Końce świata

Koniec świata wcale nie musi przypominać tej apokaliptycznej wizji – z jeźdźcami zabijającymi ludność, krwistym księżycem, trzęsieniem ziemi, brzmiącymi trąbami i czworogłową bestią.
Koniec świata nastaje codziennie – po jednym wypowiedzianym przez kogoś słowie, po niezdanym egzaminie, utracie pracy, miłości, po odejściu kogoś bliskiego, po jego śmierci. Po tym, jak zaczyna się w życiu nowy etap, po tym, jak smakujemy życia od innej strony… Zastanówcie się przez chwilę i przypomnijcie sobie ile razy już byliście w takiej sytuacji? Mieliście wrażenie, że dalsze istnienie w tym, co nazywamy codziennością, pozbawione jest sensu, że już nic nie będzie takie samo, że chcielibyście cofnąć czas, zapobiec czemuś albo wręcz przeciwnie – czegoś dokonać?
Koniec świata nie pojawia się w życiu tylko jeden raz – kiedy już nadchodzi, to tylko po to, aby za chwilę móc się odrodzić na nowo.
Taką wizję życia, jako nieustannego cyklu narodzin i śmierci, rzędu ludzkich bytów, które raz żyją „bardziej”, raz „mniej”, przepełniają je silniejsze i słabsze pragnienia prezentuje nam Jakub Małecki w „Śladach”.
„Dygot” był chyba jedną z głośniejszych powieści ubiegłego roku, co więcej – jedną z najżywiej dyskutowanych. Jeżeli napiszę, że właśnie tą książką autor postawił sobie poprzeczkę bardzo wysoko, to właściwie powtórzę to, co pisali już inni recenzenci i czytelnicy Małeckiego. Ale faktycznie – po „Dygocie”, w którym pojawiła się charakterystyczna pętla czasu, mitologizowanie wsi i liczne analogie do innych klasycznych dzieł polskich autorów ciężko jest tę poprzeczkę przeskoczyć. A jednak „Śladami” Małecki udowadnia, że można, szczególnie jeżeli operuje się zręcznym i lekkim piórem.

slady

Tadeusza śmierć spotyka na wojnie – gwałtownie otwiera mu policzek kulą, odstrzeliwując połowę czaszki i zostawia martwego na ziemi. Ale Tadeusz żyje, chociaż nie tak dosłownie – nie cieleśnie, ale we wspomnieniach innych owszem. Bożenkę koniec dopada podczas spaceru z ojcem, kiedy Graboletta z turbanem na głowie proponuje jej pracę modelki. Od tej chwili praktycznie się nie rozstają. Bożenka dostaje w prezencie Dawida, którego potem zdradza kilkakrotnie. Nigdy nie przestaje uciekać przed samą sobą, staje się różnymi Bożenkami, w zależności od czasu, w jakim akurat przychodzi jej żyć. Tymek próbuje dorosnąć do swojego życia, zaopiekować się żoną i nienarodzonym jeszcze dzieckiem, ale bezpiecznie czuje się tylko w ziemi. Oskar Wilhelm Czerski, którego połowa twarzy jest cała w bliznach, nawiązuje romans ze swoją studentką – umiera kilka razy. Tereskę Tałaj śmierć zaskakuje przy stole, kiedy każe jej oglądać jak umierają po kolei: najpierw jej bracia, ojciec i dwóch Rosjan.
„Ślady” to 19 opowieści, w których przewijają się różni bohaterowie. Można tę książkę potraktować jako osobne opowiadania, ale jednocześnie stanowią one uzupełniającą się całość – losy naszych bohaterów przeplatają się w końcu ze sobą, tworząc z wszystkich postaci może nie jedną wielką rodzinę, ale z pewnością grupę, w której każdego członka łączy z innymi jakiś epizod, przypadek, zrządzenie losu, a nawet ten właśnie tak charakterystyczny, chociaż przecież nie jedyny, wielokrotnie powtarzający się koniec życia. To właśnie te końce niczym ogniwa w łańcuchu spajają ze sobą wszystkie karty powieści. Każde zdarzenie, każdy ruch bohatera pociąga za sobą konsekwencje, które są widoczne w ich przyszłym życiu. W ten sposób rzeczywistość otaczająca bohaterów staje się magiczna – za przykład może nam służyć wiejski grajek Chwaścior, który przepowiada kiedy i kogo zastanie śmierć – taką wizję tworzy również dla siebie. W „Śladach” podobnie jak w „Dygocie” pojawia się charakterystyczna pętla czasu, która łączy początek życia z jego końcem, początek końca z ponownym się jego odrodzeniem. Co więcej jest tutaj trochę podobieństw do prozy Szczepana Twardocha, bowiem w obu jego najpopularniejszych pozycjach pojawiało się coś, co czuwało nad ludzkim życiem, doglądało go i cierpliwie czekało. W „Morfinie” u boku Konstantego kroczy jego „Szara Przyjaciółka”, w „Drachu” tym czymś jest naturalnie tytułowy „Drach”. U Małeckiego spotykamy się ze śmiercią – nie nazwaną oczywiście po imieniu – która kroczy u boku człowieka, czyha, a później zbiera swoje żniwo. Swoistą klamrę kompozycyjną powieścią stanowią zresztą dwie narracje tego wszechwiedzącego bytu, czy nawet bóstwa – „Mój”, zarówno ten początkowy i końcowy, to opis czuwania, kroczenia u boku człowieka, a w końcu go opuszczania po skończeniu tego, co należało zrobić i szukaniu kolejnego „podopiecznego”.

