Walka muzyki z poezją

Jaume Cabré to chyba jedyny współczesny pisarz, który rozpieścił mnie swoją prozą do tego stopnia, że sięgając po kolejną jego książkę nie czuję absolutnie żadnych obaw czy wątpliwości. Chociaż podejrzewam, że następne jego dzieło nie będzie tak dobre, jak mistrzowskie „Wyznaję” – wszak sięgamy po jego prozę w kierunku odwrotnym do chronologicznego – jestem całkowicie pewna, że dorówna „Głosom Pamano” czy „Cieniowi eunucha”. I tak, jak rok temu podekscytowana czekałam w sali Teatru Powszechnego w Warszawie na pojawienie się katalońskiego mistrza, ciekawie zerkając innym przez ramię i podczytując fragmenty „Cienia eunucha”, tak ostatnio z drżącymi palcami przewracałam kolejne strony „Agonii dźwięków”. Bo obcowanie z tak wielkim intelektem i maestrią słów potrafi człowieka przyprawić o szybsze bicie serca i nierówny oddech. A Cabré, choć byłam tego całkowicie pewna, znów robi to tak dobrze, że jednak odrobinę w tę wyjątkowość jego prozy nie dowierzam.

Tym razem przenosimy się do początku XX wieku, skromnego, bardzo surowego klimatu warownego klasztoru w La Ràpita. Grupa mniszek klauzurowych czci Boga i pogłębia swoją w Niego wiarę przez nieustanną pokutę, prowadzącą do osłabienia, omdleń, chorób, a z czasem nawet – śmierci. Wszystkiemu przewodzi wielebna matka Dorotea, charakteryzująca się surowością, powagą i brakiem poczucia humoru. Spokój tego świętego miejsca całkowicie zapomnianego przez Boga, wciąż za to strzeżonego przez siły nieczyste, zakłóca jednak brat Junoy, który ma być spowiednikiem mniszek. Pobyt w klasztorze jest dla niego swoistą karą – cisza ma pomóc mu zapomnieć o grzesznej muzyce, uleczyć jego słuch i zawrócić duszę na właściwe tory. Ale on – jako utalentowany muzyk – co rusz przenosi się do abstrakcyjnego świata muzyki dzięki sile swojej wyobraźni. Ponadto prowadzi ambicjonalną walkę z matką przełożoną, niespełnioną poetką, kierując się zdrowym rozsądkiem i twierdząc, że umartwianie się nie przybliża sióstr do Boga, a wieczny post i – w rezultacie – niedożywienie wywołują halucynacje.
Czego dokonał, by zasłużyć na to zesłanie na, niemalże, krańcu świata? Jak daleko się posunął, że oskarżony o herezję, nadużycie i samowolę trafił do aresztu? Czy niepodzielający jego pasji świat wymierzy mu karę?

Cabré „Agonię dźwięków” rozpoczyna od miejsca najciekawszego, bo od wielkiego poruszenia i skandalu, jaki wywołał protest brata Junoya w klasztorze. Zaciekawiony czytelnik musi jednak przebrnąć przez całą powieść, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w La Ràpita, bowiem już przy kolejnej części akcja cofa się do tyłu i toczy właściwym trybem.
Każdy z nowych rozdziałów poprzedzony jest fragmentami z obowiązującej w zakonie Księgi Zwyczajów, określającej prawa i obowiązki mniszek – mówiącej między innymi o tym, że rozmowa jednej siostry z drugą jest nieodpowiednia i grzeszna, że głowę należy trzymać prosto, lekko wychyloną do przodu, nigdy w bok, że myć należy się nie za często i nigdy nie zdejmując przy tym ubrań.
Byłam niezwykle ciekawa w jaki sposób Cabré, ateista, opowie o sprawach wiary, o mniszkach i braciach zakonnych, ale poza lekką, zdystansowaną ironią, piętnującą niektóre zachowania i zwyczaje – jak ekstremalne formy pokuty czy próba spełnienia własnych, wygórowanych ambicji – Katalończyk nie posuwa się do krytyki czy głębszych rozważań.

Warto zwrócić uwagę na kreację bohaterów, również tych drugoplanowych. Nie tylko brat Junoy i matka Dorotea są silnymi postaciami w książce. O wiele bardziej zachwyciły mnie młode mniszki czy ponadstuletnia siostra Margarida – żyjąc w klasztorze od wieków widziała już wszystko, co mogła zobaczyć, wie o wiele więcej, niż myśli o niej matka Dorotea. Siostry wyczekują tylko jej śmierci, za to ona, niczym cień, wciąż żyje – i chociaż nieco z boku, swoją wiedzą mogłaby przytłoczyć każdą z zakonnic w La Ràpita.

„Agonia dźwięków” to kolejna z powieści Katalończyka, która zachwyca. Jest w niej wszystko, do czego autor nas przyzwyczaił: muzyka i literatura, wygórowane ambicje i podążanie za pieniądzem, odrobina humoru, mała doza ironii, ciekawe spojrzenie na inny świat, który nam opisuje i błyskotliwy uśmiech samego twórcy tego wszystkiego. Czasem odnoszę wrażenie, że Cabré bawi się swoimi książkami – dobiera słowa, kreuje bohaterów, stawia ich w specyficznych, trudnych sytuacjach, a następnie miesza to wszystko oczekując, że efekt końcowy będzie znakomity. I zawsze się mu udaje.

Kolejna doskonała pozycja, obok której nie można przejść obojętnie.

Reklamy

Wieczne przekleństwo cienia eunucha

Piszę, ponieważ jestem sfrustrowanym muzykiem – w ten sposób Jaume Cabré zwykł wyjaśniać całe to zamieszanie, jakie wywołuje jego literatura. Od humanizmu poprzez okrutną historię i los, który nie każdego wynagradza, a bardzo często krzywdzi, aż po szeroko rozumianą sztukę – tak właśnie komponuje swoje powieści. To właśnie muzyka jest obecna w każdej książce Cabré, kształtuje je i nadaje charakterystyczny klimat, co więcej – strukturę.
A wszystko zaczęło się od „Wyznaję” i zakochanego po uszy w skrzypcach Adriana. Tą monumentalną i uznaną w całej Europie powieścią autor pokazał nam, jak z książki można stworzyć symfonię, jak z opowieści zbudować koncert i ile w życiu człowieka może znaczyć instrument. W kolejnym roku Wydawnictwo Marginesy dostarczyło swoim czytelnikom „Głosy Pamano”, a nieco później na rynku książki pojawił się „Jaśnie Pan” z tajemniczym zabójstwem francuskiej śpiewaczki. W końcu od maja tego roku do rąk czytelników trafiła kolejna pozycja katalońskiego pisarza, ta najbardziej autobiograficzna i najbardziej muzyczna – „Cień Eunucha”.

