Córy chińskiego terroru

Wychowałam się właściwie na literaturze chińskiej – zamiast powieści młodzieżowych łykałam te, opowiadające o historii Chin. Nie, żebym sama tego chciała – to mama przynosiła takie książki z biblioteki, a ja, nie będąc wtedy jeszcze zapaloną czytelniczką, podkradałam i z ciekawości podczytywałam te powieści. Tak zaczęła się moja czytelnicza „kariera” – od minut spędzonych na gimnazjalnym korytarzu z „Matką” Pearl S. Buck, aż po miłe do tej literatury powroty, czyli sięganie po coś nowego, innego, jak proza Noblisty z 2012 roku, Mo Yana. W tym roku miałam okazję sięgnąć po coś nowego – książkę czytaną na całym świecie, lecz wciąż jeszcze zakazaną w Chinach – po „Dzikie łabędzie” Jung Chang.


Dzikie łabędzie to trzy córki Chin. Pierwszą i zarazem najstarszą bohaterką tej opowieści jest babka autorki, uchodząca za ogromną piękność. Dzięki cierpieniom, które dzielnie znosiła przez całe życie – krępowanym stopom – nie potrafią się jej oprzeć najbardziej wpływowi mężczyźni w Chinach. Tym sposobem zostaje konkubiną generała… Życie obfitujące w łaski i dobra szybko się jednak dla niej kończy, bowiem generał ciężko chory w końcu umiera. Zostając sama z córeczką i nosząc miano byłej konkubiny – a więc kobiety w jakiś sposób nieczystej, zhańbionej – musi zaplanować przyszłość w taki sposób, by była łaskawa i dobra przede wszystkim dla dziecka.

Kiedy kończy się II wojna światowa, a Japończycy pokonani przez ZSRR doznają teraz głębokich represji z rąk Chińczyków, do władzy dochodzi Kuomintang. Szybko jednak okazuje się, że lepsze czasy wcale nie nadchodzą, dlatego co raz większą rolę w kraju odgrywają komuniści, walczący z represjami Kuomintangu.
To właśnie matka autorki, drugi chiński łabędź tej powieści, będzie razem z partią budować „lepszą” przyszłość dla ukochanej ojczyzny. Dzięki komunizmowi – temu systemowi „idealnemu” poznaje swojego przyszłego męża. Szybko jednak dostrzega, że bycie „towarzyszką” okazuje się uciążliwe, tym bardziej, że partia nie wspiera, a wręcz neguje wartość jakichkolwiek więzi rodzinnych. Kobieta musi nauczyć się tego, co to znaczy „zakreślić granicę” i odizolować się od swoich bliskich, by nie przekładać miłości nad znaczenie ojczyzny. Po latach razem z mężem dostrzega terror i okrucieństwo Mao. Publiczna krytyka dyktatora sprowadza nieszczęście na całą rodzinę Chang i zwiastuje czasy bardzo niepewne, zmierzające w tym gorszym kierunku. Niegdyś przodownicy partii, teraz torturowani i zesłani do obozów pracy, gdzie nie pamięta się o ich zasługach.

Jung Chang z Czerwoną Książeczką pod pachą usiłuje się dostać do Czerwonej Gwardii. Jej rówieśnicy uważają jednak, że jest za „miękka”, bo brzydzi się przemocą. Na nic zresztą jej starania, skoro z czerwonej – czyli dzięki pozycji swojego ojca najbardziej zasługującej na miejsce w Gwardii, staje się powoli szarą – tą nijaką, obawiając się nadejścia najgorszego – stania się czarną, kiedy każdy będzie nią pomiatać, znęcać się i bić do nieprzytomności, o ile nie śmierci…

