W rejs z mordercą na pokładzie

Czy już wspominałam, że kocham morze? Pełne tajemnic, porywcze, nieokiełznane, dzikie. Szczególnie te wody północy, które swoim chłodem jeszcze bardziej fascynują, wydają się pełniejsze zagadek i skrywanych sekretów. A jeszcze bardziej fascynuje mnie życie załogi – statku kołyszącego się na falach, łupinki orzecha rzuconej w nieposkromiony żywioł. Co robią, jak rozmawiają, o czym marzą, dlaczego pływają i czy boją się śmierci – gdybym tylko miała okazję, wypytywałabym ich o wszystko.
Kiedyś w ręce wpadła mi książka „My, topielcy”, która zachwyciła mnie do cna, ale po niej nie trafiłam na nic marinistycznego utrzymanego w podobnym klimacie. Dopiero „Na wodach północy” okazało się przełomem, chociaż nie aż tak ogromnym, jakiego bym oczekiwała.

Jest rok 1859. Załoga statku wielorybniczego wyrusza na Morze Arktyczne. To rejs trudny i wyczerpujący – wielorybnictwo upada, pozyskiwanie tłuszczu z tusz zwierząt nie należy do zajęć najprostszych i najprzyjemniejszych, tym bardziej, że arktyczny chłód wcale zadania nie ułatwia. Ale dla niektórych nie ma wyjścia – ta praca to ich jedyna szansa na przeżycie. Jedną z osób znajdujących się na pokładzie jest Patrick Sumner, młody lekarz pokładowy ze zszarganą reputacją. Zaciąga się na statek przekonany, że te parę miesięcy wielorybnictwa będzie dla niego niczym wakacje – ot odnotuje może jakieś zgony, głównie jednak będzie leczył biegunki wywołane ubogą morską dietą i podawał środki przeciwbólowe. Rzeczywistość, jaką zastaje na pokładzie okazuje się jednak gorsza niż najstraszniejszy koszmar…
Po dość długim czasie podróży, gdy statek znajduje się daleko od portu, na pokładzie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Jeden z chłopców okrętowych przychodzi do Sumnera, skarżąc się na ból brzucha. Po dogłębnym badaniu doktor stwierdza, że młody Joseph Hannah padł ofiarą sodomii, a kilka dni później… chłopiec zostaje uduszony. Patrick Sumner ciekaw prawdy i pełen obaw wciela się w rolę detektywa, próbując złapać mordercę dziecka. Mimo że pierwsze poszlaki wskazują zupełnie inną osobę, bezlitosnym potworem, dzikim, łaknącym krwi zwierzem okazuje się Henry Drax. Sumner będzie zmuszony stawić czoła bestii. Na arktycznym lodzie, w dzikich i nieprzyjaznych warunkach stoczy się pojedynek na śmierć i życie.

„Na wodach północy” to powieść skonstruowana niezwykle klimatycznie – doskonale oddane tło zimnego morza i krainy skutej lodem, idealnie odwzorcowany język, którym posługują się marynarze, mocne, charakterne postaci, a także garść opisów działalności harpunniczej, a wszystko to suto zakropione krwią – sprawiają, że fabuła niesamowicie intryguje, co więcej – wciąga na tyle, że czytelnik sam może poczuć się jednym z bohaterów. Rzadkie to uczucie, gdy czytając jakąś powieść, czujemy ją wewnątrz; brnąc przez karty tej powieści nieustannie czułam na plecach chłodny powiew wiatru – nie jestem pewna, czy to tak dobrze odwzorowany klimat, czy może ciarki wywołane rozlewem ludzkiej krwi?

Finalista Booker Prize 2016 wciąga, szokuje i intryguje. To dobra powieść na zimne wieczory, w które łatwo można się wczuć w arktyczne okoliczności. Do monumentalnych „Topielców”, z którymi pozwoliłam ją sobie nieco porównać, sporo jej brakuje, ale to wciąż świetna pozycja. Nie zachwyciła mnie tak, jak tego oczekiwałam, ale dostarczyła mi rozrywki na trzy popołudnia.

