13 ciekawostek o pisarzach

Chociaż wiele pisarzy, to w życiu codziennym zwykli nudziarze, większość z nich mogłaby się podzielić równie fascynującymi historiami, jakie opisują w swoich powieściach. O tym, że Hłasko był buntownikiem, wiadomo nie od dziś, ale sporo za uszami miał też Charles Dickens, Franz Kafka czy Hans Christian Andersen…  Dlatego dziś o literackich kotkach i homarach, kilku pornograficznych zdjęciach, opakowaniach zjedzonych tabletek, przyjaźniach i rozstaniach – słowem: przed Wami 13 ciekawostek z życia sławnych literatów!

13-ciekaowstek
1. Kochliwy Charles
To, że Dickens był kobieciarzem, nie jest żadną tajemnicą. Doskonale czuł się w towarzystwie pań i co rusz zabiegał o atencję tych piękniejszych. Podrywał, flirtował, żartował, a wszystko po to, aby za chwilę znudzić się wybranką i zmienić obiekt swojej uwagi. Jego charakter doskonale poznała kobieta, która wyszła za niego za mąż – Catherine. Uprzejmy, szarmancki i elegancki Charles po ślubie zmienił się w mężczyznę, który robił wszystko, aby poniżyć żonę i wskazać jej swoje miejsce w szeregu. W końcu doszło też do tego, że wyrzucił żonę z domu, kiedy ich najmłodsze dziecko było zaledwie niemowlęciem. Największą krzywdą jednak, jaką wyrządził swojej żonie, zdaje się jego słabość do jej młodszej siostry. Spośród wszystkich kobiet upodobał sobie właśnie ją. Kiedy jako piętnastolatka upadła i w wyniku obrażeń zmarła, oszalał. Ogarnęła go tak wielka rozpacz, że do końca życia nosił jej pierścionek i obcięty pukiel włosów.
Tej historii dedykowana jest nominowana do Nagrody Bookera „Dziewczyna w błękitnej sukience”. Co prawda autorka zmieniła imiona wszystkich bohaterów, ale nie potrzeba wiele, aby domyślić się do kogo prowadzi nas swoimi słowami.

2. Literacka Kotka
Dobrą stroną Dickensa była zdecydowanie jego kotka, która już od samego początku była kotem literackim. Podobno zwierzę potrafiło wyczuć zmęczenie swojego opiekuna i gasiło łapką świecę, gdy zbliżała się godzina snu pisarza.

3. Dobry aktor Hłasko
Jako lekoman i hipochondryk Marek Hłasko często prosił znajomych i rodzinę o leki, twierdząc, że jest chory. Przeszedł jednak samego siebie, udając w aptece atak serca, aby zdobyć kolejne opakowania lekarstw.

4. Podróżniczka Agatha
Zastanawialiście się kiedyś, skąd Agatha Christie posiada tak szeroką wiedzę z dziedziny medycyny? Otóż okazuje się, że podczas obu wojen światowych pracowała w… aptece, zdobyła nawet Certyfikat Towarzystwa Aptekarzy w Londynie. Jednak farmakologia nie była jedyną pasją pisarki. Oprócz pisarstwa i zgłębiania wiedzy lekarskiej Christie uwielbiała podróżować. Zwiedziła Południową Afrykę, Australię, Nową Zelandię, Grecję, Włochy, Hawaje, Kanadę, USA, Syrię, Egipt. Orient Expressem dotarła aż do Bagdadu. Zimy lubiła spędzać na wykopaliskach w Iraku.

5. Największy fan Sienkiewicza
Podobno Witold Gombrowicz był ogromnym fanem twórczości Henryka Sienkiewicza, do tego stopnia, że powiesił w domu jego portret. Cenił pisarza przede wszystkim za jego patriotyzm, a kończące „Ferdydurke” słowa koniec i bomba, a kto czytał ten trąba! są parafrazą słów jego mistrza.

6. Uzależniony Dostojewski
Chociaż Dostojewski sprawia wrażenie dystyngowanego i uczonego starszego pana, tak naprawdę miał kilka wad – jedną z nich było uzależnienie od hazardu. „Gracz”, będący historią Aleksego Iwanowicza, opowiada o nim samym. Oprócz kąśliwych uwag na temat Polaków sporo tam oddanych uczuć względem hazardu. To zarazem książka, którą Dostojewski napisał bardzo szybko, bo pod przymusem. Honorarium z „Gracza” miało spłacić jego karciane długi.

7. 10 przykazań Sienkiewiczowskich
„Oto dziesięcioro przykazań Sienkiewiczowskich, danych narodowi na raucie jubileuszowym dn. 22 r. 1900. Jam jest Henryk Sienkiewicz. Wielka Wielkość Twoja, którym Cię wywiódł na pole sławy wszechświatowej.
1) Nie będziesz miał Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i innych nade mnie.
2) Nie będziesz używał wielkiego Imienia Mego nadaremno.
3) Pamiętaj, abyś Dzień Jubileuszu Mego świecił.
4) Czcij Skrzetuskiego, Zagłobę, Wołodyjowskiego i Baśkę Jego, a mnie nade wszystko, bom nieporównany jest.
5) Nie śmiej używać na utworach moich.
6) Nie używaj dzieł moich na podpałkę.
7) Nie popularyzuj dzieł Moich bez dodatkowej opłaty na ręce moje.
8) Nie fałszuj myśli mojej, gdyż lojalność jej murem stoi.
9) Nie pożądaj żony Skrzetuskiego, albowiem Kniaziówną jest.
10) Ani Oblęgorka, ani pióra brylantowego, ani zaprzęgów, ani jarzma na woły nie będziesz pożądał, ani pragnął, gdyż narodowym darem jest!
Będziesz miłował każdego literata w miarę możności i chęci osobistej, a mnie bez żadnych zastrzeżeń.”
Te przykazania zostały podarowane Sienkiewiczowi przez przyjaciół w dniu jego 25 jubileuszu pracy.

8. Uzależniony od pornografii?
Franz Kafka był starym kawalerem i do 35 roku życia mieszkał z rodzicami. Podobno tuż po jego śmierci znaleziono w jego domu mnóstwo pornografii. Nawet tej z udziałem… zwierząt.

9. Ciemniejsza strona Andersena
Hans Christian Andersen nazywał sam siebie „brzydkim kaczątkiem”, bo w istocie takie przypominał – nieproporcjonalnie duże dłonie i stopy, nos przysłaniający całą twarz, wysoki wzrost i kościste ciało. W swoim dzienniku niejednokrotnie zaznaczał, że cierpi na samotność, bo żadna kobieta się nim nie interesuje… a jednocześnie sam odczuwał pociąg do mężczyzn, co go przerażało. Jego jedyną aktywnością seksualną była masturbacja, którą zaznaczał w dzienniku plusami, podobno do końca życia pozostał prawiczkiem.
Andersen cierpiał też na liczne fobie; bał się ciemności, cmentarzy i pochowania żywcem, dlatego pod łóżko wkładał zawsze karteczkę z dopiskiem Ja tylko wyglądam jak umarły. Podobnym strachem napawała go podróż statkiem, spóźnienie się na pociąg i … wieprzowina. Co do tej drugiej, nie mam jednak pojęcia dlaczego. Nosił ze sobą też linę, na wypadek pożaru.

