Annapurna, czyli poświęcenie

Miejscowa ludność nie wspina się w góry, aby nie nachodzić bóstw w ich środowisku. Annapurna to bogini urodzaju. Majestat i potęga. Duma i chwała. Ale jednocześnie również i góra, która zabiła wielu. Byli tacy, który przez Annapurnę stracili część siebie – nie zdołali się wspiąć na sam szczyt, a obrażenia były tak wielkie, że musieli niejednokrotnie poddawać się amputacji. Ale byli również i tacy, którzy próbowali ją okiełznać i w tej nierównej walce zginęli. Zamarzli, a ich ciała wygrzebywano spod śniegu. Bo Annapurna to góra, która nie każdemu pozwala zakosztować tak zażyłej z nią bliskości. 8091 m, a na każdym pojedynczym metrze, kryje się śmiertelne niebezpieczeństwo.


Maurice Herzog doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaki ogrom osób pochłonęła ta góra. Jak wielu z nich nie wróciło, jak umierali świadomi swej klęski i porażki. A jednak młodość i pasja ma to do siebie, że nie dopuszcza się myśli o odwrocie, ucieczce, poddaniu się aż do ostatniego oddechu. Aż do ostatniej krążącej w żyłach kropli krwi. Wraz z zespołem wytyczył sobie cel: zdobyć Dhaulagiri albo Annapurnę – jeden z tych dwóch ośmiotysięczników. To nie była łatwa przeprawa – pogoda nie zawsze dopisywała, miejscowa ludność o zdobywaniu szczytów nie miała pojęcia i na każde śmiałe zdanie o wspinaczce reagowała z grozą, a indyjskie mapy były tak niedokładne, jak senne majaki – nic poza przypuszczeniami i wątpliwościami.
Szukanie właściwej drogi zajęło im większą część czasu, ale kiedy w końcu ją odnaleźli, nie zamierzali się poddawać.
Annapurnę zdobyło jedynie dwóch z nich – Maurice Herzog, tudzież autor książki, oraz Louis Lachenal, jego przyjaciel, człowiek gór. O ile jednak wejście było ogromnym trudem i poświęceniem, tak zejście ze szczytu okazało się piekłem.


Herzog zatopiony był w euforii. Mógłby stać na szczycie Annapurny i rozkoszować się chwilą. On i Louis byli pierwszymi, którzy zdołali „złamać” tę górę, wzbić się ponad jej majestat i potęgę, zdobyć ją. Wielu tu zginęło, a oni resztką sił dotarli na jej szczyt. W tej euforii i nie mającym granic szczęściu zgubił rękawice. Nie pomyślał również i o tym, by założyć na dłonie skarpety, które zawsze nosił w plecaku przygotowane na taką przykrą okoliczność. Szedł po śladach Louisa w dół, nie odczuwał już strachu. Był człowiekiem spełnionym.
Kiedy dotarli do przyjaciół, wciąż podekscytowany zdobyciem szczytu zaczął opowiadać im o wspinaczce. Dopiero wtedy, po ich słowach, zdał sobie sprawę, że jego palce są całkowicie odmrożone, czarne i bez czucia.
Piekło zaczęło się później.


Maurice i Loius musieli się poddać serii zastrzyków, by pobudzić krążenie krwi. Ślepota śnieżna nie ustępowała przez kilka dni. Ból nie do wytrzymania otępiał ich, ale wciąż jednak dawał nadzieję, że nie tak wielka część ciała zostanie amputowana. Rezultat był oszałamiający – Annapurna pozbawiła Lachenala palców u stóp, a Herzoga u stóp i dłoni.
Osiągnęli szczyt, stali się pokorni, zdobyli wolność, ale kosztem samych siebie.

Dla każdego z nas Annapurna jest spełnionym ideałem; w młodości nie gubiliśmy się w fantastycznych opisach ani w krwawych walkach, jakimi dzisiejsze wojny karmią dziecięcą wyobraźnię Góry były dla nas naturalną areną, gdzie igrając na krawędzi życia i śmierci, znaleźliśmy wolność, której szukaliśmy na oślep, wolność, potrzebną jak chleb.