Czterej muszkieterowie

Przy moim pierwszym spotkaniu z prozą Dumas zachowywałam pewną dozę niepewności i dystansu, obawiając się ponad tysiąca nużących stron „Hrabiego Monte Christo”, ale już po kilkudziesięciu odkryłam, że to powieść absolutnie wspaniała, doskonale skonstruowana i wciągająca. Pochłonęła mnie do reszty i nie pozwoliła zajmować się niczym innym w wolnym czasie, niż jej czytaniem. Historię zemsty młodego żeglarza, Edmunda Dantes, postawiłam na półce wśród moich ulubionych książek, a niedługo potem dołączył do niej kolejny tytuł – drugie monumentalne dzieło genialnego Francuza.


„Trzej muszkieterowie” to najsłynniejsza powieść płaszcza i szpady w dorobku klasycznej literatury francuskiej. Akcja osadzona jest w pierwszej połowie XVII wieku, kiedy królem Francji jest młodziutki Ludwik XIII, a faktycznym władcą kardynał Richelieu. Głównym bohaterem powieści – wbrew tytułowi – jest osiemnastoletni d’Artagnan, który przybywa do Paryża z zamiarem wstąpienia do elitarnej grupy muszkieterów królewskich. Z pewnością poszłoby mu jak z płatka, gdyby nie fakt, że polecający go list skierowany do kapitana muszkieterów, pana de Tréville’a, zostaje mu skradziony. Dla większości bohaterów powieść kończyłaby się już w tym miejscu, bowiem załamani swoim nieszczęściem nie potrafiliby wykrzesać z siebie dość energii, aby brnąć przez gęste i lepkie błoto złudnych marzeń. Ale nie dla D’Artagnana. Kiedy opuszczał rodzinny dom ojciec nakazał mu nigdy nie tracić odwagi, walczyć o swoje, o nic nie prosić, na wszystko sobie zapracować i pojedynkować się z każdym, kto go obrazi. Poza tym gdzieś na dnie kieszeni jego płaszcza znajdowała się maść matki na wszelakie obrażanie, dlatego zranienie szpadą było mu niestraszne.
D’Artagnan udaje się więc do de Tréville’a, chociaż nie posiada przy sobie najważniejszego dokumentu, mając nadzieję, że swoją odwagą i męstwem zapracuje sobie na to, by w przyszłości stać się muszkieterem. Tam, wedle rady ojca, nie pozwala sobie wejść na głowę, i już pierwszego dnia ma się pojedynkować z trzema najdzielniejszymi muszkieterami – Atosem, Portosem i Aramisem. Los uśmiecha się do czwórki młodych mężczyzn chytrze, bowiem już chwilę później okazuje się, że wspólnymi siłami będą zmuszeni stawić czoło wrogowi, a dzięki tej walce staną się dla siebie najwierniejszymi przyjaciółmi. Z biegiem czasu coraz więcej zapalnych punktów wspólnych będzie pojawiać się na drodze czterech przyjaciół, a ci, zawsze nierozłączni i oddani sobie będą zmuszeni się wspierać i ratować jeden drugiego z opresji.

Rysunek Maurice’a Leloira (1894) (źródło: wikipedia)

Ciężko opowiedzieć o fabule „Trzech Muszkieterów” bez streszczania jej, bowiem powieść jest tak naszpikowana wydarzeniami, zwrotami akcji i charakternymi postaciami, że nie sposób opowiedzieć o jednym wydarzeniu, nie poruszając drugiego. Pełna zagadek i intryg fabuła splata losy czterech bohaterów, a miłostki i żądze tworzą z nich niemalże jeden organizm. Jeden wątek zazębia się z drugim, a każdy bohater, który staje na drodze muszkieterom wpływa na dalszy przebieg fabuły. Tym sposobem tych czterech odważnych będzie musiało walczyć nie tylko z hugenotami, Anglią, kardynałem Richelieu, usiłującym co chwila znaleźć na nich jakiś hak, ale i z powabną Milady, kobietą, która okazuje się być diabłem w owczej skórze.