Całymi latami wyrzucałem sobie (…) dlaczego tak łatwo przegapiamy nieliczne naprawdę ważne momenty w życiu, a później marnujemy resztę rozpaczliwej egzystencji na bezowocne próby ich odzyskania.

Właśnie nad tą kwestią Miquel Gensana, pięćdziesięcioletni dziennikarz barceloński, zastanawia się w towarzystwie swojej redakcyjnej przyjaciółki. W restauracji w Feixes, do której zabrała go Julia, ma opowiedzieć dziewczynie o swoim przyjacielu, z którym nie jedną tajemnicę dzielił – Josepie Marii Bolosie. Ten niepozorny wieczór, który miał być wytchnieniem od niewygodnych myśli po pogrzebie Bolosa, przemienia się jednak dla bohatera w prawdziwy koszmar – okazuje się, że w słynącym z mięs „Czerwonym Dębie” mieścił się niegdyś rodzinny dom Miquela. Wszystko wokół tak przyciąga jego uwagę – maître rządzący się w jego własnym przecież domu, automat z kondomami w łazience, fontanna w miejscu, w którym powinien stać fortepian wujka Maurycego i drzewko truskawkowe przed wejściem – że w rezultacie dokonuje przed Julią swoistej spowiedzi ze swojego życia, rozliczenia się z niespełnionymi marzeniami, przegapionymi momentami, utraconymi miłościami, burzliwą przeszłością, pisaną przez Historię oraz skandalem na rodzinnym tle.
cien-eunucha,big,636709Miquel daje nam poznać siebie i swoje losy w monologu skierowanym do Julii, podczas kolacji w Feixes, ale następuje również narracja trzecioosobowa, która przybliża nam wydarzenia, mające miejsce daleko przed jego narodzinami. Dzięki wspomnieniom i listom pisanym przez wuja Maurycego czytelnik razem z bohaterem wędrują ścieżkami bujnej Historii rodziny Gensana, odkrywając wszelakie spory, troski oraz ogromny skandal, który na zawsze podzielił rodzinę. Na ile jednak można ufać słowom uważanego za chorego psychicznie Maurycego? Odpowiedzi na to pytanie poszukujemy wraz z Miquelem, co rusz dając się wodzić za nos. Co więcej, drugi narrator też lubi upiększać, kreować na własne potrzeby rzeczywistość.
Miquela poznajmy zatem od kolebki, poprzez czasy szkolne, poszukiwanie własnej drogi, fascynację historią i sztuką, pierwsze miłości i późne doświadczenie kobiecego ciała, rewolucję i partyzanckie zaangażowanie, aż po ślepą miłość do Teresy i muzyki, pracę w redakcji i podróże, do momentu kolacji z Julią. Chociaż z jego opowieści można by wywnioskować, że miał całkiem udane życie, niejedna osoba pozazdrościłaby mu pochodzenia czy bywania w towarzystwie, on sam uważa się za przegranego i szuka momentu, w którym swoje życie stracił, przegrał. Nazywa siebie „cieniem eunucha”, bo chociaż bardzo tego chciał i niemalże wszystkie swoje myśli kierował ku temu marzeniu, nigdy nie tworzył sztuki – spod jego pióra nie wyszły ani piękne poetyckie słowa, tym bardziej spod jego palców nie wypłynął żaden dźwięk, wydany przez instrument muzyczny. Na nic zdały się pocieszenia przyjaciół, że twórcze analizy sztuki są o wiele ważniejsze, niż sama sztuka, która bardzo często powstaje pod wpływem impulsu, chwili. W pięknej Teresie, skrzypaczce, widzi ideał, a jego miłość okazuje się być na tyle doskonała, czysta i platoniczna, ze zdolna trwać wieki, nawet jeżeli nic nie karmi jej żaru.

Miquel nie czuje się dobrze sam ze sobą – jest wewnętrznie rozdwojony pomiędzy „Miquelem”, a „Simo”, przydomkiem, który stał się jego imieniem w czasach konspiracji. Na to wskazują nam fragmenty, kiedy bohater rozpoczyna swój monolog w pierwszej osobie liczby pojedynczej, a kończąc w trzeciej (albo odwrotnie), lub gdy zmienia imiona podczas narracji. Przydomków, które sam sobie nadał ma sporo: Niezdecydowany, Wątpiacy, Zdezorientowany, Metafizyczny, Zmyślacz Rzeczywistości, Rogacz, Wyklęty, bez Ziemi, Marzyciel, itd…
To, jak potoczyły się jego losy, nie jest jednak winą jedynie Miquela. Sam Cabré zażartował, że w „Cieniu Eunucha” czytelnik poznaje trzy różne historie tej samej rodziny, o której prawdę mówi nam ostatnie sporządzone przez wuja Maurycego drzewo genealogiczne. Postać żądnego zemsty, a jednocześnie pełnego miłości i zrozumienia Maurycego pokazuje nam (co zresztą udowodniły już „Głosy Pamano”), że nie można do bohatera przypisać stałych pozytywnych lub negatywnych uczuć, dopóki nie przeczyta się ostatniej strony i ostatniego zdania powieści. W tym momencie Cabré zwraca też uwagę na ogromną rolę, jaką odgrywa pamięć i słowo – jak wiele można zapamiętać, a ile z tego zmienić jednym słowem?

Jednym ze znaków, że przechodzisz w dojrzałość, jest akceptacja zasady, że w życiu nie istnieje replay. Że życie to taka gra, w której kostki rzuca się tylko raz.

Jak już wspomniałam, ogromną rolę, większą chyba nawet niż w „Wyznaję”, odgrywa tutaj muzyka. „Cień Eunucha” jest skomponowany według Koncertu skrzypcowego „Pamięci Anioła” Albana Berga, a poszczególne części powieści są częściami tego koncertu – tak więc zaczynamy od andante (umiarkowane), allegretto (szybkie), poprzez allegro (bardzo szybkie), kończąc na adaggio (wolne, mroczne). W powieści pojawia się również szczegółowa analiza tego koncertu, a obiekt uczuć narratora, Teresa, niejednokrotnie rozmawia z nim na ten temat, wymieniając się refleksjami i odgrywając muzykę „Boskiego” na skrzypcach.
To jednak nie wszystko, bo poza Koncertem skrzypcowym Albana Berga i wybitną skrzypaczką Teresą Planellą, muzyki jest tutaj od groma – drugi narrator, wuj Maurycy z upodobaniem gra fortepianowe kompozycje Frederica Mompou czy Chopina. Szczególną rolę Cabré przypisuje też kompozycji fortepianowej op.21 Novelleten Schumanna, która towarzyszy kochankom w szczególnie ważnej dla nich scenie. Pojawiają się również inni pianiści, dyrygenci, a nawet gitarzyści, którym autor przypisuje drugoplanowe, drobne role.

