Knausgård na lato

Pisząc recenzję „Wiosny” Karla Ovego Knausgårda stwierdziłam, że cykl Czterech pór roku idzie w tak niespodziewanym kierunku, że być może okaże się, że „Lato” mnie zachwyci, chociaż przecież pierwsza część serii w ogóle na to nie wskazywała. „Jesienią” Knausgård ogromnie mnie rozczarował, „Zimą” za to rozczarowanie przeprosił, „Wiosną” rzucił na kolana i kazał błagać o przebaczenie za zwątpienie w jego prozę, natomiast „Latem” po raz kolejny zdystansował naszą znajomość – w końcu to zupełnie w jego stylu – i przywrócił ją na stosowne tory.


O ile „Jesień” i „Zima” były zbiorami krótkich form literackich, w których Knausgard opisywał to, co kojarzyło mu się z daną porą roku, wypełniało dni, zalegało w jego sercu, tak „Wiosna” traktowała przede wszystkim o jego codzienności, a narracja prowadzona była bardziej w stylu „Mojej walki” niż dwóch poprzednich części. „Lato” okazuje się połączyć wszystko w jedną całość, bo obok krótkich opowiadań znajdziemy też fragmenty Dziennika Knausgårda, pisane w roku ubiegłym.
„Lato”, jak poprzednie części jest zbiorem obrazów i doznań, jakie autor kojarzy z tą wyjątkową porą roku; książka jest więc wypełniona poziomkami i porzeczkami, nietoperzami i osami, kostkami lodu i krótkimi spodenkami, ale to część „dziennikowa” stanowi o jej sile.

Nie znajdziemy tutaj nic, do czego Knausgård by nas nie przyzwyczaił – to proza bardzo prosta, przewidywalna, momentami wręcz banalna, ale to właśnie te trzy cechy składają się na jej największy atut. Krótkie opowiadania charakterystyczne dla każdej z pór roku nie zachwycają mnie tak bardzo, jak epizody dnia codziennego, o których Knausgård pisze z rozbrajającą wręcz szczerością. W lustrze stawia nie tylko swoich bliskich, ale przede wszystkim siebie, wywlekając na wierzch wszystkie swoje wstydy.
Jeden ze szwedzkich krytyków porównał prozę Knausgårda – jak zresztą sam autor w książce wspomina – do bloga znudzonej mamuśki, która donosi o każdym szczególe, jaki wydarzył się w jej domu – od pierwszego słowa dziecka, poprzez obrażone miny córek, spalone kiełbaski na grillu aż małżeńskie kłótnie. Chociaż to porównanie dosyć obraźliwe, nie sposób znaleźć w nim trafności – Knausgård jest w „Lecie” do znudzenia szczery i do znudzenia prawdziwy. Ale w tym wszystkim i tak jakoś zachwyca.
I chociaż „Lato” nie jest tak dobre, jak „Wiosna”, chce się do niego wrócić, bo wśród kart słychać morza szum, czuć porzeczki, piasek na stopach i słychać brzęczące kostki lodu w niesionych do przyjaciół drinkach.

Trzecia z pór roku – Knåusgard na wiosnę

Chociaż drzewa jeszcze się nie zazieleniły, a i dni są wciąż chłodne jestem pewna, że już niebawem wiosna ukaże się nam w całej swojej pięknej postaci. Wiem to oczywiście z poczynionej przeze mnie obserwacji ogrodu i przebijających się przez ziemię liści tulipanów, ale nie tylko – to informacja w stu procentach potwierdzona przez mojego tajnego informatora. Mowa oczywiście o Knåusgardzie, który swoją nową serią – „Cztery pory roku” – zwiastuje każdą zbliżającą się zmianę pogody. W „Jesieni” pisał przede wszystkim o tym, co go otacza – od żab, jabłek i os, poprzez muszle klozetowe, ramy obrazów i wymiociny, zawierając klimat coraz to chłodniejszych dni. W „Zimie” zawarł odrobinę świątecznej magii i grudniowych śniegów, opowiadając m.in. o „Świętych Mikołajach”. Ale chociaż w obu tych zbiorach krótkich tekstów literackich można było odnaleźć namiastkę jego rodzinnego życia, dopiero „Wiosnę” Norweg w pełni poświęca swojej maleńkiej córeczce – już narodzonej. O ile w dwóch poprzednich częściach zawierał krótkie listy, tak „Wiosnę” uczynił w całości jednym pięknym, bardzo epickim listem, swoistym pamiętnikiem trudnych dni, które udało mu się pokonać tylko dzięki miłości do tej maleńkiej istoty.