„Annapurna” to kultowa książka o himalaizmie i zdobyciu przez człowieka pierwszego ośmiotysięcznika. To jednocześnie piękna i przerażająca opowieść o walce, poświęceniu, pasji, która nie zna granic i potędze natury, która w ostatecznym rozrachunku i tak zawsze zwycięży nad człowiekiem.

Annapurna, ku której poszlibyśmy wszyscy bez grosza przy duszy, jest dla nas skarbem, którym będziemy żyć… Z urzeczywistnieniem tego marzenia odwraca się karta… Zaczyna się nowe życie.
Są inne Annapurny w życiu ludzkim…

Reklamy

Wszyscy o tym mówią!

Od momentu, kiedy po raz pierwszy przeczytałam „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg, czytam tę książkę każdego lata. Jest tak niesamowicie pozytywna, ciepła, zabawna i błyskotliwa, że nie sposób mi sobie wyobrazić najpiękniejszych dni w roku (bo letnich!) bez jej towarzystwa. Zresztą mimo że to literatura gatunkowo raczej „lekka”, Flagg nie stroni od przekazywania swoim czytelnikom życiowych mądrości, trafnych porad starej, dobrej przyjaciółki, pomagających brać życie w całości takim, jakim jest, uśmiechać się do przeciwności losu i każdego dnia na nowo podejmować walkę o lepsze jutro.
Nie miałam jeszcze okazji sięgnąć po inne książki autorki – co z pewnością nadrobię, w celach literaturo-poznawczych – ale kiedy dowiedziałam się, że w marcu nakładem Wydawnictwa Literackiego, ukaże się jej najnowsza powieść, „Całe miasto o tym mówi”, byłam tak podekscytowana, jak przy pierwszym czytaniu „Smażonych zielonych pomidorów”.

„Całe miasto o tym mówi” nie jest jednak tym, czego oczekiwać by można po lekturze „Smażonych zielonych pomidorów”.

Małomiasteczkowość to idylla, do której potajemnie wzdycha każdy z nas. Miejsce, w którym każdy się zna, wszyscy dążą do wspólnego dobra, nikt nikomu nie działa na szkodę, a mieszkańcy żyją ze sobą w serdecznej, przyjaznej, wręcz rodzinnej atmosferze. Same miasteczko jest zaś niewielkie, co sprawia, że żyjąc w pobliżu jego centrum, wciąż można zaznać ciszy i spokoju, jaki gwarantuje wieś. I podobnie jak w „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg przenosi czytelników swoim pisarstwem do takiego właśnie miejsca, do Elmwood Springs.

A wszystko zaczyna się od Lordora Norstroma, Szweda, który przybył na Nowy Kontynent, by zrealizować swój „american dream”. Jest lubiany w swojej niewielkiej, lokalnej społeczności, ma dom, farmę i parę krów, a do szczęścia brakuje mu jedynie żony… Jednakże wadą życia na takim pograniczu jest chroniczny brak kobiet. Za namową swoich sąsiadek postanawia więc umieścić ogłoszenie w gazecie:

37- letni Szwed pozna Szwedkę
w celu matrymonialnym.
Mam dom i krowy.
Lordord Nordstrom,
Swede Town, Missouri.

Jakiś czas po ukazaniu się ogłoszenia, na anons Lordora odpowiada młoda Szwedka, Katrina Olsen. W parę miesięcy później dziewczyna decyduje się rzucić wszystko i przybyć do Missouri, by poznać Lordora i wspólnie z nim zdecydować, czy staną się małżeństwem, czy ich drogi się rozejdą. Jednak para szczęśliwie się w sobie zakochuje – Katrina jest pod wrażeniem siły i czułości Lordora, ten zaś uważa, że dziewczyna jest najpiękniejszą i najbardziej delikatną istotą, jaką w życiu poznał. Parę miesięcy później tworzą już szczęśliwe małżeństwo.

