„Nie można spojrzeć krzywdzie w oczy i spokojnie zasnąć” – rozmowa ze Zbigniewem Niedźwieckim

„Dlaczego nie pisze się o drapieżnym państwie, które stało się głównym ciemięzcą obywatela? Dlaczego nikt nie pisze o pysze i bezkarności urzędników państwowych? O zdemoralizowanym systemie sprawiedliwości? O bankach, które robią z ludzi niewolników? O wszechobecnej biedzie? Dlaczego?…
O  kondycji polskiej literatury, siedzeniu na tyłku, wyjątkowych dedykacjach, uczuciach podczas pisania i Związku Literatów Polskich. Zapraszam na rozmowę ze Zbigniewem Niedźwieckim Raviczem.

znr

– Na samym początku naszej rozmowy, muszę przyznać, że kiedy dostałam w prezencie urodzinowym Pana książkę, nie miałam pojęcia jaką tematykę w swoich powieściach Pan porusza. Był mi Pan, jako autor, kompletnie nieznany. Miłym zaskoczeniem była dedykacja wewnątrz książki, tyle tylko, że nie potrafię jej do dziś odszyfrować! Co Pan na to?

ZNR: Jeśli Pani nie potrafi tego odszyfrować, to mamy kłopot! Mam taki charakter pisma, że często sam nie wiem, co napisałem. Zdarza się, że muszę prosić, aby ktoś mi przeczytał to, co nabazgroliłem. Ma to jednak pewną zaletę – jestem nie do podrobienia!

– W takich chwilach możemy się cieszyć, że dziś rzadko spisuje się powieść ręcznie, bo wiele byśmy stracili! Ma Pan rację, jest Pan nie do podrobienia – i nie mówię tutaj bynajmniej o stylu pisma. Skąd Pana zainteresowanie problemami społecznymi i przemocą, tematami poruszanymi w „Grzechu przemilczenia”?

ZNR: Odpowiem pani słowami, które są w powieści: Nie można spojrzeć krzywdzie w oczy i spokojnie zasnąć. To jest wystarczająca motywacja. Ta książka to mój wkład w walce o to, by każde dziecko miało takie dzieciństwo, na jakie zasługuje – czyli szczęśliwe. Poza tym jeśli pisarz nie jest blisko tego, co ludzi boli, to jego książki prędzej czy później osiągną rekordy powodzenia na składach makulatury.

– W „Grzechu przemilczenia” zaniepokoił mnie szczególnie jeden opis – sytuacja, w której ojciec próbował ciężarówką przejechać swojego syna. Pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragment:

Środkiem jezdni biegł chłopiec a tuż za nim, za jego plecami sunęła ogromna ciężarówka. Samochód gwałtownie zahamował przed biegnącym, uderzając zderzakiem w plecy chłopczyka. Darek przewrócił się na ziemię, lecz poderwawszy się na nogi, znów puścił się do przodu. Ciężarówka dopędziła go jednak; nastąpił ten sam zgrzyt hamulców i dzieciak leżał twarzą wzdłuż jezdni. Kolejne natarcie nie było już tak precyzyjne. Samochód wyhamował dopiero nad dzieckiem. Darek od pasa w dół znalazł się pod maską pojazdu. (…) Przez parę kolejnych sekund dzieciak nie podnosił się z jezdni. (…) Ciężarówka ogłuszająco zawyła nad głową przerażonego malca, gdy usiłował wygramolić się spod maski. (…) Po kilku metrach zderzak po raz kolejny trafia go w plecy. Darek potyka się i upada, usiłując biec na czworakach. (…)

Czy właśnie takiej krzywdzie spojrzał Pan w oczy? Muszę przyznać, że historia jak ta, opisana powyżej, jest dla mnie kompletną abstrakcją – nadto szokuje swą brutalnością…

ZNR: To, co pani przytoczyła zdarzyło się naprawdę w połowie lat siedemdziesiątych, w okolicach Wrocławia. Żyją jeszcze ludzie, którzy to widzieli i mogą poświadczyć.
A jeśli chodzi o zarzut „naginania”, to proszę się kiedyś wybrać do jakiegoś bidula i posłuchać, co o przemocy w rodzinie opowiadają dzieci, które jej doświadczyły. Szybko się pani wyzbędzie wątpliwości.

