Niech świat spłonie

„Wigilijne psy”, to zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego, który ukazał się po raz pierwszy ponad dziesięć lat temu, w 2015 roku został zaś wznowiony i uzupełniony o trzy dodatkowe utwory przez wydawnictwo Sine Qua Non. Sama książka powstała, kiedy autor miał trochę ponad dwadzieścia lat, dlatego zdecydował się zachować ten buntowniczy, drapieżny i przede wszystkim młodzieńczy styl przy kolejnym wydaniu „Wigilijnych psów”. Bo, jak sam potwierdza, nie obchodziło go wtedy niewiele ponad to, niż żeby świat spłonął. Świat więc powoli się palił, a on zaczynał swoją przygodę z pisarstwem. Niestety niezbyt udaną, jak to przy tych pierwszych razach bywa.

wigilijne_psy_okladkaKażdy, komu chociaż raz obiło się o uszy nazwisko Orbitowskiego wie, że świat, w którym czuje się najlepiej jako pisarz, to świat bardzo mroczny, wypełniony duchami, potworami z wężami w paszczach, zamiast języków, z diabłami i wątpliwym istnieniem Boga, bębniącym o szyby deszczem i, żeby było tego mało, błotem sięgającym aż do kostek. To właśnie są jego klimaty – dziwne, niewytłumaczalne, tajemnicze, chłodne i wielokrotnie też przerażające. Kwintesencją tych osobliwości są właśnie „Wigilijne psy”, zbiór bardzo silnie zakorzeniony w fantastyce, w którym aż roi się od zjaw i potworów, a i pogoda zawsze odpowiada nastrojowi opowieści. Chociaż zazwyczaj stronię od fantastyki, tak po „Wigilijne psy” sięgnąć w końcu musiałam, bo nabyłam je jeszcze na Warszawskich Targach Książki w 2016 roku razem ze „Szczęśliwą ziemią” i „Zapiskami Nosorożca”. O ile jednak obie wymienione wcześniej pozycje przeczytałam jeszcze w wakacje, tak „Wigilijne psy” wciąż stały na półce i czekały na ten lepszy czytelniczy okres. Lepszy czas nigdy się nie pojawił, ale „Wigilijne psy” w końcu dostały swoją szansę. Zaczęłam czytać z nudów, licząc na dobrą rozrywkę. Niestety poprzeczkę postawiłam zbyt wysoko.
Są w „Wigilijnych psach” opowiadania dobre, oraz takie, które mają zadatki na bardzo dobrą historię. Jest nią na przykład „Serce kolei”, które opowiada o pociągu, który ma duszę, którego postać można zobaczyć tylko wtedy, kiedy mija się z innym pociągiem – wówczas w szybie drugiej maszyny stoi ludzka postać, która jest odzwierciedleniem pierwszego pociągu. Kontakt z pociągiem jest tak ograniczony, jak bywa z chorym dzieckiem – zamknięty jest w swoim świecie, w swojej „głowie”, nie rozumie świata zewnętrznego i ten świat nie potrafi też dotrzeć do niego. Skomunikować potrafi się jedynie z istotami tak samo ograniczonymi, jak on. O ile jednak pomysł bardzo mi się spodobał, tak kreacja bohaterów niestety mnie zawiodła; w pociągu spotykają się różne osoby – bramkarz klubu, staruszek, student i chore dziecko. Rozmawiają, piją piwo, opowiadają historie, śmieją się, dumają, student pierdzi z napletka…
„Pan Śnieg i Pan Wiatr” to kolejna historia, mająca ogromny potencjał. Powstała na podstawie wiersza Harry’ego Keana o tym samym tytule, który jest tak samo sugestywny i magiczny, jak „Król olch” Goethego. Orbitowski podobnie jak Kean animizuje Śnieg i Wiatr i z dwójki tych osobliwych postaci tworzy kompanię do Pana Buczka, samotnego alkoholika, który nie ma z kim podzielić się swoimi smutkami i którego regularnie prześladuje dwójka chłopaków z tego samego bloku. Pewnego razu Pan Śnieg i Pan Wiatr postanawiają towarzyszyć Buczkowi w piciu wódki, słuchają go, rozmawiają z nim, dzielą się z nowym przyjacielem swoimi przeżyciami. Pozwalają mu wejść w swoje życie i obiecują kolejną wizytę. Oczywiście to nie koniec historii, bo wspomniana wyżej dwójka drabów z osiedla jeszcze sporo tu narozrabia, ale już sam początek historii nie zwiastuje dobrego kawałka literatury: (…) Woda zabulgotała pęcherzyki jak plankton wzleciały ku górze. Pan Buczek gryzł wargę i zaklinał taflę. Woda zawrzała i pan Buczek zanurzył w niej trzy jajka. Jedno natychmiast pękło, smuga biała zawirowała. Gdy pan Buczek miał trzynaście lat, onanizował się w wannie. Białko coś mu przypominało.
Najdojrzalszym opowiadaniem zdaje się być tytułowa historia o wigilijnych psach. Głównym bohaterem jest młody chłopak dwukrotnie pozbawiony ojca. Biologicznego nie poznał w wyniku pomyłki w szpitalu po porodzie. To, że został oddany nie tej rodzinie, której powinien, prawdopodobnie uratowało mu życie. Jego przybrany ojciec, z którym spędził całe życie, utonął w rzece, kiedy poszedł topić dwa szczeniaki, których nikt już nie chciał przygarnąć. Psy były tylko przeszkodą, więc jedynym rozsądnym wyjściem było rzucenie ich w workach obciążonych kamieniem na dno rzeki. Od tego czasu w każdą wigilię dwa dziwne psy, o specyficznym wyglądzie, odwiedzały rodzinę głównego bohatera. Spędzały z nim te parę chwil z przedświątecznej nocy, następnie wracały do rzeki, gdzie czekał już na nie rzeczny pan…