wiosna
Zasadniczą różnicą oddzielającą trzecią część od innych jest to, że nie jest podzielona na krótkie opowiadania poświęcone wybranemu tematowi, ale na trzy, dość spore części. Knåusgard nie skupia się już na otaczającym go świecie, zdaje się, że nie dostrzega leżących na ziemi kaloszy, nie analizuje cielesności i erotyzmu zawartego w wargach sromowych czy ustach, nie dokonuje opisów postaci swoich przyjaciół. Skupia się w pełni na noworodku, okazując dziecku troskę, zrozumienie, miłość – a nie jest to rzecz łatwa, kiedy jest się samotnym ojcem… opiekowanie się czwórką małych dzieci jest zdecydowanie nie lada wyczynem. Ta część jest bardziej podobna do „Mojej walki”, niż do serii „Cztery pory roku”. Knåusgard znów jest z nami szczery, znów drobiazgowy, zdystansowany, czasem bezsilny, ale przede wszystkim zmuszony do podjęcia walki z życiem, z rodziną, z wychowaniem dzieci, z pracą literata, ale przede wszystkim z chorobą żony. Bo nosząc pod sercem swoje czwarte dziecko Linda zmaga się z depresją, spędza dnie w łóżku, pragnąc zanurzyć się w ciemności. Pogrążona w smutku nie jest w stanie opiekować się trójką pozostałych dzieci, zostawia więc wszystko na głowie męża, a ten naiwnie wierzy, że depresyjny stan w końcu minie – jak przy poprzednich ciążach. Bywa, że złości się na żonę za jej bezsilność i nieumiejętność stawienia czoła chorobie, twierdząc, że jest gotów wspierać ją, ale sam nie potrafi jej pomóc. Jest wściekły, że przez jej depresję będą zmuszeni odwołać długo planowane wakacje w Brazylii. Dopiero próba samobójcza Lindy uświadamia mu, jak poważny jest stan jego żony. To przełomowy okres w życiu Norwega, który zmienia wiele rzeczy w ich życiu rodzinnym – poza wzajemnymi do siebie uczuciami i większą świadomością wzajemnych problemów, nadchodzą też konsekwencje próby szarpnięcia się na życie przez Lindę – od tej pory rodzina Knåusgarda jest pod kontrolą szwedzkiego Rzecznika do praw dziecka…

To zdecydowanie najlepsza część z trzech wydanych do tej pory książek z serii „Cztery pory roku”. Swoisty pamiętnik, jaki Knåusgard pisze dla córki, by ta mogła go przeczytać, gdy już będzie na tyle dojrzała, wzruszył mnie momentami do łez. Pisarz jest ze swoimi czytelnikami absolutnie szczery; nie upiększa rzeczywistości, nie stawia siebie w dobrym świetle, a wręcz przeciwnie – pokazuje, że zdarza mu się być egoistą i niewyrozumiałym ojcem, że niektóre swoje zachowania kieruje konformizmem, a nie dobrem dobrem drugiego człowieka. Ta jego drobiazgowość i rzetelność sprawia, że czujemy się nie tylko świadkami wydarzeń, które relacjonuje, ale uświadamia nam, że sami postępujemy bardzo podobnie.
Żywiłam bardzo mieszane uczucia do tego cyklu, po rozczarowującej „Jesieni”, ale „Zima” nieco mnie pocieszyła, bo większość tekstów zawartych w tym tomie zapadło mi w pamięć. „Wiosna” jest czymś zupełnie innym, ale bardzo pozytywnym, co każe mi z zapartym tchem czekać na „Lato” – mam nadzieję, równie udane.