Wraz z rozrastaniem się rodziny Nordstromów, rośnie również miasto. Wkrótce pojawiają się wybudowane przez burmistrza – Lordora Nordstroma – pierwszy sklep, fryzjer, lekarz. Ze Swede Town miejscowość zmienia też swoją nazwę na Elmwood Springs – od wiązów, drewna i strumieni. Życie mieszkańców toczy się powoli, po cichu, w rytm zmieniających się pór roku, narodzin i śmierci bliskich, zmian, jakim poddaje się świat. Wkrótce pokolenie pierwszych osadników zastępują ich dzieci, oni sami przenoszą się zaś na Spokojne Łąki, gdzie budzą się pełni chęci i sił do życia, pozbawienie trosk, zmartwień, ułomności cielesnych. Są martwi, ale duchowo wciąż żyją i biorą bierny udział w życiu miasteczka, co więcej, rzewnie plotkują o tym, co się w nim dzieje.

Wraz z bohaterami – żywymi i martwymi – czytelnik śledzi wszystkie ważne wydarzenia w tak tej lokalnej społeczności, jak i na świecie; wynalezienie telegramu, zbudowanie pierwszego samolotu, uzyskanie przez kobiety prawa do głosowanie, lądowanie na Księżycu, narodziny i rozwój technologii cyfrowej. A całość – jak to w stylu Fannie Flagg – okraszona jest ogromną dawką humoru, lekkości i swoistego ciepła, które wyzwala w czytelniku tylko pozytywne odczucia.

Nie jest to z pewnością literatura dążąca do wyższych ambicji niż te mające cele wyłącznie rozrywkowe, różni się również od „Smażonych zielonych pomidorów”. W „Całe miasto o tym mówi” aż roi się od postaci, a z każdą z nich wiąże się jakaś historia. Momentami czytelnik może doznać uczucia lekkiego zagubienia, próbując odszukać w pamięci to, czy inne nazwisko. Ich perypetie są też zdecydowanie mniej interesujące i spektakularne niż te, opisywane w najpopularniejszej książce Flagg. Najnowsza powieść pisarki czasem wydaje się naiwna, przerysowana (ot, zjawisko reinkarnacji, które zarazem jest klamra kompozycyjną całego tekstu), trochę za bardzo zagmatwana. Fannie Flagg jest obdarzona niezwykłym talentem kreowania postaci bliskich każdemu – niedoskonałych, prawdziwych, a jednak dających się lubić, tak ułomnie ludzkich, czasem pokracznych, zabawnych, ale bliskich nam, bo przecież każdy z nas, czytających tę książkę – zna choć jednego dobrego, szlachetnego Lordora, plotkarę Idę, pomocną ciotkę Elmer czy choćby bohatera, gotowego poświęcić życie w wyższym celu, jak Gene.

„Całe miasto o tym mówi”, chociaż w porównaniu do „Smażonych zielonych pomidorów” jest książką przeciętną, stanowi dobrą rozrywkę na parę dni. Mimo iż bywa przesadzona, naprawdę można się przy tej książce pośmiać.

Noszę w sobie tygrysa…

Eka Kurniawian byłby dla mnie autorem anonimowym, gdyby pewnego zimowego dnia ubiegłego roku nie dotarła do mnie paczka niespodzianka od Wydawnictwa Literackiego. Pamiętam, że premierę książki „Piękno to bolesna rana” jakoś zlekceważyłam, natomiast kiedy zagłębiłam się w lekturze, powieściowy świat całkowicie mnie pochłonął. Samowolnie ochrzciłam Kurniawiana „Marquezem z Indonezji”, bowiem jego powieść była tak podobna do „Stu lat samotności”, że od jej przeczytania nie potrafiłam myśleć o tych dwóch autorach oddzielnie. Do tego wszystkiego była podobna wcale w nie złym znaczeniu, bowiem ona w czasie czytania błyszczała tym pięknem Marqueza, wielokrotnie przypominając jego prozę, a jednak wciąż pozostając książką inną, samodzielną. Mityczne miasteczko, mężczyźni uganiający się za kobietami, baśnie i legendy – słowem: realizm magiczny.
W styczniu tego roku ukazała się w Polsce druga książka Kurniawiana – „Człowiek Tygrys”. Już nie tak dobra, jak jej poprzedniczka, nie tak zachwycająca, ale kto wie, czy nie ciekawsza?


