość pierwszej cmentarnej sceny niknie w brzydocie tej drugiej.

Niestety cała powieść jest tak silnie przesiąknięta erotyką, że absolutnie nie trafia w moją czytelniczą wrażliwość. Zmusiłam się wręcz by przebrnąć przez te 600 stron, a żadna z nich nie dała mi prawdziwej radości. Wspomnienia, pragnienia i fantazje doświadczonego przez życie, 64-letniego erotomana obrzydziły mnie na tyle, że długo nie sięgnę po tak odważną i ostrą powieść. Liczę jednak, że z biegiem czasu trafię na kolejną książkę Rotha – równie genialną co „Amerykańska sielanka”.

Dziób w dziób z ptakami

Każdy właściciel psa czy kota z pewnością może stwierdzić, że zwierzęta te nie tylko mają uczucia i swoje zwyczaje, ale niejednokrotnie swoim zachowaniem przypominają ludzi. Ilekroć palnę jakieś głupstwo czuję na sobie przeszywający, pełen zażenowania wzrok mojego kota. Patrzy na mnie, jak starszy mężczyzna rozczarowany głupstwem takiego podlotka, jak ja. Z drugiej strony, kiedy się zdenerwuję, moja papuga wydaje się być niezwykle rozbawiona, dając tego wyraz różnymi ruchami i dźwiękami. Z całą pewnością bawi go fakt, że im bardziej się denerwuję, tym mniej dana rzecz mi wychodzi, a on swoim śmiechem jeszcze bardziej potęguje ten stan…
Natura jest zdolna zachwycić nas na każdym kroku – co podkreślam w każdej recenzji książki z przyrodniczej półki – a najlepszym tego przykładem są ptaki, które przemierzając bezmiar błękitu nieba tak naprawdę są nam w stanie powiedzieć wiele… o nas samych.

Chociaż mniej więcej od ubiegłego roku wydawnictwa regularnie obdarowują nas książkami dotykającymi tematów bliskich naturze i boję się, że wkrótce odbije się to nam – czytelnikom – czkawką, staram się wybierać te najciekawsze, które w nietuzinkowy sposób opowiadają o otaczającym nas świecie, a zdobyta wiedza nie wyparowuje z głowy po kilku dniach od skończenia książki. „Rzecz o ptakach” jest jedną z najlepszych takich książek, jakie dane mi było przeczytać.


Weźmy pod lupę takiego gołębia – wielokrotnie w ogóle niezauważanego, gdy przechadza się po przystanku, zerkając na nas z ukosa, częściej jednak znienawidzonego, bo uważanego za brudnego. To niepozorne ptaszysko jest przez naturę doskonale wyposażone – wewnątrz ma wbudowany kompas, mapę i system nawigacyjny, który odnotowuje infradźwięki, zapachy, pola magnetyczne, światło spolaryzowane czy położenia słońca i gwiazd – a wszystko po to, by trafił bezpiecznie i szybko do domu. Przeurocze i przesłodkie kolibry zdolne są prowadzić krwawe walki o pożywienie, a ich umiejętności manewrowania w powietrzu zainspirowały badaczy z Pentagonu do stworzenia nanodrona, którego ciężko gołym okiem rozróżnić od prawdziwego ptaka. Orzechówki popielate wyróżniają się wśród tego zacnego grona doskonałą pamięcią, bowiem są w stanie zapamiętać dokładną – co do punktu – lokalizację miejsc, w których zakopały swoje zapasy. Najbardziej jednak zainteresował mnie fragment o sępach i albatrosach – te pierwsze posiadają żołądki jak ze stali – ich soki trawienne doskonale radzą sobie nawet z jadem kiełbasianym czy bakteriami wąglika. Noah Strycker w doskonały sposób pokazał padlinożercę z zupełnie innej perspektywy – sępy to ptaki, które też mają uczucia! Co więcej, jako chodzące śmietniki wyświadczają ludziom przysługę. Albatrosy zauroczyły mnie swoimi miłosnymi historiami, a czytając o niezwykłej odległości – 6,43 miliona kilometrów! – jaką przeciętnie przemierzają w swoim życiu, przyszedł mi od razu na myśl wiersz Baudelaire’a.

Ptaki dalekolotne, albatrosy białe,
Osaczone, niezdarne, zhańbione głęboko,
Opuszczają bezradnie swe skrzydła wspaniałe
I jak wiosła zbyt ciężkie po pokładzie wloką

O jakiż jesteś marny, jaki szpetny z bliska,
Ty, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko!
Ktoś ci fajką w dziób stuka, ktoś dla pośmiewiska
Przedrzeźnia twe podrygi, skrzydlaty kaleko!

Noah Strycker opowiadając o ptakach snuje tak naprawdę opowieść o ludziach. Na przykładzie naszych „braci mniejszych” pokazuje, jak bardzo są nam bliscy i jak niewiele różnic nas dzieli. Poruszając takie zagadnienia jak taniec, wyczucie rytmu, sztuka uwodzenia, sposób dobierania się w pary zdrada czy chęć spróbowania czegoś innego, nowego pokazuje, że pomiędzy ptakami, a ludźmi wcale nie ma tak ogromnej przepaści, jak śmielibyśmy sądzić. Ba! Te skrzydlate stworzenia wielokrotnie są od nas inteligentniejsze – czego doskonałym przykładem jest orzechówka, która nie potrzebuje wglądu w „Google Maps”, żeby odnaleźć pożywienie.