10. Wyrachowany Mickiewicz
O przyjaźni Mickiewicza z Puszkinem słyszał już chyba każdy, chociaż ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy to była przyjaźń. Rosyjski poeta niejednokrotnie zarzucał naszemu polskiemu wieszczowi, że jest w swoich uczuciach interesowny i przyjaźni się z nim tylko dlatego, że to pozwala mu na dogodniejsze życie w Moskwie, a w wolnych chwilach pisze przecież „Dziady”, które Rosjanom uwłaczają… Okazuje się jednak, że Mickiewicz wcale nie miał tak złotego charakteru, jak sądzimy. Kiedy przebywał na zesłaniu w Moskwie spędzał przyjemne wieczory w salonie księżnej Zinaidy Wołkońskiej. To właśnie u niej poznał przepiękną Karolinę, córkę niemieckiego profesora, która zaledwie 19-letnia, oczarowała 30-letniego już Mickiewicza nie tylko swoją urodą, ale i inteligencją. Mickiewicz był tak zauroczony dziewczyną, że zaproponował jej korepetycje z polskiego, a ta jego propozycję przyjęła z radością. Podczas lekcji oboje bardzo się do siebie zbliżyli, ale kiedy Mickiewicz dowiedział się, że cudowna Karolina nie może liczyć na posag, który dałby jej utrzymanie przez kolejne lata, wycofał się z obietnicy małżeństwa. Dziewczyna wpadła w rozpacz, więc postawiony pod ścianą był gotów poślubić ją z litości – zarzekł jednak, aby ta zachowywała się normalnie i nie chorowała, „bo chorych nie lubi”. Kiedy Karolina dostosowała się do jego zaleceń, Mickiewicz po raz kolejny wycofał się ze swoich słów, a rozkochana panna ostatecznie wszystko mu wybaczyła.

11. Dumny Słowacki
Chociaż „Kordian” z biegiem czasu stał się narodowym arcydziełem, nigdy nie zdobył miana „bestselleru”. Z początku podejrzewano nawet, że dramat jest dziełem Mickiewicza, co Kordianowi schlebiało. Dobrze wiemy, jak następnie układały się relacje tej dwójki…

12. Na spacer z homarem
Podobno Oscar Wilde przechadzał się po Oksfordzie z homarem na smyczy, a po centrum Londynu spacerował w krótkich spodenkach, w kożuchu i z kwiatkiem w ręku. Kiedy za homoseksualizm został zesłany na dwa lata ciężkich robót, postanowił już na zawsze ukrywać się pod pseudonimem Sebastain Melmoth.

13. Dusza towarzystwa
Pewnego razu, kiedy Dumas wrócił z proszonego obiadu, jego syn zapytał:
– No i jak tam, wesoło było?
– Bardzo – odpowiedział ojciec – ale gdyby mnie tam nie było, to umarłbym z nudów.

A Wy, znacie jakieś ciekawostki o pisarzach? Podzielcie się w komentarzach!

10 najpiękniejszych książek o miłości

Chociaż Walentynki obchodzimy co roku i obdarowujemy się wzajemnie drobiazgami, spędzając we dwójkę romantyczny wieczór, tak naprawdę niewielu z nas wie, jaka jest historia świętego Walentego. A to opowieść niesamowicie piękna, szczególnie dla mężczyzn, którym tak ogromnie się przysłużył. Posłuchajcie tylko:
Legenda świętego Walentego sięga III wieku i granic Cesarstwa Rzymskiego za panowania Klaudiusza II Gockiego. Walenty z wykształcenia był lekarzem, chociaż z powołania został duchownym. Cesarz za namową swoich doradców zabronił młodym mężczyznom w wieku od 18 do 37 lat żenić się, bo, jak wspólnie uważali, lepszymi żołnierzami są ci mężczyźni, którzy nie mają rodzin. Jednak Walenty sprzeciwił się zakazowi cesarza i udzielał ślubów młodym legionistom. Jak się możecie domyślić – szybko został wtrącony do więzienia. To jednak nie koniec historii, bowiem to właśnie tam Walenty odnalazł miłość – zakochał się w niewidomej córce strażnika. Legenda głosi, że ich miłość była tak silna i piękna, że pod wpływem niej dziewczyna odzyskała wzrok. Nieugięty i złowrogi cesarz postanowił zabić Walentego, gdy tylko dowiedział się o cudzie, jakiego dokonało uczucie tej dwójki. W przeddzień egzekucji, tj. 13 lutego, Walenty napisał list do swojej ukochanej, podpisując go „Od Twojego Walentego”. Dlatego dziś zakochani świętują miłość, wysyłając „walentynki” i podpisując się imieniem Walentego. Historia ta ma jednak, poza samą miłością, drugie dno – tragedię i nieszczęście, ból rozdzielenia dwójki ludzi, dla których nie ma nic ważniejszego niż to, co zrodziło się między nimi. Dlatego corocznie 14 lutego świętujemy swoją miłość i pokazujemy drugiej osobie, jak bardzo nam na niej zależy.

Chociaż każde walentynki spędzam samotnie – zeszłoroczne wyjątkowo spędzałam z Knausgardem, a to chyba nie najlepsze towarzystwo na ten dzień – uwielbiam czytać o miłości. I nie myślę tutaj wcale o książkach Evansa, Sparksa czy Michalak, bo za tymi nie przepadam. Sięgam nieco wyżej, zatapiając się nie w romansach, ale właśnie w książkach, o miłości – czasem filozoficznych, czasem pogmatwanych, jednak zawsze mających głębsze znaczenie i – prawie zawsze – nieszczęśliwe zakończenie.
Dziś przygotowałam dla Was listę 10 najpiękniejszych książek o miłości według mojej subiektywnej oceny.

walentynki

Więc to jest miłość. Odwieczny cud. Potrafi przerzucać tęcze snów ponad szarym niebem faktów i użycza romantycznych blasków nawet kupie łajna. To cud, a jednocześnie piekielne szyderstwo.

Eric Maria Remarque „Łuk triumfalny”
To najpiękniejsza książka o miłości, jaką kiedykolwiek czytałam. Co prawda miałam chyba 16 lat, kiedy po nią sięgnęłam, ale byłam pod wrażeniem jej wrażliwości. Kiedy rozmawiałam z przyjaciółką na jej temat byłam w stanie tylko wykrztusić „Jak oni pięknie mówią o miłości!” – bo przez większą cześć fabuły bohaterowie rozmawiają ze sobą nawzajem o tym, czym jest miłość.
Głównym bohaterem powieści jest Ravic, lekarz, który nielegalnie przeprowadza operacje w cieszącej się dobrą sławą klinice. Pewnego dnia zupełnie przypadkiem poznaje kobietę, która, jak mu się wydaje, wypełni jego puste życie. Jednak los chce też, aby w tym czasie w życiu Ravica ponownie pojawił się gestapowiec, który niegdyś go torturował. Mężczyzna musi rozliczyć się z przeszłością, wyruszając w przymusową, choć niepewną drogę do obozu uchodźców.

Śnij mi się, śnij jak najczęściej, co noc, jeśli możesz. Czy tak dużo wymagam? Nie dręczę cię, żebyś mi odpisywał, ale przynajmniej śnij mi się.

Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie”
Mogę powiedzieć, że jestem świeżo po lekturze tej książki, bo skończyłam ją późną jesienią. „Ostatnie rozdanie” było jedyną książką Myśliwskiego, której jeszcze nie poznałam. Wypożyczyłam ją kiedyś z biblioteki, ale przez nadmiar lektury oddałam, przeczytawszy tylko 20 stron, dlatego kiedy w listopadzie po nią sięgnęłam powiedziałam sobie, że nic i nikt nie przeszkodzi mi w jej lekturze.
O samym „Ostatnim rozdaniu” nie ma za wiele co opowiadać, bowiem wszystkie powieści Myśliwskiego są tak samo magiczne i niesamowite, filozoficzne, dotykające prawdy o żyiu i istnieniu człowieka. Poza wieloma sferami życia, o których autor pisze, jest też miejsce na uczucie dwojga ludzi w postaci listów – kobiety porzuconej do ukochanego, który ją porzucił. Z każdym listem jej uczucie, tak samo zresztą jak ona sama, staje się dojrzalsze. Kobieta się starzeje, ale nie starzeje się jej miłość. Jej jedynej nie jest w stanie zmienić czy wyrzec się w swoim życiu.

Jedynym bólem jaki przeraża mnie w śmierci, jest to, że można umrzeć nie z miłości

Gabriel Garcia Marquez „Miłość w czasach zarazy”
Kiedy robi mi się smutno dlatego, że wciąż jestem sama, przypominam sobie postać Fiorentino Arizy z „Miłości w czasach zarazy”. To bękart i poeta, który zapałał gorącym uczuciem do porządnej i ułożonej Ferminy Dazy, a czekać na jej miłość musiał dokładnie… 51 lat, 9 miesięcy i 4 dni. Przedtem bowiem podzieliło ich nie tylko życie, ale również postać innego mężczyzny – Juvenala Urbino. Złączyli się dopiero po jego śmierci, kiedy Fiorentino pomagał Ferminie znieść wdowieństwo.
To najlepsza po „Stu latach samotności” książka Gabriela Garcii Marqueza, która skradła moje serce już w gimnazjum. Obecnie poluję na „białe” wydanie, dlatego bardzo proszę o informację, jeżeli będziecie je widzieć gdzieś dostępne.

Kobiety nie mają litości nad mężczyznami, których nie kochają.

Aleksander Dumas „Dama kameliowa”
Kiedy skończyłam czytać „Damę kameliową”, dosłownie zalałam się łzami. To taka historia, w której nie ma szczęśliwego zakończenia z dopiskiem „i żyli długo i szczęśliwie”. Powieść jest tym bardziej intrygująca, że opowiada o miłości pomiędzy młodym mężczyzną, prawie chłopcem, a dojrzałą, chociaż bardzo piękną kurtyzaną. Klientelą Małgorzaty Gautier są panowie z najwyższych kręgów paryskiego towarzystwa, w jakiś sposób jednego dnia jej kochankiem zostaje również młody blondyn – Armand Duval. Już po pierwszym spotkaniu para zakochuje się w sobie, jednak na drodze ich miłości staje wiele przeszkód – nie tylko ojciec Armanda, ale przede wszystkim gruźlica, na którą choruje Małgorzata…

Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.

Bolesław Prus „Lalka”
Tej książki nie trzeba nikomu przedstawiać, chociaż uważam, że warto powiedzieć o niej kilka słów, bo jest niedoceniona. Jej piękno, wrażliwość i mądrość ulatują wielu czytelnikom tylko dlatego, że nadano jej miano lektury szkolnej, a to przecież niesprawiedliwe.
„Lalka” to genialna powieść polska, konfrontacja pozytywistycznego idealizmu z realizmem. To historia źle ulokowanych uczuć, zdrady i złudzeń. To w końcu dramat – bo nie każda miłość może być miłością spełnioną, szczególnie jeżeli obiektem uczuć jest kobieta tak wyrafinowana, jak Izabela Łęcka.

Miłość nie wyraża się w pragnieniu spółkowania (to pragnienie dotyczy przecież niezliczonej ilości kobiet), ale w pragnieniu wspólnego snu (to pragnienie dotyczy tylko jednej kobiety).

Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”
Miłość jest przypadkiem. O tym, w kim się zakochujemy, decyduje przypadek. To, że decydujemy z daną osobą zamieszkać też jest dziełem przypadku. Nasze życie mogłoby się zmienić pod tym jednym i prostym, a jak wiele znaczącym słowem – przypadek. Tomasz spotyka Teresę – a jakże – przypadkiem. Jest akurat w knajpie, w której kobieta kelneruje. Daje jej swój numer telefonu i mówi, że gdyby była kiedyś w Pradze, chętnie by się z nią spotkał. Teresa przyjeżdża do niego przy najbliższej okazji z „Anną Kareniną” pod pachą i burczącym z głody brzuchem. Z wstydem, że przed tak idealnym mężczyzną pokazuje swoją słabość, jaką jest fizjologia człowieka. Sytuację pogarsza fakt, że dostaje gorączki i Tomasz zmuszony jest się nią opiekować. Teresa leży na kanapie i, chociaż wcześniej żadna kobieta nie nocowała u Tomasza, zostaje na noc. Zostaje już na zawsze. Spotkanie miłości swojego życia nie przeszkadza jednak mężczyźnie w posiadaniu licznego grona kochanek i stałego powiększania go o nowe osoby, bowiem jak sądzi, miłość i seks to dwie odrębne sprawy.

Chcę przed panią otworzyć całe moje serce i przekonać panią, że chociaż zawsze byłem głupcem, nie zawsze byłem łotrem.

Jane Austen „Rozważna i romantyczna”
Jane Austen przez całe życie była singielką i chyba tylko dzięki temu możemy czytać wszystkie klasyczne romanse, które wyszły spod jej pióra. „Rozważna i romantyczna” to moja ulubiona książka Angielki, najbliższa mojemu sercu i postrzeganiu świata. Kiedy po śmierci męża pani Dashwood przeprowadza się z córkami do posiadłości w Barton nie wie jeszcze, jak bardzo odmieni się ich życie… Uczuciowa i impulsywna Marianna marzy o mężczyźnie szarmanckim, wrażliwym, lubiącym te same lektury co ona, zaś łagodna i rozważna Eleonora zamierza oddać serce jedynie człowiekowi spokojnemu i odpowiedzialnemu. Niestety świat, którym – zamiast prawdziwych uczuć – rządzi pozycja społeczna i pieniądz, może boleśnie rozczarować te pełne uroku, ufne kobiety…

Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony.

Jane Austen „Duma i uprzedzenie”
Klasyk, którego nie mogło zabraknąć na tej liście. Któż nie wzdycha do pana Darcy’ego? Która dziewczyna nie chciałaby być chociaż przez chwilę Elizabeth Bennet?
Niewątpliwie największą zaletą tej powieści jest ukazanie równości pomiędzy kobietą a mężczyzną, tego, że kobieta może nie tylko dorównywać mu sprytem, błyskotliwością, a nawet wiedzą, ale często biją mężczyzn na łeb.

On się nigdy nie dowie, jak bardzo go kocham. Wcale nie dlatego, że jest przystojny, ale dlatego, że jest bardziej mną niż ja sama. Nasze dusze są jednakowe, niezależnie od tego, co w nich tkwi.

