Twardoch w opowiadaniach

Proza Twardocha uważana jest za typowo męską – jego bohaterom nie straszna wojna i zadane na niej rany, chętnie wplątują się w bójki, sprawiedliwość wymierzają na własną rękę. Czasem dochodzi do gangsterskich porachunków, w jego światach aż się roi od pięknych, acz niebezpiecznych kobiet. Czasem pojawia się też owo charakterystyczne „coś”, które czuwa nad człowiekiem, z melancholią w oku patrzy na jego poczynania. Nie inaczej było w „Balladzie o pewnej panience”, najnowszej książce Twardocha, którą stanowią wybrane opowiadania pisane na przestrzeni wielu lat. Opowiadania cielesne, krwiste, prawdziwe i aż do bólu przepełnione agresją i erotyzmem.


Muszę przyznać, że opowiadania nie stanowią mojej ulubionej formy literackiej. Nie chodzi o to, że są za krótkie i przyzwyczajona, a nawet przywiązana do bohaterów muszę się z nimi szybko żegnać. Zdaje mi się, że opowiadania to forma w swej prostocie i zwięzłości najtrudniejsza – na kilkunastu stronach, w rzadkich przypadkach na kilkudziesięciu Twardoch musiał podołać stworzeniu świata tak namacalnego, aby wydawał się czytelnikowi prawdziwy. Nie miał również tej swobody, by opisywać pewne wydarzenia i zjawiska – opowiadanie musi się przecież dziać, bohaterowie muszą być w ciągłym ruchu, a dni zobowiązane są mijać tak szybko, jak tylko to możliwe. Zbędnym jest tutaj odpowiadanie na pytanie, czy podołał, bowiem Twardoch to dobry pisarz i wszystko, co wychodzi spod jego pióra jakąś wartość ma. Ale jak to zwykle z opowiadaniami bywa, były takie, które mnie poruszyły i takie, obok których przeszłam obojętnie.

Jednym z nich było opowiadanie tytułowe, jedno z najdłuższych w tym zbiorze. Zaciekawiło mnie na tyle, by przeczytać od razu inne, zachwycona jednak nie byłam. Owa „pewna panienka” okazuje się sztandarowym przykładem femme fatale – może nie jest ucieleśnieniem piękna, ale coś w sobie ma, zarówno w wyglądzie, jak i charakterze, że doprowadza mężczyzn do szału. Jak się można domyślić, drugie z opowiadań – „Ballada o Jakubie Bieli” – osadzone jest na śląsku, w śląskiej kulturze i śląskiej tonacji. „Ewa i duchy” to jedno z moich ulubionych opowiadań z tego zbioru, bo – paradoksalnie – chyba najdelikatniejsze. To historia zdrady, nadziei i desperacji kobiety, poszukiwania miłości tam, gdzie jej nie ma. Jako jedno z nielicznych opowiadań nie posiada w sobie nutki tego agresywnego erotyzmu i epatowania seksualnością. Szczególnie spodobały mi się jeszcze dwa teksty – „Tak jest dobrze” i „Masara”. Pierwsze z nich dzieje się na Spitsbergenie – w miejscu dla Twardocha szczególnym. Drugie to opowiadanie o nastolatce gnębionej przez rówieśników ze względu na rozmiar swojego ciała, swoją tuszę.


Cały zbiór opowiadań posiada w sobie jakąś cząstkę agresji i erotyzmu – większość z historii, które zapisuje Twardoch w jakiś sposób powiązane są z seksem, gniewem, zemstą. To – taki rodzaj bardzo desperackiej, bardzo narzucającej się seksualności – nie do końca mi odpowiadał, dlatego też spora część z tych opowiadań, pomimo że literacko są to bardzo dobre teksty, nie przypadła mi do gustu.
Miło było mi również uczestniczyć w spotkaniu z Twardochem w Katowicach (pozwólcie, że z grzeczności nie wspomnę o poziomie prowadzenia tego spotkania), podczas którego dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy – między innymi tego, że opowiadanie „W piwnicy” było swoistym żartem literackim zwróconym w stronę synów pisarza.



Reklamy

Warszawa lewych sierpowych

O tym, że Szczepan Twardoch próbował kiedyś zostać poetą wiedziało niewielu – że pisał wiersze, oddawał na papier swoją duszę już w licealnych latach, a nawet był na zebraniu klubu poetyckiego, gdzie te swoje wersy czytał. Ten fenomenalny tekst, popełniony oczywiście przez samego pisarza, znajdziecie na Nowych Peryferiach. Ale przecież nie o Twardochu-poecie dzisiaj. Dlaczego więc o tym wszystkim wspominam?

twardoch-krol-940x516

Odpowiedź jest bardzo prosta: bez tego bagażu doświadczeń nie byłoby przecież pierwszej poważnej jego książki, czyli „Morfiny”, po której poczuł się debiutantem, bo książka osiągnęła w Polsce sukces. Nie byłoby tak istotnego dla niego „Dracha” i „Wiecznego Grunwaldu”. Kontrowersyjnych „Wielorybów i ciem”, do których musiał dojrzeć zarówno jako mężczyzna, jak i pisarz. Nie byłoby, w końcu, jego najnowszej powieści, czyli „Króla” – najbrutalniejszej, najbardziej zróżnicowanej i chyba najgłośniejszej – chociaż to przecież dopiero pierwsze dni jej istnienia na rynku wydawniczym.

