O pewnym antykwarycznym znalezisku

Ta opowieść zacznie się jak bajka, bo też magii jest w niej niemało. Usiądźcie więc wygodnie, z kubkiem parującej herbaty w jednej dłoni i maślanym ciastkiem w drugiej, i razem ze mną przenieście się w świat wyjątkowych książek, cudownych znalezisk, bezcennych, choć porzuconych przez innych, z których każda jest na wyciągnięcie ręki. Brzmi intrygująco? Zatem posłuchajcie…


Za górami, za lasami, za rzekami, za morzami… Pewnego bardzo upalnego dnia, tak upalnego, że żar lejący się z nieba piekł w skórę, a słodkie perfumy podsycone promieniami zwabiały owady wszelkiego gatunku, zawładnęło mną silne uczucie, chcące ten upał za wszelką cenę pokonać. Doskonale zdajecie sobie z tego sprawę, moi Mili Czytelnicy, co jest najlepszym narzędziem w walce przeciw takiemu skwarowi… Nie, nie lody. Lody szybko się topią i dają uczucie tylko chwilowego ukojenia. Tak, macie rację, tym razem trafiliście, to książka.
W zależności od gabarytów książki służą do różnych celów – te większe mogą osłaniać przed słońcem, te mniejsze zaś, używane jako wachlarz, sprawują się lepiej, niż najdroższe systemy klimatyzacyjne.
Zawładnęło mną więc to silne pragnienie kupna książki i mimowolnie, naprawdę wbrew woli mego umysłu, serce skierowało mnie ku ciasnemu antykwariatowi. Szłam więc, jak ta panienka od Rajskich z Hrabala, niosąc wraz ze sobą słodką woń, otoczona przez gromadę pszczół i motyli, w sukience w ogromne kwiaty. To był naprawdę piękny letni dzień.

Weszłam nieśmiało, a drzwi przeraźliwie zajęczały pod naporem moich dłoni. Za ladą siedział mężczyzna, w wieku, na oko, trzydziestu-paru lat. Wyglądał jak postać przeniesiona z powieści – z długą czarną brodą, okrągłymi okularami, piórem w ręku, zgarbiony, otoczony stosami ksiąg, które to w każdej chwili mogłyby się na niego zawalić i przygnieść go do podłogi swoim ciężarem. Zapewne byłaby to piękna śmierć, identyczna jak z „Papierowego domu”… Być może nawet to ubezpieczało go przed innym rodzajem zakończenia życia? W końcu co może być piękniejszego od ostatnich chwil spędzonych z książką? Nie zginął jednak ani wtedy, kiedy weszłam do jego ciasnej, pachnącej papierem i kurzem skrytym między kartami, kanciapy, ani nawet później, bowiem zdążyłam go jeszcze odwiedzić. Zerknął na mnie, ale nie narzucał się. Posłał mi delikatny uśmiech, po czym pozwolił rozkoszować się dotykaniem książek tak długo, aż sama poprosiłam go o pomoc.
– Czy ma Pan może „Dwadzieścia lat później” Dumas? – zapytałam głosem drżącym z podniecenia. Pragnęłam bowiem poznać dalsze losy „Trzech Muszkieterów”.
Mężczyzna wziął drabinę i ruszył do sąsiadującego z wejściem pokoju. Wspiął się na sam jej szczyt i wśród tych najwyższych półek zaczął szukać tego, o co go poprosiłam. W końcu zszedł, wnętrzem dłoni starł kurz z okładki, przekartkował, po czym pokazał mi. Jeszcze nigdy żadnym przedmiotem nie zachwyciłam się tak bardzo! Oto w rękach trzymałam książkę z pożółkłymi kartkami, kruszącą się podczas dotyku, będącą jednocześnie esencją wszystkich „książkowych” zapachów. Wy, Mole Książkowe, doskonale wiecie co zawiera się w pojęciu „książkowy zapach”, więc pozwólcie, że ominę te tłumaczenia.
Kiedy moje podekscytowanie opadło odrobinkę, wymówiłam na głos jeszcze jedno swoje pragnienie, więc zdziwiona swoją odwagą. W końcu ten mężczyzna wyglądał tak, jakby ten książkowy świat był jego Edenem i nie chciał, by ktokolwiek mu tam przeszkadzał.
– A jest może coś Myśliwskiego? – zapytałam.
Mężczyzna prawie podskoczył z podekscytowania.
– Myśliwski to mistrz – powiedział.
– O tak – przytaknęłam – Przeczytałam wszystkie jego książki.
– Naprawdę? – zapytał – To mamy ze sobą coś wspólnego – powiedział, po czym wyciągnął duże pudło z powieściami Mistrza.
Mistrzów, jak się domyślacie, jest wielu. Każdy z nas ma innego mistrza, którego kunsztowny styl uwodzi od pierwszych stron powieści. Staram się nie nadużywać tego słowa i póki co „Mistrzem” ośmieliłam się nazwać tylko dwóch pisarzy, wśród których to zaszczytne miejsce piastuje Myśliwski.
Mężczyzna poprawił na nosie okulary, po czym zaczął wyciągać z pudła książki.
– „Ostatnie rozdanie”, „Nagi sad”… – przeglądał – O! „Widnokrąg”. Moja ulubiona – powiedział.
– I moja.  Ile za „Widnokrąg”? – zapytałam, a serce z radości podskakiwało mi w piersi.
– Niech będzie dwadzieścia – stwierdził.
Natychmiast wzięłam „Widnokrąg” do rąk, książkę, która parę lat temu zawładnęła mną z ogromną mocą, i zaczęłam gładzić palcem jej grzbiet. Wygrzebałam z portmonetki pieniądze i dopiero kiedy opuściłam siwy od kurzu antykwariat zorientowałam się, że nie wystarczy mi już pieniędzy na tego wymarzonego truskawkowego loda, którego to pragnienie dopiero teraz, po zakupie książek, dało o sobie znać z silniejszą mocą.
– Trudno – zamruczałam.
Usiadłam na murku i zamierzałam, po wcześniejszym przeglądzie książek, zrobić z nich użytek – osłonić się przed słońcem. Jednakże coś podczas przeglądania ich przyciągnęło moją uwagę.
„Widnokrąg” był zadedykowany jakiemuś mężczyźnie… Tak, wiem. Bliscy sobie ludzie często wpisują się na książkach „ku pamięci”. Pomiędzy taką zwykłą dedykacją, a tą, która pojawiła się na mojej – o tak! W końcu mogłam to powiedzieć – książce, subtelna różnica była taka, że to Mistrz zadedykował ją swojemu przyjacielowi.

