„Podróż mnie wchłonęła” – rozmowa z Tonym Kososkim

O postaci Tony’ego Kososkiego pisałam przy okazji recenzji jego drugiej książki „Widzieć więcej” – to zwykły chłopak z Oruni, podróżnik, backpacker, autostopowicz, wieczny marzyciel, który wymyślił sobie, by zwiedzić świat. W ślad za tym marzeniem zaczął podążać, próbując życia na własną rękę. Podróżował za darmo, noce spędzając w namiocie, jadając owoce z drzew albo będąc zapraszanym przez lokalnych mieszkańców na posiłki, czasem dzięki ich uprzejmości mógł spędzić w ich domach kilka dni. Na transport nie wydawał ani złotówki, łapiąc „stopa” lub docierając do miejsca swojej destynacji o ile własnych nóg. Zwiedził połowę Ameryki Południowej tylko dlatego, że chciał. Podróż go wchłonęła – jak tłumaczy.
Zapraszam Was serdecznie na rozmowę z tym fascynującym człowiekiem!


Kasia: Tony, niedawno wróciłeś z ogromnej i dalekiej podróży, a znów po raz kolejny jesteś w drodze. Podróżowanie uzależnia?

Tony Kososki: Do niedawna tak mi się jeszcze wydawało, lecz teraz myślę, że backpackerstwo to okres w życiu, który fajnie przeżyć. W tę podróż, teraz, dookoła świata i na Spotkanie ze Snoop Doggiem wyjechałem bardziej dlatego, że zrozumiałem iż jestem w stanie tego dokonać. A jej wspomnienia będą mnie podnosić na duchu do końca życia.

K: Zostając dłużej w Ameryce Południowej po zakończeniu Mistrzostw, byłeś po prostu ciekaw świata, chciałeś wykorzystać okazję czy może przekroczyć nie tylko terytorialne, ale i własne granice?

T.K: Zdecydowanie chciałem „jedynie” zwiedzić i zobaczyć co dalej, porobić zdjęcia… Nie sądziłem, że podróż potrafi aż tak dużo wnieść do życia i tak bardzo zmienić człowieka.

K: Kiedy w Twojej głowie zrodził się pomysł na podróżowanie? Zwiedzałeś świat z rodzicami, czy wręcz przeciwnie – z kanapy śledziłeś przygody Cejrowskiego, Wojciechowskiej i Halika?

T. K: Nikogo! Po prostu zawsze chciałem wyjechać z Polski na jakiś czas, po to, aby sprawdzić czy w naszym kraju faktycznie jest tak źle jak to mamy w zwyczaju narzekać. Na Erasmusie w Portugalii zaczął się autostop i jakby klapki spadły mi z oczu. „Czyli co – ja też mogę? Łał no to teraz będę robił to do końca życia!”

„Złowiłem piranię!”

K: Wracając do Halika… Jak jego postać ma się do Twojego pseudonimu? Celowy zabieg czy kompletny zbieg okoliczności?

T. K: Przypadek. Pseudonim wymyślają znajomi. Ten powstał w wakacje przed studiami i wtedy nawet nie wiedziałem kto to jest Tony Halik :D. A że poznawałem nowych znajomych i w tym samym czasie założyłem facebooka to w nowym środowisku Tony się po prostu przyjął. W Portugalii też wszystkim było z tym łatwiej, wszak Przemek, czy Przemysław to nie takie łatwe do przeczytania.

K: Wolisz, gdy znajomi nazywają się „Tonym” czy Przemkiem? Z kim bardziej się utożsamiasz – z Tonym podróżnikiem, czy Przemkiem, chłopakiem z Oruni?

T. K: Tony to będzie taki etap w moim życiu. A jak przedstawiam się Polakom, to zawsze mówię, że jestem Przemek. Nie lubię robić z siebie dziwaka :D. A że nie uważam abym robił cokolwiek czego nie może zrobić ktokolwiek inny to oczywiście utożsamiam się ze zwykłym chłopakiem.

