Annapurna, czyli poświęcenie

Miejscowa ludność nie wspina się w góry, aby nie nachodzić bóstw w ich środowisku. Annapurna to bogini urodzaju. Majestat i potęga. Duma i chwała. Ale jednocześnie również i góra, która zabiła wielu. Byli tacy, który przez Annapurnę stracili część siebie – nie zdołali się wspiąć na sam szczyt, a obrażenia były tak wielkie, że musieli niejednokrotnie poddawać się amputacji. Ale byli również i tacy, którzy próbowali ją okiełznać i w tej nierównej walce zginęli. Zamarzli, a ich ciała wygrzebywano spod śniegu. Bo Annapurna to góra, która nie każdemu pozwala zakosztować tak zażyłej z nią bliskości. 8091 m, a na każdym pojedynczym metrze, kryje się śmiertelne niebezpieczeństwo.


Maurice Herzog doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaki ogrom osób pochłonęła ta góra. Jak wielu z nich nie wróciło, jak umierali świadomi swej klęski i porażki. A jednak młodość i pasja ma to do siebie, że nie dopuszcza się myśli o odwrocie, ucieczce, poddaniu się aż do ostatniego oddechu. Aż do ostatniej krążącej w żyłach kropli krwi. Wraz z zespołem wytyczył sobie cel: zdobyć Dhaulagiri albo Annapurnę – jeden z tych dwóch ośmiotysięczników. To nie była łatwa przeprawa – pogoda nie zawsze dopisywała, miejscowa ludność o zdobywaniu szczytów nie miała pojęcia i na każde śmiałe zdanie o wspinaczce reagowała z grozą, a indyjskie mapy były tak niedokładne, jak senne majaki – nic poza przypuszczeniami i wątpliwościami.
Szukanie właściwej drogi zajęło im większą część czasu, ale kiedy w końcu ją odnaleźli, nie zamierzali się poddawać.
Annapurnę zdobyło jedynie dwóch z nich – Maurice Herzog, tudzież autor książki, oraz Louis Lachenal, jego przyjaciel, człowiek gór. O ile jednak wejście było ogromnym trudem i poświęceniem, tak zejście ze szczytu okazało się piekłem.


Herzog zatopiony był w euforii. Mógłby stać na szczycie Annapurny i rozkoszować się chwilą. On i Louis byli pierwszymi, którzy zdołali „złamać” tę górę, wzbić się ponad jej majestat i potęgę, zdobyć ją. Wielu tu zginęło, a oni resztką sił dotarli na jej szczyt. W tej euforii i nie mającym granic szczęściu zgubił rękawice. Nie pomyślał również i o tym, by założyć na dłonie skarpety, które zawsze nosił w plecaku przygotowane na taką przykrą okoliczność. Szedł po śladach Louisa w dół, nie odczuwał już strachu. Był człowiekiem spełnionym.
Kiedy dotarli do przyjaciół, wciąż podekscytowany zdobyciem szczytu zaczął opowiadać im o wspinaczce. Dopiero wtedy, po ich słowach, zdał sobie sprawę, że jego palce są całkowicie odmrożone, czarne i bez czucia.
Piekło zaczęło się później.


Maurice i Loius musieli się poddać serii zastrzyków, by pobudzić krążenie krwi. Ślepota śnieżna nie ustępowała przez kilka dni. Ból nie do wytrzymania otępiał ich, ale wciąż jednak dawał nadzieję, że nie tak wielka część ciała zostanie amputowana. Rezultat był oszałamiający – Annapurna pozbawiła Lachenala palców u stóp, a Herzoga u stóp i dłoni.
Osiągnęli szczyt, stali się pokorni, zdobyli wolność, ale kosztem samych siebie.

Dla każdego z nas Annapurna jest spełnionym ideałem; w młodości nie gubiliśmy się w fantastycznych opisach ani w krwawych walkach, jakimi dzisiejsze wojny karmią dziecięcą wyobraźnię Góry były dla nas naturalną areną, gdzie igrając na krawędzi życia i śmierci, znaleźliśmy wolność, której szukaliśmy na oślep, wolność, potrzebną jak chleb.