16939400_1881939435355465_1457514011734825047_n

Większość opowiadań ze zbioru „Wigilijne psy” to historie pisane językiem dwudziestolatka o rzeczach, które w jakiś sposób dotykają i interesują tak młodego chłopaka. Gdyby nie nazwisko na okładce, byłabym skłonna pomyśleć, że te kilka opowiadań wyszło spod pióra któregoś z moich kolegów. Świat Orbitowskiego jest nie tylko mroczny, ale przede wszystkim brudny i zdegenerowany – dużo tutaj alkoholików i narkomanów, parę panien lekkich obyczajów i zrujnowanych trzydziestolatków, którzy brzydzą się swoją pozycją społeczną, ale do pracy nie jest im śpieszno. Nie mogę ukryć, że podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że wyszukane i ambitne wątki – jak np. historia zębów Jana Czciciela, tylko szkodą opowiadaniom, bo tworzą z nich prozę banalną z przewidywalnym zakończeniem. Ilekroć wciągałam się w któryś z przedstawionych światów zawsze coś psuło mi przyjemność czytania – czy to niezbyt wyszukane słownictwo, czy przewidywalne zakończenie.
Orbitowski świadom jednak potencjalnego odbioru swoich opowiadań już we wstępie tłumaczy nam się z popełnionych przezeń w „Wigilijnych psach” grzeszków i puszcza do czytelnika oko: Jestem już duży i naprawdę nie uważam, by zaczynanie opowiadania od: „Zimno jak w dupie u pingwina” było dobrym posunięciem. Wtedy sądziłem inaczej.
Z przykrością muszę stwierdzić, że wstęp przeczytałam z największym zaangażowaniem. Chociaż cenię Orbitowskiego jako pisarza, „Wigilijne psy” nie mogą się zaliczyć do literatury, która by mnie zachwyciła.

13 ciekawostek o pisarzach

Chociaż wiele pisarzy, to w życiu codziennym zwykli nudziarze, większość z nich mogłaby się podzielić równie fascynującymi historiami, jakie opisują w swoich powieściach. O tym, że Hłasko był buntownikiem, wiadomo nie od dziś, ale sporo za uszami miał też Charles Dickens, Franz Kafka czy Hans Christian Andersen…  Dlatego dziś o literackich kotkach i homarach, kilku pornograficznych zdjęciach, opakowaniach zjedzonych tabletek, przyjaźniach i rozstaniach – słowem: przed Wami 13 ciekawostek z życia sławnych literatów!

13-ciekaowstek
1. Kochliwy Charles
To, że Dickens był kobieciarzem, nie jest żadną tajemnicą. Doskonale czuł się w towarzystwie pań i co rusz zabiegał o atencję tych piękniejszych. Podrywał, flirtował, żartował, a wszystko po to, aby za chwilę znudzić się wybranką i zmienić obiekt swojej uwagi. Jego charakter doskonale poznała kobieta, która wyszła za niego za mąż – Catherine. Uprzejmy, szarmancki i elegancki Charles po ślubie zmienił się w mężczyznę, który robił wszystko, aby poniżyć żonę i wskazać jej swoje miejsce w szeregu. W końcu doszło też do tego, że wyrzucił żonę z domu, kiedy ich najmłodsze dziecko było zaledwie niemowlęciem. Największą krzywdą jednak, jaką wyrządził swojej żonie, zdaje się jego słabość do jej młodszej siostry. Spośród wszystkich kobiet upodobał sobie właśnie ją. Kiedy jako piętnastolatka upadła i w wyniku obrażeń zmarła, oszalał. Ogarnęła go tak wielka rozpacz, że do końca życia nosił jej pierścionek i obcięty pukiel włosów.
Tej historii dedykowana jest nominowana do Nagrody Bookera „Dziewczyna w błękitnej sukience”. Co prawda autorka zmieniła imiona wszystkich bohaterów, ale nie potrzeba wiele, aby domyślić się do kogo prowadzi nas swoimi słowami.

2. Literacka Kotka
Dobrą stroną Dickensa była zdecydowanie jego kotka, która już od samego początku była kotem literackim. Podobno zwierzę potrafiło wyczuć zmęczenie swojego opiekuna i gasiło łapką świecę, gdy zbliżała się godzina snu pisarza.

3. Dobry aktor Hłasko
Jako lekoman i hipochondryk Marek Hłasko często prosił znajomych i rodzinę o leki, twierdząc, że jest chory. Przeszedł jednak samego siebie, udając w aptece atak serca, aby zdobyć kolejne opakowania lekarstw.

4.. Podróżniczka Agatha
Zastanawialiście się kiedyś, skąd Agatha Christie posiada tak szeroką wiedzę z dziedziny medycyny? Otóż okazuje się, że podczas obu wojen światowych pracowała w… aptece, zdobyła nawet Certyfikat Towarzystwa Aptekarzy w Londynie. Jednak farmakologia nie była jedyną pasją pisarki. Oprócz pisarstwa i zgłębiania wiedzy lekarskiej Christie uwielbiała podróżować. Zwiedziła Południową Afrykę, Australię, Nową Zelandię, Grecję, Włochy, Hawaje, Kanadę, USA, Syrię, Egipt. Orient Expressem dotarła aż do Bagdadu. Zimy lubiła spędzać na wykopaliskach w Iraku.

5. Największy fan Sienkiewicza
Podobno Witold Gombrowicz był ogromnym fanem twórczości Henryka Sienkiewicza, do tego stopnia, że powiesił w domu jego portret. Cenił pisarza przede wszystkim za jego patriotyzm, a kończące „Ferdydurke” słowa koniec i bomba, a kto czytał ten trąba! są parafrazą słów jego mistrza.