Kiedy zorientowałam się, że „Widnokrąg” sam Myśliwski zadedykował Franciszkowi Jakubczakowi „z przyjaźnią od czterdziestu lat” nie wiedziałam co myśleć. Powiedzieć, że brakło mi tchu, to nic nie powiedzieć. Byłam zachwycona? Nie, to mało. Zaskoczona? Też za mało. Te 20 zł było najlepiej wydanymi pieniędzmi w moim życiu. Nie mam pojęcia, jak ta książka, podpisana w Warszawie znalazła się w antykwariacie w Rybniku, ale obiecałam sobie, że odtąd będę jej strzec, jak skarbu.

W domu natychmiast rozpoczęłam poszukiwania na temat owego Franka Jakubczaka. Kim był? Myśliwski sugeruje w dedykacji, że wybitnym badaczem chłopskiej kultury, i to też był mój pierwszy trop. Google niewiele mówiło, natrafiłam na kilka publikacji – prawdopodobnie – krewnych Jakubczaka, sugerujących iż mężczyźni z jego rodziny brali udział w Powstaniu wielkopolskim. Gdzieś nawet wypisane były wszystkie imiona i nazwiska… Jednak co chwilę traciłam ślad, byłam już zmęczona. Postanowiłam spróbować w jeszcze jeden sposób… Na stronach bibliotek wyszukałam „Franciszek Jakubczak” i trafiłam na jego publikacje.
Faktycznie, Jakubczak z Myśliwskim byli ze sobą powiązani w ten sposób, że jeden był badaczem nurtu i kultury chłopskiej, drugi zaś pisał książki o polskiej wsi. Obaj mieli też w swoim życiu okres, w którym pracowali w wydawnictwie. Jakubczak współtworzył również Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa (TPP), które rozpoczęło swą działalność w 1969 roku. Pod koniec lat 80′ razem z dwoma innymi profesorami (Janem Szczepańskim i Bronisławem Gołębiowskim) Jakubczak utrzymywał TPP z własnych środków. Towarzystwo miało na celu zachowywanie pamiętników, a także tworzenie pierwszych konkursów na prace pamiętnikarskie i przechowywanie ich w archiwum. Była to idea piękna i wzniosła, stworzona przez intelektualistów, szybko jednak zniszczona przez innych. Kiedy TPP straciło swoje lokum i zostało usunięte z tego, które Jakubczak utrzymywał z przyjaciółmi, ich zbiory zostały zniszczone. Z 900 000, zachowało się jedynie kilka tysięcy…

Czy łączyło ich coś więcej? Te słowo – „z przyjaźnią od czterdziestu lat” – nie dawały mi spokoju. Myśliwski tą dedykacją sugerował mi, że Jakubczak nie był „jakimś tam” badaczem. Był przez autora szanowany, lubiany, a kto wie? Być może nawet bardzo się przyjaźnili? Potrafiłam sobie ich wyobrazić siedzących w ogrodzie, z herbatą i miską owoców, z notatkami i książkami, całkowicie pochłoniętych rozmową, zanurzonych w dziedzictwie chłopstwa polskiego… Być może to z Jakubczakiem Myśliwski dzielił się pomysłami na nową książkę? Zapraszał do do domu, przedstawiał swoje pomysły, dopytywał go o szczegóły?
Jeszcze tego samego wieczoru postanowiłam napisać do jednego z najwybitniejszych wykładowców, jakich spotkałam na uczelni. Podzieliłam się swoimi wrażeniami, ponieważ Profesor jeszcze mocniej niż ja, kochał książki. Był zachwycony, dodatkowo okazało się, że może od Wiesława Myśliwskiego, w sposób pośredni, dowiedzieć się, kim był dla niego Jakubczak.
Niestety kontakt wkrótce się urwał, a ja powoli zaczęłam odpuszczać. Marzę o tym, by zdobyć adres Mistrza i wysłać mu list, przedstawiający tę historię – historię wzbudzonego przez upał pragnienia literatury, małego, zakurzonego antykwariatu i wielkiego odkrycia, które z pewnością jest jednym z tych szczęść, które przydarzają się w życiu każdego z nas. Tymczasem pozwoliłam sobie tę dedykację traktować jako tajemnicę i dar… Kto wie, czy po poznaniu prawdy, historia nie straciłaby tego czaru i magii? Tymczasem mogę się pochwalić tym, że na swojej półce posiadam najcenniejszą książkę, o której jeszcze parę miesięcy temu, mogłabym tylko pomarzyć.