„Cień eunucha” okazuje się po raz kolejny zbiorem motywów, które łączą ze sobą wszystkie powieści Cabré – reżim generała Franco, problem zła na świecie, miłość silniejszą niż śmierć, muzykę i sztukę, które doprowadzają bohaterów do skrajności, a nawet szaleństwa (również tego w sensie dosłownym), a w końcu śmierć, która w momencie ostatecznym okazuje się być tylko… śmiercią, niczym, czego należałoby się bać.

Przychodzi taki moment, kiedy uświadamiasz sobie: wielkie rzeczy, śmierć to tylko śmierć, nic więcej. I wtedy przestajesz czuć lęk.

„Cień eunucha” to jedna z pierwszych powieści Katalończyka, ale niech Was to nie zwiedzie – co prawda nie jest tak skomplikowana w strukturze, jak „Wyznaję”, ale za to znów pojawia się znacząca rola Historii, tej pisanej przez duże „H”, oraz zawiłości losu, których jest tu nie mniej niż w „Głosach Pamano”. Cabré maluje nam niesamowity obraz powojennej Hiszpanii – życia studenckiego, kultury i konspiracji, błędnego myślenia, że świat leży u naszych stóp i że życie, ma nam wszystko do zaoferowania. To obraz ludzi, którzy minęli się ze swoim powołaniem, na pozór szczęśliwych, ale w tym szczęściu głęboko zawiedzionych, zranionych i oszukanych.
To proza, która po raz kolejny mnie nie zawiodła. Doprawdy, zaczynam się zastanawiać, czy Cabré ma w swoim dorobku coś mniej ambitnego i bardziej pospolitego? Obcowanie z jego intelektem zawartym między kartami tej powieści okazuje się być dla czytelnika niezmierną przyjemnością, co więcej – zaszczytem.

cabre

Wszystkie gwiazdy Jaśnie Pana

Jaume Cabré to pisarz, którego nie trzeba dzisiaj chyba przedstawiać nikomu. Autor fenomenalnego, wzruszającego „Wyznaję”, czyli książki, którą począwszy od 2011 roku, aż do dziś czyta cała literacka Europa, arcydzieła i niezwykłych, tajemniczych, niesamowicie ważnych, wydanych w 2014 roku „Głosów Pamano”. Wystarczyłoby przeczytać tylko jedną z tych pozycji, aby wiedzieć, że na tego pisarza warto stawiać, warto kupować jego pozycje, bo jest to naprawdę niesamowita, wyborna lektura, która nie dość, że daje nam niesamowitą rozrywkę, to porusza jeszcze tematy ważne, skłania do myślenia. Wystarczyłoby kupić tylko jedną książkę, ale jest to niemożliwe – twórczość Cabré jest tak niesamowita, że ciągle odczuwa się niedosyt. Ja jeszcze rok temu nie miałam pojęcia kim jest Cabré, dziś, nie wyobrażam sobie bez niego życia. Nie wiem, jak czytelnicy znieśli trzy lata oczekiwania na kolejną wydaną w Polsce jego książkę, bo ja miałam to szczęście, że wszystkie trzy książki miałam okazję przeczytać w 2015 roku. Tak, wszystkie trzy, bo w 2015 roku, rok po „Głosach Pamano”, Wydawnictwo Marginesy rozpieściło swoich czytelników „Jaśnie Panem”.
Jeżeli będziecie szukać jakichkolwiek recenzji książek Cabré, na pewno przeczytacie, że każda książka jest inna. „Wyznaję” różni się od „Głosów Pamano„, a „Jaśnie Pan” to już zupełnie inna bajka. „Wyznaję” to symfonia. Książka, która dzieje się w kilku wymiarach czasowych jednocześnie – począwszy od XIV wieku, poprzez okres II wojny światowej, aż po czasy współczesne. „Wyznaję” zachwyca nas swoją formą, treścią, fabułą. Zachwyca dosłownie wszystkim, bo jak już wcześniej napisałam, to arcydzieło. Książka poruszająca problem istoty zła, samotności, bezsilności człowieka. „Głosy Pamano” chociaż są dość podobne do „Wyznaję”, bo autor tak samo potrafi zacząć zdanie w roku np. 1958, a skończyć je w czasach współczesnych w ustach zupełnie innego bohatera czy też narratora, różnią się od „Wyznaję” tematyką. „Głosy Pamano” są bardziej historyczne, poruszają tematykę wojenną, na wskroś katalońską. Czyta się je łatwiej niż „Wyznaję”, ale na mniej skomplikowanej formie nie tracą absolutnie nic. „Jaśnie Pan” jest z kolei książką zupełnie inną, całkowicie odmienną, ale tym samym stanowiącą dla czytelników wisienkę na torcie.

jaśnie panJaśnie Pan” to, o dziwo, kryminał. Akcja powieści dzieje się pod koniec w 1799 roku, oczywiście w Barcelonie, kiedy w pokoju hotelowym zostaje zamordowana słynna śpiewaczka, słowik z Orleanu, żabojadka Marie de l’Aube Desflors. O zabójstwo zostaje oskarżony dwudziestoletni chłopak – Andreu Perramon – poeta, który spędził z nią namiętne chwile, ostatnie, jak się okazało, w jej życiu. Andreu trafia do więzienia pod zarzutem morderstwa. Nie ma okazji pisać już wierszy na prośbę swojego przyjaciela, Nando, który z wojska wysyła do niego swoje listy. Andreu nie ma nawet okazji przeczytać jego listów, bo z nikim się nie widuje. W więzieniu panuje absolutna ciemność, tak gęsta, że można by ją nożem kroić, i przeraźliwy smród. Andreu może rozmawiać jedynie z adwokatem, prokuratorem czy księdzem, a żaden z nich nie wierzy w niewinność chłopaka i zdecydowany jest, jak najszybciej założyć mu pętlę na szyję. W tym samym czasie, pomiędzy rozdziałami Cabré przedstawia nam osobliwe, niesamowicie ciepłe i przyjacielskie listy Nando oraz losy wszechwładnego sędziego Rafela Massó, prezesa Sądu Królewskiego w Barcelonie. Rafel Massó, czyli tytułowy Jaśnie Pan, wraz ze swoją małżonką chodzi na przyjęcia do ważnych osób, na których wcale się dobrze nie bawi, amatorsko zajmuje się astronomią, którą jest absolutnie zafascynowany i obsesyjnie zakochuje się w młodych kobietach. Kobiety są jego największą pasją, bóstwem, ale Jaśnie Pan nie ma szczęścia w miłości. Jako podstarzały już mężczyzna, siwiejący, łysiejący, niezdolny do namiętnych igraszek łóżkowych, nie zadowala kobiet tak, jakby tego oczekiwał. Dlatego niektóre się nim bawią, oszukują go, a inne wprost go odrzucają, okazując mu swoją pogardę. Nic to jednak Jaśnie Pana nie uczy – wciąż, na swoją zgubę, zakochuje się w kobietach, a w momencie, kiedy go poznajemy, kombinuje jak dostać się do majtek pięknej, młodej Gaietany. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden problem – Jaśnie Pan ma zbyt przerośnięte ego:

– Za pozwoleniem, jaśnie panie – ukłonił się Hipolit i wyszedł z jadalni.
To dyskretne wyjście przypomniało mu, ile musiał pracować nad Hipolitem, żeby zaczął go tytułować jaśnie panem. Służący ciągle mówił don Rafelu, a poprawiany na jaśnie panie pytał, co takiego, don Rafelu? On mu na to, co takiego, jaśnie panie. Wtedy Hipolit się cieszył, ach, o to chodzi, mam mówić jaśnie panie, tak, don Rafelu, jaśnie panie. On na to: nie, wystarczy jaśnie panie, rozumiesz? Hipolit: tak, don Rafelu. On znowu: jaśnie panie. Hipolit: jaśnie panie. I jeszcze raz on sam, żeby już nie było wątpliwości: jaśnie panie. Hipolit: jaśnie panie. Ucieszył się: no, to mi się podoba. A teraz poinstruujesz resztę służby. Na to Hipolit: tak, don Rafelu. Wtedy on: Hipolicie! Na to Hipolit: Tak, don Rafelu? I znowu on: och, nie mam do ciebie siły! A Hipolit: ach, chciałem powiedzieć, jaśnie panie. Na to on, dobrze już, możesz odejść. A Hipolit: tak, don Rafelu, chciałem powiedzieć, jaśnie panie.

„Jaśnie Pan” nie jest jednak takim typowym, sztandarowym kryminałem. Powiedziałabym raczej, że zabójstwo śpiewaczki stanowi tutaj tło do innych wydarzeń, chociaż jest ono oczywiście ważnym elementem akcji powieści. Jaume Cabré zamiast skupiać się na rzeczach, które zazwyczaj omawiane są w kryminałach, obiera zupełnie inny, lepszy kierunek.
Cabré przedstawia nam Barcelonę przełomu XVIII i XIX wieku w sposób bardzo osobliwy, barwny. To świat pełen intryg, podstępów, walki o pieniądze i władzę, romansów, namiętności, braku moralności.

Ale na śpiewaczce się nie kończy – po dwóch latach na światło dzienne wychodzi zbrodnia, o której Jaśnie Pan dopiero co zapomniał. Jak poradzi sobie główny bohater w obliczu ryzyka i niebezpieczeństwa? Czy uda mu się zdobyć serce pięknej Gaietany? A kto zabił Żabojadkę? Czy rzeczywiście delikatny i wrażliwy poeta byłby na tyle silny i zdeterminowany, aby wbić sztylet w jej serce i poderżnąć jej gardło?

Mówi się, że „Jaśnie Pan”, to najsłabsza książka Cabré. Nie słuchajcie, to kompletna bzdura! „Jaśnie Pan” jest, oczywiście, inny, różni się i od „Wyznaję” i od „Głosów Pamano”, ale to jest tylko jego zaletą! Wszystkie książki Cabré są absolutnie fenomenalne, zachwycające. Cabré pisze niepowtarzalnym, bardzo osobliwym stylem, często wplatając myśli bohatera w wypowiedź narratora i odwrotnie, co daje niesamowity efekt. Cabré nawet o rzeczach okropnych, odrażających potrafi napisać w tak piękny sposób, że zachwycają:

Nora pełna nieczystości, cuchnące gnojowisko, zdeprawowany burdel, obrzydliwy ściek, w którym gromadzą się wszystkie odchody ludzkości, dom schadzek, ściany prześmiardnięte rozwiązłością, okna niezdrowej ciekawości, bezwstydny balkon zachęcający do złego, misa wypełniona gównem z ludzkich serc, śmierdzący wrzód, ujście najniższych instynktów, jaskinia, barłóg niewolników zepsucia i perwersji, piekło występku, królestwo diabła, wyzute z moralności i dogmatów, kosz zgniłych owoców zatruwających powietrze, śmierć i rozkład, podupadły dom publiczny, obrzydliwe stręczycielstwo, lupanar wyuzdania i wszelkiej perwersji, wielka pizda obłudy, którą diabelskie potomstwo pieprzy do upadłego, obrzydliwa plwocina jurnego kozła, studnia zgniłego gówna…

Jaśnie Pan” to zdecydowanie najłatwiejsza książka Cabré, ale wcale nie najgorsza. Uważam, że śmiało mogłaby konkurować z poprzednimi, wydanymi w Polsce, pozycjami, bo cała twórczość Katalończyka jest i tak poddawana kwestii naszego gustu. Ponadto kreacja bohaterów, po raz kolejny, jest wyjątkowa. Tytułowy Jaśnie Pan nie jest wcale takim bohaterem pozytywnym, jak by się nam mogło wydawać, a jednak ja odczuwałam do niego niesamowitą sympatię. Było mi go żal, czasem się z niego śmiałam, ale przez te 442 strony niesamowicie się z nim zżyłam, a jego powiedzenie – Jesteś rozwiązła bardziej, niż kury w kurniku – utkwiło mi w pamięci. A muszę powiedzieć, że wyłapuję z książek takie „złote powiedzonka” i później błyszczę w jakiś żartobliwych sytuacjach. Don Rafel Massó jest zdecydowanie postacią, nad którą warto się pochylić, warto zrozumieć. Uważam, że nie można go odbierać tak „prosto”, powierzchownie tylko poprzez pryzmat czynów, których w swoim życiu dokonał. To mężczyzna niesamowicie zdeterminowany, nieszczęśliwy, a do tego słaby i wystraszony.

