Mademoiselle Ptaszek – czyli o wyjątkowej Paryżance

Mademoiselle Oiseau znałam jedynie z Waszych opowieści – co rusz ktoś zachwycał się tą wyjątkową i oryginalną kobietą, a każdy opisywał ją w odrobinę inny sposób: dla jednych Mademoiselle była młoda, bo na taką wyglądała, dla innych co prawda nie była staruszką, ale elegancką, wykwintną, dojrzałą damą, dobrze dbającą o swoją urodę. Jednak nikt tak naprawdę nie mógł stwierdzić, jaka ona właściwie jest, bowiem Mademoiselle nigdy nie wychodziła ze swojego apartamentu. A samo mieszkanie? Można było snuć domysły, obserwować jej zielony balkon i dociekać tego, co kryje się we wnętrzu jej „czterech ścian”, lecz myślę, że efekt zaskoczyłby najśmielsze oczekiwania. Bo taka ona właśnie jest – Mademoiselle Oiseau – zaskakująca, tajemnicza i żyjąca na pograniczu snu i jawy, baśni i realizmu…


Tuż obok niej żyje nieśmiała, szara dziewczynka, której świat określić by można tylko jednym przymiotnikiem: nudny. W szkole nikt jej nie zauważa, dzieci się z nią nie witają, a gdy w ferworze zabawy wpadają na nią na korytarzu, nigdy jej nie przepraszają. Każdemu dzieciakowi należałyby się przeprosiny, tylko nie Isabelli – Isabella jest niewidzialna.
Pewnego razu dziewczynka naciska zły guzik w windzie i zamiast wysiąść na swoim piętrze, zatrzymuje się tuż przed apartamentem Mademoiselle Oiseau. Z początku nie dostrzega swojej pomyłki, bowiem piętro Mademoiselle wygląda tak samo, jak jej. Jednak kiedy uchylają się drzwi, z których słychać subtelny kobiecy głos, Isabella nie waha się ani chwili – wkracza do świata Mademoiselle. Ma nadzieję, że dzień ten okaże się miłą odmianą w jej nudnym życiu… nie zdaje sobie jednak sprawy, że od teraz każde popołudnie poświęcać będzie Mademoiselle.


Kobieta pokazuje Isabelli Paryż, jak za dawnych lat. Zamiast spędzać czas na nauce, ciężkiej pracy czy nudząc się w towarzystwie kogoś, za kim nie przepadają, Mademoiselle i Isabella kąpią się w basenie, na którego dnie znajduje się podwodna dżungla, zajadają wyśmienite torty we wszystkich kolorach tęczy, urządzają sobie pikniki, tworzą własne zapachy perfum, mieszając ulubione składniki. Mademoiselle opowiada również dziewczynce o swoim życiu – o rodzinie, o jej ukochanej siostrze, mieszkającej w Wenecji i hodującej małe lamparciątka tak, jak Mademoiselle hoduje koty, w końcu również o mężczyznach, którzy kiedyś pojawili się w jej życiu… Jednak przychodzi też czas, w którym Mademoiselle czuje się zmęczona życiem, którym prowadzi – znudzona swoimi kotami, które cały dzień się lenią, zniesmaczona ludźmi, którzy nie potrafią docenić uroków życia… wtedy przychodzi czas, by wsiąść na dywan i odlecieć gdzieś hen, hen daleko – aż do Wenecji, by tam wraz z siostrą zaczerpnąć włoskiego trybu życia.

„Historia Mademoiselle Oiseau” to opowieść tak dla małych, jak i dużych dziewczynek. Nieprzeciętna bajka, która pokazuje, że czasem wystarczy trochę żyć, a trochę śnić, by dostrzec magię świata, który nas otacza. Mademoiselle to przecież kompletne przeciwieństwo małej Isabelli – tak, jak ta pierwsza jest barwna, tak ta druga jest szara. Jedna dojrzała, druga to wciąż dziecko… Różnic jest mnóstwo i można by je znaleźć nie tylko w sposobie życia, w mieszkaniu, czy w charakterze… wszak Isabella jest postacią z tego naszego, ziemskiego życia, zaś Mademoiselle, choć wydaje się prawdziwa, sprawia wrażenie, jakby uciekła ze snu.
Bajka ta, chociaż może lepiej użyję słowa „opowieść”, bo jest bardziej bezpieczne, pozwala wierzyć, że nawet w życiu takiej szarej, nijakiej i niewidzialnej Isabelli, może przydarzyć się coś niezwykłego.