„Rzecz o ptakach” to książka napisana przede wszystkim z fantazją – jedna z lepszych przyrodniczych pozycji, jakie miałam okazję poznać. Łatwy, plastyczny, a momentami wręcz poetycki język sprawia, że informacje, które czytamy przyswajają się łatwo i – co najważniejsze – zostają w głowie na długo po lekturze książki. Niesamowite fakty z życia ptaków podane są w sposób nie tylko interesujący i ciekawy, ale często sensacyjny. Z danych naukowych Noah Strycker robi bardzo dobrą opowieść – z akcją w tle i nieprzeciętnymi bohaterami!

Przeszczepić nadzieję

Moja kontemplacyjna natura nie raz zmusiła mnie do zastanowienia się, jak to jest żyć z wyrokiem – mieć nadzieję na ratunek, ale też zdawać sobie sprawę, że w razie jakichkolwiek komplikacji życie uleciałoby ze mnie niczym jaskółka po deszczu. Co dalej? Czy czułabym jakikolwiek ból, czy może ulgę? Czy na co dzień wyczekiwałabym końca, czy potrafiłabym żyć tak, jakbym nigdy nie była chora? Próbowałabym coś naprawić, wykorzystać ostatnie dni swojego życia, czy raczej żyłabym swoim dotychczasowym życiem i wyczekiwała tego dnia?
To pytania, na które nie da się odpowiedzieć, dopóki samemu nie znajdzie się w takiej sytuacji – a i wtedy może być o to bardzo ciężko.

Wyobraźcie tylko sobie młodego mężczyznę, ojca kilkuletniej dziewczynki, który każdego dnia nieświadomie czeka na telefon ze szpitala. Żyje jak dotychczas – z wyrokiem, ale nieświadomie czeka, wciąż czeka. I w końcu ten telefon dzwoni, a głos w słuchawce mówi: „Mamy dla pana wątrobę”. On kiwa oniemiały głową, a kiedy kończy połączenie od razu esemesuje do znajomych. „Jadę do szpitala po nowe życie” – pisze – „życie”, a nie „wątrobę”, co w języku polskim nadaje zdaniu zupełnie inny sens, w języku niemieckim jest zaś tylko jedną literówką.


Już kiedy był dzieckiem wątroba W. wyglądała jak narząd alkoholika z kilkudziesięcioletnią praktyką. Ciągłe bóle i skurcze uniemożliwiały mu zabawę i normalne życie, ale z biegiem czasu okazało się, że do wszystkiego można się przyzwyczaić – nawet do widma czającej się za rogiem śmierci… ale pozostawała jeszcze nadzieja, czyli przeszczep wątroby. Chociaż operacja dawała ogromne szanse na przeżycie i powrót do normalnego funkcjonowania, zawsze mogły wystąpić jakieś komplikacje, narząd mógł się nie przyjąć, czego efektem byłby zgon pacjenta… W. zmuszony był żyć normalnym życiem, ale wypełnionym strachem i wątpliwościami. Pojawienie się nowej wątroby wcale nie rozwiązuje wszystkich jego problemów – na pewien czas przysparza nowych przemyśleń, leku, ale i nowej dawki niezbędnej do utrzymania się przy życiu nadziei.

„Przeszczepione życie” to bardzo delikatna i wrażliwa opowieść, prowadzona w formie pamiętnika, o życiu ze śmiertelną chorobą. Główny bohater to everyman, z którym utożsamiać może się każdy z czytelników, a prowadzona w pierwszej osobie narracja w postaci krótkich zapisków i zebranych myśli z każdego dnia pozwala jeszcze bardziej „wejść w buty” chorego, potraktować jego emocje i myśli jako swoje.
To w rzeczywistości opis szpitalnej rzeczywistości; niekończących się dni, skąpych obiadków, lekarskich żartów, żalów pacjentów, (nie)upływającego czasu, wychudzonego ciała, świeżej, chociaż niepachnącej piżamy, wystających z żył rurek i spływającej krwi, zasmuconego spojrzenia zmęczonych oczu. Szpitalna sala staje się swoistym miejscem wspólnych, w którym każdy podziela tą samą dolę i oczekuje tego samego wsparcia.

To powieść o tyle bardziej bolesna i wrażliwsza, że oparta na osobistych przeżycia autora. Zapewne czekając na nową wątrobę David Wagner zadawał sobie te same pytania, co jego bohater; dla kogo żyję? Po co żyję? Czyją wątrobę będę nosił w sobie? Kto mnie kocha? Czy mam jeszcze siłę? Czy zdołam przeżyć?

Przejmująca, poruszająca, prawdziwa – myślę, że te trzy krótkie słowa idealnie nadają się na podsumowanie „Przeszczepionego życia”. Bo to nie książka do opowiadania o niej, to literatura, którą trzeba przeżyć.