Drodzy Czytelnicy, dobrnęliśmy do końca tej historii, więc jak w każdej bajce, czas na morał. Pamiętajcie, książki to nie tylko słowa przelane na papier. Książki to nie tylko opowieści. To ludzie tworzą te historie i to oni w tym wszystkim są najbardziej fascynujący i tajemniczy.
Spójrzcie tylko na jedną z tych książek, które macie pod ręką i zastanówcie się: jak wiele osób przed Wami ją dotykało? Co przeżywali podczas czytania: czy się śmiali? Czy płakali? Zaznaczali na niej cytaty? Może przechodzili przez miłosne rozczarowanie? Albo wręcz przeciwnie: w czasie, kiedy ją czytali, zakochiwali się w kimś? A może… to sam autor miał w ręce Twój egzemplarz książki?
Marzenia są piękne, nie bójcie się marzyć.

Reklamy

8 pisarek na Dzień Kobiet

W Dzień Kobiet każda z nas chce się czuć wyjątkowo: piękna, podziwiana, silna. Każda chce się ładnie ubrać i umalować, dostać kwiaty, zjeść kolację, lśnić przez cały dzień, epatować swoją kobiecością i czarem. Jednak ten dzień to nie tylko okazja, być dać kobiecie czerwony pęczek goździków, ale przede wszystkim by przypomnieć sobie o tych prostych wartościach: o równouprawnieniu, prawie do głosowania, o tym, że mimo iż delikatne na zewnątrz, tak naprawdę potrafią być silne wewnątrz i mogą zajmować się dokładnie tym samym, czym zajmuje się płeć przeciwna (mowa tu oczywiście nie tylko o zawodach).
Z tej też okazji wybrałam 8 najfajniejszych bohaterek literatury. Pisząc „bohaterek” mam na myśli te prawdziwe, nie fikcyjne. Przed Wami subiektywne zestawienie tych silnych, odważnych i pięknych.


1. Ciepło i poczucie humoru

Kto przychodzi Wam na myśl, po przeczytaniu tych dwóch słów kluczowych? Mnie „ciepło” nie kojarzy się z nikim innym, jak tylko z Fannie Flagg. Czytając jej książki mam wrażenie, że ktoś polewa moje serce gorącym mlekiem, balsamując je dodatkowo miodem. To autorka, przy której zawsze się pośmiejecie, zawsze się uśmiechniecie i choćbyście byli w największym życiowym dołku, ona da Wam iskierkę nadziei.
Niektóre z jej książek są przesadzone, niektóre błahe, ale wszystkie wyróżniają się tym samym: specyficznym, przytulnym klimatem, który sprawi, że będziecie chcieli zostać jednym z bohaterów jej książek. Tam zawsze znajdzie się miejsce na serdeczność i przyjaźń, zrozumienie i solidarność, uśmiech i słowo pociechy.

2. Nadzieja

Nie każda kobieta lubi czytać romanse, ale każda z nas marzy o pięknej, wielkiej, trwającej aż do końca życia miłości. Nadzieję na takie uczucia odziedziczyłyśmy m.in. w spadku po dorobku literackim Jane Austen, która swoimi klasycznymi powieściami zawsze mówiła o wielkich uczuciach, mimo iż sama do końca życia pozostała panną. Która nie chciałaby poznać swojego Pana Darcy’ego? No dobrze, przyznaję 😉 Osobiście wolę Tindleya z „Rozważnej i romantycznej”. Co jednak cieszy najbardziej to tak naprawdę nie fabuła osadzona wokół miłości i zamążpójścia, lecz kobiecie bohaterki Austen, które zawsze są rozgarnięte, inteligentne, o umysłach bystrych i szybkich.

3. Pragnienie bycia kochaną

Co prawda Haliny Poświatowskiej nie mogę nazwać pisarką, lecz poetką, ale nie wyobrażam sobie stworzenia tej listy bez niej. Ireneusz Morawski powiedział, że Halina nade wszystko pragnęła być kochana i do tego dążyła. Była kwintesencją kobiecości, wrażliwą i piękną, która nie wyobrażała sobie spędzenia życia samotnie. Uwielbiam jej wiersze, jej listy do Morawskiego – mogłabym się w nich zaczytywać bez końca.