6. Uzależniony Dostojewski
Chociaż Dostojewski sprawia wrażenie dystyngowanego i uczonego starszego pana, tak naprawdę miał kilka wad – jedną z nich było uzależnienie od hazardu. „Gracz”, będący historią Aleksego Iwanowicza, opowiada o nim samym. Oprócz kąśliwych uwag na temat Polaków sporo tam oddanych uczuć względem hazardu. To zarazem książka, którą Dostojewski napisał bardzo szybko, bo pod przymusem. Honorarium z „Gracza” miało spłacić jego karciane długi.

7. 10 przykazań Sienkiewiczowskich
„Oto dziesięcioro przykazań Sienkiewiczowskich, danych narodowi na raucie jubileuszowym dn. 22 r. 1900. Jam jest Henryk Sienkiewicz. Wielka Wielkość Twoja, którym Cię wywiódł na pole sławy wszechświatowej.
1) Nie będziesz miał Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego i innych nade mnie.
2) Nie będziesz używał wielkiego Imienia Mego nadaremno.
3) Pamiętaj, abyś Dzień Jubileuszu Mego świecił.
4) Czcij Skrzetuskiego, Zagłobę, Wołodyjowskiego i Baśkę Jego, a mnie nade wszystko, bom nieporównany jest.
5) Nie śmiej używać na utworach moich.
6) Nie używaj dzieł moich na podpałkę.
7) Nie popularyzuj dzieł Moich bez dodatkowej opłaty na ręce moje.
8) Nie fałszuj myśli mojej, gdyż lojalność jej murem stoi.
9) Nie pożądaj żony Skrzetuskiego, albowiem Kniaziówną jest.
10) Ani Oblęgorka, ani pióra brylantowego, ani zaprzęgów, ani jarzma na woły nie będziesz pożądał, ani pragnął, gdyż narodowym darem jest!
Będziesz miłował każdego literata w miarę możności i chęci osobistej, a mnie bez żadnych zastrzeżeń.”
Te przykazania zostały podarowane Sienkiewiczowi przez przyjaciół w dniu jego 25 jubileuszu pracy.

8. Uzależniony od pornografii?
Franz Kafka był starym kawalerem i do 35 roku życia mieszkał z rodzicami. Podobno tuż po jego śmierci znaleziono w jego domu mnóstwo pornografii. Nawet tej z udziałem… zwierząt.

9. Ciemniejsza strona Andersena
Hans Christian Andersen nazywał sam siebie „brzydkim kaczątkiem”, bo w istocie takie przypominał – nieproporcjonalnie duże dłonie i stopy, nos przysłaniający całą twarz, wysoki wzrost i kościste ciało. W swoim dzienniku niejednokrotnie zaznaczał, że cierpi na samotność, bo żadna kobieta się nim nie interesuje… a jednocześnie sam odczuwał pociąg do mężczyzn, co go przerażało. Jego jedyną aktywnością seksualną była masturbacja, którą zaznaczał w dzienniku plusami, podobno do końca życia pozostał prawiczkiem.
Andersen cierpiał też na liczne fobie; bał się ciemności, cmentarzy i pochowania żywcem, dlatego pod łóżko wkładał zawsze karteczkę z dopiskiem Ja tylko wyglądam jak umarły. Podobnym strachem napawała go podróż statkiem, spóźnienie się na pociąg i … wieprzowina. Co do tej drugiej, nie mam jednak pojęcia dlaczego. Nosił ze sobą też linę, na wypadek pożaru.

10. Wyrachowany Mickiewicz
O przyjaźni Mickiewicza z Puszkinem słyszał już chyba każdy, chociaż ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy to była przyjaźń. Rosyjski poeta niejednokrotnie zarzucał naszemu polskiemu wieszczowi, że jest w swoich uczuciach interesowny i przyjaźni się z nim tylko dlatego, że to pozwala mu na dogodniejsze życie w Moskwie, a w wolnych chwilach pisze przecież „Dziady”, które Rosjanom uwłaczają… Okazuje się jednak, że Mickiewicz wcale nie miał tak złotego charakteru, jak sądzimy. Kiedy przebywał na zesłaniu w Moskwie spędzał przyjemne wieczory w salonie księżnej Zinaidy Wołkońskiej. To właśnie u niej poznał przepiękną Karolinę, córkę niemieckiego profesora, która zaledwie 19-letnia, oczarowała 30-letniego już Mickiewicza nie tylko swoją urodą, ale i inteligencją. Mickiewicz był tak zauroczony dziewczyną, że zaproponował jej korepetycje z polskiego, a ta jego propozycję przyjęła z radością. Podczas lekcji oboje bardzo się do siebie zbliżyli, ale kiedy Mickiewicz dowiedział się, że cudowna Karolina nie może liczyć na posag, który dałby jej utrzymanie przez kolejne lata, wycofał się z obietnicy małżeństwa. Dziewczyna wpadła w rozpacz, więc postawiony pod ścianą był gotów poślubić ją z miłości – zarzekł jednak, aby ta zachowywała się normalnie i nie chorowała, „bo chorych nie lubi”. Kiedy Karolina dostosowała się do jego zaleceń, Mickiewicz po raz kolejny wycofał się ze swoich słów, a rozkochana panna ostatecznie wszystko mu wybaczyła.

11. Dumny Słowacki
Chociaż „Kordian” z biegiem czasu stał się narodowym arcydziełem, nigdy nie zdobył miana „bestselleru”. Z początku podejrzewano nawet, że dramat jest dziełem Mickiewicza, co Kordianowi schlebiało. Dobrze wiemy, jak następnie układały się relacje tej dwójki…

12. Na spacer z homarem
Podobno Oscar Wilde przechadzał się po Oksfordzie z homarem na smyczy, a po centrum Londynu spacerował w krótkich spodenkach, w kożuchu i z kwiatkiem w ręku. Kiedy za homoseksualizm został zesłany na dwa lata ciężkich robót, postanowił już na zawsze ukrywać się pod pseudonimem Sebastain Melmoth.