Emily Bronte „Wichrowe wzgórza”
Klasyki ciąg dalszy, bo to ona właśnie w najpiękniejszy i najbardziej dogłębny sposób opowiada o miłości.
Mały chłopiec, Heathcliff, jako osierocone dziecko trafia do domu Earnshawów. Wychowując się w tej zamożnej rodzinie, obdarza odwzajemnioną miłością Katarzynę, córkę swoich przybranych rodziców. Prześladowany przez przyszłego dziedzica Hindleya, poznaje też smak nienawiści. Gdy przekonuje się, że konwenanse mogą pokonać nawet najsilniejszą miłość, znika na trzy lata, aby powrócić jako dysponujący fortuną niewiadomego pochodzenia, demoniczny i bezwzględny mściciel. Od tego momentu nikomu w rodzinie nie będzie łatwo znaleźć własne szczęście.

Jak pociągająca jest kobieta nieświadoma swojej urody.

Malania Mazzucco „Vita”
Na sam koniec zostawiłam prawdziwą perełkę, opowiadającą o miłości dzieci, która przetrwać może całe życie. W 1903 roku dwunastoletni Diamante przybija do brzegów Nowego Jorku jako jeden z licznych włoskich emigrantów. Jedyne rzeczy, które są jego własnością to majtki po ojcu i zaszyte w nich dziesięć dolarów. Dziesięć dolarów na rozpoczęcie nowego życia. Razem z nim w Ameryce pojawia się Vita, dziewięciolatka, którą ma się opiekować. Chociaż kręci trochę nosem, w roli opiekuna sprawuje się fantastycznie – gotów jest oddać jej swoją porcję jedzenia, aby dziewczynka nie była głodna. Oboje muszą przetrwać w pełnym przejmującej nędzy świecie terroryzowanym przez gangsterów z Mano Nera. Czy znajdzie się tu miejsce na ich nieśmiałą miłość? Czy spełni się marzenie Vity, by byli po prostu happy?

To wszystkie moje ulubione książki o miłości. Do każdej z nich z chęcią wróciłabym kolejny raz, a a w tym roku planuję jeszcze odświeżyć sobie lekturę „Miłości w czasach zarazy”, „Łuku triumfalnego” i „Vity”.
Pochwalcie się w komentarzach, jakie romanse Wy lubicie czytać. Może uda mi się coś ciekawego wyłapać?

„To bohaterowie decydują, trzeba ich tylko słuchać” – rozmowa z Michałem Piedziewiczem

O pisaniu i wyzwaniach, którym musiał podołać, swoich bohaterach, przedwojennej i powojennej Gdyni, ulubionych książkach, a także kontynuacji „Domino”, czyli trzeciej części gdyńskiej trylogii – zapraszam na rozmowę z Michałem Piedziewiczem.

Główny bohater „Domino”, Konstanty Kotkowski, przypomina kota… Lubi Pan koty? Jest Pan właścicielem jakiegoś?

Michał Piedziewicz: Drażliwy temat. Nie mam. Ale lubię. A drażliwy dlatego, że wolę je od psów (co się właścicielom psów nie musi podobać). Dwaj przyjaciele: Kotkowski i Wilczyński – miałem nadzieję, że to żarcik, który nie wyda się tandetny.

Na szczęście bohaterowie nie żyją jak przysłowiowy pies z kotem, a wręcz przeciwnie – są dla siebie podporą w każdej sytuacji, chociaż z czasem los ich rozdziela. W „Domino” to właśnie Kot gra pierwsze skrzypce. Czy jego postać nadal będzie tak ważna w trzeciej części książki?

M.P: W „Domino” Kot gra ważną rolę, ale i Krzysztof nie mniejszą! Z tego jestem zadowolony – że stworzyłem postać, wokół której tak wiele się dzieje, której losy od początku do końca interesują czytelników, a której obecność w opowieści w zasadzie wziąć można w cudzysłów.
Wracając do Pani pytania – Kot w trzeciej części powinien się pojawić.

O czym będzie kolejna część?

M.P: „Domino” nie przypadkowo kończy się notatką Joanny, wnuczki Łucji. Trzecia część będzie zatem o niej, będzie pisana z jej perspektywy. Oraz z perspektywy jej brata. Czyli kolejnego pokolenia, które kręci się po Gdyni, zakochuje się, a jakże, wyjeżdża i wraca, próbuje ułożyć sobie życie. Zbyt wiele nie chcę zdradzać – ale rzecz zacznie się latem roku 1987.

Będzie zatem podobnie do tego, co już nam Pan pokazał: życie zwykłych ludzi w obliczu przemian historycznych i Gdyni. Ale to nie oznacza, że fabuła będzie przewidywalna. Czym zaskoczy Pan czytelników?

M.P: No właśnie… Zaskoczy, albo i nie zaskoczy. Proszę dać mi szansę.

Książkę planuje Pan ukończyć w marcu. Jaki będzie nosić tytuł?

M.P: Tego jeszcze nie wiem. Zresztą im więcej na ten temat mówimy, tym bardziej obawiam się, że nie powinienem tego robić. Jestem w trakcie pracy, wcale nie tak blisko końca, może lepiej nie zapeszać?

Ma Pan rację, lepiej nie zapeszać. Przejdźmy zatem do pytań bardziej ogólnych: którego bohatera lubi Pan najbardziej? Utożsamia się Pan z którymś z nich?

M.P: Kto to napisał: że autor utożsamia się z przecinkami? Lubię Grabskiego, bo miał marzenia i do rzeczywistości podchodził ze szczerym zapałem, a tymczasem pisać musiał reklamy… A potem został urzędnikiem… Cóż, tak bywa. Najbardziej zaś lubię Łucję – z początku naiwną, nawet bardzo, którą później życie zmusiło do tego, by stała się kobietą silną i odpowiedzialną.

Tak, metamorfoza Łucji jest dość, powiedziałabym, radykalna. Z pogodnej i miłej dziewczyny  staje się zrzędliwą i nieszczęśliwą kobietą… Skąd pomysł na tak drastyczną przemianę wewnętrzną bohaterki?

M.P: Ale czy naprawdę nieszczęśliwą? Zrzędliwą, owszem, złośliwą – na pewno! Nie wiem dlaczego tak się stało. Mogłem sobie tylko wyobrazić – że to wszystko, co przeżyła, musiało ją mocno zahartować, ona musiała o swoich przeżyciach zapomnieć, nie pozwolić, by ją dręczyły. Ale czy to możliwe? Jak można żyć – wstawać, mówić „dzień dobry”, iść do sklepu, etc. – po tego typu doświadczeniach? Po tym wszystkim, co przeżyła – tak to sobie wyobrażam, tak ją, Łucję, czuję – ona nie mogła zbytnio przejmować się miłosnymi perypetiami córki. Dla niej to było śmiechu warte. Więc się złościła, była rozdrażniona, a jednak w głębi duszy pozostała czuła i wrażliwa. Ha, tym bardziej ją polubiłem! W trzeciej części też nie zejdzie ze sceny – i swoje do powiedzenia jeszcze dostanie.

Wrażliwości nie można jej odmówić, pokazują nam to sceny, gdy w  pobliżu Łucji nie ma innych postaci. Zaskakuje też postać Konstantego… Dlaczego właśnie on znajduje się (obok Łucji) na pierwszym planie, skoro wcześniej skrywał się w cieniu Krzysztofa? Czy od początku zamierzał Pan uczynić z niego najważniejszą postać?