Akcja powieści rozpoczyna się od morderstwa, które wstrząsa całym miasteczkiem i jego mieszkańcami. Dodajmy, morderstwa nie byle jakiego. Nikt nie wie, dlaczego Margio, młody, porządny, odpowiedzialny chłopak zabija swojego sąsiada z takim okrucieństwem – wgryzając mu się w szyję i szarpiąc po kolei płaty mięsa, rzucając je niedbale na podłogę. Być może zwariował po śmierci ojca? A może został opętany? Działał, by dokonać zemsty? Margio skrywa w sobie jednak tajemnicę. Nosi w swoim wnętrzu tygrysa, niecierpliwego, żądnego krwi, jej zapachu i smaku.
Od momentu, kiedy odkrył, że biała tygrysica w nim jest i od czasu do czasu ujawnia swą obecność, chłopak starał się nad nią zapanować, oswoić ją, uspokoić. Jednak wraz z każdym wybuchem gniewu ojca, który kończy się na skatowaniu żony, zwierzę się burzy, warczy, jest gotowe do skoku… a Margio rozdarty w połowie nie wie, jak długo jeszcze zdoła je poskromić.
Kiedy ojciec Margia umiera w męczarniach, chłopiec czuje ulgę – wyobraża sobie, że jego tygrysica jest w końcu nasycona, pozwoli mu odpocząć. Chwilę później jednak zwierze atakuje, a Margio staje się mordercą. Co spowodowało jego gniew? Czym zawinił mieszkający za płotem artysta-amant?

„Człowiek tygrys” nie jest tak porywającą powieścią jak „Piękno to bolesna rana”, nie wciąga tak bardzo od pierwszych stron, a akcja toczy się raczej leniwie, po kolei odkrywając nam kolejne fakty i wydarzenia, będącymi dla oczu czytelnika tak przykrymi, jak zrywane kolejno warstwy ostrej cebuli. Kurniawian uwodzi stylem, opowieścią i niebanalnym pomysłem na zakończenie. Niewątpliwie czaruje w tej powieści iście indonezyjski element – coś z pogranicza świata realistycznego i baśni – tygrys mieszkający we wnętrzu człowieka. Świat tej książki jest z jednej jak najbardziej realny, czego dowodzą wydarzenia, których świadkiem jest Margio, z drugiej zaś niewątpliwie jest oniryzmem. To książka pełna kontrastów – przedstawia świat pełen namiętności, ale zubożały pod względem miłości. Jest piękna i brutalna. Magiczna i realistyczna. Niezwykła, a zarazem przecież mówiąca o codziennych wydarzeniach.
Nie wątpliwie Kurniawian stał się jednym z autorów, którzy potrafią tak bardzo mnie zachwycić, złapać za serce, wprawić w zdumienie.

Słodkie ptaszki czy pradawne potwory?

Ptaki od dawna mnie fascynują. Odkąd pamiętam w domu, w klatce, trzymaliśmy jedną albo dwie papużki. Jakoś tak się złożyło, że później bez ćwierkającego towarzysza nie wyobrażałam sobie domu. Teraz też mam w niebieskiej klatce moją Niebieską Papużkę, obrażoną na mnie od kiedy tylko pamiętam, wredną i złośliwą, chichoczącą z moich błędów, hałaśliwą i głośną, grubą i niezdarną, ale przy tym wszystkim jakoś dziko fascynującą. Z tej fascynacji (a częściowo również i z mody na takie książki) wzięło się zainteresowanie tematyką świata fauny i flory. Ptaki już poznawałam w dwóch książkach – „W rzeczy o ptakach” i w „Geniuszu ptaków”, które w pewien sposób się uzupełniały. I choć mogłabym powiedzieć, że wiem już wystarczająco dużo i nasyciłam swoją rządzę wiedzy, że odczuwam wręcz przesyt, to jeszcze nie powiedziałam sobie „STOP”. Odkąd tylko dowiedziałam się, że nakładem wydawnictwa Marginesy ma się ukazać „Ptakologia” Sy Montgomery, z każdym miesiącem wyczekiwałam jakiejkolwiek nowinki, wieści o tej książce. Warto było, bo „Ptakologia” jest jeszcze bardziej inna, niż „Geniusz (…)” i „Rzecz (…)”, a zarazem bardzo dobra.