Zacznę od tego, że zanim zagłębiłam się w lekturze „Króla”, z różnymi opiniami się spotkałam. Z jednej strony zachwyceni znajomi, którzy niecierpliwili się bardziej niż ja i chyba też bardziej niż ja ciekawi byli moich wrażeń, z drugiej zaś obszerny facebookowy post Jacka Dehnela, który „tu i ówdzie” wytknął Twardochowi błędy w konstrukcji powieści. Swoje trzy grosze dorzucił Nowacki, który stwierdził, że redaktory z WL-u się nie postarały. Obaj przekazali nam garść cennych i spostrzegawczych informacji o fabule, języku, historii i kontekście, ale czy oby na pewno mających znaczenie dla tej napisanej z ogromnym rozmachem powieści?

Zaczyna się tak: Mojego ojca zabił wysoki, przystojny Żyd o szerokich ramionach i potężnych plecach machabejskiego boksera. W następnych wersjach pojawia się coś, co z prozy Twardocha doskonale znamy: Nazywam się Mojżesz Bernsztajn, mam siedemnaście lat i nie istnieję. / Nazywam się Mojżesz Bernsztajn, mam siedemnaście lat i nie jestem człowiekiem, jestem nikim, nie ma mnie, nie istnieję (…). Bardzo podobna narracja przypisana była Konstantemu z „Morfiny” (ja, nie ja, nikt ja), o ile tylko Willemann cały czas wypowiadał się podobnym językiem, tak w „Królu” Twardocha takie momenty pojawiają się sporadycznie, bo całość to powieść z bardzo szybką akcją, z burzliwymi wydarzeniami, z targanym konfliktami, podzielonym krajem w tle, gangsterskimi porachunkami i gwałtowną miłością w zanadrzu.
Twardoch stworzył powieść zupełnie inną niż poprzednie, przez to ciekawszą i najprzystępniejszą w odbiorze.

Rzecz dzieje się w Warszawie, w latach trzydziestych XX wieku. W Warszawie o której się nie mówi, której tematu się unika. To stolica wcale nie tak barwna, jak mogłoby się wydawać – bardzo podzielona, niebezpieczna i nieprzewidywalna. Warszawa Polaków i Warszawa Żydów. Warszawa zazwyczaj obojętna, ale też walcząca tak samo zawzięcie, jak na ringu: jak bokser Legii z pięściarzem Makabi. Warszawa lewych sierpowych, prawych prostych, rozbitych nosów i poćwiartowanych ciał. Warszawa pod panowaniem Kuma Kaplicy i jego świty. Warszawa mężczyzn. A szczególnie tego jednego…

Chcę być królem tego miasta – odpowiedział wolno, po namyśle, oddzielając starannie każde słowo. – I będę królem tego miasta.
– Wiem, Jankiew. Wiem. I będziesz, albo cię wcześniej zabiją. Ale jak cię znam, a znam cię najlepiej na całym świecie, to będziesz Jankiew. Będziesz Królem. I wtedy co z tym zrobisz? Z tym swoim królowaniem? Będziesz go strzegł przed następnym młodym Jakubem Szapirą?

krol

Jakub Szapiro jest na ustach wszystkich – Żydzi się go obawiają, przez co też nienawidzą, kobiety zaś (zarówno Polki, jak i Żydówki) mimo iż drżą ze strachu, pragną jego atencji. Szapiro to żydowski gangster, bokser, zawodnik Makabi Warszawa, zabójca, namiętny kochanek, prawdziwy mężczyzna, samiec alfa. I jak na samca alfa przystało, chce być królem Warszawy. I będzie królem, bo tak właśnie wygląda jego życie: jeżeli czegoś chce, to to dostaje. Albo sam sobie zabiera.
Jest ojcem, jest kochankiem, jest niespełnioną miłością, jest niedoścignionym wzorem i ideałem, jest chodzącą przestrogą, a zarazem największym wrogiem polskich falangistów. Jest w końcu prawą ręką Kuma Kaplicy, najgroźniejszego gangstera przedwojennej Warszawy.  Potrafi wystraszyć przelotnym spojrzeniem, zabić jednym ciosem. Jest tym od tak zwanej „czarnej roboty”, czyli ściągania haraczy z dłużnych Kumowi Żydów. Ponad wszystko jednak chce być królem.

Nad nim jest jego królowa – piękna, smutna Warszawa. To tło historyczne jest esencją tej powieści. Bez swojego miasta Szapiro byłby nikim, dlatego zresztą koleje jego losu układają się w powieści tak, a nie inaczej. Wydawać by się mogło, że podobna fabuła (gangsterskie porachunki, alkohol, narkotyki, kobiety) poruszone zostały już w wielu powieściach, jednak u Twardocha wątki te nabierają świeżości i o wiele większej rangi, bo ujmowane są w niezwykle ważnym historycznym tle. Autor doskonale posługuje się kontrastami, sprawnie ukazując różnice pomiędzy konkretnymi charakterami (np. Jakubem, sportowcem i gangsterem, a Morycem, jego młodszym bratem intelektualistą i idealistą, którego celem jest budowa państwa żydowskiego w Palestynie), najważniejszy jest jednak kontrast pomiędzy polską, a śmierdzącą, brudną i niemalże wyzutą z polskiego języka, będącą miejscem politycznych spisków żydowską częścią Warszawy.
Warszawa jest sceną do politycznych starć, a my razem z bohaterami wpadamy w ich wir, jesteśmy świadkami regulacji prawnych, jakim zaczynają podlegać Żydzi i ich zawziętej walki z antysemityzmem. W tym kontekście najistotniejszą postacią wydaje się Kum Kaplica, Polak i chrześcijanin, stojący na czele żydowskiej szajki, walczący z polskimi narodowcami i antysemitami.