4. Piękno i wrażliwość

Donna Tartt jest autorką, która rozkochała mnie w swoich powieściach przez „Szczygła”, a wzmocniła tylko tę miłość „Tajemną historią”. Do przeczytania pozostał mi tylko jej „Mały przyjaciel”, którego lekturę sobie wciąż odkładam, przedłużając jakby moment tej przyjemności. Donna Tartt napisała jedynie trzy książki, z których każda zajęła jej niemalże dziesięć lat.
Jej powieści są poruszające, piękne, nostalgiczne, ale również w pewien sposób oniryczne i magiczne. Mogłabym rozkoszować się jej stylem, czytać każde zdanie na głos i wciąż od nowa zatapiać się w opowiadanych przez nią historiach.


5. Hołd złożony kobiecości

Sylwia Chutnik to jedna z najbardziej znanych postaci w polskiej literaturze. Działaczka, kulturoznawczyni, absolwentka gender studies i feministka. Dokładnie 10 lat temu wydała „Kieszonkowy atlas kobiet”, będący jej debiutem. Tę książkę o różnych typach kobiet czytałam chyba jako pierwszą, a później sięgnęłam jeszcze po”Alicję w krainie czarów”. Lubię ją szczególnie za to, że pisze o kobietach i o nich mówi w sposób szczery i bezkompromisowy, na co ciężko obecnie natrafić.

6. Siła i odwaga

Nawet gdyby Justyna Kopińska napisała szereg złych książek (reportaży) i tak będę miała do niej sentyment. Uważam, że gdyby nie „Polska odwraca oczy” czytana w poczekalni WORDu, nie zdałabym prawa jazdy. Podchodziłam już któryś z kolei raz (który – to przemilczę), bardzo się stresowałam. 20 minut przed egzaminem cała się trzęsłam i nie potrafiłam przestać myśleć o placu manewrowym. Jeden z reportaży Kopińskiej wciągnął mnie jednak na tyle, że zagłębiłam się w jego lekturze i pomyślałam, że w życiu są sprawy o wiele gorsze, niż niezdany egzamin.
Justyna Kopińska jest kobietą, która nie boi się zadawania trudnych pytań i rozmawiania w cztery oczy z najgroźniejszymi osobami w Polsce. Przeprowadziła wywiad m.in. z „Wampirem z Gliwic”, czterokrotnych zabójcą, który sądził, że ją do siebie przekonał i wyznał, że marzy o zabiciu jej i pani prokurator. Rozmawiała z żoną Trynkiewicza, nie piętnując i nie oceniając jej szczęścia. Dotarła do zabrzańskich Boromeuszek, znęcających się nad dziećmi.
Właśnie dziś, 8 marca, premierę ma jej nowa książka, w 100% poświęcona kobietom. „Z nienawiści do kobiet” to kolejny zbiór reportaży, które sprawią, że dreszcze przejdą Wam po plecach.

7. Prawda i cierpienie

Magdalena Tulli to kobieta, która od zawsze chodziła własnymi drogami i to nie tylko dlatego, że chciała, ale była do tego zmuszona. Większość jej książek opowiada o tym samym: powojennej traumie matki, wychowaniu się samotnie, poczuciu inności i odosobnienia. Z powieści czytałam jedynie „Włoskie szpilki” i „Szum”, z czego ta druga bardziej przypadła mi do gustu. Wszystkim jednak, nawet nie znającym autorki, pragnę polecić rozmowę z Magdaleną Tulli „Jaka piękna iluzja” – to niesamowicie inteligentny dialog o, właściwie, wszystkim: rodzicielstwie, pisarstwie, układaniu książek na półkach, uczeniu się, pracy… Myślę, że pisany jest bardziej z myślą o kobietach, ale również i mężczyznom czytałoby się ciekawie.

8. Wściekłość i duma

Orianę Fallaci zna każdy i jestem pewna, że większość z nas czytała chociaż jeden jej tekst, esej, artykuł. Postać, które nie trzeba przedstawiać. Piękna kobieta, jednocześnie wymykająca się stereotypom, odważna w mowie i czynach. Silna, dumna, a kiedy i trzeba – wściekła.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet!
P.S. A jakie Wy pisarki znacie i lubicie?

5 niesamowitych powieści zanurzonych w muzyce

Muzyka i literaturą są mi bardzo bliskie – jedna dlatego, że opisuje świat melodiami, druga, bo mówi o nim słowami. Nigdy nie myślałam o tym, że one obie mogłyby iść razem ze sobą w parze, dopóki nie trafiłam na książkę przesiąkniętą muzyką, aż do samego końca. Dodatkowo, promując tę książkę, wydawnictwo zaproponowało ścieżkę dźwiękową, która miała umożliwić bardziej dogłębne doznania podczas lektury… Od tego czasu każdą książkę, która opowiadała jednocześnie o wielkiej muzyce, traktowałam z zainteresowaniem. W ten też sposób powstał wpis, opowiadający o paru niesamowitych pozycjach z dźwiękami w tle.