Reklamy

Tylko mnie pogłaszcz…

Chociaż Poświatowską uważa się za jedną z najbardziej romantycznych poetek w historii literatury polskiej, Halina tak naprawdę miała jeszcze drugą twarz. Była zazdrosna, uparta, niejednokrotnie wredna, uszczypliwa, samolubna. Nie była – nie tak do końca – tą delikatną i porcelanową lalką, jak zwykło się ją postrzegać, tak kruchą, że przy bardziej czułym objęciu mogłaby się rozlecieć, rozbić na kawałki, ale raczej kobietą z krwi i kości, za wszelką cenę pragnącą miłości. Zresztą właśnie tak, w liście do Marioli Pryzwan określił ją Ireneusz Morawski, jako kobietę, która na zawsze i bardzo chciała być kochana, a w zamian za to dawała tak wiele – pozwalała się kochać.


Wbrew wszystkim, lecz jedynie nie wbrew swemu sercu, wyszła za mąż w wieku zaledwie 18 lat. Wdową została mając lat 20. Nieco później jej serce po raz kolejny zabiło dla kogoś innego – swoje uczucia Haśka skierowała w stronę chłopaka o 7 lat od niej młodszego. Spotykali się często, starał się ją jakoś zabawić, rozerwać, oderwać jej myśli od nieuleczalnej choroby, jednak kiedy postanowił ich „związek” zakończyć, Halina zareagowała desperacko, wręcz histerycznie, łykając całą garść tabletek. W ostatnim momencie poprosiła chłopaka, by zawiózł ją do szpitala, w związku z czym ta próba samobójcza nie doszła do skutku.

Na liście mężczyzn, których Haśka kochała, niewątpliwie widnieje też Ireneusz Morawski – niewidomy student filologii polskiej, stawiający pierwsze kroki literat. Być może to właśnie on – najważniejszy mężczyzna w jej życiu.


Poznali się w Częstochowie pod koniec roku ’56 na jej pierwszym wieczorze autorskim w redakcji „Gazety Częstochowskiej”. Oboje nie zdawali sobie sprawy, że połączy ich uczucie… w dodatku tak trudne i ciężkie do zdefiniowania.
Dopóki Morawski mieszkał z ojcem, spotykali się wielokrotnie, kiedy jednak wyjechał na studia do Wrocławia, a rok później Poświatowska do Filadelfii na operację serca, swoją relację zmuszeni byli opierać wyłącznie na listach. To właśnie wtedy była ona najprawdziwsza.
Początkowo pisali do siebie z dystansem, jak przyjaciele. Morawski lubił się bawić słowem i nie wahał się tego nadużywać w listach do Poświatowskiej. Ten jego styl i specyficzne poczucie humoru może być irytujące, jednak w miarę czytania listów, poznaje się prawdziwą osobowość literata. Autorce zbioru tych listów, Marioli Pryzwan, nie wszystkie żarty językowe i kalambury udało się odszyfrować, większość jednak objaśniają przypisy.