Aż ciężko uwierzyć, że „Jaśnie Pan” to debiut Cabré. Debiut, za który otrzymał Hiszpańską Nagrodę Literacką oraz szereg nagród katalońskich, jak Premi Joan Crexells, Crítica Serra d’Or, nagrodę czytelników pisma El Temps i nagrodę Prudenci Bertrana, przyznawaną przez czytelników i krytyków. Muszę przyznać, że po recenzjach, w których naczytałam się, że „Jaśnie Pan” jest najsłabszą książką Katalończyka trochę się bałam, po niego sięgać. Po „Wyznaję” i „Głosach Pamano” wpisałam Cabré na listę swoich ulubionych pisarzy, nic więc dziwnego, że bałam się bolesnego rozczarowania. Ale nie ma się kompletnie czego bać, bo jak już pisałam w recenzji „Głosów Pamano”, Cabré można brać w ciemno, to pisarz absolutnie genialny. Każda jego pozycja jest niesamowita, wyjątkowa, wciągająca, piękna. I ci bohaterowie… a do tego ten styl! Nic tylko czytać!
Czekam na więcej książek Cabré w Polsce!

Kiedy pieniądz wygrywa z pamięcią i… Bogiem

Czego nieprzeciętny czytelnik może spodziewać się po grubej książce z dziwnym, starym zdjęciem na okładce i nazwą, która nic mu nie mówi?
Zobaczmy; na pierwszy rzut oka można wywnioskować, że książka opowiada jakąś historię, prawdopodobnie starą historię, skoro zdjęcie przedstawia jakieś dawne czasy. „Głosy” w tytule mogą sugerować, że pozycja będzie opowiadała o wielu osobach…  ale do rzeczy – czy warto rzeczywiście sięgać po książkę po której nie wiadomo czego się spodziewać, czy okaże się warta spędzonego nad nią czasu, a może i wydanych pieniędzy?
Jaume Cabré i sprawa jest niemalże jasna.

Cabré swoją powieścią „Wyznaję” zaskarbił sobie serce niejednego czytelnika. Również i w Polsce znaleźli się sympatycy katalońskiego pisarza, których jego twórczość nie tylko zachwyca, ale również nakłania do dyskusji, zastanowienia się nad światem i jego kwestiami (szeroko to słowo pojmując). Tak też było w przypadku „Głosów Pamano”, drugiej pozycji pisarza, z którą się zetknęłam.
głosyCabré mówi w sposób wyjątkowy o rzeczach bardzo ważnych. Czytając, przychodził mi na myśl wiersz polskiego noblisty – Czesława Miłosza – „Oeconomia Divina”. Cabré podobnie jak Miłosz ukazuje świat totalnej wolności. Społeczeństwo Cabré  pozbawione jest moralności, nakierowane na laicyzm, a jedyną wartością są pieniędze albo seks. Kiedy dzisiaj skończyłam powieść Cabré  zadałam sobie pytanie: Jak to możliwe by jednostka była tak mała w obliczu zła i dlaczego właśnie ono ma decydujące głos?
„Głosy Pamano” są zbliżone formą do „Wyznaję”. A raczej odwrotnie – to „Wyznaję” podobne jest do „Głosów Pamano”, gdyż to właśnie ta pozycja była pierwszą. Cabré prezentuje nam szeroki panel bohaterów, których życie się przeplata, prowadząc do jednego wydarzenia, które jest akcją powieści. Główny bohater zdaje się być w centrum wydarzeń, choć sam nie jest ich sprawcą. Powieść to symfonia. Cabré  potrafi rozpocząć zdanie w roku 1958, a skończyć je dwadzieścia, trzydzieści lat później. Ciekawy zabieg zastosował pod koniec utworu, przeplatając wypowiedzi tych „dawnych bohaterów”, z których wielu było już martwymi z rozmowami „bohaterów obcenych”. Cabré wplata wypowiedzi bohaterów w myśli narratora, stwarzając zapis oryginalny i niezwykle ciekawy w odczytaniu. Niech Was jednak nie przeraża porównanie do „Wyznaję”, czy grubość tego dzieła. „Głosy Pamano” są znacznie łatwiejsze, historia choć jest zawikłana, nie prowadzi nas aż w tak dalekie czasy, jak miało to miejsce w zapiskach Adriana Ardevola i Boscha.
Warto dodać, że książka wydana przez „Marginesy” zachwyca nas swoją formą i prostotą, w której kryje się cała jej cudowność.

Akcja powieści osnuta jest wokół postaci Oriola Fontellesa, czyli nauczyciela, przyjaciela Kata Toreny, zwolennika partii, a zarazem partyzanta, ojca, męża, kochanka, wątpliwego świętego. Niesamowite, że już na przykładzie jednej postaci, możemy zobaczyć jak wiele wątków porusza Cabré. Oriol, szukając bezpiecznego miejsca dla siebie i swojej żony, trafia do małego miasteczka w pobliżu Barcelony, gdzie udaje mu się zdobyć posadę nauczyciela. Szybko jednak okazuje się, że w Torenie Oriol nie znajdzie nic, poza cierpieniem z miłości, bólem swojego tchórzostwa, nienawiścią mieszkańców czy strachem przed śmiercią. Pewnego dnia życie Oriola Fontellesa wywraca się zupełnie do góry nogami – i to bynajmniej nie za sprawą pięknej kobiety – Elisendy Vilabrú , dziedziczce domu Gravat – w której mężczyzna się podkochiwał. Pewnego dnia, tak samo słonecznego i suchego jak inne dni w Torenie, Oriol Fontelles zostaje wciągnięty w grę burmistrza miasta, nazywanego „Katem Toreny”, przez co staje się sympatykiem Franco w oczach ludzi i sam też taką rolę odgrywa. Oriol, choć wydaje mi się, że ta postać potrafiłaby naprawdę wiele znieść, nie potrafi żyć ze świadomością, że jego żona nazywa go tchórzem, który wydaje na śmierć dzieci. Nic samo jednak się nie dzieje – ani za sprawą Fontellesa. Oriol jest jak pacynka, którą każdy steruje tak, jak chce, nakierowując bohatera na odpowiednią drogę. Jest więc Fontelles sympatykiem Franco, ale też częścią partyzantki, sławnym „Eliotem”, niedoszłym zabójcą Kata Toreny i kochankiem pięknym Elisendy. Wszystko co robi, robi wbrew czemuś; jest w partyzantce wbrew sobie i swojej miłości do Elisendy oraz pozornie wielbi Franco wbrew całemu – jak można się domyślić – miasteczku.

Jeśli jesteś zawodowym szpiegiem, który przeszedł intensywne kursy brytyjskiego MI5 lub przynajmniej otrzymał szczegółowe instrukcje praktyczne od kogoś doświadczonego, przede wszystkim powinieneś wybić sobie z głowy, że kiedy występujesz w podwójnej roli, masz nie zadawać bezpośrednich, ważnych pytań, po której wszyscy milkną i w tej nagłej ciszy dokonują szybkiej oceny, czy już wyciągać pistolety z kabury, a nie macie pojęcia, jak trudno jest pozyskać nowego agenta.