Nie znajduję w „Śladach” kontynuacji czy uzupełnienia „Dygotu” – to powieść inna, ale pisana tym samym stylem, odnosząca się do podobnych motywów, a nawet fragmentów. To rzecz, którą warto przeczytać, ale jednocześnie należy ją sobie delikatnie dawkować, aby w pełni zachwycić się tym, co oferuje nam Małecki. To ujmująca proza, delikatna, subtelna i magiczna, ale jednocześnie bardzo przygnębiająca i smutna, pokazująca, że życie jest kołem, które wiele razy się zatacza. Że jest kruche i często się kruszy, pęka, aż w końcu rozlatuje na części, z których nie da się go z powrotem złożyć. Co więcej: „Ślady” czyta się przerażająco lekko.
Jeżeli podobał Wam się „Dygot”, to „Ślady” Was nie zawiodą.

Dygot istnienia

Literatura niejednokrotnie pokazała nam, że polska prowincja wyróżnia się na tle innych tym, że często nie wybacza popełnionych kiedyś błędów. Odrzuca to, co inne i nieznane, nie próbując nawet owej rzeczy poznać. Bywa więc niewyrozumiała i pamiętliwa, często złośliwa i zawsze, paradoksalnie, ciekawska, ale w tym ogromie cech jest niesamowicie barwna i klimatyczna. Pełna nie byle jakich postaci, dla których pierwszorzędnymi wartościami są Bóg i praca rąk ludzkich. Bo przecież najsłodszy na świecie ból, to łamanie w krzyżu po całym dniu ciężkiej pracy na polu, prawda?
Taki obraz wsi znamy choćby z powieści Myśliwskiego („Nagi Sad”, „Kamień na kamieniu”) czy „Chłopów” Reymonta… Ale dlaczego o tym wszystkim mówię? Otóż „Dygot” Jakuba Małeckiego jest swoistym zapisem polskiej codzienności i zbiorem toposów od wieku XX aż po okres PRL-u, od prowincji aż po miasto.

dygot

Dwie rodziny – Łabendowiczowie i Geldowie – mieszkają niemalże, że po sąsiedzku, tyle tylko, że ci pierwsi uprawiają swój kawałek ziemi i z tego żyją, ci drudzy zaś prowadzą sklep w mieście. Rodziny całkiem do siebie podobne, chociaż nie takie same, ale obydwie dotknięte ogromną tragedią. Łabendowiczowie uciekają przed przekleństwem Niemki, Geldowie zaś przed klątwą Cyganki. Zarówno Janek, jak i Bronek odmawiają pomocy, kiedy się tego od nich oczekuje – Janek nie odprowadza bezpiecznie, uciekającej przed Armią Czerwoną Niemki do jej kraju, Bronek zaś odgania żebrzącą Cygankę, jak muchę czy niechcianego psa. Ale klątwy się spełniają… Niemalże kilka tygodni później Irena Łabendowiczówna, żona Jana, rodzi odmieńca – chłopca o skórze białej jak śnieg, córeczka Bronka zostaje zaś poparzona, kiedy w mieszkaniu sąsiadów wybucha granat. To poczucie odmienności i dziwności połączy obie rodziny w niespodziewany i zaskakujący sposób. Ale czy tragedia, do której dojdzie, wystarczy, by odmienić stosunek mieszkańców do inności?