„Annapurna” to kultowa książka o himalaizmie i zdobyciu przez człowieka pierwszego ośmiotysięcznika. To jednocześnie piękna i przerażająca opowieść o walce, poświęceniu, pasji, która nie zna granic i potędze natury, która w ostatecznym rozrachunku i tak zawsze zwycięży nad człowiekiem.

Annapurna, ku której poszlibyśmy wszyscy bez grosza przy duszy, jest dla nas skarbem, którym będziemy żyć… Z urzeczywistnieniem tego marzenia odwraca się karta… Zaczyna się nowe życie.
Są inne Annapurny w życiu ludzkim…

Reklamy

Wszyscy o tym mówią!

Od momentu, kiedy po raz pierwszy przeczytałam „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg, czytam tę książkę każdego lata. Jest tak niesamowicie pozytywna, ciepła, zabawna i błyskotliwa, że nie sposób mi sobie wyobrazić najpiękniejszych dni w roku (bo letnich!) bez jej towarzystwa. Zresztą mimo że to literatura gatunkowo raczej „lekka”, Flagg nie stroni od przekazywania swoim czytelnikom życiowych mądrości, trafnych porad starej, dobrej przyjaciółki, pomagających brać życie w całości takim, jakim jest, uśmiechać się do przeciwności losu i każdego dnia na nowo podejmować walkę o lepsze jutro.
Nie miałam jeszcze okazji sięgnąć po inne książki autorki – co z pewnością nadrobię, w celach literaturo-poznawczych – ale kiedy dowiedziałam się, że w marcu nakładem Wydawnictwa Literackiego, ukaże się jej najnowsza powieść, „Całe miasto o tym mówi”, byłam tak podekscytowana, jak przy pierwszym czytaniu „Smażonych zielonych pomidorów”.

„Całe miasto o tym mówi” nie jest jednak tym, czego oczekiwać by można po lekturze „Smażonych zielonych pomidorów”.

Małomiasteczkowość to idylla, do której potajemnie wzdycha każdy z nas. Miejsce, w którym każdy się zna, wszyscy dążą do wspólnego dobra, nikt nikomu nie działa na szkodę, a mieszkańcy żyją ze sobą w serdecznej, przyjaznej, wręcz rodzinnej atmosferze. Same miasteczko jest zaś niewielkie, co sprawia, że żyjąc w pobliżu jego centrum, wciąż można zaznać ciszy i spokoju, jaki gwarantuje wieś. I podobnie jak w „Smażonych zielonych pomidorach” Fannie Flagg przenosi czytelników swoim pisarstwem do takiego właśnie miejsca, do Elmwood Springs.

A wszystko zaczyna się od Lordora Norstroma, Szweda, który przybył na Nowy Kontynent, by zrealizować swój „american dream”. Jest lubiany w swojej niewielkiej, lokalnej społeczności, ma dom, farmę i parę krów, a do szczęścia brakuje mu jedynie żony… Jednakże wadą życia na takim pograniczu jest chroniczny brak kobiet. Za namową swoich sąsiadek postanawia więc umieścić ogłoszenie w gazecie:

37- letni Szwed pozna Szwedkę
w celu matrymonialnym.
Mam dom i krowy.
Lordord Nordstrom,
Swede Town, Missouri.

Jakiś czas po ukazaniu się ogłoszenia, na anons Lordora odpowiada młoda Szwedka, Katrina Olsen. W parę miesięcy później dziewczyna decyduje się rzucić wszystko i przybyć do Missouri, by poznać Lordora i wspólnie z nim zdecydować, czy staną się małżeństwem, czy ich drogi się rozejdą. Jednak para szczęśliwie się w sobie zakochuje – Katrina jest pod wrażeniem siły i czułości Lordora, ten zaś uważa, że dziewczyna jest najpiękniejszą i najbardziej delikatną istotą, jaką w życiu poznał. Parę miesięcy później tworzą już szczęśliwe małżeństwo.