W 1958 roku, w zaledwie dwa lata po tym, jak się poznali, Poświatowska napisała do niego: Nienawidzę wszystkich listów, które nie są Twoimi. On też nie szczędził jej czułości:

Nie tęsknię, wcale nie tęsknię. Przecież jesteś ze mną. Wystarczy – żebym tylko otrząsnął się z drobnych kroplistych nutek i już mówisz. Niebo się kołysze, kiedy mówisz, mów… Jesteś za oknem. Zbiorę Cię lekko jak deszcz i bliżej, bliżej, coraz bardziej, naprzeciwko, naprawdę mogę, możesz…

Gorliwych zapewnień o gorącym uczuciu było zresztą więcej. Ja wybrałam – jak mi się zdaje – te najpiękniejsze fragmenty:

Natchnij mnie nocą, gdzie mam wysłać ten list, i pocałuj, bardzo pocałuj, tak jak Ty umiesz, właśnie tak, szeptem na wylot. Weź mnie do nieba, do nadmorskiego brzegu, donikąd zawsze ze sobą jak neseser, tylko lepiej, ładniej, jak szalony neseser, dobrze? I ja też zabiorę sobie dużo, dużo Ciebie jak teraz. Halina, mówię i już bliżej. Halina, Halina i tak zawsze, aż się spełni.

Strasznie mi się dzisiaj ględzi, ale teraz jest przed południem, a ja nie lubię tej pory dnia. Hę?
Wobec tego skończę ten wykończony list i pogłaszczę Cię jeszcze, ugłaszczę, zagłaszczę… w nieskończoność, w niepewność, w słodki ruchomy wiatr, w imię naszego współoczekiwania, aż się spotkamy na końcu wszystkich luźno wiejących wichrów, bezdomnych fal, w małym szałasie majowym, szałasie z zapachu akacjowych, musujących zmierzchów. Pozwolisz mi wtedy posłuchać serca i nie będzie zbytecznych dzwonków. Od razu powiesz mi wszystko… Bez, bez precedensu.

Morawski wspierał Poświatowską podczas jej pobytu w Stanach, mówił o „głupim sercu”, które nie chce się słuchać, pocieszał ją też w sposób typowy: że nie może się poddać, że to nie czas na umieranie.
Jednak kiedy w 1961 roku szczęśliwie zoperowana poetka wróciła do Polski i zamieszkała w Krakowie, ich korespondencja osłabła. Nadszedł taki moment, kiedy Morawski wyznał jej, że mogliby już przestać udawać, zakończyć tę głupią grę w miłość, że tak naprawdę powinni skończyć ze sobą pisać dwa lata temu, kiedy ich listowna korespondencja była jeszcze w najlepszej formie. Później jednak żałował tych słów, prosił o przerwanie milczenia z jej strony, jeszcze jakoś próbował i się starał, w końcu jednak sam przestał pisać. Ich uczucie umarło.


Poświatowska tak naprawdę nigdy nie pogodziła się z tym, że Ireneusz zerwał ich korespondencję. W formie listu do niego napisała „Opowieść dla przyjaciela”, jednak on odebrał ją chłodno. Wiele lat nalegała i prosiła go o zgodę, by jego listy opublikować w formie książki (2 lutego 1966 roku pisała: Nie doceniasz mnie, ja tych listów uzbierałam nie na jedną, ale na dwie książki; zbierałam je oczywiście świadomie, cały czas mając na oku (jak mówi sam wielki Ingarden) ów chlubny cel, jakim niewątpliwie będzie w przyszłości, po naszej podwójnej śmierci – opublikowanie owych. (…) Zgódź się, żebym je pokazała ludziom, żebym je pokazała wydawcom. Mnie nawet nie zależy tak bardzo, żeby były drukowane natychmiast, możesz czekać – możesz czekać i wydrukować je wtedy, kiedy mnie już nie będzie, ale chcę, koniecznie chcę wiedzieć, że one będą wydrukowane. One są piękne, lepsze, mój drogi, od mojej książki i, daruj, ale lepsze od Twoich opowiadań; im nie wolno umrzeć. (…) Zgódź się, proszę, ta drobna satysfakcja, która przecież będzie Twoją – należy mi się od Ciebie, od losu, od mojego życia. Co pomogą decyzje lub milczenie; ja i tak do końca będę z Tobą).
Nigdy nie wyraził na to zgody, uważał, że to brak poszanowania nie tyle dla ich korespondencji, do dla uczucia. O swoich listach wypowiedział się zresztą tak: Wierzę Halinie, że są piękne, ale wiem, że były piękne tylko dla niej, bo takimi chciała je widzieć i takie chciała dostawać – właśnie piękne. Nie sądzę jednak, żeby mogło w nich być coś, co można by obiektywnie zauważyć jako wartościowe. A dla mnie? Dla mnie są one i zostaną dokumentem późnego, acz słodkiego mojego dzieciństwa, kiedy sądziłem, że jestem czymś więcej, niż jestem naprawdę i czym zostałem w rzeczywistości.