Świat kontrastów Karla Ovego

Groteskowa księga czwarta „Mojej walki” Karla Ovego Knausgårda pozostawiła mnie z mnóstwem wątpliwości i pytań, dotyczących twórczości Norwega. W czwartym tomie zderzały się jakby ze sobą dwa światy: z jednej strony Karl Ove jako nauczyciel – troskliwy i delikatny, z drugiej strony desperacko próbujący stać się mężczyzną, usiłujący stracić w końcu swoje dziewictwo. Wrażliwość i młodzieńcza nieśmiałość, tak bardzo charakterystyczna, jeżeli chodzi o sercowe sprawy, ale też pewna pierwotność, czy może nawet dzikość w próbie zaspokojenia swojego pragnienia. Naiwny chłopak bez pamięci zakochany, którego cieszy najdrobniejszy gest i najbardziej błahe spojrzenie ze strony ukochanej i głupiec, awanturnik, narcyz. Dwa oblicza „Mojej walki” i dwa oblicza Karla Ovego. I tak bez ustanku – od pierwszej części, aż do ostatniej, szóstej. Niby czytanie książki, a przecież odczucia są identyczne, jakby się z pisarzem przebywało sam na sam w salonie z widokiem na norweskie fiordy, albo jeszcze lepiej: przy kieliszku wódki w jakimś ciemnym, zadymionym klubie. Kłócę się z Knausgårdem bez przerwy i co chwilę jestem na niego obrażona – ot, choćby po skończeniu czwartej części, kiedy poczułam się spoliczkowana po przeczytaniu ostatniego zdania – ale na koniec i tak wychodzimy z klubu razem, mówimy sobie „do widzenia” i mimo że tego po sobie nie pokazuję, czekam, aż w końcu znowu się umówimy. Bo nawet jeżeli momentami Knausgårda nie potrafię znieść, nie jestem w stanie dotrzymać mu tempa, nawet jeżeli czasem się z niego śmieję albo mnie obrzydza, to i tak ciągle jest mi go mało. Po tym wszystkim i tak czuję niedosyt.

moja-walka5

Ale nie łudźcie się – w „piątce” Knausgård po raz kolejny wodzi nas za nos. Bierze w podróż dookoła swojego życia i mówi: jestem gburem, samolubem, egocentrykiem, awanturnikiem, a do tego nie mam za grosz pokory. Jestem obrzydliwy, za dużo piję, czasem ćpam i wcale mi na tobie nie zależy. Jedziemy dalej, czy wysiadasz na tym przystanku? Może rozsądniej byłoby wysiąść, ale przecież i tak jedziemy. To trochę jak strzał w kolano, bo jeżeli nie zrezygnujemy z tej podróży od razu, to później już nie będzie na to okazji. Knausgård nam na to nie pozwoli.

Tym razem cofamy się w czasie o dwadzieścia lat z hakiem, do Bergen, gdzie po powrocie z północy Norwegii, młody Karl Ove zaczyna studia. Najpierw uczy się w Akademii Sztuki Pisania, sam stawia pierwsze kroki zarówno w świecie realnym, jak i tym literackim. Chce zostać pisarzem, a więc próbuje zanurzyć się w tym kulturalnym świecie – zgrywa dekadenckiego pięknoducha, gardzi drobnomieszczańską mentalnością, bawi się w intelektualistę, szasta pieniędzmi z kredytu studenckiego, pije na umór, urządza sceny (bo przecież pić nie potrafi) i co rusz pakuje się w jakieś tarapaty. Po takich hulankach, jakie sobie urządza rzuca w Yngvego szklanką, kilkakrotnie jest upomniany przez policję, a w końcu nawet ląduje w areszcie. Targają nim emocje i uczucia, wiele czuje i mnóstwa rzeczy żałuje, ale często okazuje się, że jest już za późno. W przerwach między imprezami próbuje pisać, ale z biegiem czasu idzie mu coraz gorzej – chociaż sam jest przekonany o wielkości swojej prozy, nauczyciele uważają, że większość jego zdań to „kalki”, a całość jest miałka i sztampowa. Ale Knausgård jest zadufany w sobie, przekonany o swojej wyższości, dlatego gra ignoranta, którego słowa wybitnych pisarzy i pracowników naukowych nic nie obchodzą, chociaż w rzeczywistości łzy cisną mu się do oczu, jak za każdym razem, gdy usłyszy jakąś uwagę pod swoim adresem.
A jednak się nie poddaje, przepełnia go energia i chęć – do życia, do nauki, do świata – tak przecież do niego niepodobna. Cieszy go pierwsze własne mieszkanie, Akademia, literatura, pisarstwo, gra w zespole i Ingvild – bo jest też, trzeba dodać, zabójczo zakochany. Zakochuje się zresztą trzy razy – zawsze inaczej i zawsze mocniej, dogłębniej, a jego związki kończą się w coraz bardziej dramatycznych okolicznościach. Pierwszą dziewczynę sprzed nosa sprzątnął mu brat, pozostałą dwójkę stracił na własne życzenie. Wszystkie inne ziemskie sprawy – jak rodzina, przyjaciele, praca czy wykształcenie – które dla normalnych ludzi byłyby punktem odniesienia – przykrywa mu myśl o debiucie. Bo debiutują wszyscy: Kjartanowi się w końcu udało, Espen też już coś wydał, a nawet Tore o 4 lata od niego młodszy i z 16 odmowami na koncie. Wszyscy, tylko nie on… Sukces jednak wcale nie smakuje tak słodko, bo kiedy w końcu udało mu się spełnić swoje marzenie i wydać powieść, jego życie osobiste legło w gruzach…