Wraz z rozrastaniem się rodziny Nordstromów, rośnie również miasto. Wkrótce pojawiają się wybudowane przez burmistrza – Lordora Nordstroma – pierwszy sklep, fryzjer, lekarz. Ze Swede Town miejscowość zmienia też swoją nazwę na Elmwood Springs – od wiązów, drewna i strumieni. Życie mieszkańców toczy się powoli, po cichu, w rytm zmieniających się pór roku, narodzin i śmierci bliskich, zmian, jakim poddaje się świat. Wkrótce pokolenie pierwszych osadników zastępują ich dzieci, oni sami przenoszą się zaś na Spokojne Łąki, gdzie budzą się pełni chęci i sił do życia, pozbawienie trosk, zmartwień, ułomności cielesnych. Są martwi, ale duchowo wciąż żyją i biorą bierny udział w życiu miasteczka, co więcej, rzewnie plotkują o tym, co się w nim dzieje.

Wraz z bohaterami – żywymi i martwymi – czytelnik śledzi wszystkie ważne wydarzenia w tak tej lokalnej społeczności, jak i na świecie; wynalezienie telegramu, zbudowanie pierwszego samolotu, uzyskanie przez kobiety prawa do głosowanie, lądowanie na Księżycu, narodziny i rozwój technologii cyfrowej. A całość – jak to w stylu Fannie Flagg – okraszona jest ogromną dawką humoru, lekkości i swoistego ciepła, które wyzwala w czytelniku tylko pozytywne odczucia.

Nie jest to z pewnością literatura dążąca do wyższych ambicji niż te mające cele wyłącznie rozrywkowe, różni się również od „Smażonych zielonych pomidorów”. W „Całe miasto o tym mówi” aż roi się od postaci, a z każdą z nich wiąże się jakaś historia. Momentami czytelnik może doznać uczucia lekkiego zagubienia, próbując odszukać w pamięci to, czy inne nazwisko. Ich perypetie są też zdecydowanie mniej interesujące i spektakularne niż te, opisywane w najpopularniejszej książce Flagg. Najnowsza powieść pisarki czasem wydaje się naiwna, przerysowana (ot, zjawisko reinkarnacji, które zarazem jest klamra kompozycyjną całego tekstu), trochę za bardzo zagmatwana. Fannie Flagg jest obdarzona niezwykłym talentem kreowania postaci bliskich każdemu – niedoskonałych, prawdziwych, a jednak dających się lubić, tak ułomnie ludzkich, czasem pokracznych, zabawnych, ale bliskich nam, bo przecież każdy z nas, czytających tę książkę – zna choć jednego dobrego, szlachetnego Lordora, plotkarę Idę, pomocną ciotkę Elmer czy choćby bohatera, gotowego poświęcić życie w wyższym celu, jak Gene.

„Całe miasto o tym mówi”, chociaż w porównaniu do „Smażonych zielonych pomidorów” jest książką przeciętną, stanowi dobrą rozrywkę na parę dni. Mimo iż bywa przesadzona, naprawdę można się przy tej książce pośmiać.

5 niesamowitych powieści zanurzonych w muzyce

Muzyka i literaturą są mi bardzo bliskie – jedna dlatego, że opisuje świat melodiami, druga, bo mówi o nim słowami. Nigdy nie myślałam o tym, że one obie mogłyby iść razem ze sobą w parze, dopóki nie trafiłam na książkę przesiąkniętą muzyką, aż do samego końca. Dodatkowo, promując tę książkę, wydawnictwo zaproponowało ścieżkę dźwiękową, która miała umożliwić bardziej dogłębne doznania podczas lektury… Od tego czasu każdą książkę, która opowiadała jednocześnie o wielkiej muzyce, traktowałam z zainteresowaniem. W ten też sposób powstał wpis, opowiadający o paru niesamowitych pozycjach z dźwiękami w tle.