K: Podróżując tak daleko bardzo rzadko bywasz w domu… co na to Twoi rodzice? Jak zareagowali, kiedy po raz pierwszy postanowiłeś wyjechać na drugi koniec świata?

T. K: Wszystko działo się jakoś stopniowo. Ja też nagle nie wskoczył bym w samolot do Brazylii. Erasmus był pierwszy. Teoretycznie tylko pół roku, później przedłużyło się to do 2 lat i wtedy kolejnym krokiem była Brazylia, która była moim ogromnym marzeniem.

Tony ze swoją pierwszą książką.

K: Dlaczego akurat autostop? Kiedy wpadłeś na ten pomysł i jak wyglądała Twoja pierwsza podróż?

T. K:
Hmm. Pierwsza podróż to cały dzień stopowania, 8-10 km w pełnym słońcu po rozgrzanym asfalcie bez butów i przejechane jedynie 30 km. Wraz z pozostałymi znajomymi spotkaliśmy się 40 km dalej i spaliśmy na dworcu. W krótkich spodniach, bez śpiworów… Nikt nie był do niczego przygotowany, ale na szczęście temperatura nocą w Portugalii w sierpniu jest bardzo akceptowalna.

K: Boisz się czasem? W „Widzieć więcej” opisujesz, jak Cię okradli czy grozili Ci nożem, a jednak wsiadasz do samochodów zupełnie obcych ludzi. Czy to tak, że po którymś razie jechania autostopem, strach już znika?

T. K: Chyba od razu po pierwszym :D. w jego miejsce pojawia się ogromna radość z sukcesu!

K: Podróżowanie za darmo brzmi jak kompletna abstrakcja – przecież w dzisiejszym świecie nic nie jest za darmo. Ty udowodniłeś, że jeżeli bardzo się chce, to się da. Ale to chyba nie zabawa dla wszystkich? Co trzeba w sobie mieć, by taką podróż przetrwać i czerpać z niej przyjemność?

T. K: Trzeba chcieć 🙂

K: Miewałeś chwile zwątpienia? Był taki moment, że chciałeś kupić bilet powrotny, wrócić do domu, zjeść porządne śniadanie i wyspać się w swoim łóżku?

T. K: Raczej nie. Do domu wróciłem, ponieważ musiałem obronić Pracę Inżynierską. Po 16 miesiącach czułem się z tym neutralnie, ale myślę, że gdyby nie ten bodziec to pewnie jeszcze trochę bym został. Podróż mnie wchłonęła. Fajne uczucie 😛


K: Współcześnie backpakerzy, jak uświadomili mi to czytelnicy mojego bloga, często odbierani są bardzo negatywnie. Uważa się, że do podróżowania potrzebne są jakieś pieniądze, a nie „żerowanie” na dobroczynności innych. Co o tym sądzisz? Można podróżować tak, by nie wykorzystywać innych?

T. K: Ja mówiąc za siebie mogę powiedzieć, że nigdy nie czułem abym na kimś żerował. Ludzie którzy mówią takie rzeczy podróżują głównie od lodówki przez kanapę do biurka i nie mają pojęcia o tym jakie są realia podróży. Ludzie mi pomagali bo chcieli, bo byli zafascynowani tym co robię, bo nie wierzyli, że tak się da. A nie dlatego, że ich do tego zmuszałem.

K: Twój kolejny cel to podróż jachtostopem do USA. Masz jakiś plan, wizję podróży?

T. K: Tak jestem na St. Maarten i chcę spotkać się ze Snoop Doggiem i w międzyczasie uczyć się grac na konsoli, żeby za kilka lat zostać dj!

K: Twój rok cały składa się z podróżowania? Znajdujesz trochę czasu na inne rzeczy, pasje?

T. K: Staram się 🙂

K: Niejedna osoba zapewne Ci zazdrości – robisz to, co lubisz i jeszcze na tym zarabiasz… ale czy faktycznie jest tak kolorowo, jak może się wydawać? Czy to nie tak, że to wszystko tylko ładnie brzmi natomiast w rzeczywistości jest o wiele trudniejsze?