1. Pierwszą książką, która w ogóle sprawiła, że zaczęłam doceniać muzykę również i w literaturze było „Wyznaję” Jaume Cabre – od przeczytania jej w 2015 roku, do tej pory jedna z moich ulubionych. Cabre stwarza barceloński, bliski jemu sercu świat, w którym przedstawia nam Adriana Ardevola i Boscha, który sztukę grania na skrzypcach opanował do perfekcji. Może dlatego, że właśnie jego instrument posiada duszę? Vial Ardevola nie jest bowiem zwykłym instrumentem, a skradzionym żydowskiej rodzinie modelem najcenniejszych skrzypiec. Cały utwór jest zresztą stworzony jak symfonia, bowiem gdzieniegdzie zwalnia i przyśpiesza, zdania urywają się w połowie, czasy zmieniają jak melodie, przechodząc z lat 50′ XX wieku, do wieku XIX, by nagle powrócić do roku dwutysięcznego któregoś.
Kto czytał Cabre, ten wie. A tego, kto jeszcze nie zna katalońskiego pisarza zapewniam, że czytanie jego książek jest ucztą dla zmysłów, czego dowód niżej.

2. Na pierwszej książce Cabre nie kończymy, bowiem czas przesunąć się nieco dalej i wspomnieć o powieści, która – znów – zbudowana jak symfonia, jest skomponowana według koncertu skrzypcowego Pamięci Anioła Albana Berga, a poszczególne części książki, są częściami tego koncertu, nazywanymi tak samo, jak nazywa się je w muzyce. Mowa oczywiście o „Cieniu eunucha” Jaume Cabre, którego bohater, Miquel Gensana, staje przed trybunałem pamięci, by rozliczyć się z rodzinną historią. Sam autor książki żartuje na jej temat, że czytelnik poznaje w „Cieniu eunucha” historię tej samej rodziny, ale opowiedzianą przez trzech różnych bohaterów, zatem zamiast jednej, dostaje jej trzy wersje.

3. „Agonia dźwięków” Jaume Cabre, jest trzecią powieścią Katalończyka, tak silnie osadzoną w muzyce. Tym razem akcja powieści dzieje się w zapomnianym przez świat miejscu, w klasztorze La Rapita, któremu przewodzi surowa i pozbawiona humoru matka Dorotea, a gdzie jako spowiednik został zesłany niezwykle utalentowany brat Junoy. Nie mając możliwości cieszenia się muzyką (w klasztorze obowiązuje bowiem perfekcyjna cisza), spowiednik jest zmuszony wraz z dźwiękami przenieść się do świata wyobraźni, który staje się dla niego muzycznym rajem, azylem, jedyną ostoją.

4. Czas na nieco dalszą podróż, bowiem ze słonecznej Katalonii, przedstawianych nam w czasach różnych, przenosimy się do ciężkich Chin, wraz z powieścią „Nie mówcie, że nie mamy niczego” Madeleine Thien. Akcja powieści początkowo dzieje się we współczesnym Vancouver, ale niedługo po jej rozpoczęciu, wraz z główną bohaterką, Marie, przenosimy się do Chin, by odkryć rodzinne tajemnice. Marie bowiem targają pytania o przeszłość jej ojca; dowiedziała się, że był studentem szanghajskiego konserwatorium, ale dlaczego nigdy jej o tym nie powiedział? Dlaczego w domu nigdy nie było fortepianu, mimo że był jego mistrzem? Wraz z bohaterką, w rytm sonet Bacha, odkrywamy co wydarzyło się w Chinach pół wieku temu…

5. A może by się tak troszkę oderwać od klasyki w stronę muzyki bardziej popularnej? Norwegia, druga połowa XX wieku. „Beatlesi” Lars Saabye Christensen. I czterej chłopcy, którzy chcą być jak oni – Beatlesi. Kim, Gunnar, Seb i Ola wsłuchują się w dźwięki Beatlesów i marzą, by być nimi. Kiedy dochodzą do wniosku, że czwórką z Liverpoolu już nie będą, postanawiają stać się kimś podobnym. Założyć zespół, zrobić karierę, żyć tylko muzyką… Ale życie, jak to życie, weryfikuje wszystkie plany i pragnienia. Pojawiają się problemy, z którymi chłopcy, a wkrótce już młodzi mężczyźni, nie potrafią sobie poradzić. Ktoś, kto śledził karierę muzyczną Beatlesów, łatwo będzie potrafił wywnioskować przebieg akcji powieści z nazw rozdziałów – bowiem poszczególne rozdziały książki są zatytułowane tak, jak wydane albumy Beatlesów.

Podobno jeszcze „Oberki do końca świata” Wita Szostaka są przesiąknięte muzyką, ale do przeczytania tej książki wciąż się zabieram.

A Wy, znacie jakieś książki zatopione w muzyce?