31 marca 1966 roku Poświatowska napisała do Morawskiego po raz ostatni: O listy się nie martw. (…) One są wszystkie moje. I trudno Ci będzie kiedykolwiek udowodnić, że tam to nie jesteś najprawdziwiej Ty. Nie napiszesz już przecież takich listów do nikogo i już nikogo nie będziesz tak kochał jak mnie, prawda?

Morawski dostał od Poświatowskiej 118 listów, ona od niego raptem 90 kilka. Najprawdopodobniej te ostatnie, będące odpowiedzią na jej „Opowieść dla przyjaciela” się nie zachowały. Zbiór „Tylko mnie pogłaszcz” zawiera właśnie tych 91 listów z przeciągu lat 1957 – 1963. W końcu, w 50 lat po śmierci autorki jedno z jej największych marzeń zostało spełnione… Jednak przyznać muszę, że uczucia mam mieszane.
Podobnie jak Filipowicz ginie obecnie w blasku Szymborskiej (chociaż dzięki „Listom” i „Mojej kochanej dumnej prowincji” jego wizerunek się odbudowuje), tak Morawski w dzisiejszych czasach staje się niewidzialny bez nazwiska Poświatowskiej. Jego opowiadania zachowały się – naturalnie – jednak nie wznawia się ich już tak, jak wznawia się kolejne wydania wierszy Haśki. Te 91 listów jest zatem niewątpliwym świadectwem jego wielkiego literackiego talentu, specyficznego, ironicznego, acz bardzo błyskotliwego poczucia humoru, jak i świadectwem uczucia – być może dojrzałego, jak twierdziła Halina, lecz możliwe, że i szczeniackiego, bowiem jak sam określił swoje listy Morawski, są one ostatnim zapiskiem jego infantylności i nie ma w nich nic szczególnego.

Jednego jestem pewna: czytanie tych listów jest literacką ucztą – tak dla fanów Poświatowskiej, jak i wielbicielek romansów, nieco bardziej zakorzenionych w kanonie literatury polskiej.
Nie jestem pewna, czy udostępnianie ich czytelnikom, bo tak chciała Poświatowska, lecz za wszelką cenę unikał tego Morawski jest moralne, jednak cieszę się, że ta książka trafiła do moich rąk.

Współczesna klasyka, czyli opowieść smaczna jak makaronik

Ta historia nie miałaby swojego początku, gdyby nie jeden wiersz… Mawia się, że literatura jest ucieczką od rzeczywistości do innego świata. Przez kilka tych lirycznych wersów hrabia Aleksander Iljicz Rostow miał już nigdy nie powrócić do świata wówczas mu znanego – do uśmiechów kawiarnianych dam, do spacerów w deszczu długimi ulicami Moskwy, do wieczorów spędzanych w teatrze. Utwór sporządzony przez niego określony został jako antyrewolucyjny i nakazem sądu hrabia został wtrącony do więzienia… odtąd miał nie wyściubiać nosa poza luksusowy hotel Metropol.

Jeśli mężczyzna nie jest panem swojego losu, to z pewnością stanie się jego sługą.