„Trzej muszkieterowie” to powieść, która nigdy się nie znudzi. Przyznam szczerze, że Dumas postawił mnie w horrendalnie ciężkiej sytuacji, bo gdybym miała teraz wskazać swoją ulubioną książkę, nie potrafiłabym – w ostatecznych rozrachunku – wybrać pomiędzy Hrabią a Muszkieterami. Nie wspominając już o tym, że moje czytelnicze serce nie potrafi zdecydować się, którego muszkietera lubi najbardziej – słodkiego i dobrego Aramisa, któremu nie brakuje odwagi, chociaż zdecydowanie bardziej woli się modlić niż wymachiwać szpadą, próżnego Portosa, który bawił mnie niezmiernie, Atosa, rozważnego, mądrego, opanowanego, męskiego i zranionego przez kobietę, czy w końcu D’Artagnana, nieprzeciętnie inteligentnego, posiadającego odwagę za czterech, sprytnego i namiętnego?
By stworzyć powieść tak wielowątkową, wciągającą, interesującą i wciąż żywą po ponad dwóch stuleciach, niewątpliwie trzeba być geniuszem. I dla mnie – dzięki tym dwóm niezwykłym powieściom – Dumas nim jest. Po lekturze „Trzech muszkieterów” czuję ogromny niedosyt, ale pocieszam się myślą, o kontynuacji losów tych czwórki w powieściach „Dwadzieścia lat później” i „Wicehrabia de Bragelonne”.

Ostatni powiew „Wieczornego wiatru”

„Wieczorny wiatr” – pierwszy tom trylogii Jeana D’Ormessona – przeczytałam z przyjemnością, chociaż nie ukrywam, że dopiero po kilkudziesięciu stronach. Na początku ciężko było mi się wciągnąć w fabułę i w mnogość wątków, które przeplatał ze sobą francuski pisarz. Chociaż „Wieczorny wiatr” uznałam za książkę godną uwagi, tak dopiero jej kontynuacja – „Mężczyźni za nią szaleją” pochłonęła mnie całkowicie. Losy czterech sióstr O’Shaughnessych i czterech braci Romero były tak burzliwe, dziwaczne i interesujące, że siłą rzeczy musiałam zostać wciągnięta w wir wydarzeń politycznych, kulturalnych i emocjonalnych towarzyszących nam na kartach powieści.
W kwietniu tego roku ukazała się ostatnia część trylogii – „Szczęście w San Miniato” – zamykająca cały cykl i definitywnie podsumowująca losy bohaterów.

Jean D’Ormesson, jak podkreślałam już wielokrotnie w recenzjach poprzednich tomów, zwykł wrzucać swoich bohaterów w swoisty tygiel, w którym aż gotuje się od różnych wydarzeń, namiętności, konfliktów i osobowości, grających pierwsze skrzypce. Opisuje samo życie, lecz na tle wielkiej historii – w ten sposób jego bohaterowie pojawiają się zawsze w centrum przemian Europy, zawsze w coś wplątani i zamieszani. Tym razem sytuacja polityczna nie ułatwia siostrom O’Shaughnessym i braciom Romero życia, bowiem druga wojna światowa wisi w powietrzu… Ribbentrop przyjeżdża do Moskwy, żeby podpisać pakt z Mołotowem, Churchill pozostaje sam na polu walki…