Jak już wspomniałam, nie potrafi Oriol znieść tego, że żona myśli o nim jak o tchórzu. Nie ma też jednak z nią kontaktu, odkąd go zostawiła, nie ma więc możliwości, aby jej udowodnić, że w ostatnich miesiącach sytuacja „nieco” się zmieniła. Pisze więc Oriol listy do swojej „córeczki, której imienia nie znam”, aby przynajmniej ona wiedziała, że ojciec nie był tchórzem, nie bił pokłonów przed generałem Franco, nie wydawał na śmierć bezbronnych dzieci, nie donosił Katowi Toreny, nie był tchórzem, a starał się być bohaterem. Dzięki listom poznajemy prawdziwą historię Fontelessa, tak się bowiem składa, że bohaterka zupełnie postronna, wykluczona z życia Oriola, jego żony Rosy czy pięknej dziedzicki Elisendy, kobieta z początków XXI wieku – Tina – odnajduje schowanego w pudełku po cygarach stare zeszyty, a w zeszytach listy do „córeczki, której imienia nie znam”. Tina zagłębia się w historię nauczyciela i próbuje odkłamać rzeczywistość, chce aby prawda wyszła na jaw, aby imię Oriola pozostało jego własnym imieniem, a nie tym, które ktoś nakreślił wedle własnych upodobań. Wprowadzając do powieści Tinę, kataloński pisarz przedstawia nam kolejną osobę, z kolejną historią i kolejnymi problemami do rozwiązania. Ta z pozoru zwykła kobieta, okazuje się być osobą silną, choć wrażliwą, która chce rzucić wyzwanie śmierci.

I nadal nikt nie wiedział o ich romansie. A przynajmniej pani Elisenda żyła w przekonaniu, że nikt o nim nie wie, i dlatego za wszelką cenę dbała o utrzymanie ich związku w tajemnicy. Czerpali przyjemność z pełnej konspiracji, ponieważ Elisenda nie mogła ryzykować,by ktokolwiek pomyślał coś nie do pomyślenia.

Jak szybko się okazuje, całym światem przedstawionym w powieści, a więc światem Toreny, leżącej nad rzeką Pamano, kieruje jedna osoba.
Bardzo zmartwiło mnie to, że wystarczy mieć dużo pieniędzy, aby stworzyć sobie i swoim bliskim taki świat, jaki sobie wymarzymy. Szkoda tylko, że daleku mu do ideału. Elisenda Vilabrú przypomina matkę Adriana Ardevola oraz Kate z powieści Sidneya Sheldona pt. „Mistrzyni Gry”. Wszystkie trzy są kobietami silnymi, niezależnymi, władczymi. Nie ma dla nich rzeczy nie do pokonania czy przeszkody, której nie dałoby się usunąć. Używając słowa „usunąć” mam na myśli pojęcia takie jak: kupić, przekupić, odkupić. Cabré porusza ważną kwestię, która dla wielu może być bardzo kontrowersyjna. W świecie „Głosów Pamano” nawet proces wyniesienia kogoś na ołtarze można kupić. Czy Cabré wprost sugeruje nam, że Kościół jest przekupny? Nie posuwałabym się aż tak daleko, jednak poprzez ten przykład pisarz próbuje uświadomić nam, że dla pieniądza nie ma żadnych ograniczeń. Nawet najwyższe autorytety są mu sługami.
Elisenda Vilabrú jest postacią wyjątkową, którą można zarówno kochać i nienawidzić. Jest bardzo kontrowersyjna, sprawia pozory, tworzy wokół siebie aurę świętości, a w rzeczywistości… Sami sprawdzcie, nie będę Wam psuć zabawy.
Zaskakujące jest też to, kto okazuje się „córeczką, której imienia nie znam”. Zasmucił mnie jednak fakt, w jaki sposób „córeczka, której imienia nie znam” użyła prawdy o tym, że Oriol Fontelles to jej ojciec i co zrobiła z jego listami.
A jak zakończył się czuły romans z pozoru zwykłego nauczyciela z miejscową pięknością?
A co na to wszystko Bóg, którego piękna Elisenda prowokuje, rzuca mu wyzwanie, a nawet grozi?

Zdaje się, że Fontellesowi nie było pisane bohaterstwo, choć zdecydowanie bohaterem był. Nie był męski czy odważny. Był jednak silny, stanowczy i zdeterminowany. Szkoda tylko, że jego dobre imię zostało pochłonięte przez wody rzeki Pamano.
A szum rzeki Pamano słyszą tylko ci, których kończy się już pielgrzymka na tej ziemi.

Ciężko jest w kilku zdaniach opowiedzieć fabułę tej książki. Tak samo źle pisało mi się o „Wyznaję”. Nie są to powieści, o których łatwo się mówi. „Głosy Pamano” i „Wyznaję” to pozycje, które trzeba przeczytać, aby samemu we własnej wyobraźni poukładać puzzle, które za pomocą słów na kremowych kartkach pozostawił nam pisarz.
Heroiczna walka o wolność, zniewolenie, zakłamanie, historia zakazanej miłości, potęga zła – to główne tematy, które w swojej powieści porusza Cabré.
Czy mi się podobało? Owszem, „Głosy Pamano” zaliczam od dzisiaj do swoich ulubionych pozycji. Cabré biorę w ciemno jest absolutnie niesamowity, genialny, kreatywny, zachwycający, poruszający, osobliwy, niebywały, wybitny, wyborny, niezrównany, fantastyczny, pierwszorzędny, rewelacyjny, kapitalny, bezkonkurencyjny, znakomity, fenomenalny, najwyższej próby, bez zarzuty, na sto dwa…

Mistrzowska symfonia na 800 stron

„Wyznaję” to nie tylko powieść okrzyknięta mianem bestsellera, ale również książka, którą czyta niemal cała Europa – jak możemy przeczytać na okładce – obdarzona mianem arcydzieła.
Trudno się dziwić, że powieść posiada niemalże 800 stron, skoro składają się na nią setki lat i kilka pokoleń ludzi. W powieści przeplata się też mnóstwo różnych wątków – miłość, zło, skrzypce, muzyka, rodzina i języki. Ponadto autor odchodzi od wszelakich narzuconych form, sprawiając, że książkę czyta się jak świadectwo, bo poniekąd świadectwem jest. W „Wyznaję” znajdziemy bogactwo języka, czy ciekawe formy. Mi najbardziej przypadło do gustu zapisanie procesu układania w domu książek, jak opisu stworzenia świata:

„I powiedział książkom bądźcie płodne i mnóżcie się, abyście uczyniły sobie dom poddanym.”

wyznaje

Cała powieść skonstruowana jest też jak symfonia – czesto doznajemy zmiany tempa powieści, wątków, historii, co początkowo czytelnika może przerażać. Czytając fragment o głównym bohaterze, nagle przenosimy się o sto lat wcześniej, o ile nie o więcej. Podróżujemy w czasie, mając okazję znaleźć się w dwóch miejscach jednocześnie. Trafiamy do Rzymu z okresu pierwszej wojny światowej, Katalonii z okresu inkwizycji, czy do obozu Birkenau, gdzie ludzie są poddawani okropnym eksperymentom medycznym, gdzie krematoria są ulepszane, by mogły spalić większą ilość ciał. Książka jednak niemożliwe wciąga czytelnika pomiędzy swoje karty, zatapiając go w opowiadanej historii.

