Ostatnia wiadomość Tove Jansson

Philip Their w przedmowie do „Wiadomości” napisał, że szkoda mu ludzi, którzy Tove Jansson znają jedynie z Muminków, bo jeżeli poza opowieściami o trollach nie czytało się jej opowiadań, jest tak, jakby się Tove w ogóle nie znało. A przecież niemało jest ludzi, którzy nie poznali żadnych opowiadań, zawierających te klimatyczne ilustracje Helsinek, chłodnego morza, ojca – artysty, rzeźb i innych stałych motywów w twórczości Tove. W tej prozie przeznaczonej już nie do dzieci, a dorosłych autorka zrzuca swój „muminkowy” płaszcz metafor i odsłania się całą, pokazuje swoje życie i siebie. Mówi prosto i szczerze, ale jakże literacko.
„Wiadomość” to zbiór opowiadań wyjątkowych, skrupulatnie wybranych przez samą Tove Jansson. To opowiadania najlepsze z najlepszych w dorobku artystki, którymi żegna się z pisarstwem, przekazuje swoim czytelnikom tę ostatnią wiadomość.

Richard Ford powiedział o opowiadaniach Alice Munro, że są mistrzowskie, ale niczego z nich nie pamięta. Podobne sądy wygłaszano na temat opowiadań Tove Jansson: że liczy się w nich atmosfera, a nie intryga, język, a nie wydarzenia. – Philip Their

Chociaż jeszcze niedawno uczyłam się na studiach, że w opowiadaniu liczy się przede wszystkim akcja i dynamiczność, opisu powinno być minimum, zdania powinny składać się z około 8-12 wyrazów, a najmilej widzianej w tekście są czasowniki ilustrujące ruch, siłą woli muszę temu zaprzeczyć. Po przeczytaniu kolejnej książki Tove wiem, że kto jak kto, ale ona na opowiadaniach doskonale się zna. A przecież i zdania są rozbudowane, i opisu jest w nich sporo, a akcji tyle, co wcale. Tove Jansson nie każe nam nadążać za opowiadaniem, ona z nami tworzy to opowiadanie.

tove

Jedną z rzeczy, które najbardziej kojarzą mi się z autorką jest chłodne morze – co zresztą jest nieprzypadkowe. O morzu i sztormach sporo było w „Córce rzeźbiarza”, ale i teraz Tove je opisuje (Łódka i ja, Mały letnik). W swojej najlepszej twórczości nie mogłaby przecież zapomnieć o tej fascynującej, potężnej, pięknej naturze, w której bezgranicznie się kochała. Co więcej, pozwala nam wkroczyć do tego jej intymnego i bardzo wrażliwego świata. Siadamy więc obok autorki i patrzymy razem z nią w nieprzemierzony błękit, a chłodny wiatr muska nasze policzki. To doświadczenie nie tylko mentalne, jako odbiorców literatury, ale przede wszystkim zmysłowe.
Tove opowiada – tym razem nie o Faffanie i nie o Ham, swoje słowa poświęca przede wszystkim ekscentrycznym wujom, od których zresztą rozpoczyna się cały zbiór (Moi kochani wujowie), ukazuje nam fragmenty swoich listów i wiadomości od czytelników (Listy do Konikovej, Listy do Klary, Listy, Wiadomość), których fragmenty zostały też przedstawione w „Listach Tove Jansson”, opisuje swojego kolegę ze szkoły artystycznej i jego bolesną historię (Robert), poświęca się też związkom homoseksualnym – dwóch mężczyzn (Dom dla lalek) i dwóch kobiet (Wielka Podróż), relacjom matki i córki (Lazurowe Wybrzeże), czy też zarówno naturze i sztuce (Małpka, Wilk, Rysownik, Wiewiórka, Historia Miłosna) i wiele innych.