Ekskluzywny i rozległy apartament kazano mu zamienić na skromny pokoik dla służby. Ciemny i ciasny, znajdujący się na poddaszu. Z mikroskopijnym okienkiem, ledwo pozwalającym dojrzeć to, co na zewnątrz. A jednak – jak z pewnością się domyślacie – kara to była dla niego znikoma. Dla człowieka, który połowę swojego życia spędził obracając się wokół czterech ścian Metropolu, nie mogło być przychylniejszego wyroku. Przecież hotel był jego drugim domem, jakże zatem mógł rozpaczać? Co prawda szkoda było mu niektórych mebli, rodzinnych pamiątek, które musiał zostawić w swoim dawnym apartamencie, ale cała ta sprawa mogła się w końcu rozwiązać z o wiele gorszym dla niego skutkiem… Dopiero z czasem, wraz z mijającymi latami, miejsce euforii zajęła nostalgia i swoista melancholia – kiedy patrząc na miasto z dachu hotelu hrabia boleśnie sobie uświadamiał, że to już nie ta Moskwa, którą zachował w pamięci.

U jego stóp rozciągało się miasto wielkie i pompatyczne. Legiony jego świateł połyskiwały i kołysały się, łącząc się z ruchem gwiazd. Wirowały w tej samej oszałamiającej sferze, mieszając dzieło człowieka z dziełem niebios.

W Metropolu działy się różne rzeczy, spotykały się tam najznamienitsze osobowości wielkiej Rosji, osoby, które warto było mieć w kręgach swoich przyjaciół. Muzycy, politycy, słynne na cały kraj aktorki… i jedna mała dziewczynka, która rozpychając się łokciami, zrobiła sobie miejsce w szeregu między nimi. Hrabia zainteresował ją od samego początku, od momentu, kiedy po raz pierwszy go zobaczyła. Nina postanowiła się z nim zaprzyjaźnić. Jednak z tej wielkiej przyjaźni dorosłego mężczyzny z małą dziewczynką pozostały pewne zobowiązania… Kiedy Nina dorosła, poprosiła hrabię o pomoc, a ten nie zdołał jej odmówić. W ten sposób jego życie na zawsze związało się z dzieckiem – będąc zawsze kawalerem, teraz Aleksander Iljicz Rostow w końcu został ojcem. Nie mogąc pokazać dziewczynce świata innego, niż ten hotelowy, zatrzymał dla niej czas w miejscu. Uczył ją życia, mieszkając z nią w zamknięciu, ze wszelkich sił szukał jednak sposobu, by z tego więzienia uciec.

„Dżentelmen w Moskwie” to książka, którą z łatwością można określić takim współczesnym klasykiem – napisana z rozmachem historia o dawnych czasach, idealnie wpisująca się w historyczne i kulturowe ramy Rosji. Amor Towles stworzył dzieło ponad przeciętne, nad którym nie sposób się nie zachwycić. To powieść mądra, dowcipna, wzruszająca i – jak na dobrą prozę przystało – również melancholijna i zmuszająca do refleksji.

W momencie, gdy za oknem rozgrywają się największe tragedie XX wieku, hrabia udowadnia, że warto pozostać przyzwoitym, bo w końcu największe bogactwo nosimy w sobie, a tego nikt nie jest nam w stanie odebrać.

Jak mamy to rozumieć, Saszo? Co takiego jest w tym narodzie, że budzi w ludziach chęć niszczenia własnych dzieł sztuki, pustoszenia własnych miast i zabijania bez skrupułów własnego potomstwa?

Czytałam ją bardzo długo, kawałek po kawałku. Niemalże z każdym dniem miałam wrażenie, że stron wcale nie ubywa, a co więcej – mnożą się one jakby pod moimi palcami. Kiedy jednak dobrnęłam do końca byłam pewna jednego: kiedyś sięgnę po nią ponownie.

Amerykański sen czy nordycka teoria miłości?