Twardoch napisał powieść absolutnie męską, bardzo brutalną i drastyczną, w której jednak doskonale odnajdą się kobiety. Postać głównego bohatera i zarówno narratora powieści – Jakuba Szapiry – jest stworzona w taki sposób, że na przemian zachwyca, odrzuca, dziwi, zaskakuje, ale niewątpliwie przyciąga jak magnes.
Najważniejszą bohaterką jest jednak cicha Warszawa, nad którą unosi się Litani – bo nie mogło tutaj zabraknąć iście twardochowego pierwiastka, to jest jakiejś siły, która spoczywa nad człowiekiem, obserwuje go i opiekuje się nim, albo wręcz przeciwnie, połyka i wypluwa. Ten stwór to wieloryb unoszący się nad miastem, pływający wśród chmur i nurkujący w wiślanych wodach, będący świadkiem wszystkich tych zdarzeń, cichym, ale nie niemym obserwatorem, swoistym wyrzutem sumienia, początkiem i końcem – nade wszystko jednak mądrością.

Wracając do pierwotnego wątku, jaki poruszyłam na początku tej recenzji – tj. krytykę względem „Króla” – zarzuca się Twardochowi, że pozwolił sobie na spore nadużycie względem historycznych źródeł (zmieniając na przykład wygląd postaci Pantaleona Karpińskiego, mocno go przerysowując, Kuma Kaplicę zaś, który jest odwzorowany na Tacie Tasiemce przeniósł nieco w czasie, aby jego powieść mogła zaistnieć) – to po pierwsze, po drugie zaś, że do swojej pracy nie przyłożył się dokładnie, bo topografia jego przedwojennej Warszawy nie zawsze idealnie odzwierciedla tamtą rzeczywistość (Twardoch pisze o ulicy Piusa XI, podczas gdy w tym czasie to była wciąż Piękna, Szapiro  początkowo mieszka w miejscu, które jest raczej wątpliwie żydowskie itd.), po trzecie zaś pretensje kieruje się w stronę korektorów tekstu Twardocha (w tekście pojawia się fragment, w którym jest jasno zaznaczone, że żona Szapiry powiła bliźniaki, później zaś czytamy o dwóch jej ciążach)…
Przyznam szczerze, że wielu tych niesnasek nie wyłapałam (bo też nie pochodzę z Warszawy i nie znam topografii tego miasta), jako czytelniczka zaś nie zwracałam uwagi na błędy w tekście – nic konkretnego nie rzuciło mi się w oczy. Podziwiam Jacka Dehnela za te drobiazgowe, szczegółowe wyłapanie błędów i pomyłek, ale chcę też zaznaczyć, że nie wpłynęły one na mój odbiór lektury i wątpię, aby komukolwiek zepsuły przyjemność z czytania.
Król” udowadnia, że Twardoch potrafi zaskoczyć, a jego warsztat pisarski stale się doskonali. To świetna powieść, bardzo wciągająca, niejednoznaczna, pobudzająca do przemyśleń, zaskakująca, mądra, ale nad to wszystko przecież przyjemna.

Portret mężczyzny i pisarza

Pisarz, jak donosiciel tajnej policji, powinien być zawsze w pracy. Właściwie pisanie, stukanie w klawisze, skrobanie po papierze – chociaż żmudne – to tylko dopełnienie pracy literackiej, jak pokrycie obrazu werniksem.

Dzienniki zazwyczaj wydaje pisarz dojrzały, pogodzony ze swoim życiem, chcący się nim podzielić ze swoimi czytelnikami. Pisarz, którego pióro jest pełne zarówno sukcesów, jak i porażek. Pisarz, który zbliża się już do tego poziomu, kiedy pisze się coraz mniej, coraz wolniej i w większości przypadków: coraz słabiej. Dlatego kiedy Szczepan Twardoch podzielił się ze swoimi czytelnikami wiadomością, że przygotowuje dla nich kolejną książkę, która to w dodatku nie jest powieścią, a potężnym zapiskiem życia autora, wiele osób nabrało dystansu i obawy. Ale właściwie dlaczego? Pomimo jego młodego wieku można śmiało powiedzieć, że Szczepan Twardoch to pisarz i spełniony, i dojrzały, i uhonorowany sukcesami, i naznaczony piętnem przegranej. To pisarz kompletny, w pełnym tego słowa znaczeniu, dlatego „Wieloryby i ćmy” nie zapowiadały się wcale gorzej od „Dracha” czy „Morfiny”.

Pisarz powinien być w pracy, kiedy uspokaja płaczące niemowlę i kiedy przez niego płacze kobieta, kiedy rodzi mu się dziecko i kiedy grzebie bliskich, i kiedy tańczy, kiedy śni i kiedy się budzi, kiedy kocha i kiedy gardzi. Pisarz powinien być w pracy, kiedy pije z przyjaciółmi i kiedy spotyka kobietę, której pożąda, kiedy podróżuje i kiedy jest we własnym domu, z obcymi i z bliskimi. Pisarz powinien być w pracy nawet wtedy, kiedy nierozważny przyjaciel zawierza mu tajemnicę. Przyjaźnić się z pisarzem, kochać pisarza, to jak przyjaźnić się z kamerą wideo, szczególnie czułą na te chwile, w których jesteśmy obnażeni. Wszystko zostaje zapamiętane, wszystko, co bolesne, kiedyś zostanie użyte.