Wraz ze śmiercią Mao sytuacja polityczna w Chinach uspokaja się odrobinę i nadchodzi względna stabilizacja, chociaż oczywiście nie za długo. Dzięki swojej ciężkiej pracy, uporze, ale przede wszystkim szczęściu Jung Chang może – w końcu – wyjechać za granicę, do Wielkiej Brytanii… a tam w spokoju opisać i opowiedzieć milion czytelników współczesną historię Chin na przykładzie losów jej rodziny. Po wyjeździe w obce, neutralne miejsce w rodzinie Chang pęka skorupa, którą historia kazała im wyhodować. Pod tym grubym pancerzem partyjnych form i zasad skrywa się wrażliwość zwykłego człowieka – delikatnych, chociaż niesamowicie silnych kobiet, które mimo czasów, w jakich przyszło im żyć, wciąż pozostały wrażliwymi, kochającymi istotami.
„Dzikie łabędzie” to poruszająca historia, którą mimo iż czyta się jak powieść, jest tak naprawdę prawdziwym i ogromnie ważnym świadectwem. Historię Chin poznałam dzięki takim książkom, jak „Żaby” czy „Bum!” Mo Yana albo „Matka” Pearl S. Buck, jednak książka Jung Chang poruszyła mnie do głębi. To prawdziwa historia prawdziwych ludzi, opowiedziana w prosty, jak najwierniejszy sposób, a zarazem powieść, która wciąga i zapełnia wolne chwile.

Zerkając do ula

Wszelakie bzyczące stworzenia zachwyciły mnie, gdy za sprawą Wydawnictwa Marginesy zagłębiłam się w „Żądła rządzą” Dave’a Goulsona. Do tej pory nie miałam pojęcia, że o trzmielach można pisać tak ciekawie i to w dodatku przez przeszło 300 stron. Goulson stworzył z tych owadów prawdziwych bohaterów książek, nadając im to drapieżnego, to łagodnego charakteru, przedstawiając wręcz z reporterską wnikliwością realia ich życia. Rzecz ma się zupełnie inaczej z Mauricem Maeterlinckiem, którego „Inteligencja kwiatów” zachwyciła czytelników Wydawnictwa MG, bo w jego „Życiu pszczół” przyrodnicze realia idą w parze z… poezją. Jego prace to swoiste peany na cześć Matki Natury, oddające jej największy hołd i cześć.

Odkrywając poza nami ślad prawdziwej inteligencji, doznajemy czegoś w rodzaju wzruszenia, jakie ogarnęło Robinsona, kiedy znalazł odbicie ludzkiej stopy na piasku swej wyspy. Czujemy się mniej samotni na Ziemi niż sądziliśmy.


Wydaje nam się, że o życiu pszczół wiemy już względnie dużo – ludzi od wieków fascynuje swoista hierarchia w ulu, ład i porządek, które tam panują, autorytet królowej i absolutne poddaństwo robotnic. Maurice Maeterlinck poetycko opisuje jednak szereg innych sytuacji z życia apis, karmiąc czytelników bogactwem słów, obfitością metafor i epitetów, aż w końcu ogromną ilością przyrodniczych ciekawostek. Kto z Was wiedział o ogarniającej ul żądzy mordu, wymierzonej w trutnie? Albo o późniejszym pogrzebie ciał poległych, ucieczce i następnie gwałtownej i bolesnej śmierci tych, którzy mieli „łut” szczęścia? Zaskakujące wydają się również fakty, jako że robotnice kłaniają się przed przechodzącą wśród nich królową, do końca życia pozostają dziewicami, a królowa miłości kosztuje tylko jeden jedyny raz w życiu, kiedy łączy się z jednym z trutniów. Pszczoły, podobnie jak inne zwierzęta, gromadzą zapasy i są przygotowane na nadejście „ciężkich” czasów. Wiedzą też, jak zapobiegać katastrofie naturalnej, kiedy przyrost urodzin w ich ulu gwałtownie zacznie spadać… Niemalże na każdym kroku przejawiają swoją wolę życia, inteligencję i umiejętność przewidywania przyszłości.