Ameryka i Finlandia to dwa kraje, które w jakiś sposób mnie fascynują. Ten pierwszy dlatego, że do bólu rozkochał mnie w nim Frank Sinatra, a wychowana na amerykańskiej literaturze, przez wiele lat żyłam całkowicie zanurzona w ich (pop)kulturze. Co prawda na początku czytałam powieści raczej lekkie, ale i wśród nich znalazło się parę perełek – „O dzień za późno, o dolara za mało” czy „Dolina lalek” to dwie fascynujące książki, pokazujące jak funkcjonują (lub raczej funkcjonowali) obywatele Stanów. Z wiekiem zaczęłam sięgać po literaturę dojrzalszą. „Zabić drozda”, „Smażone zielone pomidory”, „Małe życie”, ostatnio przeczytane „Niksy”, proza Fitzgeralda i Hemingwaya zafascynowały mnie Ameryką tak bardzo, że przez wiele lat sądziłam, że nie ma kraju doskonalszego.
Ale z drugiej strony jest przecież Finlandia, o której wiem… bardzo niewiele. Jednak to kraj skandynawski, ojczyzna Tove Jansson, nie może być mi więc obojętny. Naczytałam się już sporo o Norwegii, Szwecji czy Islandii, dlaczego miałabym więc nie pokochać Finlandii? Wydawało mi się, że taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę.
Kiedy nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego pojawiła się pozycja, która łączy te dwa kraje, porównuje je ze sobą i wybiera wśród nich jeden, w którym lepiej się żyje, wiedziałam, że będzie to fenomenalna lektura. Nie pomyliłam się. „Ameryka po nordycku” jest warta uwagi każdego, bo przecież każdy z nas o ile sam nie interesuje się amerykańskością, to siłą rzeczy żyje zanurzony w jej popkulturze.


Anu Partanen postanowiła wyjechać do Stanów Zjednoczonych, by móc żyć blisko swojego narzeczonego. Początkowo latali do siebie nawzajem, jednak szybko zrozumieli, że utrzymanie takiego związku na odległość – między dwoma kontynentami – jest w istocie bardzo trudne. Wybór wydawał się więc prosty – ona znała perfekcyjnie angielski, on po fińsku nie potrafił powiedzieć ani słowa, jego trzymała tam praca, ona jako dziennikarka mogła w każdej chwili pracować jako freelancer. A że związek wymaga poświęceń, to Anu postanowiła zakończyć rozdział, którym było jej fiński życie, i zamieszkać w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Choć początkowo towarzyszyły jej na przemian strach i ekscytacja, szybko zrozumiała, że życie w Ameryce wcale nie jest takie kolorowe, jak to sobie wyobrażała, a amerykański sen jest przestarzałym mitem, którego na pewno nie da się spełnić w Ameryce.

„Ameryka po nordycku” to zestawienie ze sobą kilku aspektów fińskiego i amerykańskiego życia. Najdłuższe rozdziały poświęcone są wychowaniu dzieci, szkołom, opiece medycznej i pracy. Dopiero wyjechawszy z Finlandii autorka potrafiła ocenić wszystkie zalety swojego kraju, których wcześniej nie dostrzegała. Była zdziwiona faktem, że w Ameryce nie istnieje coś takiego, jak darmowa opieka medyczna dla każdego obywatela. W Finlandii mogła pójść do takiego lekarza, jakiego chciała – z publicznego funduszu zdrowia lub prywatnie, jednak obie te usługi były świadczone na tak samo wysokim poziomie. W Ameryce by się leczyć (nieważne, czy w grę wchodzi ebola czy zwykła grypa) trzeba mieć wykupione kosztowne ubezpieczenie zdrowotne. Zazwyczaj zajmuje się tym pracodawca, ale kosztami dzieli się z pracownikiem. Co z tego wynika? Biedni czy bezrobotni nie mogą sobie pozwolić na opiekę medyczną, a za każdy zabieg, który nie jest objęty polisą zdrowotną, Amerykanin dostaje rachunek, opiewający nawet na kilkanaście (kilkadziesiąt!) tysięcy dolarów. Anu Partanen opisuje absurdy amerykańskiego systemu zdrowotnego – opowiada o pacjentach, którzy woleli wyrwać bolący ząb, niż go leczyć, bo usunięcie było znacznie tańsze. O matkach, które w kilka dni po porodzie muszą wracać do pracy, by utrzymać posadę. O małżeństwach, które często decydują się na zmianę pracy tylko dlatego, by uzyskać lepsze ubezpieczenie dla całej rodziny. W końcu o kroplach do nosa, które w Hiszpanii kosztują nieco ponad 20 euro, zaś w Ameryce przekraczają cenę 200 dolarów, bo nie są refundowane.
Niedługo zatem po przybyciu do Ameryki ogarnęły ją wątpliwości – a co jeśli zachoruje i nie będzie jej stać na leczenie? Jeśli będzie miała wypadek? Z czego pokryje rachunek przesłany przez szpital? Czy wyląduje na bruku jak ci bezdomni szwendający się po Nowym Jorku?