„Dzienniki” obejmują okres ośmiu lat – od 2007 roku do 2015. Jest to przede wszystkim autoportret Szczepana Twardocha jako pisarza, i jako mężczyzny. Autor uchyla nam rąbka tajemnicy, pokazując, jak wygląda praca nad książką, czym/ kim jest pisarz, jakim stworzeniem, kreaturą, jakie są jego zadania i obowiązki. W „Dziennikach” znajdziemy mnóstwo odniesień do ulubionych autorów Twardocha, ale również do jego przyjaciół-pisarzy – Wita Szostaka i Łukasza Orbitowskiego. Szczepan Twardoch w zaskakujący sposób ukazuje postać Wita Szostaka, jakoby ten przybierał postać to pisarza, to doktora filozofii niczym zimowy płaszcz – wkładał i zdejmował, stając się tym, kim powinien być w danej sytuacji, przy danych osobach. Autor opowiada nam również o okresie, kiedy pisał „Morfinę”, „Dracha”, „Wieczny Grunwald”, czyli trzy najważniejsze powieści w jego życiu, które wymagały całkowitego zanurzenia się w książce, wyjścia ze świata realnego do świata fikcji, świata przez niego tworzonego.

Najtrudniejsze i najważniejsze jest jednak być w pracy wtedy, kiedy samemu jest się podłym i małym, kiedy jest się zawistnikiem lub tchórzem – a bywa się przecież, bo każdy czasem bywa. Wtedy praca pisarza jest szczególnie przykra, kiedy trzeba widzieć siebie samego we własnej podłości i małości. Bez najdoskonalszych kłamstw, jakimi zwykle szkicuje się bieżący autoportret, żeby nie oszaleć z odrazy na widok własnej twarzy w lustrze. A pisarz zwłaszcza wtedy powinien być w pracy, bo musi podłość i tchórzostwo rozumieć (…).

wielorybyW podobny sposób Twardoch ukazuje nam siebie, jako mężczyznę przez pryzmat podróży, przyjaciół, spędzanego z nimi czasu, czy swoich ojcowskich doświadczeń. Jawi się jako człowiek spełniony, refleksyjny typ człowieka, który potrafi zarazem cieszyć się chwilą, ale też doceniać to, co ma. Twardoch jest opanowany niczym stoik, ale szczęśliwy w sposób epikurejski, gotowy łapać dzień i cieszyć się każdą sekundą. Sporo tutaj także o śmierci – pilchowicki pisarz wydaje się być z nią pogodzony, słusznie twierdząc, że jest czymś, czego nie da się uniknąć. Nie ma w jego postawie strachu czy paniki. Jest spokój – stoicki spokój.
Jest też bacznym, bardzo dobrym obserwatorem, jak na pisarza przystało, świata. Spogląda łagodnym, ciekawskim okiem na wszystko, co go dookoła otacza. Czytając „Dzienniki” dostrzegłam, że nie tylko zainteresowany przygląda się światu i ludziom, a zapamiętuje urywki rozmów, twarze, przedmioty. Jest niesamowicie wrażliwy, co jak sam mówi, jest wymagane w jego zawodzie, ale potrafi wczuć się w uczucia innych ludzi.

Na targach książki w Belgradzie siedzę sobie na polskim stoisku. Podchodzi gość koło siedemdziesiątki, kamizelka z setką kieszeni, chlebak, farbowane na czarno włosy.
– Nazywam się X i jestem uznanym serbskim pisarzem, jednym z najważniejszych przedstawicieli współczesnej serbskiej literatury – przedstawia się bez zbędnych wstępów.
Milkniemy. Że ja nie wiem, kto zacz, to jasne – ale doskonale zorientowana w literaturze serbskiej pani, z którą właśnie rozmawiam, też nie ma pojęcia, co odgaduję, kiedy posyła mi porozumiewawcze spojrzenie, tłumacząc na bieżąco jego przemowę.
– Piszę monumentalne dzieła mówi serbski pisarz, trochę w przestrzeń.
Kiwamy głowami.
– Gaspadin – zwraca się do mnie – mówią o mnie często, że jestem serbskim Szekspirem.
– Ach, to niesłychane – odpowiadam z uśmiechem.
Serbski pisarz na chwilę milknie i spogląda na mnie z godnością i zasłużoną dumą.
– Oto moje dzieła – oznajmia i z chlebaka wyjmuje kilka wydanych raczej własnym nakładem broszurek.
– To wielkie dzieło o kobietach i ich naturze. To zaś o źródłach naszej cywilizacji. Proszę pamiętać – podkreśla – mówią o mnie, że jestem serbskim Szekspirem. Uważam, że również polski czytelnik powinien mieć szansę zapoznać się z moimi książkami. W imię jedności narodów słowiańskich.
– Oczywiście… – zgadzam się pospiesznie. – W imię jedności.
Pani z obsługi stoiska z pełną powagą spisuje jego dane, uznany serbski pisarz z godnością oddala się ku następnemu stoisku, a kartka z namiarami nań natychmiast ląduje w koszu. Mnie zaś w brzuchu i w piersiach rośnie wielka, czarna gula smutku i wcale, ale to wcale nie jest mi do śmiechu. Ledwie chwytam oddech.