Życie owadów okazuje się być o wiele bardziej fascynujące od tego, które zdołamy obserwować. Osiadającą to na jednym, to na drugim kwiatku, zbierającą z niego nektar pszczołę widzimy tylko przez jakiś czas. Nie mamy pojęcia, jako obserwatorzy, lecz wciąż amatorzy przyrody, dokąd zanosi swoje zbiory, co się z nimi później dzieje, jak nasza wybrana pszczoła zachowuje się wśród swoich rówieśniczek i jaką pozycję w ulu zajmuje. A ul jest niczym pałac, gdzie wszystko odbywa się według określonych zasad, kiedy ich nieprzestrzeganie grozi surową karą.

Maurice Maeterlinck opowiada o pszczołach w taki sposób, że zachwyci tak początkujących „przyrodników”, jak i badaczy pszczelego środowiska, ich pasjonatów. Łącząc naukę z poezją tworzy coś na wzór uniwersalnego dzieła, które nie traci na wartości wraz z upływem lat. Obcowanie z „Życiem pszczół” to nie tylko gratka dla wielbicieli tematów „eko”, lecz również wyjątkowa książka dla wszystkich tych, którzy cenią sobie piękne wydania. Tak bogato zdobione przepięknymi ilustracjami „Życie pszczół” jest dziełem z najwyższej półki.

Myśliwski pod lupą

Powieściami Wiesława Myśliwskiego zachwyciłam się w 2015 roku, kiedy jeszcze w licealnej bibliotece szkolnej wzięłam do ręki „Traktat o łuskaniu fasoli”, nagrodzony zresztą w 2007 roku literacką nagrodą „Nike”. Zaintrygowana tytułem i nagrodami, którymi autor został uhonorowany, postanowiłam poznać w końcu tę opowieść. W miarę czytania coraz bardziej zatapiałam się w lekturze, tonęłam wręcz w każdym słowie autora, zakochując się coraz bardziej i bardziej… I jak to bywa z każdą miłością, wszystko potoczyło się samo. Niedługo później wzięłam do ręki „Nagi Sad” i „Pałac”, które aż tak, jak „Traktat” mnie nie porwały, ale zaraz po nich przeczytałam „Widnokrąg”, „Kamień na kamieniu” i w końcu w roku ubiegłym uzupełniłam o „Ostatnie rozdanie”, najnowszą powieść autora. Kiedy dotarła do mnie wiadomość o wydanej analizie twórczości pisarza, książce Piotra Biłosa, noszącej tytuł „Powieściowe światy Wiesława Myśliwskiego” wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

W powieściach Myśliwskiego nie ma ani jednego zbędnego słowa – przekonuje nas autor. Każda litera i każdy znak interpunkcyjny mają jakieś znaczenie, a słowa często kryją w sobie to drugie dno. Autor zabiera nas w długą, lecz pełną wrażeń wędrówkę. Dokąd? Właściwie nigdy tego nie wiadomo – celu podróży ciężko się domyślić, a nasz „przewodnik” sam często nie spodziewa się, dokąd zaprowadzą go bohaterowie, których powołał do życia. Tak więc wyruszamy bez nadziei na jednoznaczne odpowiedzi i wędrujemy przez meandry zdań, przedzieramy się przez rwące potoki słów, aż w końcu spoczywamy na samotnej wyspie, suchym lądzie, często z lekkim zaszokowaniem i zaskoczeniem – na końcu przekonujemy się, że w tej czy owej książce nic w istocie nie wyglądało tak, jak powinno. Ale to nieważne, bowiem liczy się sama wędrówka.