M.P: Słuszną ma Pani intuicję – Konstanty rozrósł się w trakcie pisania „Domino”. Ale i dla mnie to było interesujące, zaskakujące – że oto postać wcześniej drugoplanowa zaczyna żyć swoim życiem.
Inna sprawa, że w pewnej chwili myślałem, że druga część mówić będzie wyłącznie o wojnie. Wtedy wiadomo było, że nikt inny, jak tylko Kotkowski, grać będzie główną rolę. Na szczęście dość prędko zrozumiałem, że sama wojna mnie nie interesuje, że bardziej ciekawi mnie to, co z ludźmi, którzy wojnę przeżyli (a jednocześnie pamiętali szczęśliwe dla nich czasy przedwojenne) stało się później. I wtedy tak jakoś same z siebie zaczęły mi się przeplatać wątki Łucji i Kota, a cała opowieść nabrała rozpędu.
Jednak tego, jak się ich – Łucji i Kota – przyjaźń zakończy, nie wiedziałem niemal do samego końca. To bardzo przyjemne w pisaniu – że niekiedy to bohaterowie decydują o rozwoju sytuacji, trzeba ich tylko słuchać.

Pana postaci są fikcyjne czy wzorowane na Pana znajomych, może krewnych albo mające odzwierciedlenie w historii?

M.P: Fikcyjne. Na nikim nie wzorowane. Co się być może zmieni w trzeciej części.
W „Domino” moi krewni pojawiają się na podobnej zasadzie, jak niekiedy reżyserzy w swoich filmach: migają w trzecim czy czwartym planie – na przykład doker Franciszek w portowej rozmowie z Kotem.

mp

Od początku myślał Pan o napisaniu trylogii? Która z tych części jest Panu najbliższa?

M.P: Tak i nie. Zacząłem opowieść w roku 1929, czyli w momencie, kiedy Gdynia była już, powiedzmy, miastem. Trzecim tomem miała ewentualnie być opowieść o roku 1989 – z wielką retrospekcją zahaczającą o wojnę i późniejsze lata. Z kolei w części drugiej chciałem się cofnąć w czasie – by opowiedzieć o dość w sumie tajemniczych – również dla mnie – latach, kiedy Łucja zjawiła się w Gdyni, kiedy poznała Grabskiego, a przede wszystkim złowrogiego Jana Króla.
Cóż… wszystko napisało się inaczej. Do tej opowieści o Łucji i Królu być może kiedyś wrócę.
„Dżokera” lubię, bo czas, o którym opowiadam ma w sobie jakąś jasność, to opowieść o latach dla moich bohaterów szczęśliwych. Z kolei „Domino” jest chyba ciekawsze, intryga jest prosta, ale, mam nadzieję, zaskakująca. No i Łucja – powtórzę – jest drapieżna, lubiłem o niej opowiadać.

W notce biograficznej dla wydawnictwa MG napisał Pan Urodziłem się zbyt późno, żeby zaliczać się do pokolenia które zmieniało historię (np. strajkami z roku 1988), ale i zbyt wcześnie żeby tamtych czasów nie pamiętać i nie przeżywać. To właśnie dlatego powstały Pana książki?

M.P: W pierwszej chwili powinienem powiedzieć, że nie… Ale jednak coś jest na rzeczy – o czym za moment.
Na początku było zdziwienie: że oto jest wielki temat, którego prawie nikt nie porusza. Czyli Gdynia – tamta Gdynia, z lat dwudziestych i trzydziestych, która w krótkim czasie z niewielkiej wsi stała się jednym z największych portów w Europie i która przyciągnęła dziesiątki tysięcy ludzi. W większości przyjeżdżali, bo musieli, za chlebem, inni robili to dla przygody, gdy wyczuwali dla siebie szansę. II RP była państwem biedy, wystarczy pomyśleć o Polesiu. Zaś Gdynia była Ameryką, Ziemią Obiecaną. I niektórym udało się zrealizować marzenia, innym nie.
Tak czy inaczej zaczynających niemal od zera przybyszów były w Gdyni tysiące, a co człowiek – kiedy zechcemy się w ich losy wczuć – to potencjalna historia do opowiedzenia. Dla kogoś, kto chce opowiadać to prawdziwy samograj.
Oglądałem wtedy serial Boardwalk Empire – akcja toczyła się w podobnej epoce, w podobnym „kostiumie”, siłą rzeczy zacząłem myśleć o Gdyni.
Z drugiej strony każda opowieść „w kostiumie”, to zawsze opowieść o czasach współczesnych. Już kiedy pisałem, zaczynałem rozumieć, że opowiadam o nas, dzisiejszych Łucjach, Adamach i Krzysztofach. Czyli o pokoleniu, które dostało od historii radość niepodległości i które od dwudziestu lat próbuje się w nowej rzeczywistości odnaleźć. Tamtej generacji historia wywinęła okrutnego figla – do pewnego momentu, właściwie do samego września, mogli się czuć świetnie, cieszyć się życiem – a potem wszystko się nagle i tragicznie skończyło. Do pewnego momentu – a pisałem „Dżokera” w roku 2013 – mogło się wydawać, że i nam nic nie grozi, że świat mamy obłaskawiony, że niczym nas on nie zaskoczy. Dzisiaj nie jestem tego pewien, wiemy, co się wokół dzieje.
Wracając jednak do pani pytania: kontynuacja „Dżokera” i „Domino” będzie – mam nadzieję – opowieścią właśnie o tych, którzy sami nie strajkowali, bo byli zbyt młodzi, ale wkrótce weszli w dorosłe życie. Zatem trzeci tom powstanie dlatego, żeby o tym doświadczeniu opowiedzieć. Ale kiedy pisałem notkę na okładkę „Dżokera”, jeszcze o tym nie wiedziałem.

Północ Polski opuścił Pan, kiedy udawał się na studia. To wtedy zapadła ostateczna decyzja, aby pozostać w Krakowie i nie wracać do Trójmiasta?

M.P: Nie wiem, nie pamiętam. Myślę, że to się często zmieniało. Myślałem, że wyjeżdżam na chwilę, że wrócę, potem, że zostanę w Krakowie na zawsze, następnie znów nie byłem (nie jestem?) tego pewien. Nie przeprowadziłem się do Australii, wszystko jest możliwe. Na razie jestem od Gdyni oddalony i być może dlatego łatwiej mi o niej pisać. O Krakowie – zwłaszcza współczesnym – chyba bym nie potrafił.

Może ten czar prysłby, gdyby Pan wrócił? Tęskni Pan za morzem?

M.P: Jedno jest pewne: pisząc swe opowieści na nowo się z Gdynią zżyłem. Przez wszystkie krakowskie lata często ją odwiedziłem, jednak ostatnio robię to mimo wszystko częściej i inaczej na nią patrzę. Lubię ją, kiedy jest się w niej na gościnnych występach, Gdynia musi się podobać. Oczywiście słyszę niekiedy narzekania, to chyba normalne, że mieszkańcy mają do codzienności dużo bardziej krytyczny stosunek. Ale właśnie – morze! Cieszę się, kiedy trwa gdzieś blisko.

Pisanie „Dżokera”, a następnie „Domino” pozwoliło Panu na chwilę powrócić w ukochane strony. Jakie trudności napotkał Pan podczas pisania tych powieści?