Głównym narratorem powieści jest Adrian – złote dziecko, które wychowuje się w surowej rodzinie, w której brakuje miłości. Od samego początku jest przeznaczony do robienia czegoś wielkiego – ojciec pragnie, by został wybitnym humanistą, poliglotą, uczonym, natomiast matka chce, by syn całe swoje życie poświęcił grze na skrzypcach. Adrian dorasta w gabinecie swojego ojca wśród przedmiotów, które mają swoje własne życie – są to oryginalne rękopisy średniowiecznych tekstów, japońskie antyki, przedmioty badań naukowych czy w końcu skrzypce. Skrzypce nie są zwykłym przedmiotem, jak zresztą podkreślane jest wielokrotnie w powieści. Jeżeli jakiś przedmiot bowiem posiada swoje imię, oznacza to, że żyje. A skrzypce, które należały do rodziny Ardèvol swoje imię posiadają i noszą je, wydaje się z dumą – Vial, czyli pierwsze skrzypce Storioniego. Vial, czyli nazwisko zabójcy. Przenoszony z rąk do rąk, znaczony krwią wielu, którzy usilnie pragnęli go zatrzymać, uwodzący swoim niskim brzmieniem. Również i ojciec Adriana, nie zdobył Viala legalnie, czemu zresztą trudno się dziwić, skoro pozytywną postacią nie był. Mężczyzna porzucił sutannę dla kobiety, po czym uciekł, kiedy dowiedział się, że jest w ciąży. Następnie ułożył sobie życie na nowo, a obfitowało ono w wiele zbrodni, kradzieży a nawet zabójstw. Feliks Ardèvol to niespotykany miłośnik rękopisów, który zaraża tą miłością swojego syna. Pomimo swojego zimnego serca sprawia, że syn podąża jego śladem, poniekąd staje się dla niego autorytetem. Adrian Ardèvol nigdy do końca nie robi tego, czego sam by pragnął. Odrzuca ideę matki o światowej karierze skrzypka na rzecz najpiękniejszego instrumentu, czyli języka. Nauka jest dla niego przyjemnością, gdyż odziedziczył talent po ojcu. Łacina, greka, hebrajski, aramejski, włoski, francuski, niemiecki, ale nie tylko. Chłopiec w wieku zaledwie trzynastu lat potrafi płynnie mówić w wielu językach, a niektóre z nich opanował sam, bez niczyjej pomocy. Zaczyna od hiszpańskiego poprzez francuski i niemiecki, a każdy kolejny język opanowuje z coraz to większą łatwością. Czytając „Wyznaję”, można sobie zadać pytanie o sens uczenia się języków dzisiaj już martwych. Główny bohater odpowiada nam na nie – dla niego łacina, greka czy aramejski łączą się z wielką ideą, bohater dorasta w świetle łaciny, aramejskiego uczy się, kiedy jest już dorosły. Jego fascynacja językami przeplata się z uwielbieniem manuskryptów, którą również zaczerpnął od ojca. W książce znajdziemy odważne stwierdzenie, że nauczyć się języka, to znaczy czytać w nim klasyczne teksty.
Adrian wychowuje się w samotności pośród książek w gabinecie swojego ojca, gdzie podsłuchuje jego czy też swojej matki rozmowy. Właśnie tam pierwszy raz poznaje takie słowa jak „prostytutka”. Wyimaginowani przyjaciele towarzyszą mu aż do ostatnich dni, bo poza nimi i Małą Lolą, czyli służką, Adrian jako dziecko, nie ma prawie nikogo. Już pierwsze zdanie powieści przedstawia nam ogromny smutek bohatera:

„Dopiero wczoraj wieczorem, idąc zmoczonymi deszczem ulicami Vallcarki, zrozumiałem, że przyjście na świat w tej rodzinie było niewybaczalnym błędem”.

Jednak to nie jedyny fragment, gdzie chłopiec, chłopak, a w końcu mężczyzna podkreśla swoją tęsknotę za miłością, której nigdy nie doświadczył. Czytając zostawione dla niego po śmierci rodziców listy usilnie szuka czegoś, co jednak świadczyłoby o tym, że był kochany. Niestety nie znajduje tam nic, oprócz zwrotu „Kochany” czy „Drogi” w nagłówku.

„Tak, z wielu powodów przyjście na świat w tej rodzinie było błędem. Przykro mi, że ojcu wystarczała świadomość, iż jestem jego synem. Nie zauważył, że jestem dzieckiem.”

„Modliłem się słowami litanii mamo, umarłaś i nie wyjaśniłaś mi, czemu ty i ojciec byliście dla mnie tacy nieczuli; umarłaś i nie powiedziałaś, czemu byliście dla siebie nawzajem tacy obcy; (…) umarłaś i nie wyznałaś, mamo, czemu nigdy mnie nie kochałaś. Wymyśliłem tę modlitwę, bo jeszcze nie przeczytałem jej testamentu.”

„Nie sądzę, żeby kiedykolwiek się kochali. W ich domu nigdy nie było miłości. Ja byłem tylko przypadkową konsekwencją zdarzeń.”

Adrian porzuca więc Viala, na rzecz nauki języków. Trudno się dziwić, że w książce występuje wiele cytatów, skoro sam autor jest filologiem. Wiele fragmentów zostaje jednak nieprzetłumaczonych, co utrudnia czytelnikowi zrozumienie całego tekstu. Tytułowy poszczególnych części powieści napisane są po łacinie, ponadto sam bohater wielokrotnie wtrąca łacińskie słowa czy zwroty, ale nie tylko. Czytelnik ma do czynienia prawie z każdym językiem poznanym przez bohatera. Tłumaczka „Wyznaję”, Anna Sawicka wyjaśnia, że był to celowy zabieg autora, który chciał zwolnić nieco tempo powieści, pokazać, na jak wiele spraw nie znamy odpowiedzi, jak wiele rzeczy nas omija. Cytaty są jednak piękne, nadają książce wyrazistości.