13. Dusza towarzystwa
Pewnego razu, kiedy Dumas wrócił z proszonego obiadu, jego syn zapytał:
– No i jak tam, wesoło było?
– Bardzo – odpowiedział ojciec – ale gdyby mnie tam nie było, to umarłbym z nudów.

A Wy, znacie jakieś ciekawostki o pisarzach? Podzielcie się w komentarzach!

Sun city – Tove Jansson o raju emerytów

Chociaż najbardziej kojarzona jest z serią o „Muminkach” skierowaną do dzieci, Tove Jansson już nieraz udowodniła, że tak samo dobrze czuje się w gatunku przeznaczonym dla dorosłych. Jej „Wiadomość”, która była pożegnalnym zbiorem opowiadań z czytelnikami, „Córka rzeźbiarza”, opowiadająca nam o relacjach w rodzinie Jansson, a także analizujące je „Listy” są doskonałymi przykładami prozy bardzo wrażliwej, wielowymiarowej i dojrzałej. Wydane 15 lutego nakładem wydawnictwa Marginesy „Słoneczne miasto” jest zbiorem dwóch mini powieści fińskiej pisarki (tytułowego „Słonecznego miasta” i nieco krótszej zatytułowanej „Kamienne pole”), udowadniającym, że proza Tove Jansson nigdy nie straci na ważności, a prostota zdań stanowi tylko o ich trafności.

Pierwszy z utworów, zatytułowany tak, jak cały zbiór opowiada o Saint Petersburgu na Florydzie – miasteczku cichym i spokojnym, w którym „zawsze jest gorąco, a palmowe esplanady biegną wzdłuż błękitnego morza, ulice są proste i szerokie, a domy otoczone bujnymi krzewami i drzewami”. To jedno z „sun cities” – miasteczko prawie w całości zamieszkane jest przez emerytów – stąd ten święty spokój, tak bardzo potrzebny im na co dzień. Bohaterowie dni spędzają na zwykłych czynnościach, obdarzając się nawzajem swoim towarzystwem – czytając, obserwując okolicę, robiąc na drutach, pisząc listy do rodziny. O ile jednak cały klimat i atmosfera Saint Petersburga ma jak najwierniej oddawać te cechy, które potrzebne są człowiekowi staremu, tak samo miasteczko aż gotuje się od nadmiaru emocji (co nie jest przecież sprawą łatwą, jeżeli uwzględnimy upalne temperatury każdego dnia). Cicha i spokojna atmosfera miasteczka burzy się w głowie czytelnika wraz z momentem, kiedy ten poznaje szeroki wachlarz bohaterów – bo chociaż mowa o emerytach, ich charyzma przekracza najśmielsze oczekiwania. Każdy z nich niesie za sobą jakąś historię, sympatyzuje z jednym bohaterem, drugiego darząc szczerą i głęboką nienawiścią, posiada swoje dobre i atrakcyjne strony, ale też owe specyficzne pasje, ekstrawagancje, które w oczach innych tworzą go dziwnym. Nad wszystkimi bohaterami króluje zdecydowanie pan Thompson, którego język jest najbardziej cięty, ironia najbardziej wyostrzona, a postrzeganie otaczającego go świata do bólu szczere i najciekawsze. Ale to nie wszystko: temu światu starych ludzi i spokojnego miasta Tove Jansson przeciwstawia dwójkę bohaterów – Joego i Lindę, zakochanych w sobie, młodych, posiadających marzenia, zapatrzonych w siebie, ale jednocześnie obserwujących ludzi, którzy już zdążyli się zestarzeć. Sama Tove Jansson o „Słonecznym mieście” pisała tak: Starałam się napisać książkę o starzeniu się. I opisać miłość między dwójką bardzo młodych i pięknych ludzi mieszkających w mieście starców. (…) Całe miasto, według tego, czego doświadczyłam, jest swego rodzaju przystanią do wymarszu i powrotu, otwartą możliwością ruszenia dokądkolwiek. Słoneczne miasto jest miastem kochanym, okropnym i pełnym życia.
Co ciekawe, inspiracją do napisania tej powieści był pobyt Tove Jansson i Tuulikki Pietila na Florydzie, właśnie w Saint Petersburgu, gdzie miały zamiar zobaczyć statek z filmu „Bunt na Bounty”, jednak to mieszkańcy miasteczka wywarli na artystce największe wrażenie. Joe, chłopak Lindy pracuje zresztą jako strażnik na buntowniczym statku „Bounty” i czeka na ponowne nadejście Jezusa, co charakteryzowało w tym czasie młodych Amerykanów, szczególnie z Florydy.