1. Pierwszą książką, która w ogóle sprawiła, że zaczęłam doceniać muzykę również i w literaturze było „Wyznaję” Jaume Cabre – od przeczytania jej w 2015 roku, do tej pory jedna z moich ulubionych. Cabre stwarza barceloński, bliski jemu sercu świat, w którym przedstawia nam Adriana Ardevola i Boscha, który sztukę grania na skrzypcach opanował do perfekcji. Może dlatego, że właśnie jego instrument posiada duszę? Vial Ardevola nie jest bowiem zwykłym instrumentem, a skradzionym żydowskiej rodzinie modelem najcenniejszych skrzypiec. Cały utwór jest zresztą stworzony jak symfonia, bowiem gdzieniegdzie zwalnia i przyśpiesza, zdania urywają się w połowie, czasy zmieniają jak melodie, przechodząc z lat 50′ XX wieku, do wieku XIX, by nagle powrócić do roku dwutysięcznego któregoś.
Kto czytał Cabre, ten wie. A tego, kto jeszcze nie zna katalońskiego pisarza zapewniam, że czytanie jego książek jest ucztą dla zmysłów, czego dowód niżej.

2. Na pierwszej książce Cabre nie kończymy, bowiem czas przesunąć się nieco dalej i wspomnieć o powieści, która – znów – zbudowana jak symfonia, jest skomponowana według koncertu skrzypcowego Pamięci Anioła Albana Berga, a poszczególne części książki, są częściami tego koncertu, nazywanymi tak samo, jak nazywa się je w muzyce. Mowa oczywiście o „Cieniu eunucha” Jaume Cabre, którego bohater, Miquel Gensana, staje przed trybunałem pamięci, by rozliczyć się z rodzinną historią. Sam autor książki żartuje na jej temat, że czytelnik poznaje w „Cieniu eunucha” historię tej samej rodziny, ale opowiedzianą przez trzech różnych bohaterów, zatem zamiast jednej, dostaje jej trzy wersje.

3. „Agonia dźwięków” Jaume Cabre, jest trzecią powieścią Katalończyka, tak silnie osadzoną w muzyce. Tym razem akcja powieści dzieje się w zapomnianym przez świat miejscu, w klasztorze La Rapita, któremu przewodzi surowa i pozbawiona humoru matka Dorotea, a gdzie jako spowiednik został zesłany niezwykle utalentowany brat Junoy. Nie mając możliwości cieszenia się muzyką (w klasztorze obowiązuje bowiem perfekcyjna cisza), spowiednik jest zmuszony wraz z dźwiękami przenieść się do świata wyobraźni, który staje się dla niego muzycznym rajem, azylem, jedyną ostoją.

4. Czas na nieco dalszą podróż, bowiem ze słonecznej Katalonii, przedstawianych nam w czasach różnych, przenosimy się do ciężkich Chin, wraz z powieścią „Nie mówcie, że nie mamy niczego” Madeleine Thien. Akcja powieści początkowo dzieje się we współczesnym Vancouver, ale niedługo po jej rozpoczęciu, wraz z główną bohaterką, Marie, przenosimy się do Chin, by odkryć rodzinne tajemnice. Marie bowiem targają pytania o przeszłość jej ojca; dowiedziała się, że był studentem szanghajskiego konserwatorium, ale dlaczego nigdy jej o tym nie powiedział? Dlaczego w domu nigdy nie było fortepianu, mimo że był jego mistrzem? Wraz z bohaterką, w rytm sonet Bacha, odkrywamy co wydarzyło się w Chinach pół wieku temu…

5. A może by się tak troszkę oderwać od klasyki w stronę muzyki bardziej popularnej? Norwegia, druga połowa XX wieku. „Beatlesi” Lars Saabye Christensen. I czterej chłopcy, którzy chcą być jak oni – Beatlesi. Kim, Gunnar, Seb i Ola wsłuchują się w dźwięki Beatlesów i marzą, by być nimi. Kiedy dochodzą do wniosku, że czwórką z Liverpoolu już nie będą, postanawiają stać się kimś podobnym. Założyć zespół, zrobić karierę, żyć tylko muzyką… Ale życie, jak to życie, weryfikuje wszystkie plany i pragnienia. Pojawiają się problemy, z którymi chłopcy, a wkrótce już młodzi mężczyźni, nie potrafią sobie poradzić. Ktoś, kto śledził karierę muzyczną Beatlesów, łatwo będzie potrafił wywnioskować przebieg akcji powieści z nazw rozdziałów – bowiem poszczególne rozdziały książki są zatytułowane tak, jak wydane albumy Beatlesów.