20 książek, które przeczytam w 2018 roku

Tak, wiem. Styczeń… Otwierasz notes i wpisujesz: do końca roku schudnę 10 kg, będę ćwiczyć regularnie, odżywiać się zdrowo. A później przychodzi luty i wszystkie postanowienia szlag trafił, bo wcinasz batoniki jeden po drugim, a komputer z pewnością nie służy Ci do tego, żeby troszkę przed ekranem poćwiczyć z Ewką Chodakowską…

W zeszłym roku obiecałam sobie, że przeczytam co najmniej 12 książek w języku angielskim (na każdy miesiąc przynajmniej jedna książka) i zobaczę 12 filmów po włosku bez lektora i napisów. Miałam zresztą swoją naukę włoskiego już zakończyć, bo zamierzałam opanować naprawdę wysoki poziom. No cóż… wyszło jak wyszło. Przeczytałam 5 książek (jedną kończę jeszcze dziś) i zobaczyłam dwa filmy. Włoski odłożyłam, bo brakło mi czasu. Ćwiczyłam, jak ćwiczyłam, bo nie potrafiłam się zmotywować, żeby kleknąć na dywaniku przed komputerem i ruszać nóżką w tę i z powrotem. Jednak całe lato biegałam, może nie oszałamiająco dużo, ale ok. 5-6 km udało mi się zrobić prawie każdego dnia. Poza tym miałam naprawdę ciężki rok, ale było w nim nieco spontaniczności – otworzyłam się na poznanie nowych osób, przeczytałam 100 książek i dostałam się na staż w wydawnictwie SQN. To tak z przymrużeniem oka 😉 Bo były też dobre rzeczy.

Postanowienia noworoczne są beznadziejne. Oczywiście, to nic odkrywczego, bo przecież każdy sobie coś obiecuje, ale nie przelicza sił na zamiary. Chcemy nauczyć się języka w rok, osiągnąć super figurę super modelki (modela) w rok, zmienić wszystkie swoje przyzwyczajenia, które pielęgnowaliśmy przez całe życie W ROK!!! A może by tak spojrzeć na to wszystko nieco bardziej realnie?
Nie nastawiam się na to, że w 2018 roku znów uda mi się przeczytać 100 książek, jak obecnie, bo wiem, że to będzie dla mnie rok wielkich zmian, być może i przełomowy w moim dotychczasowym życiu. Co więcej, postanowiłam to czytanie trochę ograniczyć – chcę przyjmować mniej egzemplarzy recenzenckich, aby więcej czasu poświęcić swoim lekturom. Z tego też powodu stworzyłam listę 20 książek, które koniecznie chciałabym poznać w 2018 r.


Przed Wami lista 20 książek, które zawsze chciałam przeczytać, na które nie potrafiłam znaleźć czasu, a które przeczytam (prawdopodobnie) w 2018 roku:

1. Tomasz Mann „Czarodziejska góra” – jedna z najwspanialszych książek w literaturze, wstyd jej nie znać.

2. Lew Tołstoj „ Anna Karenina” – literaturę rosyjską lubię i cenię, ale „Anna Karenina” jakoś mnie skutecznie zniechęcała. Czas poznać i Tołstoja.

3. J.R.R. Tolkien „Władca pierścieni” – bo to klasyka fantastyki, ale fantastyki w ogóle nie czytam. Czas najwyższy nadrobić.

4. Julio Cortazar „Gra w klasy” – Marquez wciągnął mnie w literaturę iberoamerykańską. Cortazara czytałam jedynie „Tango raz jeszcze”, a to przecież „Gra w klasy” jest jedną z najpopularniejszych książek tamtejszego świata.

5. Ota Pavel „Jak tata przemierzał Afrykę” – „Jak poznałem się z rybami. Śmierć pięknych saren” to zbiór opowiadań, który oczarował mnie dwa lata temu. Sama historia życia pisarza Oty Pavla jest zresztą na tyle ciekawa, że z chęcią poznam go bliżej.

6. Orhan Pamuk „Dziwna myśl w mej głowie” – Pamuka czytałam jedynie „Rudowłosą” i „Cevdeta Beja i synów”, urzeczona tą ostatnią książką obiecałam sobie, że wkrótce sięgnę po najbardziej znane dzieło pisarza.

7. Aldous Huxley „Nowy wspaniały świat” – bo antyutopie warto znać, a obok „Roku 1984” Orwella to najpopularniejsza książka tego gatunku.

8. Ernest Hemingway „Komu bije dzwon” – Hemingwaya czytałam jedynie „Starego człowieka i morze”, a to przecież jeden z najpopularniejszych pisarzy amerykańskich.

9. Stephen King „Lśnienie” – obiecałam sobie, że przeczytam ją w wakacje. Nie wyszło (kolejne niespełnione postanowienie). W 2018 r. już musi się udać!

10. Andrea Wolf „Człowiek, który zrozumiał naturę” – dostałam ją od znajomej z grupy „Przeczytaj i podaj dalej” w ramach wymiany książkowej. Grubasek, po którego nie miałam czasu sięgnąć, bo priorytet miały zawsze recenzenckie.

11. Lars Saabye Christensen „Półbrat” – książka, którą dostałam pod choinkę. Przeczytałam już genialnych „Beatlesów” i średni „Odpływ”, „Półbrat” jest podobno najgenialniejszy, więc nie mogę się doczekać lektury.

12. Carlos Ruiz Zafon „Cień wiatru” – podobno najpiękniejsza książka o książkach. Ciężko ją dostać w księgarniach, w bibliotece są na nią zapisy, ale obiecuję, że w tym roku w końcu ją dorwę.
13. Erin Morgenstern „Cyrk nocy” – od dawna na mojej liści, od dawna też niezdobyty. Nie wiem o tej książce nic, poza tym, że ją zachwalają.