W tych opowiadaniach nie najważniejsze jest akcja, ale wyczuwalny klimat. Czytając, miałam wrażenie jakbym znajdowała się w tych miejscach – w domu Alexandra i Erika, na Lazurowym wybrzeżu, w szkole artystycznej, na wyspie. Nie obchodziło mnie to, co się stanie, chciałam trwać w tym miejscu, do którego Tove Jansson mnie zaprowadziła, nawet jeżeli wiedziałam, że zakończenie będzie smutne. Magią narracji Tove buduje osobne światy, z których to każdy zamknięty jest w osobnej do nas wiadomości. To smutek, który w siebie przyjmujemy, zaduma, którą wkrótce po otworzeniu książki zostajemy ogarnięci, pustka, którą staramy się oswoić. To chłód, wilgoć i szarość (nawet mimo pojawiającej się w książce Francji). W „Wiadomości” jest jakaś magia, która pokazuje całą dojrzałość zmierzającej ku końcówce swojego życia autorki. „Wiadomość” to zbiór bardzo subtelny, bardzo delikatny i bardzo piękny.

Kocham Panią. Marzę, żeby być tak stara, jak Pani, i tak mądra.

Hei nazywam się Olavi. Dobrze piszesz, ale ostatnio nie zrobiłaś szczęśliwego zakończenia. Dlaczego tak robisz?

„Kochana Ham…” – listy Tove Jansson

Sztuka epistolarna jest w dzisiejszych czasach na wymarciu. Świat i rozwój technologii pchnął nas ku temu, aby pisać szybkie i krótkie wiadomości, a formę korespondencji całkowicie zdominowały wszelkiego rodzaju chaty, komunikatory internetowe i e-maile. Jak wielu z nas pisze jeszcze tradycyjne listy? Pochyla się nad każdym pięknie zapisanym słowem, płacze, śmieje się, dołącza do szarej papeterii swoje fotografie, aby nie pozwolić czasowi zatrzeć o sobie pamięci? Jak wielu z nas może pochwalić się pokaźnym stosikiem białych kopert w górnej szufladzie swojego biurka? Jak wiele wspomnień i osób się przez nie przewija?
Tove Jansson kochała pisać listy i robiła to przez całe życie. Pisała do rodziny, przyjaciół, miłości swojego życia, wydawców „Muminków”, a nawet własnoręcznie odpisywała swoim fanom, często ozdabiając wiadomości swoimi rysunkami. Mówi się, że jej dorobek epistolarny liczy sobie jakieś sto tysięcy listów… „Listy Tove Jansson” opracowane przez Boel Westin i Helen Swensson to zbiór ponad stu sześćdziesięciu listów z ponad setek, które napisała.

listy-tove-jansson-wydawnictwo-marginesy-2016-03-05Każdy ze zbiorów opatrzony jest tytułem, który stanowi cudowną kwintesencję całości korespondencji. Pierwsze zbiory: Tak więc zastanawiam się nad przyszłością i Myślę o Was cały czas przeznaczone są do najbliższych. Chociaż zwraca się w nich do całej rodziny, to najczęściej do Sigme tytułuje listy, co podkreśla niesamowicie bliskie stosunki, które łączą córkę i matkę, dwie bliźniacze dusze. Względem zachowania w książce porządku chronologicznego na początku ukazuje nam się obraz bardzo młodej dziewczyny, świeżo upieczonej absolwentki szkoły średniej, dopiero później poznajemy Tove starszą, dojrzalszą, bardziej doświadczoną. Z jej pierwszych listów bije swoista aura młodości i charakterystyczna temu radość. Tove jest ambitna i pomimo swojego młodego wieku wytrwale dąży do celu. W listach do rodziców opisuje zawirowania związane ze wyższymi uczelniami, ich wyborem i zmienianiem. Skupia się na relacjach z mistrzami, od których czerpie wiedzę, rozwleka się nad pięknem Paryża i tradycyjnie pyta o to, co słychać w domu, oczekuje wieści z tej drugiej strony, których niestety nie poznajemy, bo listy Tove zawsze pozostają bez odpowiedzi, dzięki czemu czyta się je niczym swoistą autobiografię czy pamiętnik.
Przyznam, że późniejsze zbiory listów, które ukazują Tove jako początkującą artystkę, młodą kobietę, próbującą odnaleźć się w wielkim świecie sztuki i miłości bardziej mi się spodobały. Tove dojrzewała poprzez podróże, o których pisze w listach do przyjaciółki, Evy Konikoff. Dzięki temu możemy dowiedzieć się jak wyglądały Włochy pod panowaniem Mussoliniego, jak barwny i cudowny okazał się dla Tove Rzym, jak deszczowa Florencja, a jak słonecznie powitał ją Neapol, w którym się zakochała. Wiele jej listów naznacza cenzura, Tove zresztą wspomina o tym, jak trzeba uważać na to, co się pisze w nazistowskich Niemczech.