Podobno jeszcze „Oberki do końca świata” Wita Szostaka są przesiąknięte muzyką, ale do przeczytania tej książki wciąż się zabieram.

A Wy, znacie jakieś książki zatopione w muzyce?

Lutowe zapowiedzi

Styczeń minął mi dość szybko, z czego bardzo się cieszę, bo ten początek roku mocno mnie poturbował. Ciężko było zacząć, dlatego liczę, że luty okaże się nieco łaskawszy. A co dobrego czeka nas w lutym? Jakie książki będziemy czytać?
Cieszę się, że premier czytelniczych nie ma aż tak dużo, bo to oznacza, że mogę spokojnie nabrać sił na recenzowanie, zastanowić się nad rozwojem bloga i przeczytać część swoich lektur.

W lutym na pewno zwrócę uwagę na:

1. Alex Bellos „Alex po drugiej stronie lustra. Jak liczby odzwierciedlają życie, a życie odzwierciedla liczby”

Matematyka jest niczym dowcip. Całkiem poważnie! Każdy dowcip trzeba załapać i podobnie trzeba załapać rozumowanie matematyczne.
I tu, i tu mamy do czynienia z takim samym procesem myślowym. Dowcipy są krótkimi opowieściami składającymi się z wprowadzenia i puenty. Słuchamy ich uważnie, by się na końcu roześmiać.
Rozumowanie matematyczne również jest opowieścią z wprowadzeniem i puentą. Oczywiście jest to opowieść innego rodzaju, w której występują liczby, figury, symbole i formuły. Taką matematyczną narrację zwykle nazywamy dowodem, a puentę – twierdzeniem.
Studiujemy dowód uważnie aż wreszcie dochodzimy do jego konkluzji. Szast prast! Coś podobnego! Neurony szaleją! Przypływ intelektualnej satysfakcji wynagradza nam cały trud i uśmiechamy się.
Ha-ha! w przypadku dowcipu i aha! w przypadku rozumowania matematycznego wyrażają w gruncie rzeczy przeżycie tego samego rodzaju – to właśnie między innymi sprawia, że matematyka tak fascynuje i wciąga.
Podobnie jak najzabawniejsze puenty, najpiękniejsze twierdzenia ukazują coś, czego się nie spodziewaliśmy. Odsłaniają przed nami nową ideę, nową perspektywę. W przypadku dowcipów wybuchamy śmiechem; w przypadku rozumowania matematycznego zapiera nam dech z podziwu. Zafascynowany od dzieciństwa matematyką Alex Bellos w swojej książce również stara się nas zaskakiwać. Pokazuje, że najbardziej zdumiewająca cecha matematyki polega na tym, że była i nadal jest niesamowicie skuteczna jako narzędzie umożliwiające nam poznanie tego, co nas otacza. Nasza cywilizacja zawdzięcza swój rozwój odkryciu prostych figur, jak okręgi i trójkąty, które początkowo wyrażano graficznie, a później w języku równań. Jest najbardziej imponującym i mającym najdłuższą tradycję przedsięwzięciem w ludzkich dziejach.
Data wydania: 6 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cena: 42 zł

2. James McBride „Załatw publikę i spadaj”

„Najciężej pracujący facet w show-biznesie”, „soulowy brat numer jeden”, „największy demagog w dziejach czarnej rozrywki”. O Jamesie Brownie można powiedzieć wiele. Z jednej strony – jeden z najbardziej charyzmatycznych i utalentowanych muzyków swojego pokolenia, który na zawsze odmienił bieg historii, muzyki i popkultury. Z drugiej – kiepski biznesmen, furiat i twardy szef trzymający krótko swoich pracowników.
By opisać jego życie, James McBride zabiera nas w podróż z opustoszałych miasteczek Karoliny Południowej i Georgii do Nowego Jorku. Z lat trzydziestych XX wieku do początków wieku XXI. Historia Browna jest dla McBride’a pretekstem do opowiedzenia losów niezwykłych osób, bez których gwiazda „ojca chrzestnego muzyki soul” nie miałaby szansy świecić tak silnym blaskiem i przez tyle dekad. To również pełna melancholii i nostalgii opowieść o pielęgnowaniu tożsamości i o sztuce pamiętania o swoim pochodzeniu.
Książka znalazła się w finale Nagrody Literackiej „Los Angeles Times” oraz zdobyła tytuł jednej z najlepszych książek 2016 roku według National Public Radio.
Data wydania: 7 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Czarne
Cena: 44,90 zł