– Czy pisanie tak emocjonalnych książek to łatwe zadanie, czy może przeżywa je Pan tak samo mocno, jak Pana czytelnicy? Ja, kończąc „Grzech przemilczenia” zalałam się łzami, ciekawa jestem, jak Pan…

ZNR: Pisząc, przeżywam te same uczucia, co czytelnik. Do niektórych scen z Grzechu przemilczeniapodchodziłem wiele razy. Więc jednego może być pani pewna: tam, gdzie pani płakała, je też płakałem, a tam gdzie się pani śmiała, ja również się śmiałem. Proszę pamiętać, że ta książka jest przede wszystkim książką o ludzkiej godności, a nie o przemocy. Przemoc jest tylko tłem, które momentami towarzyszy akcji. Ta książka opowiada także o gorącej namiętności, zawiera ciekawe wątki filozoficzne, a poza tym jest w niej pełno humoru…

–  No właśnie, pojawiają się tam takie złote myśli jak na przykład ta, że to nie kobieta jest piękna, piękna jest tylko jej młodość. Miłość Ramony i Miłosza jest wyjątkowa, bardzo silna i dojrzała, pomimo iż bohaterowie to nastolatkowie. Tak, jak sam Pan wspomina, pełno w tej książce humoru, a i postaci są charakterystyczne. Jak tworzy Pan swoje historie? Zaczyna Pan od tła, czy może właśnie od bohaterów?

ZNR: Różnie z tym bywa. Najbardziej lubię historie, które tworzy życie. Opowiem to na przykładzie. Kiedyś spotkałem pewną panią, która powiedziała do mnie w ten sposób: Kupię pana książkę, ale pod warunkiem, że napisze mi pan jakąś wyjątkową dedykację. Pani była bardzo atrakcyjna, ale towarzyszył jej pan, więc na wszelki wypadek upewniłem się: W porządku, tylko nie wiem, co pani mężczyzna na to?. On chciał chyba pokazać, że nie jest zazdrosny, bo powiedział coś takiego: Pisz pan, co pan chcesz. Mnie tam wszystko jedno. O! – pomyślałem sobie – nie wiesz człowieku, jak ryzykujesz. Napisałem dedykację (tym razem bardzo starannie), odeszli. Pani przeczytała, obejrzała się, uśmiechnęła zalotnie. Wykonała przy tym taki gest, jakby chciała powiedzieć: szkoda, że nie jestem sama. Panu natomiast odpaliły emocje, wyrwał jej tę książkę z ręki, wrócił do mnie i oświadczył z wojowniczym nastawieniem: Gdybym sam tego nie chciał, skończyłoby się to inaczej!. Trudno, chciał pan – odparłem, wzruszając ramionami. – Nie moja wina.

– A co Pan jej napisał?

ZNR: Napisałem, że gdybym był czarodziejem, zamieniłbym jej usta w krwistoczerwoną róże i pieścił się nią od rana do wieczora. I właśnie te słowa weszły do Grzechu przemilczenia, a niewykluczone, że zdarzenie, które przytoczyłem, stanie się jednym z epizodów w jakiejś książce. Wyjawiłem Pani tylko jeden ze sposobów, w jaki tworzę opowiadania. Stosuję jeszcze parę innych sztuczek, ale to może na przyszłość…

znr3

– No to rzeczywiście sprawił jej Pan pamiątkę na długie lata! Muszę przyznać, że ma Pan odwagę… Odważnie i nietypowo promuje Pan też swoje książki. „Grzech przemilczenia” trafił do mnie dlatego, że w październiku 2015 roku promował go Pan na rybnickim rynku, bezpośrednio zachęcając do kupna książki. Zazwyczaj uważa się, że po napisaniu powieści pisarz oddaje swoje dzieło w zaufane ręce wydawcy i obserwuje, w jakim tempie jego dziecko rośnie i czy jest lubiane wśród kolegów, Pan natomiast do czytania zachęca sam, wychodząc do ludzi, rozmawiając z nimi. Dlaczego?