Część piąta „Mojej walki” nie jest niczym, czego byśmy nie znali już z części poprzednich – to przecież ci sami bohaterowie, ta sama główna postać, identyczne problemy, a nawet po raz kolejny nawiązanie do wątku ojca, zdawałoby się, że już wyczerpanego – ale wciąż wciąga i oddziałuje z ogromną siłą. Powiem więcej: wciąga w taki sposób, że czytelnik nie jest w stanie się od Knausgårda oderwać!
Zanim zasiadłam do lektury dowiedziałam się, że bohater jest bardziej irytujący, niż w poprzednich częściach, więc możecie sobie wyobrazić moją reakcję po tym, jak potraktował swoją „czwórkę”, mającą przecież taki potencjał! W miarę czytania odkryłam jednak, że to właśnie „piątka”, z tym bezczelnym gówniarzem jako bohaterem, daje mi najwięcej satysfakcji z wszystkich poprzednich części, a po skończeniu jej jestem zdania, że to zdecydowanie najlepszy tom „Mojej walki”.

karlove1989_600
 Karl Ove Knausgard przy pracy. Circa 1989. | fot. writersatwork.pfauth.com

Knausgård w tej części jest w moim wieku, a więc targają nim też problemy podobne do moich – studiuje, jakoś zalicza kolokwia, ciągnie go do wiedzy, na okrągło czyta, nie rusza się bez książki, jest recenzentem, zakochuje się i odkochuje, czuje bardzo dużo, ale czasem czuje okropną pustkę i nicość wewnątrz siebie. Popełnia błędy, wszystko niszczy, a nie zawsze naprawia, żałuje, robi głupoty, płacze na przemian i się śmieje. Chce pisać, tworzyć literaturę, a jednocześnie czuje się gorszy, bo jest w stanie tylko ją oceniać, nic od siebie do niej nie dodając.
W piątym tomie „Mojej walki” czuć takiego ducha młodzieńczej wolności, przekonania o tym, że świat na nas czeka, że leży u naszych stóp, że młodość jest wieczna, że miłość jest wieczna, że życie się nie kończy. A przecież to wszystko – te myśli i poglądy – stykają się i z wejściem w dorosłość już na dobre, czyli małżeństwo, i z rozpadem związku (przecież niejednego), i ze śmiercią, po której tutaj na ziemi nie ma już nic, po której trzeba się tylko nauczyć życia bez tej osoby, tak jak kiedyś ktoś będzie się uczył życia bez nas. To te kontrasty – bezgraniczne szczęście i myśli o samobójstwie, a nawet okaleczanie się, pewność siebie, a strach przed odrzuceniem, młodość i witalność Karla Ovego, a starość i niedołężność dziadków, życie i jego koniec – są siłą tej powieści. Jest też tutaj swoista równowaga i harmonia, wszystko ma swój początek i rozwiązanie, a młody Karl Ove doskonale radzi sobie ze światem zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym, z intelektem, jak i z uczuciami – chociaż z różnymi tego skutkami.
Po raz kolejny Knausgård wraca do wątku ojca, nieodzownego elementu tego cyklu, ale, o dziwo, powtarza dokładną scenę pogrzebu, łącznie z towarzyszącym temu sprzątaniem domu babci. To oczywiście zabieg celowy, w którym autor trochę wodzi nas za nos. Wykorzystując tak przecież naładowane emocjonalnie wątki z poprzednich części próbuje stworzyć kolejny tom jeszcze mocniejszym i bardziej oddziałującym na czytelnika. Swoistej grze poddaje nas też, mówiąc o swojej twórczości – te nieustanne i bezowocne próby stworzenia jakiegoś opowiadania albo powieści w końcu spełzły na niczym, bo zamiast absolutnej literackiej fikcji autor posłużył się wątkami autobiograficznymi. Zadajemy więc sobie pytanie: czy Knausgård rzeczywiście umie pisać, czy tylko „Moja walka”, napisana zresztą bardziej przez życie niż przez niego samego, mu się udała?