T. K: Co zarabiam? Chyba oszczędzam. Polecam pochodzić trochę głodnym i zobaczymy jak wszyscy będziecie chcieli podróżować.

K: Interesuje Cię Zachód (obie Ameryki). Czy na wschód, do krajów azjatyckich, lub na południe, do Afryki też Cię ciągnie?

T. K: Zdecydowanie najbardziej do Azji.

„Nie próbujcie tego w domu!”

K: Co zrobi Tony Kososki, gdy zwiedzi już wszystkie kraje, które go interesowały?

T. K: Pewnie ich nie zwiedzi, ale wtedy zacznie się realizować na innych płaszczyznach.

K: Twój nadgarstek zdobi wytatuowana Ameryka Południowa. Będziesz sobie robił taką pamiątkę po zwiedzeniu innych kontynentów? A może masz inne cele i marzenia?

T. K: Wątpię. Ta podróż mam wrażenie była tą która pozostanie we mnie do końca życia. Dlatego postanowiłem ją uwiecznić.

K: W takim razie życzę wielu udanych podróży, ciekawych reportaży i zawsze pełnego brzucha! 😉


A na dokładkę, dzięki uprzejmości Wydawnictwa MUZA mam konkurs, w którym do wygrania jest najnowsza książka Tony’ego.
Co trzeba zrobić, by wygrać?
1. Polub profil Niebieskiej Papużki na Facebooku,
2. Udostępnij informację o konkursie,
3. Napisz w komentarzu (NA FACEBOOKU POD POSTEM KONKURSOWYM) słowo klucz związane z wakacjami.

Konkurs trwa od momentu, w którym się zgłosicie, aż do 7 sierpnia. Powodzenia!

Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest blog Niebieska Papużka
2. Sponsorem konkursu jest Wydawnictwo MUZA
3. Nagrodą jest najnowsza książka Tony’ego Kososkiego  „Widzieć więcej”
4. Czas trwania: 24.07.2017 r. – 7.08.2017 r. (do północy)
5. Wyniki: 7.08.2017 r.
6. Wysyłka tylko na terenie Polski
7. Dane do wysyłki należy przesłać mi w wiadomości prywatnej na tym fan page’u, po wyłonieniu zwycięzcy
8. Organizator zobowiązuje się nie udostępniać danych teleadresowych podanych przez zwycięzcę.
9. Organizator oświadcza, że konkurs nie jest w żaden sposób sponsorowany, popierany ani prowadzony przez serwis facebook.com ani z nim związany. Facebook nie ponosi żadnej odpowiedzialności za działania Organizatora oraz żadnych konsekwencji przeprowadzania konkursu na łamach serwisu.
10. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr4, poz. 27 z późn. zm.

W podróż po marzenia

Poznajcie Tony’ego – dwudziestoparolatka z marzeniami większymi niż Ziemski glob. Pochodzący z gdańskiej Oruni chłopak postanowił w końcu te marzenia spełnić i wyjeżdżając na wolontariat na Mistrzostwa Świata w Rio zdecydował się, by nie kupować od razu biletu powrotnego. Stwierdził, że pewnie będzie chciał wykorzystać okazję i zwiedzić w Ameryce coś jeszcze, niż tylko najbardziej znane brazylijskie miasto. Może coś więcej, niż tylko Rio de Janeiro? A może uda się jeszcze przedostać do Kolumbii… Wenezueli…? Tak z trzydziestu dni jego podróż przeciągnęła się do ponad czterystu. Jego pobyt miał trwać jedynie miesiąc, lecz Tony zapragnął, by potrwała ponad rok. A wiecie, co z tego wszystkiego jest najśmieszniejsze? Przez cały czas swojej wielkiej i szalonej podróży Tony wydał mniej, niż Wy, płacąc za parę nowych butów czy dizajnerskich dżinsów.