Dlaczego „Ptakologia” i co właściwie znaczy ta fikuśna nazwa? Otóż ptakolog to ktoś – w przeciwieństwie do ornitologa – kto interesuje się ptakami, jest nimi zainteresowany, ale nie posiada wykształcenia w tym kierunku. W słowniku tej definicji nie znajdziecie, ale gra słów jest tutaj, można powiedzieć, dość przyjemna.
Główną rzeczą, która odróżnia „Ptakologię” od tych dwóch pozycji jest inne sklasyfikowanie rozdziałów i swoiste uporządkowanie gatunków. Sy Montgomery nie skupia się na badaniach, ani cechach ptaków, nie rzuca ciekawostkami, tu i ówdzie przytaczając wyniki badań, za to dzieli swoją książkę na siedem rozdziałów, z których każdy poświęca osobnym ptakom. Zaczyna od kur, bo są jej najbliższe i stanowią dla autorki pierwszy, najłatwiejszy i najbliższy kontakt ze światem ptactwa. Na podstawie swoich, hodowanych od lat, Dam, które przybiegają na zawołanie i inteligentnie wyznaczają sobie granice podwórka, od czasu do czasu nieco je rozszerzając, wyprowadza czytelnika z błędu, kwestionując tezę, iż drób jest po prostu głupi. Następnie opowiada o fascynujących, pierwotnych, dzikich kazuarach, które przedstawia jako „współczesne dinozaury”, o łapach pokrytych łuskami i wyposażonych w ostry, niczym sztylet, pazur, potrafiący w migu przeciąć tętnicę rywala. Przedstawia je jako z jednej strony ptaki bardzo płochliwe, bowiem ciężko się na nie natknąć (co zresztą sama udowadnia), z drugiej zaś strony niebezpieczne, bowiem to one z całego swojego gatunku zabiły najwięcej ludzi. Trzecie w kolejce są kolibry, latające bąbelki powietrza, bardzo wrażliwe na wszelkie zmiany, delikatne i z każdym dniem walczące o życie. Następnie Sy Montgomery opowiada nam o swojej fascynacji ptakami myśliwskimi, zabierając nas w świat dzikich orłów, myszołowów, kiedy to sama uczyła się być sokolnikiem. Wraz z nią czytelnika wnika do umysłu ptaka, uczy się zachowań, większej tolerancji i zrozumienia. W rozdziale piątym autorka skupia się na gołębiach – bo przecież nie mogło ich zabraknąć w takiej publikacji. Jednak bardziej niż na badaniach, Sy skupia się na wyścigach gołębi, ukazując ich niesamowite zdolności orientacji w terenie. Końcówkę książki stanowią papugi, uwielbiane przez ludzi, i wrony, nienawidzone z całego serca.