„Moja walka 5” to lektura, w której niczego mi nie brakuje. To proza tak samo szczera, frustrująca, ale porywająca, jak poprzednie tomy. Po skończeniu jej najpierw ogarnęła mnie ogromna fascynacja tym, co wyszło spod pióra Norwega – mnogość wątków i ich doskonałe połączenie, różne stany emocjonalne, którym podlegał bohater i które od razu przechodziły na moją osobę, prostota stylu i jeszcze bardziej prowokacyjne kreowanie swojej osoby – wywarły na mnie tak ogromne wrażenie, że przez pierwsze kilka minut nie potrafiłam zebrać myśli, nie byłam w stanie książki ocenić, wiedziałam tylko, że to jest dobre i że na to ze strony Knausgårda czekałam. Potem poczułam ogromną ulgę, że to jednak rzecz o wiele lepsza niż „czwórka” i że wszystkie moje obawy były zbędne. Ale na samym końcu odczułam ogromny smutek, bo zrozumiałam, że to przedostatni tom i naprawdę nie potrafiłam sobie wyobrazić wieczorów, podczas których nie będę już czekać na Knausgårda.
To naprawdę dobra i wielka literatura.

Knausgård na zimę

Z początkiem września do rąk czytelników z całej Polski trafiła książka, otwierająca nowy cykl Karla Ovego Knåusgarda – „Cztery pory roku”. „Jesień” miała pokazać nam nieznane wcześniej oblicze literackiego wojownika, jako czułego ojca i mężczyzny pełnego refleksji, na którego twarzy czasem nawet gości uśmiech. Rzecz to niespotykana, bo przecież na większości zdjęć Knåusgarda jest niesamowicie chmurny – brwi ściągnięte, usta zaciśnięte, czoło poznaczone gęstą linią zmarszczek, włosy buntowniczo opadające na policzki.

635402612224191734

„Jesień” miała dać nam garść skrawków wyciętych z jego życia, kilka filozoficznych rozważań, miała być też pozycją pokazującą – w końcu po sześciotomowej „Mojej walce” – że Norweg pogodził się z przeszłością, teraźniejszością, a nawet z otwartymi ramionami, ba!, kto wie, może nawet z zaciekawieniem?, czeka na przyszłość.
Przyniosła rozczarowanie.

Całe szczęście, że 10 listopada do księgarń trafiła „Zima” – drugi tom „Czterech pół roku”, która nie jest jednak niczym innym, jak kontynuacją „Jesieni”, osadzoną jednak w nieco innych klimatycznie warunkach.
Tu Knåusgard pisze już mniej filozoficznie, o ile garść tych jego rozważań można było uznać za coś „filozoficznego”. Nie tak często pojawiają się rozważania o plastikowych butelkach, muszlach klozetowych czy termosach. Jest za to pierwszy śnieg i święci Mikołajowie, pierwsze kozaki i koguty, przytulanki i fajerwerki. Jest wszechobecny ojciec Knåusgardaa, jednak już nie tak namacalny i cielesny, jakim jawił się w „Mojej walce”. To widmo, które dawno odeszło, ale obecne jest dalej we wspomnieniach – bo przecież nie tak łatwo wymazać z pamięci kogoś, kto przez całe nasze życie był najważniejszą jego częścią.