sloneczne-miasto
Druga miniaturowa powieść – „Kamienne pole” – to historia krótsza i prostsza, niż „Słoneczne miasto”. Głównym bohaterem jest Jonasz, emerytowany dziennikarz, który zamierza zmierzyć się z biografią niejakiego Igreka, którym w głębi serca gardzi. Mimo że dopada go niemoc twórcza, wytrwale zbiera materiały i stara się pisać każdego dnia. Wspomaga się winem, które jednak niewiele potrafi zdziałać na ten zastój w pisaniu. Tworząc biografię Igreka Jonasz spędza trochę czasu ze swoimi dwiema córkami – Marią i Karin. Im więcej jednak dzieli chwil z dziewczynami, tym boleśniej odkrywa, że jego córki są mu zupełnie obce, a każde zadane im pytanie okazuje się swoistą pułapką, którą sam na siebie zastawia – doskonałym przykładem takiej sytuacji jest chwila, w której Jonasz pyta Marię o to, czy podoba jej się w pracy. Zaskoczona tym, że ojca to interesuje Maria pyta zdziwiona, czy ten w ogóle pamięta, w jakiej firmie jest zatrudniona, a Jonasz z bólem odkrywa, że życie córki jest mu zupełnie obce, że więcej wie o Igreku, którego nazwa w „Kamiennym polu” nie jest zresztą przypadkowa. Z biegiem czasu bohater zauważa, że przez pracę, przez swój eskapizm do świata słów jego relacje z rodziną są bardzo odległe, co więcej, nie potrafi sobie nawet przypomnieć wspólnie przeżytych chwil, sytuacji, w których brał udział, krzywd, które wyrządził żonie, słów, które wypowiedział w ferworze emocji… Bliskie zetknięcie się z życiem córek przywołuje go z powrotem na ziemię, a rozliczenie się z samym sobą okazuje się dla niego bardzo bolesne.

„Słonecznie miasto” to zbiór idealnie dobranych powieści – z jednej strony mowa tu o nadziei, jaką niesie ze sobą sun city, z drugiej strony Tove Jansson pokazuje ludzką porażkę i bolesne zetknięcie się z rzeczywistością. Finka pisze w sposób niezwykle prosty, zawierając jednocześnie w każdym swoim słowie drugie znaczenie, uniwersalizm, który nie znika wraz z czasem. Obie powieści – zarówno „Słonecznie miasto”, traktujące o ludzkiej samotności, śmiertelności ciała, uwłaczającej starości, potrzebie komunikacji albo wręcz przeciwnie – wycofaniu się ze świata w głąb siebie, jak i wydane już w latach 80′ „Kamienne pole”, będące najbardziej krytyczną, a zarazem najprawdziwszą historią mówiącą o procesie pisania i pisaniu w samym sobie są tekstami niezwykle głębokimi i dojrzałymi. Tove Jansson prześwietla ludzkie dusze i dostaje się do najbardziej wstydliwych i niewygodnych rejonów, opowiadając o tym z łatwością i trafnością, charakterystyczną dla jej stylu. Na przestrzeni kilku stron porusza bardzo wiele wątków i tematów, które choć opisane krótko, są niekończącym się źródłem dyskusji i rozważań.

Śladami starożytnych Majów

O życiu współczesnych Majów wiemy niewiele – tyle, ile przeczytamy w prasie, zobaczymy w telewizji, czy ewentualnie na którymś z kanałów Youtube. Kojarzą nam się z przeszłością, z osiągnięciami architektonicznymi, liczbami, pismem hieroglificznym, mordami rytualnymi, pilnowaniem czasu, aż wreszcie – z końcem świata. To w 2012 roku świat miał się skończyć, a Europę ogarnęła wtedy mania – jedni roztrwaniali majątek, chcąc zakosztować ostatnich przyjemności na tym świecie, inni zbierali zapasy, przygotowując się do survivalu. Nikt jednak nie zapytał Majów, co w ich rozumieniu oznacza koniec świata – czy ziemię odwiedzą jeźdźcy apokaliptyczni, wystąpi wąż o dwóch głowach, a zwierzęta będą pożerać ludzi… czy to po prostu zamknięcie jednego kręgu i przejście do drugiego?
Weronika Mliczewska wyruszyła w ponad półroczną podróż do krainy Majów, aby zgłębić sekret ich duchowości, uczestniczyć w rytuałach i zadać mnóstwo pytań, jak ciekawe świata dziecko – również to o koniec świata. Studiując w Los Angeles i Londynie, zgłębiając swoją wiedzę na ulicy, jedząc z freeganami, nie straszna jej była samotna podróż na – prawie – kraniec świata i zetknięcie się z kulturą całkiem odmienną od naszej.
Bilet kupiła w jedną stronę, nie wiedząc, kiedy wróci. Tak naprawdę nie wróciła nigdy, bo podróż ją zmieniła, sprawiła, że inaczej postrzega świat, jest bardziej świadoma, doświadczona, mądrzejsza, choć to nie zawsze jest wygodne. Wysłuchała setki opowieści, z których większość nagrała na dyktafon, ale książkę skończyła dopiero po pięciu latach od powrotu z Mundo Maya. To, co tam przeżyła potrzebowało czasu, aby w niej dojrzeć i móc być opowiedziane w całości.

na-poczatku-jest-koniec
Chcę, aby wszyscy ludzie z Europy i Ameryki wiedzieli, że rok 2012 nie oznacza końca świata. Jest to czas przemiany świadomości, czas końca jednego cyklu i początku kolejnego. Kończy się czas piątego słońca, jest to czas wielkich zmian, w świecie i w nas samych, czas decyzji, czas podstawowych pytań o sens i priorytety,  a także czas powrotu do źródeł.

Mundo Maya ma dwie twarze – tę prawdziwą i tę wystawioną na podziw turystów.
Weronika Mliczewska zetknęła się z obiema, chcąc przeżyć z Majami Nowy Rok. Najpierw trafiła na paradę, fiestę zorganizowaną dla turystów ze Stanów (swoją drogą specjalnego rodzaju turystów, bo wróżek, czarodziei, magików), z wystawą o ich duchowości i rytuałach, z kolorowymi wycinkami z prasy, ze świecącymi strojami, przyjaznymi szamanami i przede wszystkim filmowanym rytuałem, odprawionym na potrzeby telewizji dzień wcześniej i… szczegółowo omawianymi czynnościami i odpowiadaniem na pytania dziennikarzy pomiędzy modlitwami! Chwilę potem, uciekając od tej medialnej szopki, dotarła do celu – stała się świadkiem, a nawet uczestnikiem rytualnego witania Nowego Roku, który nijak się miał do swojego „turystycznego” odpowiednika. Obserwowała ludzi i pytała ich o wszystko, prosząc też ogień o spełnienie swojego życzenia. Wsłuchiwała się w szeptane modlitwy i bacznie śledziła każdy ruch zdystansowanych, pogrążonych w duchowości szamanów.
Patrzyła na świat Majów uważnym i czujnym okiem antropologa, odkrywając co raz więcej skandalów i absurdów, dziwiąc się temu, ale też próbując to zrozumieć. Bo, jak już napisałam, świat Majów ma dwie twarze, a obok tej pobożnej, skupionej na modlitwie podczas rytuałów ujawnia się często ta druga – pijana, bo święta i parady często oznaczają picie już od rana.