ZNR: Wańkowicz nazwał wydawnictwa punktami skupu kultury. Sporo w tym prawdy. Wydawcy podchodzą do sztuki jak do towaru, komercyjnie – byleby sprzedać i zarobić. Mnie aż tak bardzo na tym nie zależy. Pisanie to dla mnie pasja. A poza tym aż tak bardzo nie zabiegam o popularność. Dzięki temu jestem wolny i niezależny. Nie muszę pełzać w imię tak zwanej poprawności – czyli starego łajna w nowym opakowaniu. Mogę pisać to, co naprawdę myślę. Na przykład, że polski wymiar sprawiedliwości to prezerwatywa – wiadomo, kto sobie ją nakłada, na co i w jakim celu. To dla mnie bardzo ważne, gdyż uzależnienie dla pisarza jest tym samym, czym ucięcie języka dla mówcy!

– Doskonale wiem, o co Panu chodzi – bezpośredni kontakt i rozmowa ze swoim czytelnikiem to uczucie, którego nie zastąpi choćby największa ilość sprzedanych egzemplarzy. Muszę jednak przyznać, że nieco nie rozumiem Pana zarzutów. Przecież dziś każdy pisze to, na co ma ochotę – wielu jest współczesnych autorów, którzy, tak jak Pan, bez obaw wyrażają w książkach swoje myśli. Skąd te zarzuty?

ZNR: Jeśli tak jest, to dlaczego nie ma powieściopisarzy, którzy podejmowaliby bolączki, jakie rzeczywiście trapią zwykłych Polaków? Na przykład dlaczego nie pisze się o drapieżnym państwie, które stało się głównym ciemięzcą obywatela? Dlaczego nikt nie pisze o pysze i bezkarności urzędników państwowych? O zdemoralizowanym systemie sprawiedliwości? O bankach, które robią z ludzi niewolników? O wszechobecnej biedzie? Dlaczego?… Chętnie pani odpowiem na te pytania: WSZYSTKO TO ZAPEWNE CZYNI SIĘ, ŻEBY NIE URĄGAĆ WOLNOŚCI SŁOWA!

 – Z tego, co wiem, nie łatwo jest wyżyć z pisania. Dlaczego Pan został pisarzem?

ZNR: Na pewno nie po to, żeby być bogatym! Choć czasem spotykam ludzi, którzy wyobrażają sobie, że napiszą bestseller i będą z tego żyli na Wyspach Hula-Hula. Jedna z definicji słowa pisarz brzmi podobno: płatny przewodnik po ruinach własnych złudzeń. Ale ja nie mam takich złudzeń. Piszę głównie dlatego, żeby doświadczyć w wyobraźni tego, czego życie poskąpiło mi w realu. A to pomaga mi spojrzeć na rzeczywistość w sposób odkrywczy.

– Jest Pan Sekretarzem Dolnośląskiego Związku Literatów Polskich… jak rozpoczęła się Pana działalność w Związku i na czym ona polega?