M.P: Trudności było oczywiście mnóstwo. Po pierwsze z odtworzeniem tamtej Gdyni – dziś to spore miasto, w takim zresztą wzrastałem. Tymczasem znane współcześnie budynki rosły wówczas w szczerym polu, stała na przykład poczta – ważne miejsce dla akcji „Dżokera” – a wokół niemal nic. Zatem musiałem się pilnować, by nie zaprowadzić bohaterów w miejsce, którego w roku 1929 jeszcze nie było. Albo wyglądało zupełnie inaczej. Ale w takim razie jak? To oczywiście kosztowało nieco pracy.
Inna trudność polegała na tym, by opowiadać ciekawie! Ba, to było najważniejsze i najtrudniejsze. Dziś zdarza mi się słyszeć, że może za dużo jest tego cukru w cukrze, Gdyni w Gdyni. Na szczęście nie wszyscy czytelnicy tak myślą. A ja po prostu uważam, że tak było trzeba – uczynić z Gdyni jedną z bohaterek „Dżokera”.

W obu Pana książkach ogromną rolę odgrywa muzyka – to ona nadaje powieściom klimatu. Opowie Pan coś o zespole, którego była Pan częścią?

M.P: Naprawdę pani tak sądzi? Że muzyka jest dla moich bohaterów ważna? Chyba nie zdawałem sobie z tego sprawy. A w moim życiu rzeczywiście była, choć sukcesów nie odnieśliśmy. Grałem na gitarze, wielkie mieliśmy ambicje – i myślę, że to dobrze, takie podejście uczyło mnie twórczego myślenia. A było to mroczne granie, o podobnym opowiem w trzeciej części.

Jest taki moment w książce, kiedy Kot tańczy z Dzidzią, nucąc przebój Ordonki (Pierwszy znak, gdy serce drgnie. Ledwo drgnie, a już się wie, że to ten właśnie ten, tylko ten). W „Dżokerze” to Krzysztof często podśpiewuje pod nosem Już taki jestem zimny drań... Muzyka towarzyszy Pana bohaterom w ważnych momentach ich życia… Zatem trzecia część powie nam nieco o Pana młodości?

M.P: „Nieco” to dobre słowo. Bardzo się będę starał nie napisać pamiętniczka z lat młodości. Ale z drugiej strony opowiadać będę oczywiście o miejscach i czasie, które poznałem, widziałem na własne oczy i przeżywałem. Z tego względu pisze mi się i łatwiej, i trudniej.

A co potem, jakie ma Pan plany? Będzie Pan jeszcze pisał o Gdyni, czy może jednak pójdzie Pan w innym kierunku?

M.P:  Mam wiele pomysłów, jednak nie warto o nich mówić, bo być może nic z nich nie zostanie, gdy pojawią się inne, ciekawsze dla mnie w momencie, kiedy już zasiądę do pisania. W każdym razie raczej ucieknę z Gdyni, starczy tego dobrego…

Wśród Pana ulubionych autorów znalazł się m.in. Bolesław Prus, Bohumil Hrabal i Umberto Eco. Jakie książki twórczości tej trójki pisarzy ceni Pan najbardziej?

M.P: Wracamy do „notek o autorze”. A to zawsze jakiś skrót myślowy, coś napisać trzeba… Uwielbiam „Lalkę”, rzecz jasna. „Imię Róży” i „Wahadło Foucaulta” to świetne, bardzo, bardzo dla mnie ważne książki. Hrabal również mocno mnie kiedyś wciągnął, prawie wszystko, co napisał jest warte przeczytania. „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, „Obsługiwałem angielskiego króla”. Bardzo lubię opowiadanie „Śnięte popołudnie” – rzecz dzieje się w małej praskiej knajpie, gdzie w olbrzymich nerwach rozmawia się o piłce nożnej i tylko jeden zaczytany (nie wiadomo w czym!) student nie ulega emocjom, czym do pasji doprowadza barmana. To Hrabal w pigułce, kilkanaście znakomitych, najlepszych stron.
Jednak książek, które lubię jest więcej. Borges, Flaubert, McCarthy, Pilch… A gdzie Węgrzy (Spiro, Marai), Czesi (Hasek, Pavel), Włosi, Rosjanie (Płatonow, Babel, nie licząc klasyków)? O tym mówić można bez końca.
Skoro jednak mam taką możliwość, polecam uwadze Pani i czytelników jeszcze trzy krótkie teksty: „Bibliotekę Babel” Borgesa (to przykład na to, jak genialny autor na zaledwie kilku stronach odtworzyć można kompletny obraz świata), „Jedwab” Baricco (to z kolei wzór operowania czasem opowieści, skrótem i tajemnicą), oraz „…twierdzi Pereira” Tabucchiego (opowieść pozornie skromną, ale bardzo emocjonującą i być może przewrotnie opisującą nie lizbończyków sprzed kilkudziesięciu lat, ale nas – tu i teraz).

_______________________________________________________________________________________________

Michał Piedziewicz – urodził się i wychował w Gdyni, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, gdzie obecnie mieszka. Do Trójmiasta wraca zawsze chętnie, z radosnym sercem. Jego dwie książki – „Dżoker” oraz jego kontynuacja – „Domino” zostały bardzo ciepło przyjęte przez czytelników. Na co dzień zajmuje się pracą dla agencji reklamowych, mediów, współpracuje z przebojowym programem „Kuchenne Rewolucje”.

A jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać „Dżokera” i „Domino”, zachęcam do udziału w konkursie, który organizuję wspólnie z wydawnictwem MG.
Odpowiedzi do ostatniego punktu piszcie pod tym wpisem lub postem konkursowym na Facebooku. Osoba, która udzieli najciekawszej odpowiedzi zostanie nagrodzona kompletem książek.

konkurs4

Czytelniczy 2016

Rok 2016 powoli dobiega końca – za oknami znów szaro i buro, a śnieg spadł tylko na Wigilię. Zazwyczaj co roku o tej porze czuję pewną nostalgię i smutek, że kolejny rok gdzieś odlatuje, a ja nie zdążyłam zrobić wszystkiego, o czym myślałam; tak wiele moich planów się nie powiodło, a cały ogrom marzeń nawet nie przybliżył się do statu „spełnione”. Ale w tym roku jest nieco inaczej… Gdybym prowadziła notes z listą rzeczy do zrobienia w 2016, to z pewnością znalazłoby się przy niej mnóstwo nieodznaczonych kratek, ale właśnie przez to czuję pewną ulgę. Chcę, żeby ten rok skończył się jak najszybciej. Chcę pozytywnie zacząć nowy – z wielkimi zmianami i z uśmiechem każdego dnia. No, powiedzmy. 😉
A skoro mowa o zmianach i nowym rozdziale, to czas podsumować ten stary. Na osobiste przemyślenia przyjdzie jeszcze czas, a tutaj miejsce na podsumowanie wszystkich przeczytanych przeze mnie książek.