zdj1
Reportaż Weroniki Mliczewskiej jest podróżą przez najbardziej odległe i najmniej znane życiowe ścieżki Majów. Autorka nie pokazuje zabytków i nie opowiada o nich – prowadzi w nas najbardziej odległe, ale najprawdziwsze ścieżki Majów.
Już na początku swojej podróży pytała ludzi, czy są Maya, ale nikt nie chciał się do tego przyznać. Majowie żyją tam, dalej, za tą górą, w kolejnej wiosce, za rzeką – mówili wszyscy, bo bycie Majem, to przekleństwo, to bycie traktowanym gorzej od psa, dlatego niektórzy potomkowie starożytnych Majów odcinają się od swoich korzeni. To życie w głodzie obok opływających w dostatki Latynosów i turystów. To konsekwencje wojny domowej w latach 80′ XX wieku w Gwatemali. To opowiedziane szeptem historie kobiet, które podobnie jak głos, straciły mężów, a ich poćwiartowane ciała znajdowały podczas przechadzki w lesie… To historia, do której nikt już nie chce wracać, otwierać starych ran, które jeszcze do końca się nie zagoiły i wciąż ropieją.
Aby lepiej zrozumieć majańską historię i majańskich ludzi, Weronika zatrudniła się jako wolontariuszka w więzieniu, poznając cenę bycia w gangu i zadarcia z gangiem. Wysłuchała kobiet, które przeszły więcej niż nie jeden mężczyzna i więcej też w tym egzotycznym świecie znaczyły. Przemierzyła wioski całkowicie odcięte od cywilizacji, zaprzyjaźniając się z tubylcami, ofiarując im swoje zaufanie i w zamian oczekując tego samo…

Książka Weroniki Mliczewskiej jest zagłębieniem się nie tylko w majańskie dusze, ale i wewnątrz siebie. To przypatrywanie się czemuś, czego nie widać i próba poznania tajemnic świata. To szukanie miejsca dla tradycji w nowoczesnym, nastawionym na zysk i komercję świecie, gdzie wszystko, co ważne, odbywa się z przytupem i hukiem, zamiast w ciszy i głębi serca. To przedstawienie ludów Maya takimi, jakimi są, bez prób upiększania ich i dopowiadania prawdy za nich.
To fascynująca książka, dająca wiele do myślenia, napisana przyjemnym językiem, wielokrotnie zabawna, ale przede wszystkim – ważna.

zdj2
zdj3

*wszystkie zdjęcia są własnością autorki.

10 najpiękniejszych książek o miłości

Chociaż Walentynki obchodzimy co roku i obdarowujemy się wzajemnie drobiazgami, spędzając we dwójkę romantyczny wieczór, tak naprawdę niewielu z nas wie, jaka jest historia świętego Walentego. A to opowieść niesamowicie piękna, szczególnie dla mężczyzn, którym tak ogromnie się przysłużył. Posłuchajcie tylko:
Legenda świętego Walentego sięga III wieku i granic Cesarstwa Rzymskiego za panowania Klaudiusza II Gockiego. Walenty z wykształcenia był lekarzem, chociaż z powołania został duchownym. Cesarz za namową swoich doradców zabronił młodym mężczyznom w wieku od 18 do 37 lat żenić się, bo, jak wspólnie uważali, lepszymi żołnierzami są ci mężczyźni, którzy nie mają rodzin. Jednak Walenty sprzeciwił się zakazowi cesarza i udzielał ślubów młodym legionistom. Jak się możecie domyślić – szybko został wtrącony do więzienia. To jednak nie koniec historii, bowiem to właśnie tam Walenty odnalazł miłość – zakochał się w niewidomej córce strażnika. Legenda głosi, że ich miłość była tak silna i piękna, że pod wpływem niej dziewczyna odzyskała wzrok. Nieugięty i złowrogi cesarz postanowił zabić Walentego, gdy tylko dowiedział się o cudzie, jakiego dokonało uczucie tej dwójki. W przeddzień egzekucji, tj. 13 lutego, Walenty napisał list do swojej ukochanej, podpisując go „Od Twojego Walentego”. Dlatego dziś zakochani świętują miłość, wysyłając „walentynki” i podpisując się imieniem Walentego. Historia ta ma jednak, poza samą miłością, drugie dno – tragedię i nieszczęście, ból rozdzielenia dwójki ludzi, dla których nie ma nic ważniejszego niż to, co zrodziło się między nimi. Dlatego corocznie 14 lutego świętujemy swoją miłość i pokazujemy drugiej osobie, jak bardzo nam na niej zależy.

Chociaż każde walentynki spędzam samotnie – zeszłoroczne wyjątkowo spędzałam z Knausgardem, a to chyba nie najlepsze towarzystwo na ten dzień – uwielbiam czytać o miłości. I nie myślę tutaj wcale o książkach Evansa, Sparksa czy Michalak, bo za tymi nie przepadam. Sięgam nieco wyżej, zatapiając się nie w romansach, ale właśnie w książkach, o miłości – czasem filozoficznych, czasem pogmatwanych, jednak zawsze mających głębsze znaczenie i – prawie zawsze – nieszczęśliwe zakończenie.
Dziś przygotowałam dla Was listę 10 najpiękniejszych książek o miłości według mojej subiektywnej oceny.

walentynki

Więc to jest miłość. Odwieczny cud. Potrafi przerzucać tęcze snów ponad szarym niebem faktów i użycza romantycznych blasków nawet kupie łajna. To cud, a jednocześnie piekielne szyderstwo.