Twardoch jawi nam się przede wszystkim, jako człowiek. Człowiek, mający sprzeczne uczucia, odczuwający wstyd, pogardę, strach czy radość, szczęście spełnienie. Najbardziej wzruszyły mnie fragmenty, kiedy pokazuje się w roli ojca – kiedy opisuje, co czuje po raz pierwszy patrząc na swoje dzieci, co czuje, tuląc je do piersi, kiedy z nimi rozmawia i zgłębia dziecięcą psychikę. Na tych ponad dwustu stronach autor dał się nam poznać jako kochający ojciec, dla którego dzieci są czymś najcenniejszym w życiu. Szczególnie mocno dotknęły mnie opisy snów z udziałem jego pociech, kiedy działo się coś złego, a on, ojciec, nie potrafił temu zaradzić. Kiedy stał za szybą i mógł tylko patrzeć i odczuwać ten okropny ból…

Wstaje w środku nocy.
– Co się stało?
– Boję się.
Tulę, ale wyślizguje się z moich uścisków.
– Bo ja się boję tak nieumiejętnie – tłumaczy.
Siadamy pod ścianą.
– Co to znaczy: bać się nieumiejętnie? – pytam.
– No bo można się bać umiejętnie i nieumiejętnie. Umiejętnie jest bać się czegoś. Potworów, ciemności, złych ludzi, albo zwierząt drapieżnych.
– A nieumiejętnie?
– Nieumiejętnie jest się bać niczego. Tak po prostu się bać.
– I ty się boisz niczego? Tak po prostu?
– No. Tak po prostu.
Milczymy.
– Ja też się czasem boję tak nieumiejętnie – mówię po chwili.
– Przecież wiem, tata.

Ważną dla „Dzienników” tematyką jest również śląskość. Śląsk, ta mała ojczyzna, jest nieodłączną częścią Szczepana Twardocha, który nawet, jeżeli by chciał, nie potrafi go od siebie odrzucić. To coś, co jest z nim bezsprzecznie związane, chociaż czasami jest uciążliwe – kiedy od razu po otworzeniu ust słychać, skąd pochodzi. Twardoch czasem czuje się zmęczony – chciałby zostawić Śląsk dla Warszawy, ale z drugiej strony czuje tę samą sprzeczność wobec Warszawy dla Śląska. Ta narodowość jest jak cecha, bywa uciążliwa, ale bez niej jest się nikim.

Jesteśmy szczelni, zamknięci w czaszce i skórze. Mogę uwierzyć mistykowi, że potrafi się wyzwolić, rozpuszczając się w Bogu, ale nie uwierzę nikomu, kto twierdzi, że rozpuścił się w drugim człowieku.

Tytuł dzienników Twardocha jest klamrą kompozycyjną książki. Unoszące się na wodach jeziora Chubsuguł ćmy niemalże rozpoczynają książkę, podczas gdy szczątki wielorybów ją kończą.
Podsumowując, „Wieloryby i ćmy” nie są autobiografią autora. Twardoch doskonale potrafi rozdzielić to, co prywatne od tej sfery życia, którą można pokazać drugiemu, zupełnie nieznanemu człowiekowi.
Autor starannie dobiera informacje, które może nam przekazać, którymi może się z nami podzielić. W ten sposób nie przeczytamy tutaj o jego żonie, Agacie, czy szczegółach dotyczących ich rodzinnego życia. „Dzienniki” są całkowicie poświęcone osobie pisarza i skupiają się tylko i wyłącznie na nim. To niesamowicie poetycka książka, którą chce się czytać bardziej, dogłębniej i więcej z każdym kolejnym zdaniem. Od zimnego Spitsbergenu, jednej z ogromnych miłości autora, poprzez kolorowe Maroko, aż po szary Śląsk Szczepan Twardoch powoli, z każdą kolejną kartą dziennika ukazuje nam siebie. Zaprasza nam w długą podróż przez jego świat, proponując dobre jedzenie i kieliszek wyśmienitego wina. Proponując ogromne przeżycia, wzruszenie i poczucie pustki po skończeniu „Wielorybów i ciem”. Bo „Dzienniki” chce się czytać ciągle – chce się czytać bezustannie. To mistrzostwo treści i stylu. To Twardoch.

Nie chciałbym leżeć w grobie ani spłonąć w krematorium, chciałbym, żeby moje kości kiedyś bielały na czarnej plaży, chciałbym, rozniesiony przez zwierzęta, leżeć na szerokiej połaci, szlifowany przybojem, by wreszcie, zeszlifowany do cna, rozpuścić się w innej ziemi i innej wodzie, żeby tu mnie więcej nie było (…)
Poza tym ludzkie szczątki pozbawione są dostojeństwa szczątków wielorybich. Widać je czasem w płytkich wielorybniczych grobach, spod wielkich kamieni wyzierają czarne oczęta czaszek. Ludzkie szczątki przypominają raczej reniferze.
W zeszłym roku na plaży w Hollendarbukcie widziałem martwego renifera w zaawansowanym rozkładzie. Leżał jak brudna piłka, zapadnięta, bo spuszczono z niej powietrze. Dookoła niego mewie pióra i puch, jak kwiatki sypane przez dziewczęta w bieli na Boże Ciało. Ptaki wydeptały dookoła zagłębienie i reniferze truchło wyglądało jak złożone w gnieździe. Bielejące już na zimę lisy polarne jeszcze go nie otwarły, nie rozwlókł go niedźwiedź, więc mewy skubały tam, gdzie mogły, przez skórę się nie przebiły, tylko oczy, nozdrza, pysk, odbyt wyjedzone.
Tak bym właśnie leżał.

