PRL-owski smutek w mlecznym barze „Bambino”

„Bambino” to moje pierwsze spotkanie z literaturą tworzoną przez Ingę Iwasiów – profesor Uniwersytetu Szczecińskiego, literaturoznawczynię, poetkę, pisarkę, krytyczkę. Iwasiów ma już na swoim koncie dość obfity dorobek literacki – od finalisty Nagrody Literackiej Nike „Bambino”, poprzez powieści „Ku słońcu”, ” W powietrzu”, „Na krótko”, aż do zbiorów opowiadań, rozwlekłych esejów, rozpraw. O książce słyszałam wiele dobrego – miała być zachwycająca, prawdziwa, niezwykła – więc nie sposób było po nią nie sięgnąć, jak po kolejną perełkę polskiej literatury. Co tymczasem w książce znalazłam?

bambino iwasiow inga_6531082Bohaterami książki są cztery osoby – Marysia, Ula, Janek i Anna. Ich losy splatają się w tytułowym barze „Bambino”, w Szczecinie. Z początku są dla siebie obcymi, nie łączy ich nic, poza tym, że są „nie tutejsi”, że żaden z nich nie pochodzi ze Szczecina. Ula, tak naprawdę ma na imię Ulrike i jest Niemką. Ukrywa swoje pochodzenie tak samo, jak jej późniejszy kochanek, Stefan, który to dla odmiany jest Żydem. Marysia do Szczecina przyjechała z ubogich Kresów, odrywając się od wiecznie klepiącego, jako głowa rodziny, biedę ojca i matki, co chwilę będącej w ciąży. Janek jest z Wielkopolski, bogatej Wielkopolski. Wychowuje go dziadek, który uczy chłopca uczciwości, skromności – podstawowych zasad na to, jak przetrwać w świecie. W „Bambino” ich losy się stykają, z nieznajomych stają się dla siebie przyjaciółmi. Ula pracuje z Anną, podnajmuje mieszkanie Marysi. Marysia wychodzi za mąż za Janka, nieco później mają razem dziecko – córeczkę, której chcą dać wszystko, czego oni w swoim dzieciństwie nie mieli. Nawet gwiazdkę z nieba. Jak to jednak często w życiu bywa ich losy się komplikują, oprócz szczęścia pojawia się również nutka niepokoju związana np. Z nową pracą Janka, o której ma nie mówić nikomu, trzymać ją w ścisłej tajemnicy. Pojawia się Adam, mąż Anny, marynarz. Wkrótce drobne nieporozumienia, porażki życiowe, które przydarzają się większości z nas, przemieniają się w tragedię.

Nie lubię pocieszycielstwa i nie zgadzam się z nim. A taka jest z reguły literatura dotycząca małych ojczyzn: sentymentalna, wspominająca z uśmiechem czasy minione, które wcale nie musiały być do uśmiechu – Inga Iwasiów.

I taki jest właśnie koniec „Bambino” – smutny, pozbawiony nadziei, a jednak za pomocą postaci dziecka, dający iskierkę, światełko w tunelu.
Myślę, że tytuł „Bambino” jest ważny nie tylko ze względu przez szczeciński bar, który istniał naprawdę (dziś na jego miejscu znajdziemy jedynie wypożyczalnię filmów), ale właśnie przez wzgląd na dziecko, dzieci, bo „bambino” z języka włoskiego oznacza właśnie dziecko. W powieści następuje taki moment, kiedy to dzieci odgrywają dominującą rolę.
Historia opisywana przez Iwasiów nie musiałaby się wcale dziać w Szczecinie, bo jak mówi:

Rozmawiałam z ludźmi we Wrocławiu, w Elblągu, w Gorzowie. Tam – myślę – rozgrywały się podobne historie, bo i charakter tych miejsc jest podobny. Idzie mi o przerzucanie ludzi w inne, obce miejsca, o przekraczanie granic – państwowych, lecz nie tylko.
Ludzie przekraczali granice, idąc ze wsi do miasta. Przekraczali granice między ustrojami politycznymi. Między tradycyjną rodziną i rodziną zdekomponowaną. Takie przykłady można mnożyć.
Ale podobieństwo do szarości i smutku „Bambina” można znaleźć wszędzie, w całej Polsce czasów PRL-u. W tym znaczeniu to książka uniwersalna. Tyle że w Szczecinie, mieście, gdzie w zasadzie nie było ludzi zasiedziałych od pokoleń, te różnorodne przekraczania granic były o wiele bardziej widoczne.

Iwasiów przedstawia nam czwórkę wykreowanych przez siebie bohaterów, którzy na swój sposób są zlepkiem ludzi, nas w rzeczywistości PRL-u. Obnaża smutek, który jak uważa, dziedziczymy, ale zakrywamy. To o wiele ważniejsze – jak sądzi – od np. udawanej radości z pracy w wielkiej korporacji.
Historia PRL-u jest oczywiście ważna, ale z drugiej strony jest też delikatnie zarysowanym tłem dla „Bambina”. Nie potrzeba się w nią zagłębiać, znać ją, żeby właściwie odczytać książkę.

Nie chciałam politycznej powieści o tamtym systemie i tamtym kraju, choć trochę tak mi wyszło. Lecz proszę sobie przypomnieć, że właśnie takie było wówczas nasze życie.
Gdybym opisywała moich bohaterów w dzisiejszej rzeczywistości, ich życie byłoby bez wątpienia inne, bo i Szczecin jest inny. Wówczas wszyscy – czy chcieli, czy nie – byli jakoś uwikłani w system i w politykę, PRL miał ogromny wpływ na jakość i sposób życia, nawet w najbardziej osobistym wymiarze. Mam nadzieję, że dzisiaj tak nie jest, że nasze otoczenie jest dla nas bardziej obojętne.

Warto podkreślić, że cała historia opisywana jest specyficznym językiem, gdzie zdania często są urywane, zawierają jedynie po dwa, trzy wyrazy. Na początku, gdzie książka jest pisana niczym jakieś akta sądowe, czy policyjne (np. „Maria, Urodzona 1940”, „Janek, Urodzony 1940”), które przedstawiają życiorys bohaterów zanim znaleźli się w Szczecinie, ciężko mi się książkę czytało. Niejednokrotnie chciałam ją odłożyć, sądząc, że nie podołam. Później jednak przyzwyczaiłam się do języka i czytało mi się książkę o nieco łatwiej, ale nie aż na tyle, żeby historia mnie porwała, urzekła.
Muszę przyznać, że „Bambino” mnie zmęczyło. Książka nie jest wielka objętościowo, gruba i liczyłam, że przeczytam ją w dwa dni, tymczasem męczyłam się aż cztery! Nie pasuje mi styl Iwasiów, i chociaż historia jest ciekawa, warta uwagi, z pewnością szybko nie wrócę do twórczości tej autorki. Cieszę się jednak, że książkę przeczytałam, bo zdecydowanie wniosła coś nowego w moje życie – inne spojrzenie na rzeczywistość PRL-u, a też dowiedziałam się o istnieniu baru „Bambino”, o którym wcześniej nie miałam pojęcia. Książka dobra, ale dla wielbicieli stylu Iwasiów. Mnie, chociaż ciekawe zabiegi językowe lubię, nie urzekła.

* Cały wywiad z Ingą Iwasiów, którego fragmenty przedstawiłam w recenzji, znajdziecie TU