Znacznie surowiej Amerykanie podchodzą też do wszelkich urlopów – o ile Finom przysługują cztery tygodnie wolnego w lato, do 6 tygodni urlopu po operacji, a także urlop macierzyński i kolejne lata na wychowawczy, tak w Ameryce nawet chory po zabiegu musi postawić się jak najszybciej na nogi, bowiem pracodawcy nie są aż tak wyrozumiali. Utrzymanie życia na poziomie średniej klasy amerykańskiej rodziny jest co raz trudniejsze, z czego rodzą się skrajności – z jednej strony biedni, których nie stać na opiekę medyczną, z drugiej bogacze, afiszujący się swoim majątkiem.

Zupełnie inne wydaje się być też podejście do życia i wychowania dzieci. Wraz z podjęciem studiów przeciętny fiński nastolatek staje się już osobą dorosłą, zmuszoną by na swoje studia i utrzymanie zapracować samemu. Amerykański dzieciak zaś żyje w przekonaniu, że dzięki tysiącom dolarów swoich rodziców nie musi troszczyć się o przyjęcie do najlepszych college’ów w całych Stanach. W Finlandii dzieciom wmawia się, że nie są nikim wyjątkowym, że niczym nie różnią się od innych i wszyscy mają równe szanse. Amerykanin dorasta w przekonaniu, że to właśnie on jest ową jednostką wybitną, stworzoną do wyższych celów niż reszta społeczeństwa, skazaną na sukces i zdobycie fortuny.

To tylko nieliczne przykłady, które pozwoliłam sobie omówić w tej recenzji jako ciekawostki, które zachęciłyby Was do sięgnięcia po książkę. Partanen nie tylko wskazuje na różnice – ona je analizuje, rozmawia o nich z innymi, szuka rozwiązań, pokazuje, czego te dwa kraje mogą się wzajemnie od siebie nauczyć. Chociaż postanawia zostać a Ameryce i w końcu staje się jej prawną obywatelką, dochodzi do wniosku, że to Finlandia jest nową Ameryką – krajem możliwości, krajem dającym szansę rozwoju, niemalże pod każdym względem lepszym i wygodniejszym do życia.
Nie jest to bynajmniej książka pisana w chwalebnym duchu ku pochwale swej ojczyzny, lecz rzetelna, ciężka praca porównawcza.
Z ogromną ochotą sięgnęłabym po tak dogłębne analizy systemów innych krajów, bowiem z mitu amerykańskiego snu wyleczyłam się raz na zawsze. Partanen pokazuje, że mimo iż Ameryka to kraj nowoczesny i rozwinięty, jej system w wielu przypadkach jest przestarzały i zacofany, a obywatel nie może czuć się tam pewnie – w przeciwieństwie do Finlandii, życie Amerykanina jest pełne trosk i pytań dotyczących przyszłości. Co więcej, „Ameryka po nordycku” może być źródłem informacji, wykorzystanym przez naukowców w swoich pracach, ale i miłą lekturą na jesiennie wieczory – czyta się ją jak dobry reportaż, lekko, szybko, z nieschodzącym z ust wyrazem zdziwienia.