Co może zrobić młody chłopak z ograniczonymi środkami na koncie w banku, ale ze stale rozrastającym się (o zgrozo, nie ma na to lekarstwa!) marzeniem?
Tony wpadł na pomysł dość prosty, ale genialny… i chociaż wielu jego podróż wydawała się nieodpowiedzialna i zwariowana, on dopiął swego i jak sobie zamarzył, tak zrobił. Koszty związane z przejazdem, spaniem, a nawet jedzeniem ograniczył prawie do zera. Jeździł tylko autostopem, ewentualnie przemieszczał się pieszo lub pracował na swój transport, nie wydając na nie tym samym ani grosza. Spał w namiocie, a z drobną pomocą mundurowych czasem mógł spędzić noc w budynku. Jadł to, co podarowali mu ludzie lub sam zdobył – mango, kokosy, banany, suche bułki, placki, bardzo tanie mięso krokodyla. Dopiero w ostatecznej sytuacji sięgał po kartę i szedł do bankomatu. Chciał sprawdzić, jak to jest, gdy na życie ma się jakieś tylko niewielką, bardzo ograniczoną sumę pieniędzy – jak się wtedy myśli, jak postępuje, oszczędza, gdzie szuka pożywienia, jak się człowiek zmienia… W ten sposób spędził cudowny urlop na Karaibach, nie wydając na to ani grosza. Odhaczając kolejno cele ze swojej „listy marzeń”, upolował krokodyla, zrobił tatuaż, zjadł ogromną mrówkę, niósł w rękach anakondę, siedział obok mrówkojada, widział burzę nad jeziorem Maracaibo w Wenezueli, a nawet odnalazł prawdziwych przyjaciół – tak w postaci ludzkiej, jak i zwierzęcej…

Jednak nie myślcie, że ta podróż przez Amerykę Południową poszła mu tak gładko, jak po maśle – bywały też chwile grozy.
„Widzieć więcej” zaczyna się od podróży Tony’ego przez Ekwador, Kolumbię, po Wenezuelę i znów – na powrót – Kolumbię. I chociaż kraje te charakteryzuje gościnność i otwartość serc, w Ekwadorze padł ofiarą kradzieży, a w Wenezueli po raz pierwszy zrozumiał kim jest, co robi i jaka odległość dzieli go od domu… Ilekroć wyciągał rękę, by łapać stopa słyszał, by iść na autobus, bo to Wenezuela, tutaj nie można podróżować, jeżeli się nie ma pieniędzy. Biały człowiek z ogromnym plecakiem i aparatem w kraju Wenezuelczyków to pretekst do ciągłych kontroli, gróźb, a nawet zamknięcia w więzieniu. To tam Tony po raz pierwszy poczuł strach i siłę szantażu…


Nie skłamię, jeśli napiszę, że Tony Kososki to moja największa inspiracja minionych dni. Po jego drugą książkę – „Widzieć więcej” sięgnęłam jedynie ze względu na opisywaną tam Kolumbię. Toż to przecież kraj Marqueza, mojego literackiego guru, kwintesencja, zdawałoby się, Ameryki Południowej – kraj tak piękny, jak różnorodny… Oczekiwałam ciekawych informacji, faktów, zaskoczenia, zadziwienia, z czasem i zbulwersowania realiami państw, przez które podróżował, ale jednak niczego ponadto – bo ostatnio bywa tak, że chociaż reportaże czytam dobre, to często wyzute z emocji. Tony tymczasem zafundował mi jazdę bez trzymanki.

Ilekroć jeszcze raz pomyślę, że nie jestem w stanie czegoś zrobić, że mi się nie uda lub ktoś jest ode mnie lepszy, pomyślę o Tonym Kososkim, który mądrość przekazaną w książce, zaczerpnął z podróży. Ten chłopak udowadnia, że niemożliwe nie istnieje, że możemy zrobić wszystko jeśli kieruje nami pasja.
Jego książka to wspaniała, autentyczna, brawurowa podróż. Momentami pisana nieco chaotycznie i dość potocznie jest najlepszym dowodem na prawdziwość opowiedzianej historii. Czytając książkę Przemka czułam się, jakbym siedziała tuż obok niego, a on snuł swoją opowieść o Ameryce – w taki prosty, naturalny sposób. Polecam serdecznie!