Nie mogło zabraknąć części ciała, dlatego osobne teksty są poświęcone uszom czy mózgowi. Są rozważania nad poczuciem sensu, nad seksem, nad nawykami czy jaźnią. Co mnie jednak ogromnie cieszy – takich tekstów jest niewiele, kryją się one w blasku doskonałych, bardzo szczerych i otwartych opowiadań, jakim było na ten przykład to, o o gościach w domu. Właśnie w takich tekstach Knåusgard jawi nam się takim, jakim poznaliśmy go dzięki sześciu księgach powieści autobiograficznej – szczery – do bólu, a jakże, z zaciśniętymi pięściami i łobuzerskim błyskiem w oku, płynący przeciwko nurtowi świata, nie z nim.

zima

W „Zimie” Knåusgard dotyka rzeczy bardziej namacalnych, niejednokrotnie opowiadając nam o osobach, więcej jest też wyimków z jego prywatnego życia, co w „Jesieni” było dość sporadyczne w porównaniu z ogromem banalnych tekstów o, tak naprawdę, niczym.
Pisarz konsekwentnie zwraca się też do swojej córki – dwa listy poświęca dziecku, które jest jeszcze w łonie matki, trzeci dedykuje już nowonarodzonej.

Byłam pełna obaw sięgając po „Zimę”. Bałam się rozczarowania, jakie przyniosła mi „Jesień”, bo tę książkę bardzo odchorowałam, psiocząc na pisarza i poddając w wątpliwość całą jego twórczość. Nie przekonywał mnie pomysł pisania każdego dnia jednego opowiadania, krótkiego tekstu, aby po roku móc wydać książkę. Byłam zła na Knåusgarda za ten banał, którego się dopuścił pisząc o muszlach klozetowych i ramach obrazów… A jednocześnie targała mną ciekawość, prowadziło mnie zaufanie, które skrupulatnie podpowiadało, że może w kolejnych częściach odnajdę coś, co mnie urzeknie.
Muszę przyznać, że „Zima” tego nie dokonała, bo to nie jest wielka literatura, to nie jest ambitna czy porywająca proza, ale to rzecz zdecydowanie lepsza od „Jesieni”. Pod dostatkiem tutaj tekstów, które może nie zachwycają, ale zdumiewają – jak sam Knåusgard. Autorowi udało się uchwycić chwile niesamowicie intensywne, które są obecne w życiu każdego z nas, a jednak nie każdy ma czas, aby je dostrzec. To pozycja niesamowicie klimatyczna, podczas czytania której czytelnik może przenieść się do zimnego Malmö czy w okolice wietrznych fiordów. Jestem pewna, że do niektórych tekstów wrócę, tymczasem pozostaje tylko czekać na część piątą „Mojej walki”, a następnie wypatrywać „Wiosny”, która powinna być jeszcze lepsza.
Kto wie, może „Lato” absolutnie mnie zachwyci?

Nowe oblicze literackiego wojownika

Knausgård zasłynął z tego, że w naszej na skroś ironicznej epoce całkowicie zrezygnował z ironii. Jego proza jest chłodna i cięta, niczym ciosane z marmuru dzieło, ale w uczuciach nie znajduje pohamowania. Wprost wyraża swoje myśli, nie szukając dla słów łagodniejszych ekwiwalentów. Można zaryzykować stwierdzeniem, że plecie, co mu ślina na język przyniesie – i to wyrażenie doskonale znajduje swoje zastosowanie w „Jesieni”. Bowiem już pierwszego września do księgarń trafi pierwsza część zupełnie nowego cyklu Knausgård, jakże bardzo różnego od „Mojej walki”.