Jessica nie żyje, zginęła w Hiszpanii. Pandora ją opłakuje i odchodzi nieco od swojego statusu „kokietki”, bardziej poświęcając się ojczyźnie, służbie wujaszkowi Winstonowi. Vanessa, chociaż ślepo zakochana w Rudolfie Hessie, zmuszona jest opuścić Niemcy, w których atmosfera staje się coraz niebezpieczniejsza. Wkrótce jednak, dostrzegając pogłębiający się obłęd swojego niemieckiego kochanka, pada w ramiona jednego z braci Romero. Atalanta zmęczona nieobecnością Goeffreya zbliża się do ogrodnika, a Jean, narrator powieści, zmuszony jest po raz kolejny opiekować się wszystkim siostrami, wyciągać je z opresji i pocieszać, gdy zbiera się im na płacz. W końcu – jak sam powtarza – bycie przy siostrach O’Shaughnessych to jego życiowa misja…


„Szczęście w San Miniato” jest tomem mniej porywającym i wciągającym niż części poprzednie. Na tle „Wieczornego wiatru” i „Mężczyźni za nią szaleją” wypada dosyć słabo – szczególnie w zestawieniu z częścią drugą – bowiem charakter bohaterów i zwroty akcji nie są aż tak wyraźne przez liczne rozważania natury filozoficzno- politycznej. O ile ogromną zaletą drugiego tomu trylogii była dla mnie obecność narratora – ten w końcu się nam ujawnił, stał się nie tylko opowiadającym, ale jednym z czynnie biorących udział w akcji postaci, ba!, stał się nawet bohaterem kluczowym, tak w części trzeciej znów znika, staje się postacią drugoplanową, która odgrywa w powieści ważną rolę, ale sama historia nie straciłaby nic na tym, gdyby prowadzona była w narracji trzecioosobowej. Tego, co było więc ogromną zaletą książki „Mężczyźni za nią szaleją”, próżno szukać w „Szczęściu w San Miniato”.
D’Ormesson wymyślił sobie tę powieść od początku do końca, chociaż nie raz bohaterowie prowadzą go za rękę czy wodzą za nos. Podążają swoimi ścieżkami, wplątują się w relacje z bohaterami, których nie przepisywał im ich twórca, żyją własnym życiem. Klimat, historyczne i kulturowe tło, silne charaktery oraz wydarzenia, które są paradoksalnie nieprawdopodobne i zarazem prawdopodobne w życiu zwykłego człowieka są silną stroną całego cyklu. Ostatnia część jest godna uwagi ze względu na domknięcie losów bohaterów, z którymi czytelnik zdążył się już dobrze poznać, a może i zżyć.
Cała trylogia przywodzi mi nieco na myśl sagę „Ósme życie”, której głównymi bohaterkami są też piękne, silne kobiety, a całość akcji dzieje się na tle historycznym – również i tam zwykłe życie zmienia się w obliczu przemian, którym poddawany jest świat. Jeżeli więc interesują Was rozległe sagi rodzinne, bardzo klimatyczne i głęboko zakorzenione w historii, sięgnijcie, może i ta Was zaczaruje!

Wiem, wiem. Dla ludzi, którym tak jak mnie i wam przypadło w udziale monotonne i nieraz trudne życie, jest coś irytującego w tym, że wszędzie, gdzie się coś dzieje, spotyka się siostry O’Shaughnessy. Można by im zarzucić nie tylko niefrasobliwe podejście do cierpień ludzkości i przeżywanie jej dramatów z uśmiechem na ustach, ale też to, że nawet podczas najokrutniejszych tragedii wygodnie usadowione na proscenium, zdobne we wszelkie znane nam już dary i powaby zbierały oklaski u boku ludzi, którzy odcisnęli swe piętno na całym stuleciu. Jest w tych zarzutach trochę prawdy. Życie nie potraktowało czterech sióstr wcale łaskawiej niż resztę śmiertelników, lecz posiadały one niezrównaną umiejętność przeobrażania go.