Eric Maria Remarque „Łuk triumfalny”
To najpiękniejsza książka o miłości, jaką kiedykolwiek czytałam. Co prawda miałam chyba 16 lat, kiedy po nią sięgnęłam, ale byłam pod wrażeniem jej wrażliwości. Kiedy rozmawiałam z przyjaciółką na jej temat byłam w stanie tylko wykrztusić „Jak oni pięknie mówią o miłości!” – bo przez większą cześć fabuły bohaterowie rozmawiają ze sobą nawzajem o tym, czym jest miłość.
Głównym bohaterem powieści jest Ravic, lekarz, który nielegalnie przeprowadza operacje w cieszącej się dobrą sławą klinice. Pewnego dnia zupełnie przypadkiem poznaje kobietę, która, jak mu się wydaje, wypełni jego puste życie. Jednak los chce też, aby w tym czasie w życiu Ravica ponownie pojawił się gestapowiec, który niegdyś go torturował. Mężczyzna musi rozliczyć się z przeszłością, wyruszając w przymusową, choć niepewną drogę do obozu uchodźców.

Śnij mi się, śnij jak najczęściej, co noc, jeśli możesz. Czy tak dużo wymagam? Nie dręczę cię, żebyś mi odpisywał, ale przynajmniej śnij mi się.

Wiesław Myśliwski „Ostatnie rozdanie”
Mogę powiedzieć, że jestem świeżo po lekturze tej książki, bo skończyłam ją późną jesienią. „Ostatnie rozdanie” było jedyną książką Myśliwskiego, której jeszcze nie poznałam. Wypożyczyłam ją kiedyś z biblioteki, ale przez nadmiar lektury oddałam, przeczytawszy tylko 20 stron, dlatego kiedy w listopadzie po nią sięgnęłam powiedziałam sobie, że nic i nikt nie przeszkodzi mi w jej lekturze.
O samym „Ostatnim rozdaniu” nie ma za wiele co opowiadać, bowiem wszystkie powieści Myśliwskiego są tak samo magiczne i niesamowite, filozoficzne, dotykające prawdy o żyiu i istnieniu człowieka. Poza wieloma sferami życia, o których autor pisze, jest też miejsce na uczucie dwojga ludzi w postaci listów – kobiety porzuconej do ukochanego, który ją porzucił. Z każdym listem jej uczucie, tak samo zresztą jak ona sama, staje się dojrzalsze. Kobieta się starzeje, ale nie starzeje się jej miłość. Jej jedynej nie jest w stanie zmienić czy wyrzec się w swoim życiu.

Jedynym bólem jaki przeraża mnie w śmierci, jest to, że można umrzeć nie z miłości

Gabriel Garcia Marquez „Miłość w czasach zarazy”
Kiedy robi mi się smutno dlatego, że wciąż jestem sama, przypominam sobie postać Fiorentino Arizy z „Miłości w czasach zarazy”. To bękart i poeta, który zapałał gorącym uczuciem do porządnej i ułożonej Ferminy Dazy, a czekać na jej miłość musiał dokładnie… 51 lat, 9 miesięcy i 4 dni. Przedtem bowiem podzieliło ich nie tylko życie, ale również postać innego mężczyzny – Juvenala Urbino. Złączyli się dopiero po jego śmierci, kiedy Fiorentino pomagał Ferminie znieść wdowieństwo.
To najlepsza po „Stu latach samotności” książka Gabriela Garcii Marqueza, która skradła moje serce już w gimnazjum. Obecnie poluję na „białe” wydanie, dlatego bardzo proszę o informację, jeżeli będziecie je widzieć gdzieś dostępne.

Kobiety nie mają litości nad mężczyznami, których nie kochają.

Aleksander Dumas „Dama kameliowa”
Kiedy skończyłam czytać „Damę kameliową”, dosłownie zalałam się łzami. To taka historia, w której nie ma szczęśliwego zakończenia z dopiskiem „i żyli długo i szczęśliwie”. Powieść jest tym bardziej intrygująca, że opowiada o miłości pomiędzy młodym mężczyzną, prawie chłopcem, a dojrzałą, chociaż bardzo piękną kurtyzaną. Klientelą Małgorzaty Gautier są panowie z najwyższych kręgów paryskiego towarzystwa, w jakiś sposób jednego dnia jej kochankiem zostaje również młody blondyn – Armand Duval. Już po pierwszym spotkaniu para zakochuje się w sobie, jednak na drodze ich miłości staje wiele przeszkód – nie tylko ojciec Armanda, ale przede wszystkim gruźlica, na którą choruje Małgorzata…

Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.

Bolesław Prus „Lalka”
Tej książki nie trzeba nikomu przedstawiać, chociaż uważam, że warto powiedzieć o niej kilka słów, bo jest niedoceniona. Jej piękno, wrażliwość i mądrość ulatują wielu czytelnikom tylko dlatego, że nadano jej miano lektury szkolnej, a to przecież niesprawiedliwe.
„Lalka” to genialna powieść polska, konfrontacja pozytywistycznego idealizmu z realizmem. To historia źle ulokowanych uczuć, zdrady i złudzeń. To w końcu dramat – bo nie każda miłość może być miłością spełnioną, szczególnie jeżeli obiektem uczuć jest kobieta tak wyrafinowana, jak Izabela Łęcka.