„Ludzie nie mieszkają w kraju, mieszkają w języku”

Adrian powoli dorasta, poznaje miłość swojego życia, ale ich relacja nie jest do końca szczera. Przypomina mi ona nieco stosunki pomiędzy Kasią, a Michałem z „Tristana 1946” Marii Kuncewiczowej. Adrian i Sara (lub Saha, gdyż bohaterka jest Francuzką) okłamują się wzajemnie, żeby zaoszczędzić sobie bólu i rozczarowań. Niby znają się od lat, ale z drugiej strony nie wiedzą o sobie wszystkiego.

„Ale są takie zakamarki duszy, które pozostają nieznane, bo nie da się poznać do końca drugiego człowieka, choćby nie wiem co.”

Adrian, czyli główny narrator zwraca się przede wszystkim do Sary, o czym świadczą bezpośrednie zwroty do ukochanej. Można jednak pokusić się na teorię, że bohater nie mówi ani do kobiety, ani nie opowiada jej o sobie. W niektórych momentach książki można mieć wrażenie, że narrator mówi jakoby o cieniach – opowiada o sobie, ale z drugiej strony, o osobie niezwykle mu odległej – o czymś, co już przeminęło.

„Goethe ostrzegał: jeżeli jakieś postaci próbują w wieku dojrzałym zrealizować marzenia młodości, szykują sobie zgubę. Dla kogoś, kto nie poznał czy nie rozpoznał szczęścia w stosownym czasie, później, żeby nie wiem jak się wysilał, nie ma już szans. Miłość odnaleziona w wieku dojrzałym to w najlepszym wypadku czuła powtórka dawnych szczęśliwych chwil.”

Drugim narratorem, poza wątkami, wspominającymi przeszłość jest przyjaciel Adriana – Bernat Plensa. Relacja między nimi jest przede wszystkim szczera. W wywiadzie z Xiegarnią Jaume Cabré odpowiedziawszy na pytanie, a właściwie stwierdzenie, że jest taki sam jak Adrian, odpowiedział:

„Kiedy piszę, czuję się jak kompozytor, a moje nuty to są słowa. Piszę, ponieważ jestem sfrustrowanym muzykiem. Chciałbym komponować, ale nie potrafię. (…) Wszystko co potrafię, to pisanie. A każdy powinien się skupić na tym, co umie.”

To kolejna z głównych myśli „Wyznaję” – Bernat jest świetnym muzykiem, ale marzy o zostaniu pisarzem. Adrian jest wobec przyjaciela szczery – krytykuje jego twórczość literacką i ciągle radzi by skupił się na skrzypcach – czyli na czymś, w czymś jest perdekcyjny, nie dlatego że musi, ale dlatego że potrafi. Ardèvol zazdrości przyjacielowi tego, że matka głaszcze go po głowie, kiedy wraca ze szkoły, że gra na skrzypcach jest dla niego przyjemnością, bo nikt go do niej nie zmusza i dlatego, że wolno mu było odpowiedzieć jeszcze nie wiem, kiedy zapytali go, kim chce zostać w przyszłości.
Głównym wątkiem powieści jest jednak zło – przewija się ono powoli przez wszystkie strony „Wyznaję”. Zło to nie tylko osoby, ale i czyny. Jaume Cabré w przerażający sposób opowiada o wojnie i ich następstwach. To chyba pierwsza książka, która tak dosadnie uświadomiła mi, że z końcem wojny nie zakończył się jej tragizm i katastrofizm. Że koniec wojny mógł być jeszcze gorszy, że mógł oznaczać życie na codzień z tym, co się widziało, co się przeżyło, że mógł prowadzić do wielu samobójstw. Czytając fragmenty o wujku Chaimie pomyślałam nawet, że ci ludzie mieli jak największe prawo, by odebrać sobie życie, by w ich myślach nie pojawiały się już obrazy, które zobaczyli, by skrócić męki i wyrzuty sumienia za to, że przetrwali. Za to, że żyją. Mamy tutaj zatem do czynienia z samobójstwem, jako aktem eskapizmu. Autor otwiera czytelnikowi oczy, bo przecież nie można być obojętnym względem kamieniowanej kobiety, względem dziewczynki, która umiera z bólu i z oczyma pełnymi łez pyta Dlaczego? czy ludzi, którzy mają zabawiać nazistów, biegając od ściany do ściany i potykając się o ciała tych, którzy z gry odpadli.

„Jeżeli mogę czynić zło, bo taką mam ochotę, i nic się nie dzieje, to znaczy, że ludzkość nie ma przyszłości.”

Ten, który spodziewa się łatwej lektury, jest w błędzie. Książka nie jest trudna w odbiorze, ale pobudza naszą wyobraźnie, daje do myślenia, każe się zatrzymać i pomyśleć nad niektórymi sprawami, otworzyć oczy. Oczywiście nie wszystko, o czym tam przeczytamy ma jakiś ukryty podtekst, gdzie będziemy musieli się doszukać wzniosłej idei. Jaume Cabré stworzył przedmiot, który podobnie jak skrzypce Lorenzo Storioniego żyje własnym życiem. Akcja książki nie zamyka się wraz z ostatnią przeczytaną stroną. To, co się zobaczyło i o czym się dowiedziało, kogo się poznało – wszystko to pozostaje w sercu, dojrzewa, przypomina o sobie, towarzyszy nam w życiu. Różne emocje towarzyszyły mi przy czytaniu – od śmiechu do rzewnego płaczu. Już po kilkudziesięciu stronach wiedziałam, że dzieło Cabré nie tylko było warte czytania, ale tysiąckrotnie spłaci mi się w przyszłości. Z każdą kolejną stroną błagałam, aby fabuła nagle nie zaczęła robić się nuda czy nadto skomplikowana – jednym słowem – by książka się nie zepsuła, bo z eksperymentami (a trzeba przyznać że autor tego właśnie dokonał) tak czasem bywa.
„Wyznaję” zdecydowanie zasługuje na miano arcydzieła. Wciąga, fascynuje, oplata czytelnika niczym bluszcz i zamyka go pomiędzy kartami swojej powieści, czyniąc go jednym ze spadkobierców świadectwa Adriana.
Wiem, że nie jest to pierwszy i ostatni raz, kiedy przeczytałam tę książkę. Przy kolejnym czytaniu będę jednak słuchać muzyki skrzypiec, by lepiej wczuć się w nastrój i akcję powieści, ale również uczucia bohatera, jak i samego autora.
Co jeszcze mogę powiedzieć? Dzięki Cabré in arcadia ego, confiteor.