ZNR: Związek Literatów Polskich, to instytucja z tradycjami sięgającymi czasów Stefana Żeromskiego. Aby być członkiem tego związku, trzeba spełniać określone wymagania. W przypadku prozaików powinno się mieć w swoim dorobku przynajmniej dwie wydane książki i przedstawić je do oceny komisji kwalifikacyjnej. Wówczas zbiera się to gremium i wydaje opinie na temat poziomu artystycznego nadesłanych prac. W ten oto sposób trafiłem do ZLP.
A czym się zajmuję jako sekretarz?… No, jak sama nazwa mówi, strzeżeniem sekretów! Więc… ani słowa więcej!…

– W swojej twórczości sięga Pan do różnych tematów… W jaki sposób doszło do Pana zainteresowania się historią księżnej Daisy? Zainteresowania tak ogromnego – dodajmy – że postanowił Pan napisać o niej książkę, a więc poświęcić jej jakąś część swojego życia…
ZNR: Zaczęło się od sztuki teatralnej, a ściślej rzecz biorąc monodramu, który powstał z inspiracji Fundacji Daisy von Pless z Książa. Sejmik Dolnego Śląska ogłosił, że rok 2013 będzie rokiem księżnej pszczyńskiej i mnie zaproponowano napisanie sztuki. Jej premiera miała miejsce w Szczawnie Zdroju, na deskach teatru należącego kiedyś do rodziny Hochbergów. Z konieczności więc musiałem poznać dokładnie bohaterkę. No i złapałem bakcyla! Już wcześniej myślałem, żeby napisać powieść historyczną lub biograficzną, ale nie miałem tematu. A tu proszę, temat sam przyszedł do mnie, dwornie dygnął i spytał: Czy mogę?. Więc jakże tu było odmówić?

– Wiem, że monodram jest bardzo trudną formą teatralną. Jak Pan sobie poradził z tym, żeby przykuć uwagę czytelnika?

ZNR: Wymyśliłem sobie, że to będzie wyglądać tak: staruszka spotyka siebie jako młodą kobietę. O czym będą ze sobą rozmawiać? W lustrze pojawia się staruszka, a przed lustrem gra dziewczyna. Rozmawiają ze sobą, dyskutują, spierają się, a nawet kłócą. Dzięki temu monodram grany przez jedną aktorkę cały czas jest dialogiem. Poszczególne sceny opowiadają o najważniejszych wydarzeniach z życia Daisy von Pless. A na koniec jest zaskakująca puenta. Dzięki takiemu zabiegowi widzowie nawet nie zauważyli, kiedy upłynęła godzina. Chyba nikogo nie zanudziłem, bo słyszałem, jak niektórzy mówili: „Dobre, tylko krótkie!”. I to był dla mnie komplement…

 – Czy mógłby pan coś powiedzieć o książce „Błękitna tożsamość” i jej bohaterce?

ZNR: Książka jest zbudowana na podobnej zasadzie co sztuka. Różnica polega jedynie na tym, że w powieści staruszka z rozdziału na rozdział robi się coraz młodsza, a młoda kobieta się starzeje. W końcu panie zmieniają się miejscami i jedna patrzy na życie z punktu widzenia drugiej. Oczywiście w książce mogę opowiedzieć wiele szczegółów, które w sztuce z konieczności musiałem pominąć. Dotyczy to zwłaszcza romantycznych wątków z życia Daisy von Pless. Zresztą księżna pszczyńska była wyjątkowo barwną postacią. Niewiele brakowało, a w 1916 roku zostałaby królową Polski. Już choćby z tego względu warto ją poznać. Poza tym była to kobieta z klasą i, co bardzo cenię u ludzi, miała wyjątkowe poczucie humoru.

– Nad czym będzie Pan pracował później? Czy ma Pan już w głowie jakąś myśl, która zainspiruje Pana do powstania nowej książki? A może uda się Pan na zasłużone wakacje?

ZNR: Na razie jestem skupiony nad książką Błękitna tożsamość. Pracuję nad drugą częścią. Ta powieść jest bardzo wymagająca ze względu na tło i specyficzne zwyczaje arystokracji tamtych czasów. Ale mam także wiele zapytań od czytelników, które dotyczą drugiej części Przypadków małżeńskich. Równolegle z pracą nad powieścią, piszę także kolejne opowiadania z tego cyklu – zwłaszcza, że mam przy tym taki sam ubaw, jak ci, którzy to czytają…

– Jestem ciekawa, jak wygląda Pana dzień – czy ma Pan jakieś pisarskie przyzwyczajenia, rytuały?