Twardoch w opowiadaniach

Proza Twardocha uważana jest za typowo męską – jego bohaterom nie straszna wojna i zadane na niej rany, chętnie wplątują się w bójki, sprawiedliwość wymierzają na własną rękę. Czasem dochodzi do gangsterskich porachunków, w jego światach aż się roi od pięknych, acz niebezpiecznych kobiet. Czasem pojawia się też owo charakterystyczne „coś”, które czuwa nad człowiekiem, z melancholią w oku patrzy na jego poczynania. Nie inaczej było w „Balladzie o pewnej panience”, najnowszej książce Twardocha, którą stanowią wybrane opowiadania pisane na przestrzeni wielu lat. Opowiadania cielesne, krwiste, prawdziwe i aż do bólu przepełnione agresją i erotyzmem.


Muszę przyznać, że opowiadania nie stanowią mojej ulubionej formy literackiej. Nie chodzi o to, że są za krótkie i przyzwyczajona, a nawet przywiązana do bohaterów muszę się z nimi szybko żegnać. Zdaje mi się, że opowiadania to forma w swej prostocie i zwięzłości najtrudniejsza – na kilkunastu stronach, w rzadkich przypadkach na kilkudziesięciu Twardoch musiał podołać stworzeniu świata tak namacalnego, aby wydawał się czytelnikowi prawdziwy. Nie miał również tej swobody, by opisywać pewne wydarzenia i zjawiska – opowiadanie musi się przecież dziać, bohaterowie muszą być w ciągłym ruchu, a dni zobowiązane są mijać tak szybko, jak tylko to możliwe. Zbędnym jest tutaj odpowiadanie na pytanie, czy podołał, bowiem Twardoch to dobry pisarz i wszystko, co wychodzi spod jego pióra jakąś wartość ma. Ale jak to zwykle z opowiadaniami bywa, były takie, które mnie poruszyły i takie, obok których przeszłam obojętnie.

Jednym z nich było opowiadanie tytułowe, jedno z najdłuższych w tym zbiorze. Zaciekawiło mnie na tyle, by przeczytać od razu inne, zachwycona jednak nie byłam. Owa „pewna panienka” okazuje się sztandarowym przykładem femme fatale – może nie jest ucieleśnieniem piękna, ale coś w sobie ma, zarówno w wyglądzie, jak i charakterze, że doprowadza mężczyzn do szału. Jak się można domyślić, drugie z opowiadań – „Ballada o Jakubie Bieli” – osadzone jest na śląsku, w śląskiej kulturze i śląskiej tonacji. „Ewa i duchy” to jedno z moich ulubionych opowiadań z tego zbioru, bo – paradoksalnie – chyba najdelikatniejsze. To historia zdrady, nadziei i desperacji kobiety, poszukiwania miłości tam, gdzie jej nie ma. Jako jedno z nielicznych opowiadań nie posiada w sobie nutki tego agresywnego erotyzmu i epatowania seksualnością. Szczególnie spodobały mi się jeszcze dwa teksty – „Tak jest dobrze” i „Masara”. Pierwsze z nich dzieje się na Spitsbergenie – w miejscu dla Twardocha szczególnym. Drugie to opowiadanie o nastolatce gnębionej przez rówieśników ze względu na rozmiar swojego ciała, swoją tuszę.


Cały zbiór opowiadań posiada w sobie jakąś cząstkę agresji i erotyzmu – większość z historii, które zapisuje Twardoch w jakiś sposób powiązane są z seksem, gniewem, zemstą. To – taki rodzaj bardzo desperackiej, bardzo narzucającej się seksualności – nie do końca mi odpowiadał, dlatego też spora część z tych opowiadań, pomimo że literacko są to bardzo dobre teksty, nie przypadła mi do gustu.
Miło było mi również uczestniczyć w spotkaniu z Twardochem w Katowicach (pozwólcie, że z grzeczności nie wspomnę o poziomie prowadzenia tego spotkania), podczas którego dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy – między innymi tego, że opowiadanie „W piwnicy” było swoistym żartem literackim zwróconym w stronę synów pisarza.