Autorka wielokrotnie skupia się na swoim życiu miłosnym, uczuciach do mężczyzn, zanim jeszcze przeszła na stronę „duchów”. W jednym z listów do Evy Konikoff pisze tak:

Wróciło do mnie wszystko, co sprawia, że nie chcę wyjść za mąż, wszyscy mężczyźni, których przejrzałam i którymi gardzę – presja Faffana w domu – cały ten męski świat lojalnie trzymający się razem i chroniący piedestał przywilejów, upiększanie męskich słabości w tylu nietykalnych sloganach, niekonsekwencjach i bezwzględność w całym tym cechu chłopców, którzy bronią swojej pozycji, nie zważając na niuanse, i od rana do wieczora opiewają swoje zasługi. Nie mam pieniędzy ani czasu, ani ochoty wychodzić za mąż! Nie zdążę podziwiać i pocieszać, i udawać, że to nie kulisy! Żal mi ich, tak – lubię mężczyzn – ale nie chcę oddawać swojego życia przedstawieniu, które przejrzałam na wylot. Widzę, jak Faffan, najbardziej bezradny, najbardziej krótkowzroczny, tyranizuje cały dom, widzę, że Ham jest nieszczęśliwa, bo zawsze mówiła „tak”, wygładzała, wyrzekała się, zrezygnowała z własnego życia, niczego nie dostając w zamian, tylko dzieci, które zabije wojna mężczyzn albo które zamieni w zgorzkniałych ludzi pełnych złych emocji.

Niemalże przez całe listy do przyjaciółek i kochanek Tove wspomina o Faffanie, co, przyznam, najbardziej mnie w tym zbiorze korespondencji fascynowało. Ojciec nieraz jawi się dla niej jako mit artysty, legenda, bóstwo, z drugiej strony przez tą swoją wyjątkowość jest od niej oddalony. Tove wspomina o presji Faffana w domu, nie chcąc wychodzić za mąż, biorąc ojca za wzór „prawdziwego” czy „typowego” mężczyzny, dostrzegając jego cechy w swoich kochankach i przyjaciołach. Postać ojca jest wyraźna i wyczuwalna niemalże na każdej stronie. Tove jest z nim blisko, ale jednocześnie przez całą wielkość jego postaci wzajemnie się od siebie oddalają. Taką relację można już zauważyć w „Córce rzeźbiarza”, gdzie obraz jest jednak nieco inny, bo widziany oczami dziecka, nie dorosłej kobiety. W innym miejscu autorka żali się przyjaciółce, że musi chować swoją korespondencję, aby Victor jej nie przejrzał, co z pewnością doprowadziłoby do kolejnej kłótni. W ich stosunkach pojawiało się wiele nici nieporozumień, związanymi z proniemieckimi, antykomunistycznymi poglądami Victora, który niejednokrotnie nie krył swojej awersji wobec Żydów, co doprowadzało córkę do pasji. Mówi też o ostatecznym przełomie w ich relacjach:

31.I.42 Nadszedł wielki „krach”, którego się obawiałam i na który czekałam przez kilka lat. Tym razem to ostateczne. Faffan i ja powiedzieliśmy sobie, że się nienawidzimy. Jest mi strasznie szkoda Ham. Ale nie odczuwam winy ani smutku, nic. Czuję się jak kamień. Przyjemnie byłoby nie musieć żyć, ale człowiek i tak idzie dalej (…)