ZNR: Mam takie jedno przyzwyczajenie. Polega ono na tym, że sporą część dnia spędzam na tyłku – szkoda tylko, iż wyłącznie na własnym…

– Chciałabym też zapytać o ulubioną z napisanych przez Pana książek – czy jest taka, którą ceni Pan szczególnymi względami? A może kocha Pan wszystkie po równo?

ZNR: Trudne pytanie… To tak, jakby zapytać rodziców, które dziecko najbardziej kochają. Ale gdybym miał zabrać na bezludną wyspę tylko jedną ze swoich książek, byłyby to Przypadki małżeńskie. Lubię się śmiać, a tam można się śmiać na każdej stronie. No, chyba, że napiszę coś jeszcze bardziej zabawnego. Kto wie? To całkiem możliwe…

– A jakie książki czyta Pan w wolnym czasie (o ile oczywiście wolny czas się Panu przydarzy)? Woli Pan papier czy książkę elektroniczną? Klasykę czy współczesność? Może ma Pan jakiś pisarski wzór, za którym Pan podąża?

ZNR: Oczywiście wolę papier. Ale to dlatego, że nie umiem czytać książek tak, jak to robi większość ludzi. Ktoś mi powiedział, że książka wychodzi z moich rąk, jak kobieta po całonocnym, dzikim seksie – ledwo się trzyma na nogach, ale jest szczęśliwa! Bo w istocie, nie czytam, tylko studiuję. Dlatego moje egzemplarze są pokreślone, pomazane i opisane z każdej możliwej strony. Zdarza się, że wyrywam z nich kartki i noszę po kieszeniach, żeby komuś przeczytać. Jak Pani widzi, nie szanuję książek, ale proszę mi wierzyć – każda z tych, które tak źle potraktowałem, marzy o tym, żeby znów trafić w moje ręce. A jeśli chodzi o autorów… nie mam wybranych. Dzielę książki na dobre i złe – to jest dla mnie probierz. Lubię pisarzy rosyjskich, ale „zachodnia” literatura również ma w swoich szeregach gigantów – i to często nie tych, którzy byli honorowani prestiżowymi nagrodami.

– I tym ostatnim pytaniem skończmy tę przemiłą rozmowę. Dziękuję Panu bardzo za wszystkie szczere odpowiedzi!

znr2

Zbigniew Niedźwiecki Ravicz – polski pisarz, dramaturg, autor piosenek. Zadebiutował serią książek FacSimile, która ukazywała się w latach 2004 – 2006. Następnie w 2012 roku spod jego pióra wyszła kontynuacja tej pracy, czyli Sugestie słowa i Groteski słowa. Jego najpopularniejsza powieścią jest Grzech przemilczenia, który porusza problemy o charakterze społeczno-obyczajowym. Obecnie pisarz pracuje nad drugą częścią książki pt. Daisy – błękitna tożsamość, poświęconego księżnej Daisy z Książa.


Reklamy

Walka człowieka o bycie człowiekiem

Zbigniew Niedźwiecki Ravicz był autorem kompletnie mi nieznanym, dlatego kiedy dostałam na urodziny jego „Grzech Przemilczenia”, nie miałam pojęcia czego się po autorze spodziewać. Okładka, ani opis książki też nie pomagały, bo nie znalazłam tam wielu wskazówek, co do fabuły, dlatego nie pozostało mi nic, jak czytać. A muszę przyznać, że do książki podchodziłam z pewną rezerwą i obawą, jak zawsze, do czegoś nieznanego. Z kolejnymi stronami coraz bardziej się jednak uspokajałam, bo jak zapewnia nas wydawnictwo „to zestaw, który gwarantuje, że niełatwo rozstać się z książką wcześniej niż nad ranem…”. Miałam być urzeczona, miałam zaniemówić, dlatego brnęłam przez kolejne strony, coraz bardziej zanurzając się w historii Miłosza.