Łatwo można zauważyć, że obok różnic pojawią się też podobieństwa względem innych tego typu pozycji – jest Śnieżek, tańczący kakadu i Alex, żako prowadzący z ludźmi sensowne konwersacje. Są gołębie wędrowne, których absolutnie nie może zabraknąć w żadnej tego typu publikacji, bowiem to właśnie one, choć już wymarłe, były jednymi z pierwszych, udowadniających ludziom, że „pojęcie ptasi móżdżek” jest nie tylko krzywdzące, co zadufane i bezpodstawne.
Do każdego rozdziału Sy Montgomery podchodzi z osobistego punktu widzenia – jak w przypadku Dam, kur, wszystkie te ptaki miały dla niej jakieś znaczenie – niegdyś wkręciła się w śledzenie z przyjacielem wyścigu gołębi, zapragnęła być sokolnikiem, ratowała małe kolibry, będąc wolontariuszką w klinice, tropiła w lasach deszczowych kazuary, a w dniu swoich pięćdziesiątych pierwszych urodzin tańczyła ze Śnieżkiem do utworów Backstreet Boys.
Wszystkie ptaki, które miały to szczęście, by stać się bohaterami „Ptakologii”, były zarazem obiektami dzikiej fascynacji autorki, jej ukrytych pragnień czy żądz.
Zadziwia mnie i jednocześnie zachwyca kompletne oddanie się Sy Montgomery naturze – gotowa rzucić i poświęcić wszystko tylko po to (aż po to!), by zbliżyć się do tej pierwotności istnienia, zrozumieć choć część z tego, co ptaki nam przekazują, poczuć coś, czego „normalny”, przechodzący obok cudu istnienia obojętnie, człowiek, nie doświadczy nigdy.

Gdybym miała wybrać, która z tych książek – „Ptakologia” Sy Montgomery czy „Rzecz o ptakach” Noah Stryckera podoba mi się bardziej, nie potrafiłabym. Obie ukazują tę część natury, która żyje w bliskości z ludźmi, jest do nich podobna, myśli, odczuwa różne emocje – czasem jest szczęśliwa, czasem załamana, smutna, przestraszona, obrażona. Właśnie tak, bo papugi mogą się obrazić nawet na całe życie o to, że właściciel wyjechał na wakacje, zakochać się w jego córce i odczuwać smutek oraz złość z powodu odrzucenia zalotów (i tym samym okazywać to nieprzeciętną złośliwością), odwdzięczyć się temu, który uratował ich życie, wspierając go w chorobie, uspokajając i powtarzając, że go nie opuszczą. Małe kolibry mogą się bać tych większych, z którymi walczą o pożywienie, tak samo zresztą jak uczące się polowania sokoły, które drżą na widok stada wron.

Ptaki, jak pokazuje Sy Montgomery, to wciąż dzikie zwierzęta, nawet jeżeli udomawiane od setek lat. Istoty bardzo skomplikowane i złożone. Niesprawiedliwie dyskwalifikowane jako głupie, a przecież piękne, pierwotne, tajemnicze.

Mania posiadania

Ilekroć słyszę, że „nie ocenia się książki po okładce”, zmuszona jestem zaprzeczać temu stwierdzeniu. „Posiadacz” Johna Glasworthy’ego jest kolejną książką, do której przyciągnęła mnie… no właśnie, okładka! Miałam ją już przeczytać, kiedy wydawnictwo MG wydało ją po raz pierwszy, ale z powodu nadmiaru lektur zrezygnowałam. Sięgnęłam do niej teraz, oczarowana tą żółtą, kontrastową okładką. I jakże się okazało – to dzięki okładce spędziłam kilka fantastycznych dni z powieścią ponadczasową, wielowymiarową, uniwersalną i – przede wszystkim – mimo iż napisaną blisko dwa wieki temu, wciąż aktualną – paradoksalnie, być może jeszcze bardziej aktualną, niż w czasach życia autora. Nie ma się jednak co dziwić, „Posiadacz”, wydany pierwotnie pod tytułem „Saga rodu Forsyte’ów” to najpopularniejsza powieść w dorobku Glasworthy’ego, za którą ten dostał zresztą Nobla.