Jak czytać, żeby nie żałować?

Każdy książkocholik wie, że życie jest za krótkie, by przeczytać wszystkie te powieści, które nas interesują, a co dopiero, by marnować je na złe książki. Dobór odpowiednich lektur jest więc warunkiem kluczowym, by w ogóle proces czytania wprawić w ruch. Ale jak uniknąć rozczarowań? Czy to nie tak, że czyhają one na nas gdzieś po drodze naszej samotne wędrówki przez świat książek?
Jako blogerka książkowa i – przede wszystkim – czytelniczka, rozczarowań miewam bardzo mało, jak na liczbę książek, które czytam w roku. Chociaż osiągam liczbę około 80 powieści przeczytanych w czasie od pierwszego stycznia do ostatniego grudnia, liczbę słabych książek mogłabym policzyć na palcach jednej ręki… Czy więc możliwe jest całkowite uniknięcie czytelniczych fars i poświęcenie się tylko i wyłącznie dobrej, wartościowej i ambitnej literaturze? Niestety odpowiedź na to pytanie brzmi „nie”, ale z pewnością do stanu idealnego można się zbliżyć… tylko jak?


1. Sugeruj się okładką
Na początek dość kontrowersyjnie i na przekór powiedzeniu, że nie ocenia się książki po okładce, radzę ją jednak przez pryzmat jej szaty graficznej oceniać. Okładka, wbrew pozorom, mówi nam bardzo wiele o wnętrzu książki (nie biorąc oczywiście pod uwagę spektakularnych wpadek GREGA). Z doświadczenia nauczyłam się, że cudowne oprawy kryją pod sobą niesamowite historie i szczerze mówiąc… większość książek, które kupuję, najpierw urzekły mnie okładką, a dopiero później zaintrygowały fabułą.
To nie zmienia oczywiście faktu, że ogromna ilość literackich perełek wydana jest bardzo skromnie, ale przez to też przechodzi w literackim świecie bez echa.

2. Zastanów się dwa razy
Kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po „Miłość w czasach zarazy” byłam ogromnie rozczarowana tą powieścią i odłożyłam ją na półkę już po kilku stronach. Miałam wtedy jakieś trzynaście lat i niszowe pojęcie o prozie Marqueza i o literaturze samej w sobie. Kiedy wróciłam do tej książki kilka lat później, zakochałam się w opowieści i zawierzyłam swoje czytelnicze serce iberoamerykańskiemu piórowi Gabo… Książki, tak jak ludzie, pojawiają się w naszym życiu w odpowiednim czasie… Niekiedy potrzebny jest dobry moment, by jakaś powieść nas zachwyciła, urzekła, rozkochała w sobie. Ta sama książka czytana w różnych okresach życiowych może być odbierana zgoła inaczej, dlatego zanim sięgniesz po jakąś opowieść, dokładnie zapoznaj się z jej tematyką i zastanów się, czy to na pewno odpowiedni okres.

3. Daj się zachwycić tytułowi
Tytuł to bardzo ważny element każdej książki – coś, co zaraz po okładce najbardziej rzuca się w oczy. Na podstawie samego tytuły wybrałam powieść „My, topielcy” i po dzisiejszy dzień jestem nią oczarowana; nutka tajemnicy, odrobina grozy, coś misternego, magicznego, a jednocześnie bardzo realistycznego, wręcz naturalistycznego…

4. Stawiaj na jakość, a nie na ilość
Najważniejsze jest to, co książka ze sobą niesie, jakie ma przesłanie i co pamiętasz po jej skończeniu. Najbardziej wartościowe książki to takie, które pozostaną w Twojej pamięci przez długie lata i od czasu do czasu będą Ci o sobie przypominać w różnych sytuacjach życiowych. Czasem o wiele lepiej jest przeczytać jedną wartościową książkę w ciągu miesiąca, niż kilka prostych powieści, o których zapomnisz zaraz po odłożeniu na półkę.