3. Richard Mabey „Roślinny kabaret. Botanika i wyobraźnia”

W swojej urzekającej, ciekawej i pełnej wiedzy historycznej i przyrodniczej książce Richard Mabey przedstawia różne gatunki roślin, które przez wieki rozbudzały wyobraźnię człowieka i wprawiały go w autentyczny zachwyt. Wiele stron poświęca roślinom, które w różnych momentach historii przyczyniły się do przemian w nauce, estetyce i rozwoju społecznym ludzkości.
Opisuje rozmaite rośliny, począwszy od chwastów, przez rośliny uprawne i lecznicze, kończąc na takich, wokół których gromadzą się uczestnicy praktyk religijnych. Przedstawia je wszystkie z jednakową pasją, niezależnie od tego, czy chodzi o niepozorne kwiaty czy mierzące 100 metrów sekwoje. Pisze o kulturowym znaczeniu roślin oraz ich praktycznym zastosowaniu.
Opisując rośliny jako inspirację artystów, wychodzi od sztuki paleolitu i prowadzi czytelnika w świat poetów romantycznych. Na zakończenie swojej książki wspomina o współczesnych rozważaniach na temat „inteligencji roślin”. „Roślinny kabaret” to opis nadzwyczajnych związków świata roślin ze światem ludzi.
Data wydania: 13 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cena: 44 zł

4. Mark Kurlansky „Hawanna. Podzwrotnikowe delirium”

Mówią, że to miasto „jest niczym miłość brzydkiej kobiety, namiętne i rozgorączkowane”. Że mężczyźni wciąż są tu ostentacyjnie męscy, a kobiety o rozłożystych biodrach – najbardziej kobiece na świecie. Mówią, że powietrze drży tutaj jak w delirium, kołysze się tanecznymi rytmami granej na żywo muzyki, że nawet chodzi się tu w rytmie sonu. Nakręcono o niej setki filmów, choć wciąż najlepiej wypada w stylu noir. Kiedyś miasto-występek, dziś miasto-upadek – Hawana.
Mark Kurlansky, dziennikarz „New York Timesa”, zapuszczał się w wąskie uliczki „żółtego miasta” przez blisko trzydzieści lat. Podążał śladami Hemingwaya, Greena, Carpentiera, czytał wielbionego przez habaneros Lorcę, spędzał noce w legendarnych kawiarniach i sam sprawdził prawdziwość zdania, które Errol Flynn nabazgrał na ścianie jednej z nich: „Najlepsze miejsce, żeby się upić”. Bo przecież tu powstały popularne drinki: cuba libre, daiquiri, mojito.Jednak Hawana to nie tylko miasto słońca, zabawy i tańca. Nie można jej zrozumieć bez poznania jej tragicznej, burzliwej historii: kolonializmu, protektoratu USA, reżimu Batisty, rewolucji Fidela Castro i dominacji Związku Radzieckiego. Jej ulice wielokrotnie nasiąkały krwią niewolników i więźniów politycznych.Ta książka to wyznanie nieskrywanych uczuć Kurlansky’ego do tego niezwykłego miasta. Bo – jak sam pisze – Hawana, ze wszystkimi swoimi zapachami, rozsypującymi się murami, izolacją i trudną historią, jest najbardziej romantycznym miastem na świecie. Napisano o niej niezliczone pieśni miłosne. To miasto zawsze oczarowuje.
Data wydania: 15 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Czarne
Cena: 39, 90 zł