Ludzie wędrujący

Niektórzy z nas są wędrownymi ptakami – pojawiamy się w czyimś życiu, a później znikamy. Czasem dlatego, że chcemy, częściej jednak z braku możliwości pozostania. Jak odlatujące do ciepłych krajów ptaki, ludzie wyznaczają swe szlaki podróży, urozmaicając czasem trasę o nowe kraje, miasta, ludzi.
Chociaż nie chcę wchodzić na grunt polityczno-gospodarczy, doskonałym przykładem współczesnych wędrownych ptaków są uchodźcy – wędrują, bo nie mogą nigdzie osiąść na stałe, muszą bezustannie iść do przodu, w żadnym miejscu nie mogą się czuć jak u siebie – swobodnie i lekko. Muszą odlatywać, gdy kończy się ich czas.



Jednym z wędrownych ptaków jest Paulinka. Dziewczynka zaprzyjaźnia się z Łukaszem, chłopcem „stąd”, ale to jej nie wystarcza – ona chce pozostać. Spędzają razem dni, przesiadują na drzewie obserwując miasto, zajadają chleb i uczą się siebie nawzajem – Łukasz coraz więcej zna już zdań w języku wędrownych ptaków, a Paulinka lepiej wie, co chłopiec chce powiedzieć. Dni jednak mijają szybko i wkrótce towarzysze Paulinki zbierają się do podróży, ta jednak chce pozostać, aby móc przyjaźnić się z Łukaszem i zobaczyć pierwszy w życiu śnieg. Wędrowne ptaki ostrzegają ją jednak, znając losy tych, którzy podobnie jak Paulinka zamarzyli, aby osiąść na stałe w jednym miejscu – kiedy przychodzą chłodniejsze, nikt z ludzi nie troszczy się o przybyszy, wędrowne ptaki umierają więc z głodu i zimna… Na szczęście wśród ludzi znalazła się jedna dobra dusza – szlachetna pani Lorenz – która zbudowała ogromne gniazdo dla wędrownych ptaków, dające im schronienie i pożywienie. Paulinka będzie więc mogła zostać w miejscu, gdzie mieszka jej przyjaciel, i odkrywać życie z nowej, innej perspektywy – już nie wędrownego ptaka, a dziecka „stąd”.


„Wędrowne ptaki” to wspaniała, bardzo wrażliwa i delikatna książeczka o tolerancji, szukaniu porozumienia, wzajemnym poznawaniu się i szacunku do drugiej osoby. To pokazywanie dziecku kim są „Obcy”, i że oni – podobnie jak my, ludzie „stąd” – mają swoje uczucia, pragnienia, obawy, możliwości, ale też ograniczenia. To historia mówiąca o konieczności niesienia pomocy, współodczuwaniu, okazywaniu zrozumienia i uprzejmości drugiej osobie. Poza tą głębsza sferą jest to opowiadanie o niezwykłej przyjaźni Paulinki i Łukasza – bardzo prostej, jak to z przyjaźnią dzieci bywa, nie wymagającej niczego od drugiej strony, a jednak na tyle silnej, bo zdolnej pokonać nawet największe przeszkody.
„Wędrowne ptaki”, to opowieść skierowana dla dzieci pięcioletnich, ale doskonale sprawdzi się też jako książka dla dzieci nieco starszych. Napisana w sposób poetycki i dosłowny – chociaż pozostawiający szerokie pole do interpretacji – zachwyciła nawet mnie.
Na koniec muszę wspomnieć o cudownych ilustracjach i doskonałej jakości wydania. Kartki są grube, a wykonane w jednym stylu rysunki (w kolorach przeważnie szarych z domieszką koloru pomarańczowego) pobudzają wyobraźnię i doskonale oddają klimat opowieści.

Literacka kototerapia

O tym, że zwierzęta potrafią zmienić życie człowieka przekonał się już niejeden właściciel psa czy kota – szczególnie kota, bo te na pozór obojętne zwierzęta ogromnie przywiązują się do człowieka, fascynując go pełnią swoich tajemnic. Nudne i zwyczajne życie w rytmie rutyny zmieni się nie do poznania w momencie, kiedy na Waszej kanapie wygodnie rozsiądzie się jakiś czworonóg. To, o czym piszę, nie jest wyssane z palca, bowiem sama jestem właścicielką kota, choć może powinnam napisać inaczej – Timo jest moim właścicielem, bowiem mówi się, że to koty posiadają ludzi, nieodwrotnie.