Życie to zdanie, które zaczyna się od znaku zapytania, a kończy się wykrzyknikiem. Z chwilą narodzin pyta: „Kim będziesz”. Z ostatnim tchnieniem stwierdza: „Otóż kim się okazałeś!”.
Śpiesz się człowieku! Bo nie wiesz, ile masz czasu pomiędzy jednym a drugim; pomiędzy kolebką a grobem.

Zbigniew-Niedźwiecki-Ravicz.Grzech-Przemilczenia-740x1024Akcja powieści osadzona jest w latach 80′. Miłosz jest siedemnastoletnim chłopcem, który przebywa w zakładzie poprawczym. Na swoim koncie ma niejedną już bójkę, kradzież, aż w końcu próbę zabójstwa, dlatego określa się go mianem niebezpiecznego dla otoczenia. Wszystko to jednak nie bierze się znikąd. Trudne dzieciństwo zmusza chłopca, aby w ramach większego lub mniejszego przypadku uciekał się do zbrodni, obracał się w złym towarzystwie, próbując zapewnić jakikolwiek byt i bezpieczeństwo sobie i swojemu rodzeństwu. Ale czy to w ogóle jest możliwe w takiej sytuacji, w jakiej dzieci się znalazły? Ich ojciec to alkoholik, a do tego brutal. Znęca się nie tylko na swoją żoną, którą niejednokrotnie katuje do nieprzytomności, ale i nad dziećmi, których nienawidzi, które żona powinna była „wyskrobać” – szczególnie Miłosza. Miłosz wbrew sobie odkrywa iskierkę buntu, która zakiełkowała w jego sercu i ze śmiałością, a jednocześnie swoistą nieświadomością swoich czynów wykorzystuje ją, sprzeciwiając się ojcu. Zbigniew Niedźwiecki Ravicz nie oszczędza swoich czytelników, naturalistycznie pokazując im okrucieństwo ojca wobec synów.

Chwyciwszy świeżego racucha, obrócił się w stronę okna i zaczął apetycznie przeżuwać pierwszego kęsa, gdy ciasto utknęło mu w gardle. O mało nie udławił się na widok rzeczywistości, która rozgrywała się przed jego oczami.
Środkiem jezdni biegł chłopiec – jego młodszy brat – a tuż za nim, za jego plecami sunęła ogromna ciężarówka. Samochód gwałtownie zahamował przed biegnącym, uderzając zderzakiem w plecy chłopczyka. Darek przewrócił się na ziemię, lecz poderwawszy się na nogi, znów puścił się do przodu. Ciężarówka dopędziła go jednak; nastąpił ten sam zgrzyt hamulców i dzieciak leżał twarzą wzdłuż jezdni. Kolejne natarcie nie było już tak precyzyjne. Samochód wyhamował dopiero nad dzieckiem. Darek od pasa w dół znalazł się pod maską pojazdu. (…) Przez parę kolejnych sekund dzieciak nie podnosił się z jezdni. Nie było nawet pewności, co mu się stało, czy jest przytomny. W tym czasie kierowca – ojciec – wyprzęglił silnik i wcisnął do końca pedał gazu na jałowym biegu. Ciężarówka ogłuszająco zawyła nad głową przerażonego malca, gdy usiłował wygramolić się spod maski. (…) Po kilku metrak zderzak po raz kolejny trafia go w plecy. Darek potyka się i upada, usiłując biec na czworakach. (…)

Z pewnością wydaje się Wam to nie tyle okrutne, a wręcz okropne, ale takich opisów w książce jest o wiele więcej. Opisów, katowanego do nieprzytomności kablem Miłosza, ocierającego mu krwawiącą głowę Darka. Opisów ojca, topiącego małe kocięta, a następnie swoich synów w tej samej wodzie z wciąż unoszącymi się ciałami zwierząt na powierzchni wody, łaskoczącymi krótkimi jeszcze ogonami nosy chłopców, pchającymi się do ich ust. Opisów niepokonalnej bezsilności i samotności.