podsumowanie1

W 2016 roku udało mi się przeczytać dokładnie 83 książki, a to o dwie książki mniej niż w roku poprzednim. Jestem bardzo zadowolona z tego wyniku, bo udało mi się poznać same świetne pozycje, a i czasu miałam mniej niż w roku 2015 (więcej obowiązków) i nie wliczałam do tego spisu lektur, które – jak wiadomo – są zazwyczaj krótkie i cienkie. W zeszłym roku nie było dnia, kiedy nie towarzyszyłaby mi książka (poza maturą i zimową sesją na studiach), w tym z kolei czasem odpuszczałam sobie czytanie, nie zmuszałam się do tej przyjemności – a to oznacza, że udało mi się znacznie bardziej wykorzystać wolny czas i czytać szybciej.
Rok 2016 rozpoczęłam „Inną Duszą” Łukasza Orbitowskiego, zakończyłam zaś trzecią częścią „Dochodzenia” Davida Hewsona. Wiele się w tym roku działo – zaczynając swoją przygodę z prozą Orbitowskiego (bo to właśnie opowieść o Balickim była pierwszą jego książką, którą czytałam) nie miałam pojęcia, że jeszcze w maju uda mi się go poznać, uczestniczyć w spotkaniu. Co więcej, nie śmiałam przypuszczać, że na mojej książce autograf złoży uwielbiany przeze mnie Jaume Cabre. Skrycie marzyłam o udziale w WTK, ale nigdy na poważnie o tym nie myślałam, bo okoliczności nie sprzyjały. A tu taka niespodzianka – okazało się, że w 2016 uczestniczyłam w kilku fantastycznych spotkaniach autorskich, w tym m.in. w spotkaniu z Witem Szostakiem, kiedy odważyłam się zadać kilka pytań!

blog_19

blog_1

Dalej było tylko lepiej – od lutego rozpoczęłam swoją znajomość z pewnym ekscentrycznym i gburowatym mężczyzną ze Szwecji… tak jest! Mowa o Karlu Ovem Knausgardzie. Między nami iskrzyło i burzyło się, spędziliśmy razem nawet walentynkowy wieczór, ale w końcu postanowiliśmy zostać przyjaciółmi (przynajmniej do tej chwili, zobaczymy co z naszym związkiem zrobi szósty tom „Mojej walki” :D). Przeczytałam też wszystkie książki Wiesława Myśliwskiego, którego uważam za absolutne guru polskiej literatury. W końcu sięgnęłam po „Księgi Jakubowe”, które pożyczyłam od przyjaciółki i które łypały na mnie przez kilka miesięcy oskarżycielskim okiem. Zakochałam się w serii EKO Wydawnictwa Marginesy i udało mi się przeprowadzić pierwszy w życiu wywiad.
Wszystkie moje czytelnicze wybory śledziliście tutaj, na blogu, na Facebooku i Instagramie, dlatego zamiast przedstawiania Wam listy całych 83 książek, postanowiłam wybrać 10 najlepszych przeczytanych w 2016 roku.

10. Wiesław Myśliwski „Kamień na kamieniu”
9. Ota Pavel „Śmierć pięknych saren. Jak poznałem się z rybami”
8. Mo Yan „Bum!”
7. Hanya Yanagihara „Małe życie”
6. Martin Caparros „Głód”
5. Harper Lee „Zabić drozda”
4. Szczepan Twardoch „Król”
3. Karl Ove Knausgard „Moja walka 5”
2. Eka Kurniawan „Piękno to bolesna rana”
1. Orhan Pamuk „Cevdet Bej i synowie”

Dodatkowym bonusem do tej listy mogą być kolejne trzy powieści, które mnie zachwyciły i absolutnie porwały, ale zabrakło dla nich miejsca w ścisłej czołówce:

3. Mikołaj Golachowski „Czochrałem antarktycznego słonia” – czyli jedna pozycja ze wspomnianej już wcześniej serii EKO Wydawnictwa Marginesy
2. Jakub Małecki „Ślady” – kolejna rewelacyjna po głośnym „Dygocie” powieść uśmiechniętego zawsze od ucha do ucha autora
1. Michał Piedziewcz „Dżoker” oraz jego kontynuacja – „Domino” – czyli klimatyczna saga o Gdyni w latach 20′ aż do okresu PRL, gangsterskich porachunkach i wyjątkowe miłości, która nie przytrafia się każdemu.

Zamykając to podsumowanie nie sposób nie wspomnieć o najpiękniejszych okładkach książek, które zostały wydane w 2016 roku. Dla mnie absolutnym numerem jeden jest rewelacyjna okładka „Króla” Twardocha, który – notabene – jest dla mnie najlepszą polską książką wydaną w 2016 roku.

twardoch_krol_mmuzazima

małe życiemiejsce na ziemislady1

37fec7f89ef80312dfe5c9c7124de6bff1_full

A jak wyglądał Wasz czytelniczy 2016? Ile książek udało Wam się przeczytać i które podobały Wam się najbardziej?

TOP 15 książek pod choinkę

Święta tuż za pasem, a to pora na ostatnie przygotowania. Ja z powodu zabieganego grudnia (mnóstwa egzaminów i grypy, której w końcu udało się mnie dopaść, bo już kilka razy w tym roku wyrwałam się z jej szponów) nie mam jeszcze wszystkich prezentów. Pomyślałam, że pewnie takich jak ja spóźnialskich jest więcej i postanowiłam przygotować dla Was listę TOP 10 książkowych prezentów pod choinkę – dla mamy, taty, siostry, brata, ale nie tylko!
Ciekawa jestem, czy coś z tej listy wpadło Wam w oko, albo może nawet już kupiliście jako prezent?

wishlist

DLA MAMY:
1. „W kuchni mamy i córki” Kasi Meller to idealny prezent podarowany mamie, przez córkę. Ta książka jest niczym międzypokoleniowy dialog, pełen anegdot i opowieści, w którym przepisy na apetyczne potrawy stają się wspomnieniem rodzinnych historii, ale też pretekstem do kolejnych, wspólnie spędzonych minut przy gotowaniu, a następnie przy rodzinnym stole. Wzbogacona pięknymi fotografiami tylko prowokuje, aby sięgnąć po nóż i deskę do krojenia i stworzyć coś naprawdę smakowitego!

2. Drugą propozycją jest coś innego – coś, co nie będzie pchało mamy do garów i mówiło jej, co ma nam gotować, żebyśmy byli zadowoleni. To propozycja dość ryzykowna, ale w końcu kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana… „Szpieg”, najnowsza książka Paulo Coelho, to ponoć poruszająca i wciągająca opowieść o Macie Hari, egzotycznej tancerce, powiernicy, kochance najbogatszych, najbardziej wpływowych mężczyzn Belle Époque, postaci o tajemniczej przeszłości, budzącej zazdrość paryskiej arystokracji. Kobiecie o wielu imionach i wielu twarzach, która za niezależność zapłaciła najwyższą cenę.

DLA TATY:
3. Trochę mnie już znacie, dlatego wiecie, że nie mogłam tutaj dać innej książki. Chociaż muszę przyznać, że trochę się wahałam, czy zaproponować ją tacie, czy bratu, ale w końcu wybór padł na tego pierwszego. A o czym mowa? Oczywiście o „Królu” Szczepana Twardocha! To brawura opowieść o Warszawie lat ’30 – stolicy ogarniętej podziałami – o jej żydowskiej i polskiej części. O Jakubie Szapiro, królu tego miasta, pięściarzu klubu Makabi i prawej ręce (chociaż tej od czarnej roboty) największego warszawskiego gangstera – Kuma Kaplicy. O miłości i krwawych porachunkach, o niedomówionej historii i złudnych ambicjach, o marzeniach i rzeczywistości.