Strom a człowiek, a sornik som jedno

Kiedy zaczynam pisać tą recenzję w Internecie aż huczy od krytyki Dariusza Nowackiego, który to z kolei skrytykował „Dracha”. Oczywiście, że znajdą się i tacy, którzy Nowackiego bronić będą, ale większość bierze stronę Twardocha, skandując takimi hasłami jak: „Twardoch się obronił” czy „Śląsk nie jest ważny w odbiorze całości”. Bo faktycznie, genialną „Morfiną”, która to oczywiście również była krytykowana jako powieść antypolska, Szczepan Twardoch postawił sobie bardzo wysoką poprzeczkę. Chociaż zdecydowanie Twardoch pisarzem wybitnym jest to, czy ją pokona było kwestią dość wątpliwą. Ja zaczynając „Dracha” ufałam słowom Twardocha z jednego z wywiadów, kiedy to powiedział że on uważa, że trzeba pisać tylko książki lepsze od poprzednich, nie ma sensu pisać książek słabszych.
A więc przejdźmy do „Dracha” i zobaczmy kto ma rację – fani Twardocha, on sam czy może jego krytycy?

W wywiadach do „Morfiny” Twardoch powiedział, że nie lubi narratorów bez osobowości. Nie potrafi ich znieść w swoich książkach, dlatego nadaje im jakąś osobowość. Również i w „Drachu” narrator ma osobowość.
Kim jest Drach? „Drach”, w języku śląskim oznacza latawiec, natomiast Sławomir Domański w swojej recenzji, którą przeczytałam na Lubimy Czytać, wspomniał, że słowo „drach” kojarzy się ze słowem „draken”, a więc smokiem, tworem wiecznym i trwałym. Pomijając analogie do chińskiej kultury można powiedzieć, że Drach to ziemia, Drach to powietrze, Drach to ciemność, Drach to życie, to my. Drach to śląski smok. Wszystko jest Drachem. Drach wszystko widzi, patrzy na nas, oddycha. Drach wszystko wie.
drachO czym jest „Drach”? Mimo że wiele osób bezsprzecznie mogłoby powiedzieć, że „Drach” jest o Śląsku, o historii, języku i ludziach śląskich, a naczytałam się sporo komentarzy osób, dla których książka Twardocha była nie do przejścia ze względu na gwarę śląską, „Drach” wcale o Śląsku nie jest – gdzie znowu muszę się zgodzić ze Sławomirem Domańskim. „Drach” jest przede wszystkim o ludziach. Na swój sposób jest to epopeja, która oczami wiecznego, a raczej wiekowego Dracha pokazuje ich historię, życie. Postacie są tu wyjątkowe, wyciągnięte z różnych światów, z różnych szuflad komody. Dlatego też mieszają się tu trzy języki – i tu narażę się na krytykę tych, którzy powiedzą, że przecież śląski to nie język – a więc najważniejszy – śląski, następnie niemiecki i polski. Śląski jest zapisem gwary lub języka śląskiego (zwał jak zwał) z przestrzeni wielu lat. Śląski zapożycza z niemieckiego, oparty jest zaś na polskim. Jest to zatem mieszanka dwóch języków, która ulega zmianom, powoli obumiera, kwitnie. Wielu bohaterów posługuje się śląskim, przez co odbiór tekstu może być dla niektórych trudny, ale uwaga – nie niezrozumiały. Nie pojawiają się tutaj wyrazy, które mogłyby sprawić kłopoty osobie nie znającej gwary śląskiej. Jedynym słowem, które mogło brzmieć dziwnie był w moim mniemaniu strom, tudzież drzewo. Śląski jest jednak bardzo istotny przy poznawaniu postaci Josefa czy starego Pindura. Następnie pojawia się niemiecki w dialogach Caroline Ebersbach ze swoimi rodzicami. Ja, nie znając niemieckiego nie rozumiałam z nich nic, ale to też nie jest przeszkoda. Co prawda nie znajdziemy przypisów z objaśnieniami, ale Twardoch tłumaczy wszystko opisami, a ostatecznie można znaleźć tłumaczenie. Jest jeszcze polski, ale z nim nie powinno być żadnych problemów 😉
Ważna jest sfery metafizyczna książki, którą są słowa starego Pindura, który stale powtarza, że Strom a człowiek, a sornik som jedno, wszystko jest zatem jednością. Człowiek jest tym samym, czym jest sarna, drzewo jest tym samym, czym jest człowiek. Człowiek jest ziemią, a przecież Drach jest ziemią. Człowiek jest więc Drachem. Drach jest wszystkim. Drach wie, Drach widzi.
Jak napisałam, „Drach” jest przede wszystkim o ludziach, bo nie pojawiają się tutaj jedynie postacie śląskie, ze śląską historią i śląskim językiem. Poznamy tu Nikodema Gemandera, który po śląsku mówi tylko przy rodzinie, a na co dzień jest szanowanym architektem z Katowic. Poznamy kobiety Nikodema, które ze Śląskiem nic wspólnego nie mają. Nie da się jednak zaprzeczyć całkowicie temu, że Śląsk w książce jest. Jest też śląski górnik, śląska kopalnia i węgiel. Nie można powiedzieć, że Śląsk jest tylko tłem, bo podłoże „Dracha” jest o wiele głębsze. Nie. Śląsk jest dla „Dracha” niesamowicie ważny, ale nie najważniejszy.
Kolejną ważną kwestią jest czas. Wszystko dzieje się w innym czasie, a jednak po części tym samym. Twardoch używa takich wyrażeń jak np. „działo się to w tym samym czasie tylko osiemdziesiąt lat wcześnie” itp. Drach, komentujący wydarzenia nadaje czasowi charakter dość uniwersalny. Wydaje nam się, jakby akcja się powtarzała, a są to wydarzenia całkowicie inne odrębne. Drach jako narrator zapowiada to, co się stanie. Później widzimy tego konsekwencje.
W przeczytanych przeze mnie recenzjach nikt nie poruszył tego, że Drach, komentując niektóre wydarzenia mówi, że to i tak nie miało znaczenia, jak wszystko. I tutaj pozwolę sobie przywołać jeszcze raz słowa starego Pindura: Strom a człowiek, a sornik som jedno. I chyba to jest naprawdę ważne – istota naszego człowieczeństwa. Tutaj Drach jest ważny.
Jedyne co można zarzucić autorowi, to dość przewidywalne zakończenie. Nie można go za nie jednak zbyt krytykować, bo zakończenie odgrywa tutaj bardzo istotną rolę.
Podsumowując, „Drach” to książka o historii ludzi. O historii, ukazanej na przykładzie pewnej rodziny, gdzie Śląsk stanowi piękne tło i nadaje jeszcze piękniejsze klimat. Gdzie dzięki śląskiemu sięga się do istoty rzeczy. „Drach” to sama prawda o życiu, o istnieniu. „Drach” jest o pragnieniu. „Drach” to książka o języku.
Twardoch się obronił, „Drach” nie jest ani książką antypolską, jak sądzi się o „Morfinie”, ani autor nie celuje w nasze mity narodowe. „Drach” jest mitem. Twardoch przeskoczył poprzeczkę. Brawo, oby tak dalej.