14. Eric Maria Remarque „Na zachodzie bez zmian” – a i przy okazji odświeżę sobie lekturę „Łuku triumfalnego”, wszak tam tak pięknie mówią o miłości!

15. John Folwes „Mag” – bo klasykę trzeba znać.

16. Justyna Kopińska „Polska odwraca oczy” – dość głośna książka, a jakoś nie wpadła w moje łapki. Jestem jej bardzo ciekawa.

17. Marek Hłasko „Pierwszy krok w chmurach” – bo polecone przez znajomą, a czytałam jedynie „Pięknych dwudziestoletnich”. Pokochałam Hłaskę po tej jednej, autobiograficznej książce. Jestem pewna, że pokocham go bardziej po zapoznaniu się z innymi dziełami.

18. Ursula Le Guin „Ziemiomorze” – już od dawna czaiłam się na Le Guin, ale właśnie – nie dość, że fantastyka, to jeszcze grubasek. W tym roku już postaram się z nią zapoznać.

19. Mario Vargas Llosa „Gawędziarz” – kolejna z książek, która miała być przeczytana w lato, co mówi samo za siebie.

20. Agatha Christie… – i tu już zdam się na los. Nie wpisuję żadnego tytułu. Wezmę, co mi kto poleci 😉

Tak prezentuje się lista tych książek, które bardzo, ale to bardzo pragnę przeczytać w roku 2018. Wcale nie jest ich tak dużo, bo to nieco mniej niż 2 książki miesięcznie, więc nawet przy dużej licznie egzemplarzy recenzenckich to liczba realna to osiągnięcia.
Poza tym postawiłam sobie kilka realnych celów (nieksiążkowych), aby ten rok był dla mnie lepszy.


1. Każdego dnia wieczorem będę w notesiku zapisywać co było w tym dniu dobrego, aby pod koniec móc wyciągać wnioski i zmieniać swoje życie na lepsze.

2. Do śniadania będę pić tylko zieloną herbatę bez cukru, bo dobrze działa na organizm, a parzona odpowiednio długo działa energetyzująco.

3. Nie będę się przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu.

4. Będę częściej mówiła ludziom „nie”, co z pewnością rozwiąże parę kłopotów.

5. Założę (właściwie już założyłam) planer, aby lepiej zarządzać blogiem.

6. Postaram się zaoszczędzić jakąś niewielką kwotę, aby móc w wakacje pojechać na kilka dni nad jezioro.

7. Dzień będę rozpoczynać uśmiechem, niezależnie od pogody i okoliczności.

A Wy? Jakie macie postanowienia? Ile chcecie przeczytać książek? Bierzecie udział w jakimś wyzwaniu?

Czytelniczy 2017

W ubiegłym roku przeczytałam 83 książki i uważałam, że to całkiem dobra liczba. Każdą wolną chwilę spędzałam z książką. Literatura była dla mnie lekarstwem na wszystko – na smutki i złość, melancholię i nostalgię, a nawet na radość i szczęście działała jeszcze bardziej krzepiąco. Teraz udało mi się przeczytać 100 książek, a pod względem czytelniczym wrzuciłam bardziej „na luz”. Nie wiem jak to zrobiłam, ale dobrnęłam do liczby, o której zawsze marzyłam, chociaż wydawało mi się to niemożliwe – nawet jeśli znałam osoby, które przeczytały tych książek w ciągu roku jeszcze więcej. W weekendy czytałam mniej, bo po pierwsze po dziesięciu godzinach spędzonych na uczelni zwyczajnie nie miałam siły sięgać po książkę, a w okresie wakacyjnym niemalże każdą sobotę poświęcałam widywaniu mojej miłości. A że wyszło tak, że początkowo odległość pozwalała nam się spotykać tylko w weekendy, to jakoś sobie radziliśmy… Nie zmuszałam się do czytania, nie czytałam każdego dnia. Sięgałam po książkę kiedy miałam na to ochotę… i właśnie to jest przepis na szczęście! Bo chyba właśnie tym sposobem udało mi się ich przeczytać setkę. W związku z tym – i w związku z końcówką roku – warto byłoby zrobić jakieś podsumowanie, choć muszę przyznać, że podchodziłam do niego, jak do jeża.