Miłość nie wyraża się w pragnieniu spółkowania (to pragnienie dotyczy przecież niezliczonej ilości kobiet), ale w pragnieniu wspólnego snu (to pragnienie dotyczy tylko jednej kobiety).

Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”
Miłość jest przypadkiem. O tym, w kim się zakochujemy, decyduje przypadek. To, że decydujemy z daną osobą zamieszkać też jest dziełem przypadku. Nasze życie mogłoby się zmienić pod tym jednym i prostym, a jak wiele znaczącym słowem – przypadek. Tomasz spotyka Teresę – a jakże – przypadkiem. Jest akurat w knajpie, w której kobieta kelneruje. Daje jej swój numer telefonu i mówi, że gdyby była kiedyś w Pradze, chętnie by się z nią spotkał. Teresa przyjeżdża do niego przy najbliższej okazji z „Anną Kareniną” pod pachą i burczącym z głody brzuchem. Z wstydem, że przed tak idealnym mężczyzną pokazuje swoją słabość, jaką jest fizjologia człowieka. Sytuację pogarsza fakt, że dostaje gorączki i Tomasz zmuszony jest się nią opiekować. Teresa leży na kanapie i, chociaż wcześniej żadna kobieta nie nocowała u Tomasza, zostaje na noc. Zostaje już na zawsze. Spotkanie miłości swojego życia nie przeszkadza jednak mężczyźnie w posiadaniu licznego grona kochanek i stałego powiększania go o nowe osoby, bowiem jak sądzi, miłość i seks to dwie odrębne sprawy.

Chcę przed panią otworzyć całe moje serce i przekonać panią, że chociaż zawsze byłem głupcem, nie zawsze byłem łotrem.

Jane Austen „Rozważna i romantyczna”
Jane Austen przez całe życie była singielką i chyba tylko dzięki temu możemy czytać wszystkie klasyczne romanse, które wyszły spod jej pióra. „Rozważna i romantyczna” to moja ulubiona książka Angielki, najbliższa mojemu sercu i postrzeganiu świata. Kiedy po śmierci męża pani Dashwood przeprowadza się z córkami do posiadłości w Barton nie wie jeszcze, jak bardzo odmieni się ich życie… Uczuciowa i impulsywna Marianna marzy o mężczyźnie szarmanckim, wrażliwym, lubiącym te same lektury co ona, zaś łagodna i rozważna Eleonora zamierza oddać serce jedynie człowiekowi spokojnemu i odpowiedzialnemu. Niestety świat, którym – zamiast prawdziwych uczuć – rządzi pozycja społeczna i pieniądz, może boleśnie rozczarować te pełne uroku, ufne kobiety…

Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony.

Jane Austen „Duma i uprzedzenie”
Klasyk, którego nie mogło zabraknąć na tej liście. Któż nie wzdycha do pana Darcy’ego? Która dziewczyna nie chciałaby być chociaż przez chwilę Elizabeth Bennet?
Niewątpliwie największą zaletą tej powieści jest ukazanie równości pomiędzy kobietą a mężczyzną, tego, że kobieta może nie tylko dorównywać mu sprytem, błyskotliwością, a nawet wiedzą, ale często biją mężczyzn na łeb.

On się nigdy nie dowie, jak bardzo go kocham. Wcale nie dlatego, że jest przystojny, ale dlatego, że jest bardziej mną niż ja sama. Nasze dusze są jednakowe, niezależnie od tego, co w nich tkwi.

Emily Bronte „Wichrowe wzgórza”
Klasyki ciąg dalszy, bo to ona właśnie w najpiękniejszy i najbardziej dogłębny sposób opowiada o miłości.
Mały chłopiec, Heathcliff, jako osierocone dziecko trafia do domu Earnshawów. Wychowując się w tej zamożnej rodzinie, obdarza odwzajemnioną miłością Katarzynę, córkę swoich przybranych rodziców. Prześladowany przez przyszłego dziedzica Hindleya, poznaje też smak nienawiści. Gdy przekonuje się, że konwenanse mogą pokonać nawet najsilniejszą miłość, znika na trzy lata, aby powrócić jako dysponujący fortuną niewiadomego pochodzenia, demoniczny i bezwzględny mściciel. Od tego momentu nikomu w rodzinie nie będzie łatwo znaleźć własne szczęście.

Jak pociągająca jest kobieta nieświadoma swojej urody.

Malania Mazzucco „Vita”
Na sam koniec zostawiłam prawdziwą perełkę, opowiadającą o miłości dzieci, która przetrwać może całe życie. W 1903 roku dwunastoletni Diamante przybija do brzegów Nowego Jorku jako jeden z licznych włoskich emigrantów. Jedyne rzeczy, które są jego własnością to majtki po ojcu i zaszyte w nich dziesięć dolarów. Dziesięć dolarów na rozpoczęcie nowego życia. Razem z nim w Ameryce pojawia się Vita, dziewięciolatka, którą ma się opiekować. Chociaż kręci trochę nosem, w roli opiekuna sprawuje się fantastycznie – gotów jest oddać jej swoją porcję jedzenia, aby dziewczynka nie była głodna. Oboje muszą przetrwać w pełnym przejmującej nędzy świecie terroryzowanym przez gangsterów z Mano Nera. Czy znajdzie się tu miejsce na ich nieśmiałą miłość? Czy spełni się marzenie Vity, by byli po prostu happy?

To wszystkie moje ulubione książki o miłości. Do każdej z nich z chęcią wróciłabym kolejny raz, a a w tym roku planuję jeszcze odświeżyć sobie lekturę „Miłości w czasach zarazy”, „Łuku triumfalnego” i „Vity”.
Pochwalcie się w komentarzach, jakie romanse Wy lubicie czytać. Może uda mi się coś ciekawego wyłapać?