Z drugiej strony wciąż jest dla niej „tym” Faffanem, wiecznym chłopcem, który nigdy nie powinien dorastać. Tove z zaskoczeniem odkrywa, że jego zawsze brązowa grzywa nagle posiwiała, chociaż tak nie powinno być, po „pomimo swoich lat wciąż jest chłopcem”. Niewyobrażalna staje się myśl o śmierci, która w końcu każdego ze sobą zabierze, nawet Faffana. Ich relacje są niczym morze – czasem fale są bardzo niskie i przyjazne, ale zdarzają się i sztormy, które powodują wiele zniszczeń, wiele razy nieodwracalnych.
W listach do Evy Konikoff Tove Jansson opisuje też swój pierwszy romans z kobietą i przejście na stronę duchów. Chociaż przyjaciółka nie popiera ją w jej wyborze, Tove ma w osobie Evy wierną powierniczkę, której może zwierzyć się z każdego problemu. Z początku nie czuje się „całkowicie lesbijką”, bo na miejscu Vi (jej pierwszej kochanki) nie mogłaby pojawić się inna kobieta. Tove czuje, że jej stosunek do mężczyzn nawet się polepszył, wszystko stało się łatwiejsze, radośniejsze, bez towarzyszącego stale napięcia. W listach do Viviki Bandler szczerze i otwarcie wyznaje swoją miłość, pisząc:

Zabrałaś moją miłość do Atosa – ale dałaś inne rzeczy, które dopiero teraz zauważam i dziwię się im. Już się go nie obawiam. Mój respekt wobec niego jest oczywiście naturalny, zawsze odczuwam go wobec osób przewyższających mnie intelektualnie, ale moje poczucie własnej wartości i spokój z nim związany wzrosły. Po prostu jest tak, że artysta myśli inaczej, możliwe, że obrazami. Wyraża się w barwach, nie w Słowach. Zaczęłam się wypowiadać bez przytłaczającej obawy przed blamażem, nie wysilam się na uduchowienie, jestem tylko sobą. Tym samym mamy sobie do powiedzenia więcej niż wcześniej, mamy więcej powodów do śmiechu, do przemyślenia. Być może to przyjaźń w najlepszym wydaniu. Erotyka ma teraz takie małe znaczenie. Jakbym spała. Nic nie czuję i nawet nie tęsknię za tym. Wprawdzie to częste, gdy jest się zanurzonym w jakiejś dużej pracy, ale to coś więcej. Moje serce jest z Tobą, a nigdy nie potrafiłam kochać bez niego.

Przed listami do Viviki Bandler pojawia się jednak cały zbiór pięknych i poetyckich listów do jej cudnego filozofa – Atosa Wirtanena: Widzę jak pomysły rosną niczym drzewa prosto przez Ciebie.
W końcu na ścieżce swojego życia Tove poznaje swoją największą miłość, której poświęcony jest cudowny zbiór Czy naprawdę wiemy, jakie jesteśmy szczęśliwe…? To niezwykłe listy, nasycone ciepłej i spokojem, w który wkradają się sytuacje życia codziennego – nieporozumienia, spory, tęsknota, rozstania czy inni ludzie, którzy zakłócają ich słodką idyllę.
Są jeszcze w tej książce kolejne trzy zbiory: do przyjaciółki, matki oraz wydawcy i przyjaciela zarazem.

Życie Tove Jansson cały czas jawi się tak samo fascynujące i niezwykłe. Jej otwartość, wrażliwość na świat, a zarazem szczerość i cały strzęp prywatnego życia, które nam odsłania zapierają dech w piersiach, czarują czytelnika aż do ostatniego słowa. Szymon Kloska stwierdził, że Tove jest wciąż za mało – mamy Muminki, komiksy, opowiadania, powieści, listy, a nam wciąż jest mało. To prawda, Tove wiecznie brakuje, dlatego też w tym wpisie, którego nie chcę nazywać recenzją, bardziej szczegółowo omówiłam Wam zawartość tej książki. To pełen liryzmu zbiór kawałów życia wyjątkowej Finki, który składa się na nią całą. To świetna, bardzo drobiazgowa i ciekawa książka o życiu i twórczości tej niesamowitej kobiety.
A, no i zapomniałabym dodać, że całość uzupełniona jest wyjątkowymi fotografiami. Naprawdę wyjątkowo piękna pozycja, niemalże obowiązkowa, dla każdego poszukiwacza wrażliwości i niezwykłości.