5. Rób listy
Sporządzenie listy książek, które chcesz przeczytać lub kupić sprawi, że skrupulatnie będziesz omijać wszelkie promocje, a dzięki temu „przypadkowe” książki nie trafią w Twoje ręce – co oczywiście zmniejsza ryzyko rozczarowania.

6. Nie bierz wszystkiego, co Ci dają
Jeśli jesteś blogerem książkowym, to prawie każdego dnia borykasz się z podjęciem trudnej decyzji – recenzować czy nie recenzować? Ciężko oprzeć się książkom, które dostaje się w propozycjach wydawniczych – posiadanie jej, a także możliwość otrzymania na długo przed premierą często okazują się zbyt pociągające, nawet dla osób posiadających silną wolę.
Na początku mojej przygody z blogowaniem sięgałam raczej po każdą książkę, którą proponował mi wydawca. Z czasem nauczyłam się, że warto szanować swój czas i nie recenzować na siłę wszystkiego, o co tylko mnie poproszą. Od tego czasu wybieram tylko te powieści, na które już wcześniej miałam oko. Czasem eksperymentuję, ale poruszam się raczej w bezpiecznych granicach swojego gatunku.

7. Zdaj się na innych
Z pewnością w kręgu Twoich znajomych albo rodziny jest chociaż jedna osoba o podobnym guście literackim, co Twój – zaufaj jej! Ja na tyle dobrze poznałam się z moim przyjaciółkami z Kameralnego Klubu Książki, że wszystkie w trójkę wiemy, że jeżeli jednej z nas jakaś powieść się nie spodoba, to nie ma sensu po nią sięgać. Oczywiście z pewnością pomyśleliście sobie, że postępując w ten sposób może mnie ominąć fantastyczna literacka przygoda, ale takie decyzje poparte są zazwyczaj wielogodzinną dyskusją na temat jakieś powieści, są więc zawsze uzasadnione.

8. Nie ufaj mediom
Jeśli już chcesz sugerować się czyjąś (powszechnie szanowaną) opinią, sprawdź do jakich nagród książka była nominowana i kto ją polecał. Nie ufaj „polecajkom” amerykańskich dzienników, a i ostrożnie podchodź do naszych rodzimych dziennikarzy. „Shantaram” przez Marcina Mellera uznawany za „czytelniczy święty Graal” większości czytelników nie przypadł jednak do gustu (a przynajmniej nie tak dobrze, jak prowadzącemu „Dzień dobry TVN”)…

ale co najważniejsze…

9. Baw się literaturą
Dotarliśmy do końca… Tych 9 prostych kroków nie zagwarantuje, że każda książka, po jaką sięgniesz będzie wybitnym arcydziełem, zapadających w pamięć, ale zdecydowanie zminimalizuje szanse, na trafienie na „gniota”, którego długo będziesz odchorowywać. Pamiętaj, że w czytaniu chodzi przede wszystkim o przyjemność. Baw się literaturą, odkrywaj ją, bądź wybredny, umawiaj się na randki z konkretnymi pisarzami (pisarkami?), a jeżeli tylko będzie za sztywno, to udawaj, że musisz się zająć chorym psem (no chyba, że nie masz psa, wtedy uciekaj przez okno w toalecie). Krytykuj, śmiej się, dyskutuj, poznawaj opinie innych i dziel się swoimi – wtedy, nawet jeśli trafiłbyś na wybitnie słabą książkę – na pewno nie będziesz żałować. Ale przede wszystkim pamiętaj – rozczarowań, tak w życiu, jak i w literaturze – nie da się uniknąć. Czerp z nich naukę i wiedzę, bo każda przeczytana książka czyni Cię mądrzejszym człowiekiem i bardziej wymagającym czytelnikiem.

Miłej lektury!