5. Kristina Sandberg „Być rodziną”

Szwecja, lata czterdzieste i pięćdziesiąte XX wieku.
Tomas Berglund poddaje się terapii, która ma go wyleczyć z alkoholizmu. Maj wraz ich małą córeczką Anitą bardzo go wspiera. Gościny udziela im siostra Maj, ale życie dwóch rodzin w małym mieszkaniu nie jest łatwe… A to nie jedyna trudność, z jaką musi się borykać Maj. Czy terapia męża odniesie oczekiwany skutek i nałóg już nigdy więcej nie zawładnie jego życiem? Czas pokaże. Na razie wszystko jest dobrze, więc wracają do domu. Oprócz problemów osobistych muszą się zmagać z globalnymi: trwa wojna, panuje kryzys… Gdy Tomas zostaje powołany do wojska, Maj sama musi zapewnić opiekę dwójce dzieci, bo niedawno urodziła syna. Czy sprosta czekającym ją wyzwaniom? Czy małżeństwo, które Maj i Tomas chcą za wszelką cenę utrzymać, przetrwa wszystkie burze, a ich wspólne życie wypełni wreszcie szczęście i ciepło domowego ogniska?
Data wydania: 22 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cena: 49, 90 zł

6. Dan Baum „Wolność i spluwa”

Dan Baum od dziecka interesował się bronią. Z wiekiem do zachwytu dołączyła refleksja: czy w dobie masakr można jeszcze mówić o „zdrowej fascynacji bronią”? Czy kolejne strzelaniny nie powinny wpłynąć na zaostrzenie prawa? A może przeciwnie – jedynie powszechny dostęp do broni poprawiłby bezpieczeństwo mieszkańców USA?
W tym kraju wolności druga poprawka do konstytucji gwarantująca prawo do noszenia broni nieustannie podsyca żar dyskusji. Czy to możliwe, że prawda leży pomiędzy stanowiskami zagorzałych zwolenników i zdeklarowanych przeciwników? Aby znaleźć odpowiedź, autor rusza w podróż po stanach, w których dostęp do broni stanowi podstawę wolności obywatelskiej. Rozmawia ze sportowcami, filmowcami, kobietami i mężczyznami, których pasją jest strzelectwo, kolekcjonerami i działaczami społecznymi, którzy walczą o odczarowanie złej sławy „kultury strzelania”. Wolność i spluwa znakomicie opowiada o fenomenie „uzbrojonej Ameryki”. Jak mówi jeden z bohaterów książki: „ludzie kochają broń i jej nienawidzą. Zazwyczaj jednocześnie”.
Data wydania: 28 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Czarne
Cena: 49, 90 zł

… A na koniec zostawiam prawdziwą perełkę i jedyną książkę, na którą tak naprawdę czekam w tym miesiącu.

6. Karl Ove Knausgard „Moja walka 6”

 Na tę chwilę dziesiątki tysięcy polskich czytelników czekało od lat. Po pięciu znakomicie przyjętych częściach autobiograficznej powieści Karla Ovego Knausgårda nadszedł czas na ostatnią odsłonę dzieła, o którym mówił cały literacki świat. Ale spokojnie, przed nami jeszcze ponad tysiąc stron do przeczytania…
W szóstej części Mojej walki – bodaj najbardziej osobistej – wyłania się najpełniejszy obraz pisarza, męża i człowieka. Karl Ove Knausgård, autor a zarazem bohater powieści, stoi u progu największego przełomu w swoim życiu — właśnie ukazuje się pierwszy tom Mojej walki, powieści, która na zawsze odmieni życie jego i jego najbliższych, choć nie wiadomo jeszcze z jakim skutkiem… Zanim świat uzna jego książkę za międzynarodową sensację, przyjdzie zmierzyć mu się ze skandalem, pozwem sądowym oraz załamaniem nerwowym żony. Oto cena sukcesu.
Moja walka. Powieść 6 nie jest jednak tylko zapisem zmagań pisarza z zastaną rzeczywistością, ale również powieścią, która rzuca światło na tytuł serii. Wszystko za sprawą opowieści o młodości Adolfa Hitlera…
Data wydania: 28 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Literackie

A co Wy zamierzacie czytać w lutym? Może coś polecicie?