Ten rok był dla mnie bardzo nierówny. Zaczął się właściwie nijako, choć od fenomenalnej powieści – bo w styczniu mogłam cieszyć się przygodami „Hrabiego de Monte Christo” Aleksandra Dumas. Spędzałam wieczory samotnie w łóżku, zapraszając do siebie jedynie co lepszych bohaterów książek… Wszystko zmieniło się w kwietniu, kiedy poznałam miłość mojego życia. Dzieliła nas odległość i chociaż byłam pewna, że to nas pokona, to tylko dodała nam ona skrzydeł. Tym piękniej, że to historia właśnie jak z tych najbardziej ulubionych książek. Mój chłopak twierdzi, że zakochał się we mnie już po kilku dniach korespondencyjnej znajomości… a ja się z niego śmiałam, przez cały ten czas wyśmiewałam jego uczucie. Później, w maju przyjechał, chociaż nie wierzyłam, że będzie mu się chciało pokonać kilometry tylko dla mnie. Początkowo spotykaliśmy się na mieście, w lipcu oficjalnie zostaliśmy parą. Choć nikt nie wróżył nam przyszłości, dalej pisaliśmy do siebie listy, rozmawialiśmy długie godziny wieczorami i spotykaliśmy się niemalże każdej soboty. Ciężkie to były dni, kiedy komuś z nas w weekend coś wypadało i musieliśmy czekać kolejny tydzień, by znów chwycić się za ręce i przespacerować się po mieście… Żeby nie zanudzać Was bardziej moimi uczuciami powiem tylko, jaki był finał tej historii. W październiku przeprowadził się do mojego miasta. Rzucił wszystko dla mnie, wyjechał z dnia na dzień, nie będąc nawet pewnym, czy znajdzie mieszkanie i pracę. Wszystko się udało, pani wynajmująca mieszkanie przyjęła go od razu, na rozmowę kwalifikacyjną poszedł zaraz na drugi dzień. Teraz jesteśmy razem każdego dnia, a mimo to i tak bardzo tęsknię, kiedy na parę dni wraca w rodzinne strony.

Oprócz tej naszej pierwszej randki, która była też naszym pierwszym spotkaniem w prawdziwym świecie, w maju dostałam się również na staż w wydawnictwie SQN. To niewątpliwie dodało mi skrzydeł, pozwoliło uwierzyć w swoje możliwości, poznać pracę w książkach od środka i nauczyć się wielu wspaniałych rzeczy. Staż ten był jedną z najwspanialszych rzeczy, jakie przydarzyły mi się w tym roku, która tym bardziej utwierdziła mnie w przekonaniu, że w przyszłości chcę być panią, która „robi w książkach”.

Końcówka roku, jak cały ten 2017, była dla mnie tak samo nierówna. Raz z górki, raz pod górkę. Zrobiłam kurs prawa jazdy, ale jeszcze nie udało mi się zdać egzaminu. Nie mniej jednak jestem z siebie dumna, że odważyłam się, by wsiąść do „L-ki”, wyjechać na drogę, podejść do egzaminu… Jeżeli w 2018 roku pójdę do dentysty – nie zmuszona przez ból – chyba pokonam wszystkie swoje strachy w życiu.

Przy okazji przygód z książkami, miałam też okazję „rozwinąć” się nieco fotograficznie. Co prawda nie mogę się porównywać do tych najlepszych blogerów, jednak sama siebie muszę pochwalić, bo zdjęcia robię o wiele ładniejsze i lepiej skomponowane, niż w roku ubiegłym. Zaczęłam też fotografować naturę, do czego zainspirowała mnie budząca się do życia przyroda po długim zimowym śnie.

No dobrze, ale gdzie te konkrety? Chyba czas już przejść do podsumowania? Z pewnością wyobrażacie sobie, że niełatwo jest wybrać z tej setki swoje ulubione i mniej ulubione książki. Zacznę jednak od literatury polskiej, żeby było nieco łatwiej, bo w końcu wybór tu znacznie węższy.

Dwiema książkami, które mnie zachwyciły są:
1. „Rdza” Jakub Małecki
2. „Jaka piękna iluzja” Magdalena Tulli, Justyną Dąbrowską


Literatura zagraniczna, która mnie porwała, to:
3. „Beatlesi” Lars Saabye Christensen
4. „Niksy” Nathan Hill
5. „Ekspedycja” Bea Uusma
6. „Amerykańska sielanka” Philiph Roth
7. „Dżentelmen w Moskwie” Amor Towles
8. „Agonia dźwięk
ów” Jaume Cabre


Dwa klasyki, które skradły moje serce w pierwszej połowie tego roku:
9. „Hrabia Monte Christo” Aleksander Dumas
10. „Trzej muszkieterowie” Aleksander Dumas

Dodatkowo wyśmienicie bawiłam się dzięki tym powieściom:
1. Tove Jansson „Lato”
2. Stephen King „Cmętarz zwieżąt”
3.  Philiph Roth „Kiedy była porządną dziewczyną”

Nie obyło się również bez tych nieudanych przygód z literaturą… Na szczęście w całej tej setce książek znalazły się tylko dwie, które mnie nie przekonały:
1. „Buntownicza młodość” C.D. Payne
2. „Teatr Sabata” Philiph Roth

Zamykając ten rok nie sposób nie wspomnieć o najpiękniejszych okładkach. Było ich wiele – jak co roku. Zachwyca oczywiście seria EKO wydawnictwa Marginesy czy klasyki wydawane przez MG. Ciężko było wybrać kilka, które w jakiś sposób mnie urzekły. Przed Wami 4 z nich, które mnie oczarowały… nie ma wśród nich „Ekspedycji”, która zasłużyła na pierwsze miejsce za całe graficzne opracowanie – bo to nie tylko książka o podróży, lecz podróż dzięki tej książce.

Sami widzicie, że przynajmniej czytelniczo rok 2017 był bardziej równy i udany. Mam nadzieję, że 2018 mu dorówna… a plany na ten nadchodzący Nowy Rok? O tym w kolejnym wpisie.
A może pochwalicie się w komentarzach, co udało się przeczytać Wam? 🙂