Akcja powieści dzieje się w roku 1886, w czasie epoki wiktoriańskiej, której głównym bohaterem jest londyńskie mieszczaństwo. Forsyte’owie to z pozoru idealna rodzina – bogata, zdobywająca co raz to nowe cele, spełniająca swoje marzenia, z wieloletnią tradycją, trwała, silna, pełna przepychu, pewna siebie, wyniosła, całkowicie podporządkowana sobie – rodzinie w jej całej istocie… Jednak jak to często w rodzinach bywa, dzieje się w niej również coś złego. Właśnie w tak przełomowym dla Forsyte’ów momencie poznaje się z nimi czytelnik – z jednej strony są wciąż potężni, ale z drugiej stoją u progu ogromnych, przełomowych dla nich zmian, które zachwieją ich poczuciem wielkości.
Osobą burzącą spokój okazuje się piękna Irena, żona jednego z braci, która wdaje się w niepożądany romans z architektem, budującym dom dla niej i jej męża, będącym jednocześnie zaręczonym z Julią, wnuczką starego Forsyte’a. Mężczyźni wmawiają sobie, że chodzi im wyłącznie o świętość małżeńskich węzłów, wiadomo jednak, że poza świętością małżeńską dużo większe znaczenie ma świętość rodziny, a na świętość rodziny składania się ŚWIĘTOŚĆ POSIADANIA. Mawia się, że każdy członek rodu Foryste’ów ma praktyczny sposób zaopatrywania się na rzeczy, oparty przede wszystkim na poczuciu własności, doprowadzonym do najwyższej perfekcji… W ten oto sposób, Irena kierująca się po raz pierwszy w życiu sercem, a nie rozsądkiem, zagraża forsytowskiemu stanowi posiadania wszystkiego, co godne zdobycia. Czytelnik zostaje zmuszony do obserwowania, jak bohaterowie – notabene bardzo dobrze nakreśleni, żywi i barwni – zmagają się sami z sobą, próbując trwać przy tym, co już niemożliwe, resztką sił starając się zachować te wartości, które pielęgnowali przez lata, by tylko nie utracić statusu „posiadacza”. Z kątów wychodzi długo skrywana hipokryzja, kłamstwo, a nadto wszystko pogarda dla siebie nawzajem.

„Posiadacz” to fascynująca opowieść, skłaniająca do refleksji, wrzucająca czytelnika w sam środek wiru takich uczuć bohaterów, jak: miłość, namiętność, długo skrywane nadzieje, pożądanie, pragnienia silniejsze od nich samych. Kończąc książkę zadajemy sobie pytania: Jak wiele osób, mogących się pochwalić statusem „posiadacza” znamy dziś? I czy powieść ta nie sprawdza się bardziej w naszych czasach, niż autora?
Pierwszy tom rodzinnej sagi Glasworthy’ego jest wybuchową mieszanką charakterów, spośród których każdy kieruje się własnym, odmiennym od innych interesem, własnym pożądaniem i pragnieniem, będąc gotowym dotrzeć do celu za wszelką cenę. Bez wątpienia są w tej powieści emocje: jest złość i smutek, płacz i radość, chciwość i złośliwość… Słowem: wszystko, co możemy znaleźć w ludzkim charakterze.

Jakkolwiek oddziaływanie piękna i żądzy swobody na świat posiadaczy jest głównym tematem Sagi rodu Forsyte’ów, nie może to jej zwolnić od ciążącego na niej zadania: trwałego zabalsamowania wyższych sfer stanu średniego. Tak jak starożytni Egipcjanie kładli obok mumii przedmioty potrzebne im w przyszłym życiu, usiłowałem i ja umieścić obok postaci ciotki Anny, Juli i Estery, Tymoteusza, Swithina, starego Jolyona, Jamesa i ich synów to, co im zapewnić może odrobinę życia na przyszłość: odrobinę balsamu, który dopomoże im do trwałego utrzyma¬nia się w gorączkowo zapędzonym królestwie rozkładowego czynnika – „Postępu”. Jeśli warstwa zamożnego mieszczaństwa wraz z innymi klasami społecznymi skazana jest na rozpad, macie ją przechowaną jak pod szkłem na tych stronicach, aby mogli oglądać ją wszyscy wałęsający się po rozległym bezdrożu muzeum Literatury. Spoczywa ona tutaj, zakonserwowana we własnym osoczu: poczuciu własności.
John Glasworthy