Opowieść o końcu świata

Do Papui Nowej Gwinei Paweł Zgrzebnicki wyruszył tak nieprzygotowany, jak nigdy dotąd, gdy udawał się w podróż. Chociaż przeczytał chyba wszystkie dostępne pozycje o tym kraju, jego wiedza i tak była na bardzo niskim poziomie. Dlaczego? Otóż Papua to miejsce zapomniane, jedno z ostatnich na Ziemi, gdzie czas płynie swoim rytmem, gdzie zachowały się pierwotne społeczności, dzikie plemiona, wciąż żywe legendy, mity o łowcach głów i kanibalach. Nie zważając na niebezpieczeństwo i poziom przestępczości w Papui, biorąc sobie do serca przestrogi, autor wyruszył w podróż swojego życia – do wiosek i osad dzikich papuaskich plemion.


Na początku trzeba podkreślić, że jest to reportaż bardzo rzeczowy, solidnie napisany, z dużą dawką informacji. Autor powołuje się na innych badaczy, którzy dotarli do kraju przed nim i poruszyli interesujące go kwestie. Niejednokrotnie w książce znajdziemy wiele cytowanych fragmentów, z komentarzem Zgrzebnickiego. Brak w nim natomiast fotografii – poszczególne strony zdobią przepiękne rysunki, ale jedynym zdjęciem, jakiego uświadczymy jest to na okładce. Chociaż rysunki zawarte w książce nadają całej historii klimatu i pozwalają przenieść się w czasie, tak dobrze opowiedziana historia kraju sprawia, że ciekawskie oczy czytelnika domagają się jednak kilku fotografii.

To, co od razu rzuca się w oczy to historia – Zgrzebnicki zgrabnie prowadzi nas przez kraj, w każdym rozdziale dzieląc się jakąś ciekawostką, informacją o przeszłości Papui. A poruszając tematy oscylujące wokół osi historii, opowiada przede wszystkim o ludziach – mieszkańca Melanezji, plemiennych zwyczajach, rutynie dnia codziennego, przyjaźni i nienawiści w stosunku do sąsiednich plemion, próbach stworzenia państwa, powolnym zajmowaniu go przez Chińczyków, którzy zdominowali przemysł, korupcji, przemocy, uzależnieniu od narkotyków, niszczeniu i degradacji środowiska, a także – niestety – zanikaniu pierwotnych kultów i plemiennych języków. Podobnie jak w Europie, młodzież wyjeżdża do bogatszych krajów, celem zdobycia wiedzy. Nie zapominają o rodzinnych zwyczajach, ale też ich nie kontynuują. To ostatni dzwonek – jak podkreśla autor – by zobaczyć pierwotność w swej najprawdziwszej i najszczerszej formie.

„Tam, gdzie kończy się świat” to reportaż pełen emocji – zabawny, wzbudzający zaciekawienie, czasem też wywołujący uczucia skrajnie negatywne. Pośród tej dzikości, pełni niebezpieczeństw i przemocy świat się kończy, bo również i tam, coraz większymi krokami, zmierza globalizacji. Chociaż Papua niewątpliwie kroczy w stronę postępu, dla Europejczyka jest to zupełnie inny świat. I to właśnie – te dwie twarze Nowej Gwinei – pokazuje Paweł Zgrzebnicki. Bardzo dobra rzecz, przeczytajcie!

Lipcowe zapowiedzi


Chociaż planowałam, że w wakacje będę całkowicie poświęcać się swoim lekturom, nie sposób przejść obojętnie obok kilku interesujących nowości. Wśród wszystkich wydawniczych zapowiedzi wybrałam trzy takie, które usatysfakcjonują nawet najbardziej wymagającego czytelnika.
A Wy, macie już plany, co będziecie czytać w lipcu?