tove

Tove i Faffan – portret córki i ojca artysty

Nazwisko Tove Jansson zazwyczaj kojarzy nam się z Doliną Muminków, którą wszyscy znamy, mało kto wie jednak, że pod płaszczem muminkowych metafor Tove skryła realne postaci ze swojego życia – rodziców artystów, przyjaciół, swoich braci czy nawet pomoc domową. Niewielu z nas potrafi sobie wyobrazić, jak wyglądało jej prawdziwe życie, podejrzewam, że nawet po przeczytaniu jej biografii nie poznamy prawdziwej Tove – bo jak można przez słowa poznać czyjeś uczucia?
Dopiero „Córka rzeźbiarza”, czyli zbiór dziewiętnastu opowiadań, pierwsza nietypowa autobiografia fińskiej artystki, pokazuje nam, jak naprawdę wyglądało jej życie, kim była, co czuła, jakie relacje wiązały ją z ojcem – bo przecież o niego najbardziej tutaj chodzi – o „Faffana”.
Jesienią 1967 roku Tove Jansson napisała w liście do przyjaciółki: teraz nie piszę już dla dzieci, ale o pewnym dziecku – dla dorosłych. Ciężko jest i ekscytująco bez pomocy Doliny Muminków. Jak widać, autorka musiała dojrzeć do tego, aby jeszcze nie do końca wprost, ale już nie posługując się zmyślonymi postaciami opowiedzieć o sobie i o ojcu, o sobie i o matce, o dziecku i rodzicach, o życiu u boku artystów – jak ono rzeczywiście wyglądało?

Rzeźby tatusia, oświetlone ogniem z kominka, poruszały się wolno dookoła nas, te jego smutne, białe kobiety, stawiające ostrożny krok i wszystkie gotowe do ucieczki. Wiedziały
o niebezpieczeństwie, które jest wszędzie, ale nic nie mogło ich uratować, dopóki nie zostały wykute w marmurze i umieszczone w muzeum. Tam jest się bezpiecznym. W muzeum albo w czyichś objęciach, albo na drzewie. Może też pod kołdrą. Ale najlepiej jest chyba siedzieć na wysokim drzewie, o ile nie jest się jeszcze w brzuchu swojej mamy.


corka

W „Córce rzeźbiarza” Tove na powrót przyjmuje postać dziecka, opisuje świat oczami małej dziewczynki, przez co z pewnością wiele jej uczuć jest pokryte hiperbolami, a z drugiej strony są one przecież proste i czyste. W dziewiętnastu opowiadaniach mówi o strachu i bezgranicznej miłości, o wieczorach, podczas których czuła się bezpiecznie, opowiadaniach matki, o spacerach z Anną i o zazdrości. Opowiada o tym, jak łatwo traci się osoby, jak ciężko patrzy się na ich odejście. O mężczyznach i kobietach, truchłach małych zwierząt, a nawet o zabijaniu, o pewnej samolubnej wronie, i małpie Poppolinie.