Darek zapytał wówczas:
– Czy są tabletki, po których można spać pięćdziesiąt lat?
– Dlaczego chciałbyś spać tak długo?
– Bo może wtedy stałbym się inny…

Grzechem Przemilczenia” Niedźwiecki Ravicz apeluje do swoich czytelników, o otworzenie oczu i nastawienie uszu (podobnie, jak robi to Miłoszewski swoim „Gniewem”, dlatego nie bądźcie obojętni). Krzywda jest wszechobecna, wciąż dzieje się wokół nas. Tych, których określamy mianem „huliganów” powinniśmy postrzegać jako ofiary, jako osoby, potrzebujące naszej pomocy. Autor pokazuje nam, że zakład poprawczy dla tak młodego chłopaka to nie pomoc, to nie „wyeliminowanie szkodliwej, niebezpiecznej jednostki ze społeczeństwa”, a często zesłanie go na pewną śmierć, na zniszczenie. W poprawczaku Miłosz poznaje bowiem dusze tak samo zagubione, jak on – bezsilne, słabe i zmęczone aktami przemocy, której są poddawane, ale i katów, stręczycieli, którzy próbują zamienić go w jednego z nich. Musi upłynąć dużo czasu, nim Miłosz dotrze do miejsca, znajdzie w życiu cel, który pozwoli mu znów być chłopcem w jego wieku – nie przestępcą, nie uciekinierem, a siedemnastolatkiem. Bardzo trafne jest porównanie bohatera do kierowcy, który zjechał z autostrady niewłaściwym zjazdem, który musi długo czekać, aż dojedzie do kolejnego rozwidlenia, bo przecież nie może od razu zawrócić. Musi iść przed siebie – odważnie i bez zatrzymywania się, aby w końcu dotrzeć do celu.
Chociaż postrzegany jest jako „zagrażający życiu”, Miłosz jest wrażliwy, a „Grzech Przemilczenia” to historia wielkiej, wyjątkowej miłości. To historia walki człowieka, aby móc ponownie stać się człowiekiem. Walki o siebie i o innych, o wolność, o szansę, o nadzieję.

– Człowiek, aby żyć, musi mieć powód – odparł – a ja straciłem ten powód, ten powód opuścił mnie. Nawet gdybym prosił o łaskę i tak mnie nie ułaskawią. Nic nie ocali człowiekowi życia, jeśli ten człowiek nie ma w sobie woli życia. Wiem o tym na pewno i dlatego o nic nie proszę.

Autor doskonale wykreował bohaterów, nadając im prawdziwe, ludzkie rysy, ludzkie problemy. Nadając im życie. Warto też dodać, że samo imię głównego bohatera jest nieprzypadkowe. Historia Miłosza porusza, zapiera dech w piersiach. Człowiek nie myśli o niczym innym, jak tylko o tym, aby chłopcu w końcu się udało. Ale przecież życie rzuca nam tyle kłód pod nogi. Czy to takie łatwe? Co stanie się z Miłoszem? Jakiego wyboru dokona?

To książka idealna na każdy czas. To lektura wyśmienita, doskonała, poruszająca serca.

– Ostatnio rozmyślałem nad swoim życiem – powiedział. – I wiesz, do jakich wniosków doszedłem? Że śmierć od życia różni się głównie długością trwania.
– Rozumiem, śmierć trwa chwilkę. Masz na myśli, że jest krótka, tak? – odparła Ramona, usiłując dociec, o co mu idzie.
– Nie, moja słodka, śmierć jest wieczna, a życie jest krótkie.