Zawsze zawstydzony, zawsze jakby obok ludzi, obok życia, obok samego siebie. No dobrze, był biały, był inny, ale wcale nie aż tak biały i nie aż tak inny. Poradziłby sobie. Mógł normalnie. Mógł wszystko normalnie.
Ale nie. On musiał mówić po swojemu, łazić po swojemu, myśleć po swojemu. Musiał dawać się bić tym pieprzonym łobuzom, którym gdyby chciał, mógłby łby poukręcać. Musiał cierpieć, męczyć się, unikać dziewczyn, unikać kolegów, unikać wszystkiego, czego da się unikać. Musiał być jakiś zasranym jękiem świata, jakby ten świat potrzebował jeszcze jednego jęku, jakby nie miał ich już wystarczająco dużo.

Zdaję sobie sprawę z tego, że streszczanie fabuły w przypadku „Dygotu” Małeckiego jest dosyć bezsensowne, bo o wiele ważniejsze są uczucia, jakich doznajemy podczas lektury i refleksja, która nam po niej zostanie – owy dygot, który przenika całą tę powieść; dygot przed zmierzeniem się z własną cielesnością, dygot przed spotkaniem się z jutrem, dygot, który wprawia w drżenie całe nasze istnienie, nasz byt. Ważna jest też tutaj pętla czasu, która pojawia się za każdym razem, kiedy bohaterom przydarza się coś ważnego – jak spotkanie Ireny Łabendowiczównej z Bronkiem Geldą, spełnienie się przekleństwa Niemki i kolejne etapy dokonywania się przepowiedni Cyganki, kształtowanie się przyszłości Kazika i węzeł historii, który łączy następne pokolenia z poprzednimi.

Jesteś krzyk, jesteś dygot, jesteś kropla w rzece.

Jak już wspomniałam na początku, sporo tutaj analogii, które znajdziemy w klasycznym dziele literatury polskiej – „Chłopach”. Pojawia się dziwaczka, którą wszyscy uważają za wariatkę, ale ona wie więcej i widzi więcej niż każdy inny mieszkaniec, bo prowadzi koczownicy tryb życia – ciągle wędruje, śpi na polach wśród źdźbeł żyt i pszenicy, sypia w stodołach. Miejscowi nazywają ją „Dojką”, bo doi krowy w zamian za kubek mleka. Ona nie tylko przypomina Agatę Reymonta, ale przywodzi mi na myśl również Kociary, które pojawiły się w „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Śmierć Jana Łabendowicza przypomina przecież śmierć starego Boryny – na polu, wśród zbóż. W „Dygocie” jest jednak pozbawiona metafizyki, pozostaje przyziemną i ludzką. Źdźbła nie wołają swojego gospodarza, nie kładą się przed nim, nie widzi on też Boga, a jednak pragnienie śmierci dokonanej na swoim kawałku ziemi jest taka sama. Reakcje mieszkańców na odmienność Wiktora, jego bladą skórę przypominają nieco szał, któremu uległy kobiety wobec Jagny – obie społeczności cechuje nie tylko złorzeczenie, ale po serii przykrych wydarzeń również pragnienie zemsty, wykonania krzywdy, a nawet śmierci. Z czasem, kiedy powieść brnie do przodu i bohaterowie żyją w szarym, nijakim czasie rządów Gomułki, czy są świadkami śmiałych inwestycji Gierka pojawia się bohater, Sebastian, który niesamowicie przypomina mi Jędrka z „Innej Duszy” Łukasza Orbitowskiego – ot, typowy dresiarz, który całymi dniami leży na kanapie, a pieniądze zarabia „na lewo”.

Nie sposób też nie zauważyć, że to powieść nieco oniryczna, posiadająca również te cechy, które wskazują na realizm magiczny.
A jednak nie przypinałabym „Dygotowi” łatki ambitnej i trudnej literatury. Owszem, jest ona naszpikowana toposami i odniesieniami do innych znanych nam klasycznych powieści, ale jest też po prostu dobrą powieścią, która może być czytana, co więcej – przeżywana – bez zaplecza kanonicznego. Wiele osób uważa, że to książka i historia niesamowicie pokręcona, wręcz nierealna, ale czy nie takie jest nasze życie – dziwne i nieprzewidywalne?
To historia o życiu w bólu, o inności i dziwności, o miłości i nieznanym, o drodze, którą pisze dla nas los. To powieść o takich jak my – bardzo delikatna i bardzo ważna.