4. Nie znam się zbytnio na twórczości tego Pana, ale po dwóch przeczytanego przeze mnie jego powieściach jestem w stanie stwierdzić, że to książki, które chyba jednak bardziej przemawiają do mężczyzn, niż do kobiet. Dlatego zbiór opowiadań „Mężczyźni bez kobiet” Harukiego Murakamiego wydaje się być prezentem trafionym. To rzecz o miłości, samotności i tajemnicy, w której bohaterami są mężczyźni w różnym wieku, a tłem świat, w którym brakuje kobiet.

DLA SIOSTRY:
5. Czy młodszej, czy starszej, to nie ma znaczenia, jeżeli mowa o „Czochrałem antarktycznego słonia”. To książka idealna dla tych, którzy kochają przyrodę, ale sprawdzi się i w przypadku tych, którzy stronią od niej z daleka. Dlaczego? Bo zbiór opowieści Mikołaja Golachowskiego to fantastyczna, pełna humoru i interesujących opowieści wyprawa na oba bieguny – Północny i południowy!

6. Świat wielkiej sztuki, jeszcze większych namiętności i tajemniczy obraz, który skrywa więcej niż tysiąc słów. O czym mowa? Oczywiście o „Muzie” Jessie Burton, drugiej książce angielskiej autorki, równie fenomenalnej, jak debiut – chociaż czy ja wiem? Chyba nawet lepszej!

DLA BRATA:
7. Bratu koniecznie trzeba podarować piątą część Knausgarda (jeżeli jest fanem, bo w innym przypadku trzeba wrócić do części pierwszej). Dlaczego? Bo to ciągnąca się przez 800 stron opowieść o chłopaku w kwiecie swojego młodzieńczego wieku, pełnego nadziei i oczekiwań wobec swojego przyszłego życia. Pełnego tak charakterystycznego dla młodego wieku optymizmu i marzeń, które z dnia na dzień coraz bardziej okazują się tylko „mydlaną bańką”. To książka o życiu pełnym kontrastów, wśród których można jednak odnaleźć chwile szczęścia.

8. Idąc tym tropem, co w przypadku prezentu dla ojca, odważną książką pod choinkę może być „Rzecz o mych smutnych dziwkach” Marqueza, czyli opowieść o spragnionym miłości dziewięćdziesięciolatku, który w dniu swych urodzin prosi o dziewicę, a następnie zakochuje się w niej z siłą, która podobno towarzyszy tylko nastoletnim miłością.

Jeżeli natomiast brat jest nieco młodszy, to zaproponowałabym:

9. „Generała w labiryncie” Marqueza, wciąż podążając ścieżką dobrej literatury. O czym? O silnym autorytecie, o wzorcu kolumbijskiego dyktatora, o miłości i samotności, ale przede wszystkim o władzy.

DLA BABCI:
10. Z babciami bywa ciężko – bo nie wszystkie przecież czytają. Moja uwielbia czasopisma, w których poznaje ludzkie historie – te z bardzo szczęśliwym zakończeniem i te, z trochę mniej – ale książek nie chwyta. Mówi, że nudzą ją już po kilku stronach, że łaknie ciągle czegoś nowego – nowych bohaterów, zdarzeń, finiszów. Ale za to namiętnie słucha radia i czasem coś sobie pod nosem nuci. Pomyślałam więc, że jeżeli Wasze babcie lubią muzykę, a czas często umilają sobie lekturą, idealną książką byłoby kolejne dzieło Marioli Pryzwan, tym razem poświęcone Irenie Jarockiej. Książka „Wymyśliłam Cię. Irena Jarocka we wspomnieniach” to zbiór opowieści o trudnym dzieciństwie piosenkarki, pobycie we Francji i błyskotliwej karierze w Polsce. To zbiór listów, dokumentów i fotografii poświęconych tej wrażliwej kobiecie.


DLA DZIADKA:
11. Dziadkowie zwykle interesują się historią, dlatego nie owijając w bawełnę proponuję trzy książki, wszystkie z tej samej serii, wydane nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka: „Żony SS-manów. Kobiety w elitarnych kręgach III Rzeszy”, „Himmler. Listy ludobójcy” i ostatnia – „Dzieci Hitlera. Losy urodzonych w Lebensborn”. Wszystkie pokazujące historię II wojny światowej z nieco innej, chociaż cały czas mrocznej perspektywy.

DLA DZIEWCZYNY:
12. Uwaga! W punkcie dwunastym mieszanka wybuchowa – połączenie prozy Marqueza i Mo Yana! Dwa odległe krańce świata, zupełnie różne kultury, inne wzorce pisarstwa – to nie może się udać, prawda? A jednak! Tutaj książka, o której niebawem opowiem Wam więcej, bo jest tak doskonała, że chociaż brakuje mi słów to czuję wewnętrzny przymus, aby podzielić się tą cudownością ze światem. „Piękno to bolesna rana” Eki Kurnawiana, bo właśnie o niej tu mowa, to epicka opowieść o świecie, w którym kobiety są silne swym pięknem (chociaż to dla nich największe zagrożenie), a mężczyźni słaby przez swoje niemożliwe do opamiętania pożądanie. To indonezyjska historia o wojnie, księżniczkach, zbirach i miłości silniejszej niż śmierć pełna realizmu magicznego i wątków baśniowych.

DLA CHŁOPAKA:
13. Dla chłopaka bardzo ciężko znaleźć książkę, która na pewno się mu spodoba, dlatego w tym punkcie postawię na gatunek stary i sprawdzony: dobry kryminał. „Dochodzenie” Dawida Hewsona i kolejne jego części to kryminał zdecydowanie dobry, bo ambitny. Rozwiązania nie łatwo się domyślić, a prawda okazuje się przerastać najśmielsze oczekiwania. Nie tak łatwo odpowiedzieć na pytanie, kto zabił młodą dziewczynę – były chłopak, klient czy kochanek polityk? To książka, w której mieszają się różne sfery życia codziennego, jeszcze bardziej napawając nas grozą – tym bardziej, że tłem jest cicha i ponura Skandynawia.

A teraz w postaci bonusy pokażę Wam kilka książek, które sama z chęcią znalazłabym pod choinką

beatlesicatton_wszystko-co-lsni_mszymborska_filipowicz_listy_500pcx4skktkqturbxy8xntq5mwq3ztc5mzviztk2y2e0otzlndmzndfjndqyns5qcgvnk5uczqmuamldlqiazql4wsovb9kyl3b1bhnjbxmvturbxy8xzdc0y2i0mtcwntk1mdqznjyyownhymq2mdzmntbmni5wbmchwga

To już wszystko – 15 propozycji książkowych idealnych pod choinkę. Wspominam tu o książkach, które już czytałam, ale też o takich, które w jakiś sposób mnie zainteresowały i z chęcią bym po nie sięgnęła – a jeżeli nie sama, to bym je komuś podarowała. To lektury śmiałe i ambitne, przyjemne i mądre, ale przede wszystkim: to wszystko to bardzo dobra literatura. Jeżeli moje propozycje nie pasują do Waszych braci, sióstr, babć czy dziadków, to przeczytajcie je śmiało sami, bo jestem pewna, że i Wam by się spodobały!
Pochwalcie się w komentarzach czy macie już kupione prezenty i jakie one są? Z chęcią bym sama Wam zdradziła co ja szykuję, ale obawiam się, że rodzina mogłaby to przeczytać, więc wolę nie ryzykować.