Bohater czy śmieć? Polak czy Niemiec?

W wywiadzie z „Xięgarnią” Szczepan Twardoch powiedział, że często bywa tak, że on książek nie pisze, jego książki same się piszą. To nie on kreuje bohaterów, a jego bohaterowie sami się tworzą dzięki czemu mają odpowiednie cechy charakteru. Słuchając wywiadów, z pewnością dowiemy się wielu fantastycznych rzeczy, Twardoch pokaże nam swój punkt widzenia z niezwykle ciekawej strony, wytłumaczy pewne zagadnienia, ale czy rzeczywiście zaspokoi wszystkie nasze pytania na temat książki? Pewnie Was nie zdziwię – nie.
Akcja „Morfiny” dzieje się jesienią 1939 roku. Zgwałcona – jak wielokrotnie przeczytamy w książce – Warszawa jest miastem w którym żyje, funkcjonuje główny bohater. Jest wojna, ale nie przeczytamy tutaj o bohaterskich czynach Polaków, o walce z Niemcami, o okupacji, sprawie żydowskiej czy nawet klęsce, tragedii narodu polskiego. „Morfina” to powieść historyczna, sensacyjna, ale też psychologiczna. Historyczna, bo Twardoch doskonale oddaje nam klimat okupowanej stolicy – co ciekawe, pisarz w jednym z wywiadów wspomniał, że szybciej odnalazłby się w Warszawie z roku ’39, niż tej współczesnej – tak dużo czasu spędził nad studiowaniem położenia ulic, lokali, miejsc, że raczej by się w niej nie zgubił, jak czyni to dziś. Sensacyjna, gdyż śledzimy losy Konstantego, podążamy śladem zdarzeń, w które został uwikłany. Psychologiczna, która jest sercem tej opowieści, a której to zaś trzonem jest postać Konstantego.
„Morfina” jest to powieść wymagająca. Chociaż napisana prostym językiem, historia wcale nie jest banalna. Kiedy pytałam znajomych o ich wrażenia padały takie słowa jak „mocne”, „odważne”, „prawdziwe”. I myślę, że są to najlepsze określenia, które podsumowują „Morfinę”, a i idealnie idą w parze z postacią głównego bohatera – Konstantego Willemanna.
Konstanty to bon vivant, cynik, morfinista, miłośnik kobiecego piękna, który lubi udowadniać kobietom swoją siłę. Konstanty to utalentowany rysownik, przystojny mężczyzna, niewierny mąż, zły ojciec. Konstanty to Niemiec. Konstanty to Polak. Nie wiem w jakiej kolejności powinnam to napisać – czy bardziej jest Konstanty Polakiem, czy bardziej jest Niemcem?

Konstanty to postaćmorfina niesamowicie trudna, kontrowersyjna, dość absurdalna, ale świetnie wykreowana, nie byle jaka, prawdziwa. Konstantego polubiłam i towarzyszy mi on niemal każdego dnia – właśnie dlatego, że jest tak niesamowicie ludzki. Jestem jednocześnie świadoma, że wszystko to było celowym zabiegiem – Twardoch stworzył antybohatera, człowieka rozdartego, słabego, którego ogranicza świat, który musi się światu podporządkować. Konstanty wbrew sobie staje się Polakiem, aby później wbrew siebie odzyskiwać część swojej niemieckości – bo to nie on o tym decydował, a, najpierw matka, która jako młoda Ślązaczka wybrała dla siebie narodowość polską po to, aby trzydzieści lat później znów stać się Niemką, później władze tajnej organizacji, które widziały w Willemannie szansę, mały klucz do pokonania Niemców. Wbrew sobie pomaga przyjacielowi, wraca do domu, opiekuje się synem, idzie do prostytutki. Konstanty nie chce być ani Niemcem, ani Polakiem, ani ojcem, ani kobieciarzem, ani bohaterem, ani zdrajcą. Gardzi krwią żołnierzy, gardzi okupacją niemiecką. Długo nie potrafi się zdecydować jakie uczucia żywi do żony patriotki, jakie do swojej kochanki.W czasie, w którym mógłby wybrać dla siebie jedną z dwóch dróg – polską albo niemiecką – on nie dokonuje wyboru. Zdaje się być nikim, pustym ciałem. Konstanty pragnie jedynie buteleczki morfiny, którego zatopi go całego w słodkim niebycie, pozwoli zapomnieć, odpłynąć.