Takie zmiany nadchodzą w małżeństwie japońskich trzydziestolatków. Mieszkający na Dróżce Błyskawicy w Tokio żyją szybko, nie dostrzegając tego, co przynosi im każdy dzień. Cieszą się swoim towarzystwem, poświęcają trochę czasu posiłkom, przede wszystkim jednak pracują i ciągle się śpieszą… Wszystkie dni wyglądają niemalże tak samo, mijają w tempie – jak na nazwę miejsca, w którym mieszkają przystało – błyskawicy… aż do pewnego momentu. Kiedy w ich ogrodzie pojawia się majestatyczna kotka Chibi, oboje wiedzą, że to zwiastuje jakieś zmiany. Białe futerko z cętkami w kolorze sadzy sprawia, że para zapiera dech i zaczyna co raz uważniej przyglądać się zwierzęciu, nieświadomie zaczynając o niej rozmawiać. Wiedzą, że nie mają do czynienia ze zwykłym kotem – Chibi jest zwinna, szybko się wymyka, nie miauczy, a w jej oczach kryje się jakaś mądrość. Z czasem kotka coraz bardziej przyzwyczaja się do ludzi, pomieszkując po trochu u każdego z mieszkańców Dróżki. Nieproszony gość zmienia życie Japończyków na tyle, by ci zaczęli bardziej się do siebie zbliżać, dostrzegali piękno każdego dnia, zwolnili tempo i cieszyli się tym, czym obdarowuje ich natura… ale czy jest możliwe, żeby to właśnie zwierzę potrafiło odmienić ludzki los? Natchnąć ich, by zaczęli żyć inaczej?

To zasadnicze pytanie, które nie tylko zadaje sobie główny bohater książki i zarazem jej narrator, ale też przesłanie powieści. Okazuje się bowiem, że nawet najdrobniejsza rzecz – jak obserwowanie kota – może sprawić, że zaczniemy żyć inaczej, bardziej się ciesząc z każdego dnia i dostrzegając ukryte piękno, które zazwyczaj gdzieś nam umyka.
„Kot który spadł z nieba” to powieść, której akcja dzieje się powoli – w rytm dnia, mijających tygodni, miesięcy i pór roku. W tej minimalistycznej powieści, książeczce liczącej niewiele więcej ponad sto stron, bohaterowie dzielą się z czytelnikiem swoimi okruchami życia.
Główny wątek, którym jest przemijanie, ujawnia się powoli i leniwie, jak budzący się po drzemce kot. Dla bohaterów śmierć jest czymś, czego nie rozumieją, jakąś nieznaną siłą, na którą nie mają wpływu – swoistym fatum. Przemija każdy dzień i pory roku, ale przemijają też ludzkie i zwierzęce istnienia. Przemija świetna kariera i ambicja. Przemijają marzenia Japończyków i dobre lata ich państwa. Hiraide pisze o strachu i bólu w sposób niedosłowny. Celnymi, nostalgicznymi i doskonale wplecionymi w akcję dialogami buduje most pomiędzy uczuciami bohaterów, a kryzysem ekonomicznym w Japonii, stwarzając tym samym głęboką, bardzo melancholijną i wrażliwą sferę powieści.

Zjawiający się pewnego dnia w ogrodzie kot pomaga właścicielom uporać się z ich problemami, wystawiając ich na ogromną próbę. „Kot który spadł z nieba”, to nie tylko powieść-medytacja o przezwyciężaniu rutyny i szukania szczęścia wbrew złośliwym uśmiechom codzienności, ale też bardzo wrażliwa opowieść o próbie odnalezienia wewnętrznej siły, przezwyciężania tego, co niezwyciężone.