Noszę w sobie tygrysa…

Eka Kurniawian byłby dla mnie autorem anonimowym, gdyby pewnego zimowego dnia ubiegłego roku nie dotarła do mnie paczka niespodzianka od Wydawnictwa Literackiego. Pamiętam, że premierę książki „Piękno to bolesna rana” jakoś zlekceważyłam, natomiast kiedy zagłębiłam się w lekturze, powieściowy świat całkowicie mnie pochłonął. Samowolnie ochrzciłam Kurniawiana „Marquezem z Indonezji”, bowiem jego powieść była tak podobna do „Stu lat samotności”, że od jej przeczytania nie potrafiłam myśleć o tych dwóch autorach oddzielnie. Do tego wszystkiego była podobna wcale w nie złym znaczeniu, bowiem ona w czasie czytania błyszczała tym pięknem Marqueza, wielokrotnie przypominając jego prozę, a jednak wciąż pozostając książką inną, samodzielną. Mityczne miasteczko, mężczyźni uganiający się za kobietami, baśnie i legendy – słowem: realizm magiczny.
W styczniu tego roku ukazała się w Polsce druga książka Kurniawiana – „Człowiek Tygrys”. Już nie tak dobra, jak jej poprzedniczka, nie tak zachwycająca, ale kto wie, czy nie ciekawsza?


Akcja powieści rozpoczyna się od morderstwa, które wstrząsa całym miasteczkiem i jego mieszkańcami. Dodajmy, morderstwa nie byle jakiego. Nikt nie wie, dlaczego Margio, młody, porządny, odpowiedzialny chłopak zabija swojego sąsiada z takim okrucieństwem – wgryzając mu się w szyję i szarpiąc po kolei płaty mięsa, rzucając je niedbale na podłogę. Być może zwariował po śmierci ojca? A może został opętany? Działał, by dokonać zemsty? Margio skrywa w sobie jednak tajemnicę. Nosi w swoim wnętrzu tygrysa, niecierpliwego, żądnego krwi, jej zapachu i smaku.
Od momentu, kiedy odkrył, że biała tygrysica w nim jest i od czasu do czasu ujawnia swą obecność, chłopak starał się nad nią zapanować, oswoić ją, uspokoić. Jednak wraz z każdym wybuchem gniewu ojca, który kończy się na skatowaniu żony, zwierzę się burzy, warczy, jest gotowe do skoku… a Margio rozdarty w połowie nie wie, jak długo jeszcze zdoła je poskromić.
Kiedy ojciec Margia umiera w męczarniach, chłopiec czuje ulgę – wyobraża sobie, że jego tygrysica jest w końcu nasycona, pozwoli mu odpocząć. Chwilę później jednak zwierze atakuje, a Margio staje się mordercą. Co spowodowało jego gniew? Czym zawinił mieszkający za płotem artysta-amant?

„Człowiek tygrys” nie jest tak porywającą powieścią jak „Piękno to bolesna rana”, nie wciąga tak bardzo od pierwszych stron, a akcja toczy się raczej leniwie, po kolei odkrywając nam kolejne fakty i wydarzenia, będącymi dla oczu czytelnika tak przykrymi, jak zrywane kolejno warstwy ostrej cebuli. Kurniawian uwodzi stylem, opowieścią i niebanalnym pomysłem na zakończenie. Niewątpliwie czaruje w tej powieści iście indonezyjski element – coś z pogranicza świata realistycznego i baśni – tygrys mieszkający we wnętrzu człowieka. Świat tej książki jest z jednej jak najbardziej realny, czego dowodzą wydarzenia, których świadkiem jest Margio, z drugiej zaś niewątpliwie jest oniryzmem. To książka pełna kontrastów – przedstawia świat pełen namiętności, ale zubożały pod względem miłości. Jest piękna i brutalna. Magiczna i realistyczna. Niezwykła, a zarazem przecież mówiąca o codziennych wydarzeniach.
Nie wątpliwie Kurniawian stał się jednym z autorów, którzy potrafią tak bardzo mnie zachwycić, złapać za serce, wprawić w zdumienie.