1. Tony Kososki „Widzieć więcej. Podróż przez Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę”
Dzień dobry, ja autostopem z Rio de Janeiro – to hasło, którym 22-letni Tony Kososki jednał sobie wszystkich, bez wyjątku, spotykanych podczas podróży ludzi. I nieważne, czy znajdował się w Ekwadorze – najbardziej europejskim spośród poznanych przez niego krajów Ameryki Południowej, wciąż zmagającej się z problemem narkotyków Kolumbii, gdzie mimo całego zła żyją najcudowniejsi ludzie świata,  czy w pogrążonej w kryzysie Wenezueli. Tony lubi zaskakiwać i łamać stereotypy. Już w Brazylii podjął decyzję o ograniczeniu swoich wydatków za transport i noclegi do minimum, czyli do zera. Czy udało mu się zrealizować ten cel i jak wpłynęło to na jego podróż? Jak doszło do tego, że spędził noc w wenezuelskim areszcie i dwa tygodnie w raju na Karaibach za jedyne 20 groszy? Gdzie oglądał walki kogutów i polował na krokodyle? Dlaczego realia Wenezueli poznawał, stojąc w tamtejszych kolejkach? Czy udało mu się zrozumieć fenomen Chaveza i Pabla Escobara? Pytania można mnożyć, a to tylko zapowiedź tego, z czym musiał się zmierzyć.
Widzieć więcej to kolejna, po książce Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę, spora dawka nieprzewidywalności, fascynacji i doświadczeń, które skłaniają  autora do rozważań nad wartością podróży i pojęciem bycia bogatym. To łącznie 471 dni i blisko 28 000 kilometrów samotnej autostopowej przygody młodego człowieka, który pewnego dnia uwierzył w siebie i zaczął spełniać marzenia. To przede wszystkim książka o determinacji w dążeniu do celu, sile charakteru i ciągłym przesuwaniu granic tego, co wcześniej było niemożliwe. Książka o ludziach, którzy odegrali w jego życiu mniejszą lub większą rolę. Jeśli chcesz dowiedzieć się jaką, musisz zacząć od pierwszej strony…
Data premiery: 12 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: MUZA
Cena: 39,90 zł

2. Michał Piedziewicz „Dakota”
Lata osiemdziesiąte XX wieku. W życie siedemnastoletniej Aśki wbiega o rok starszy gitarzysta. Dziewczyna wkrótce dołącza do jego zespołu, to czas koncertów w gdyńskim Domu Kultury Kolejarz, gonitw z zomowcami, ale także zbliżających się matur i najważniejszych wyborów. Perypetiom Aśki przygląda się Łucja – jej pamiętająca czasy powstawania Gdyni babka. Przygląda się również Marek, nieco zgorzkniały, bo ciężko doświadczony młodzieńczą miłością, młodszy brat. Wkrótce Aśka z Łucją pasjonują się telewizyjną debatą Wałęsa–Miodowicz, a rzeczywistość nabrzmiewa do zmiany. Przychodzi wolność, z nią dobrodziejstwa wolnego rynku, a zamiast muzyki i miłości ważne zaczynają być kariery. Dakota to relacja z czasów, gdy świat nabrał rozpędu i chcąc nie chcąc, trzeba było nauczyć się biec, choć tak łatwo było przy tym zgubić rytm. Powieść jest kontynuacją Dżokera (którego akcja toczy się w Gdyni lat trzydziestych XX wieku) oraz Domina – opowiadającego o wojennych i powojennych losach miasta i jego mieszkańców.
Data premiery: 19 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: MG
Cena: 34, 90 zł

3. Joanna Czeczott „Peterbsurg. Miasto snu”
W delcie Newy nad Zatoką Fińską leży miasto niezwykłe. Piotrogród. Leningrad. Petersburg. Dla jednych rajska kraina swobody i oaza nowoczesności, dla innych miejsce bolesnych wspomnień, od których nie ma ucieczki. Joanna Czeczott prowadzi nas ulicami Petersburga, splatając przeszłość i teraźniejszość tego niezwykłego miasta. Car Piotr I, żelazną ręką pchający zacofaną metropolię w stronę Zachodu. Dyrektor petersburskiego teatru, który w żółtym trykocie postanawia dołączyć do trupy baletowej. Zrozpaczone matki, odwiedzające swoich synów w areszcie. Bananowe pokolenie lat 80., rozkochane w Putinie i pieniądzach swoich rodziców. Petersburg to przewodnik po miejscu, które pomimo niezliczonych klęsk i wojen, zawsze podnosiło się z upadku i z nadzieją spoglądało w przyszłość.
Data premiery: 28 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: Czarne
Cena: 39,90 zł