Czytelnik, biorąc do ręki „Córkę rzeźbiarza” powinien być szczególnie ukierunkowany na wrażliwość i piękno tej opowieści. Portret ojca, który przedstawia nam córka wydaje się nieprawdopodobny, wręcz fascynujący. Bardzo kojarzył mi się ze zbiorem opowiadań „Sklepy cynamonowe” Bruna Schulza, gdzie ojciec też wydawał się być postacią mityczną, wyjątkowo, jakby nietykalną świętością. Istnieją też przecież pewne podobieństwa – jak kobiety ojca Tove i manekiny Jakuba, umiłowanie do zwierząt i swoisty mit, który podąża za obiema postaciami. Ojciec – człowiek z reguły najpospolitszy z najpospolitszych, „codzienny”, „zwyczajny” – tutaj wydaje się być czymś egzotycznym i fascynującym. A jednak jest w tym wiele bólu, bo przez swoją wyjątkowość często zdaje się być kimś nieosiągalnym, będącym poza zasięgiem małej rączki dziecka. Jest blisko, a zarazem daleko, daleko, a jednocześnie blisko, co jest przecież tak trudne do zrozumienia. Tove z czułością wspomina momenty, w których Viktor darzył ją odrobiną uwagi, kiedy rozmawiał z nią o morzu, fascynował się sztormem, o którym rozmawiał tylko z nią, bo tylko ona podzielała jego pasję, pozwalał sobie asystować w pracy, a jednocześnie ma się przecież wrażenie (przez wyolbrzymianie uczuć dziecka), że to Poppolino czy egoistyczna wrona bardziej go obchodziły od małej dziewczynki. Dziwna, a jednocześnie niesamowicie piękna jest ta jego „obecność” i „nieobecność” w życiu córki, miłość, którą siebie wzajemnie darzą, wyjątkowość, jaką w sobie widzą, ta bliskość i to oddalenie.

Potem nie mogłam go już dłużej zatrzymać. To smutne, kiedy robią się mgliści i znikają. Mówi się wszystko, co trzeba, a oni i tak znikają. Wtedy nie warto ciągnąć dalej, bo to się robi głupie. Więc ogarnia Cię samotność.

„Córka rzeźbiarza” może okazać się niemałym zaskoczeniem, bo w końcu wydaje się, że to z matką łączyły ją bliższe relacje. Zbiór opowiadań Tove ukazuje się w latach sześćdziesiątych, czyli tuż po śmierci Viktora. Niedługo potem autorka wydaje „Tatusia Muminka i morze” z dedykacją „dla pewnego ojca”. Tove potrafi barwnie malować słowami, opisując swoją zazdrość, którą stawia w opozycji do miłości ojca, ojca tak podziwianego i tak bardzo kochanego. Być może artystka stara się zdystansować swoje spojrzenie na postać Viktora Janssona, być może próbuje go ponownie wydobyć z cienia, być może hiperbolizując, próbuje go odzyskać choć na chwilę, mimo że to już niemożliwe.
Patrząc na ojca, Tove opowiada o mężczyznach i kobietach, o przyjaźni, wierze i wybaczaniu:

Wszyscy mężczyźni ucztują i są kolegami, którzy się nigdy nie opuszczą w niebezpieczeństwie. Kolega może ci powiedzieć okropne rzeczy, ale na drugi dzień już o nich nie pamiętasz. Kolega nie przebacza, a tylko zapomina – kobieta wszystko przebacza, ale nigdy nie zapomina. Tak to jest. Dlatego kobiety nie mogą ucztować. Otrzymywanie przebaczenia jest bardzo nieprzyjemne.

Oprócz ojca jest to też, a może i w głównej mierze, opowieść o matce i o sztuce. Dziecko, dorastające u boku rodziców artystów mimowolnie chłonie tę sztukę. Urocze są momenty w których artystka opisuje swoje zaangażowanie w pracę rodziców, swoją wiedzę i bezgraniczną wiarę w obojga. Sztuka staje się najważniejszą dziedziną ich życia, opisana jest jednak w sposób prosty, bez zbędnej egzaltacji i metafizyki. Opisana tak, jak widzi i rozumie ją dziecko.

„Córka rzeźbiarza” to zbiór cudownych wspomnień o dzieciństwie, które przeminęło, ale które próbuje się bezustannie przywołać, zatrzymać, przeżyć ponownie. To opowieści pełne tęsknoty, bólu, nostalgii, jednocześnie przepełnione radością i bezgranicznym szczęściem. Spośród wszystkich opowiadań i wszystkich uczuć, których mamy okazję doświadczyć na tych zaledwie stu pięćdziesięciu stronach rysuje nam się obraz wyjątkowej, szczęśliwej rodziny i wyjątkowo szczęśliwego dziecka.
To opowieści o miłości – do rodziców, do sztuki, do świata. To opowieści o tym, jak naiwnie wierzy się, że jest się najważniejszym dla kogoś i że to nigdy nie przeminie.

Im jest się mniejszym, tym Boże Narodzenie jest większe.