„I nie śpię do rana. Zamiast snu: pytania. Kto ja jestem? Po co jestem? A może raczej, przede wszystkim: dlaczego jestem łajdak, świnia, zero moralne, podlec. Mógłbym być, kim chcę, mam wszystko, aby być wielkim, wytresowano mnie do wielkości, mógłbym być wielkim w połowie Europy, w Berlinie i Warszawie, dano mi szanse, których mało komu dano aż tyle, a ja tylko piję, piłem w Cristalu albo w Gastronomii, piję, odurzam się i rysuję gołe facetki, a każda goła facetka, którą narysuję, jest moją zwyciężczynią, zwycięża mnie, pokonuje, każda naga facetka, którą narysuję, ma mnie w swym posiadaniu. Dlatego prawie już nie rysuję. Nie jestem artystą, trochę tylko sobie udawałem. Jestem nikim tym więcej, tym bardziej, im więcej mi dano, im więcej otrzymałem, tym większa podłość moja, łajdactwo moje, nędza moja i klęska moja. Ja, nieja, niktja.”

„Lubię morfinę, zmrożoną wódkę i szampana, kokainą nie pogardzę, lubię wykwintne jedzenie, lubię tańczyć w Adrii albo w Paradisie z kobietami, które poznaję wieczorem i żegnam rano. Lubiłem. Lubię pójść z nimi do łóżka, ale bardziej lubię to, że mi ulegają, bardziej zależy mi na tym, aby mię uwielbiały, niż na samym ich ciele. Ciała mnie nużą. Nie nuży minie ciało Heli. Nie nużyło. Dalej nie nuży. Pragnę Heli. Nie kocham jej. Kocham ją. Kochałem. Nie. Nie wiem. Jestem Konstanty Willemann i jestem dobrym synem mojej matki. Nie jestem. Jestem Konstanty Willemann i przyjąłem miłość mojego ojca wiedząc, gdzie go zaprowadzi. Do przestrzelonej czaszki. Jestem Konstanty Willemann i nienawidzę mojej matki.”

Jest to bohater, który swobodnie przechodzi z roli do roli. Prosto z małżeńskiego łoża może pójść do Salome, swojej prostytutki, z Polaka może stać się Niemcem. Swoją umiejętność posługiwania się językiem niemieckim jak ojczystym (ale czyż nie jest to jego język ojczysty?) Konstanty wykorzystuje nie tylko na potrzeby tajnej organizacji. Konstanty jest Niemcem, kiedy sytuacja tego wymaga, kiedy tak jest lepiej. Bo chociaż Niemca nikt nie szanuje, Niemca boją się i Polacy i Żydzi. Niemcowi wszystko wolno – i pić, i tańczyć, i jeździć samochodem z innymi Niemcami i mieć wiele kobiet.
Konstantego poszukiwanie własnego „ja” stanowi centralny punkt powieści. Jak powiedziałam, bohater wchodzi w różne role, ale nie bez powodu. Będąc mężem, podporucznikiem, Polakiem czy Niemcem Konstanty próbuje odnaleźć swoją prawdziwą osobowość. Zdaje się, że wtedy czuje się lepiej – jest czymś zajęty, nie potrzebuje morfiny. Trwa to wszystko jednak chwilę, Konstanty męczy się, poddaje się, ulega – morfinie, kobietom, swojej niemieckości.
Jednak nie tylko rozterki głównego bohatera wprawiają nas w zachwyt. Szczepan Twardoch prowadzi nie byle jaką narrację, dzięki czemu lepiej możemy poznać uczucia Konstantego, jego myśli, skrajne emocje, obawy. Za Konstantym ktoś podąża, idzie jak cień, szepcze mu do ucha, chociaż on nie potrafi owego kogoś usłyszeć. Owa „szara przyjaciółka” jest zawsze obok niego, czasem tylko opuszcza go na krótkie chwile. Mówi do niego, opiekuje się nim, czuwa. Kiedy zapytano pisarza kim jest tajemniczy głos odpowiedział, że nie wie. To nam, czytelnikom pozostaje zdecydować czy jest to morfina, damskie wcielenie Willemanna, jego muza, czy może anioł stróż? Ja najczęściej wyobrażałam sobie ten cień podążający za Kostkiem jako jego anioła stróża – nic dziwnego zatem, że i zakończenie odebrałam dość smutno i pesymistycznie.
Konstanty nie zna swojej dziwki, swojej żony, synka, przyjaciela, co więcej, oni nie znają jego. Dlatego też Twardoch szokuje nas mocnym akcentem na sam koniec książki. Nie jest to jednak lektura, którą czytamy od deski do deski, aby odstawić ją na półkę po trzech, czterech dniach. „Morfinę” trzeba przeboleć i przemyśleć, bo „Morfina” nie znika. Historia Willemanna w nas pozostaje. Chyba już na zawsze.

„Jestem Konstanty Willeman i to nieważne, co lubię, a czego nie lubię. Ważne, że jestem.”

Brawo Twardoch!