jesien

Gdybym miała porównywać oba cykle na pewno powiedziałabym, że w „Jesieni” Knausgård wydaje się bardziej okiełznany, okrzesany, łagodniejszy i czuły. Podczas gdy w „Mojej walce” na przemian spotykamy się z łobuzerskim i uroczym Karlem Ovem (jednak ta iskierka buntu nie zgasła wraz z wiekiem), tak w „Jesieni” rysuje nam się portret dojrzałego mężczyzny, przede wszystkim w roli ojca – czułego, wyrozumiałego i pełnego bezkresnej miłości. Dobrze pamiętamy tę scenę, kiedy w powieści drugiej Knausgård nerwowo potrząsał swoją córką, ażeby ta wreszcie się uspokoiła, przestała płakać, krzyczeć i kopać nogami. Czasem przeszło mu przez myśl, że „dobrze jej tak” i że „sobie zasłużyła”. Jakże wielkie może okazać się zdziwienie czytelnika w zetknięciu z opowiadaniem „Wymiociny”, kiedy Knausgård z czułością wyprowadza z autobusu swoją córkę, która przed momentem zwymiotowała wprost na jego kolana. Idzie więc z nią przez miasto, zmuszony nadrabiać drogi, żeby przykrym zapachem nie psuć jazdy innym pasażerom. Wodnista i cuchnąca breja ścieka z jego kurtki, ale to czyni go szczęśliwym, bo coś takiego, co zrobiła jego córka, wymaga ogromnej miłości i jeszcze większego zaufania.
Gdzieś mignęło mi, że „Jesień” jest zbiorem listów Knausgårda do nienarodzonej jeszcze córki. Okazuje się jednak, że samych listów nie ma więcej niż 3, resztę książki stanowią krótkie formy literackie, opowiadania. Oscylując wokół jednej myśli z danego dnia Knausgård nie tylko opisuje świat dla swojej nienarodzonej córeczki, ale przekonuje sam siebie, że warto żyć.

Chcę pokazać Ci nasz świat takim, jakim jest (…). Będziesz mu się przyglądać, będziesz doświadczać go po swojemu i wieść własne życie, więc to oczywiste, że przede wszystkim robię to dla siebie: pokazując Ci świat, moja maleńka, przekonuję się, że warto żyć.

Karl Ove nie buntuje się już przeciwko porządkowi tego świata i nie kwestionuje naszego istnienia, a celebruje każdą z minionych chwil. Zachwyca się stukającymi o okno kroplami deszczu, małymi żabami, morświnami, oczami, ustami, palcami, a nawet muszlą klozetową.

Krótkie formy literackie, które składają się na „Jesień”, są wyjętymi z życia pewnymi migawkami, obrazami, osnutymi gęstymi sieciami refleksji i rozważań. Nowy cykl Knausgårda to proza niesamowicie filozoficzna, bardzo delikatna, aczkolwiek nie do końca wyważona, miejscami przesadzona i banalna. O ile zachwyciły mnie między innymi „Żaby”, „Osy”, poświęcone momentowi zetknięcia się człowieka z naturą lub „Kalosze” i „Żmije”, gdzie po raz kolejny pojawia się wspomnienia ojca, tak „Termosy” czy „Muszle klozetowe” wydają mi się nic nie wnosić do literatury, ani język tu kwiecisty, ani sama rzecz odkrywcza…
Krzysztof Varga napisał o „Jesieni”, że to największy hołd dla rodzicielstwa, jaki kiedykolwiek czytał. No cóż, muszę przyznać, że ja – chociaż jestem pewna, że wiedzy tak ogromnej jak autor „Trocin” nie mam – czytałam hołdy większe i piękniejsze.
„Jesień” trochę mnie rozczarowała, bo spełniły się moje obawy co do innego wymiaru pisarstwa Knausgårda, ale jednocześnie cieszę się, że po książkę sięgnęłam, bo poznałam tego literackiego wojownika z zupełnie innej strony – już nie z zaciśniętą pięścią, a z uśmiechem na twarzy. Z narastającą ciekawością sięgnę też po „Zimę”, a później zapewne po „Wiosnę” i „Lato”, aby się przekonać, czy Knausgård po raz kolejny mnie zaskoczy.