Piotr Biłos, zamieszkały w Paryżu teoretyk literatury, tę właśnie wędrówkę stara się nam nieco objaśnić, przybliżyć, pokazując tym samym, że w każdej książce Myśliwski wyzywająco rzuca do nas piłkę, zachęcając do podjęcia zabawy. Udowadnia, że pisarz daje nam widoczne przesłanki ku temu, byśmy nie tylko przeczytali każdą jego książkę, bo wszystkie niosą ze sobą jakiś motyw wspólny, ale wręcz nakazuje nam je czytać jednocześnie, by pojąc te opowieści całościowo i najbardziej trafnie. Weźmy na ten przykład topos śmierci z „Kamienia na kamieniu” i „Ostatniego rozdania” – w „Kamieniu” jest nim naturalnie grób, jaki Szymek Pietruszka kopie dla swojej rodziny, w „Ostatnim rozdaniu”… stary notes z adresami, który od mnogości zapisanych w nim osób pęka szwach i jest największym wyrzutem sumienia bohatera, bowiem z każdym dniem przypomina mu o kruchości ludzkiego życia, o słabości ludzkiej pamięci i nieustannej wędrówce w stronę – właśnie grobu. Bo to jedyny taki spacer w naszym życiu, kiedy nie można się zatrzymać i powiedzieć „dosyć, jestem zmęczony, chcę wrócić do domu”, lecz trzeba przeć do przodu, przed siebie, mimo że zdrowie już nie to i nogi coraz bardziej puchną. I choćby zrobiło się wszystko, by zawrócić, wszystkie ziemskie drogi prowadzą w stronę śmierci. Ale przecież umieranie nie jest powszechne jedynie w tych dwóch powieściach – niewątpliwie pojawia się tak w „Widnokręgu”, jak i w „Traktacie o łuskaniu fasoli”, „Pałacu”, czy „Nagim sadzie”. Dalej można by sięgnąć po motyw butów lub nieco łatwiej – samej miłości, ojca, matki, języka, wsi… Myśliwskiego analizować można z każdej strony i pod każdym kątem i to właśnie w „Powieściowych światach” pokazuje Piotr Biłos – mnogość wątków, dokładność interpretacji – bowiem w jego książce analizie poddane jest niemalże każde słowo, mało tego, porównywane jest do podobnych wątków z innych jego książek, często w zestawieniu z dziełami innych autorów. Co może się okazać ciekawe dla czytelnika, Piotr Biłos często przytacza słowa innych teoretyków literatury, którzy wcześniej zdecydowali się wniknąć głębiej w prozę Myśliwskiego.

Chociaż analiza to wyśmienita i bardzo dokładna – można by rzecz, że jest kluczem, który ułatwia zrozumienie dzieł autora, swoistym drogowskazem, który wskazuje nam, którymi ścieżkami podążać – to lektura dla największych i najbardziej zatwardziałych fanów autora. Nawet mnie, a prozę Myśliwskiego stawiam na najwyższym szczeblu w hierarchii najbardziej cenionej przeze mnie literatury, nieco zmęczyła. To też nie książka, którą czyta się „od deski do deski”. Zaleca się ją dawkować, czytać spokojnie, uzupełniając wersami z Myśliwskiego.
Polecam szczególnie nie tylko każdemu wielbicielowi, lecz przede wszystkim tym, którzy wszelakie analizy lubią i cenią – bo jest dosyć akademicka, pisana ciężkim lecz ładnym językiem.

Przyjaciel, który ratuje życie

Zwykło się mówić, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Za trochę miłości i poświęconej mu uwagi, ofiaruje swojemu właścicielowi całe swe psie serce. A raz tak oddana zwierzęca duszyczka pozostaje człowiekowi na zawsze wierną. Czy jednak miłość ta może być tak głęboka i bezwarunkowa, by psiak potrafił uratować człowiekowi życie?
Opowiadając o psach z wymyślnymi imionami, jak Koperek, Stroszek czy Woody, Claire Guest udowadnia nam, że nie ma takiej przeszkody, której psy by nie pokonały, by w porę ostrzec nas przed niebezpieczeństwem zagrażającym naszemu życiu. Bo gdyby nie Daisy dla Claire byłoby już za późno.

Psi węch jest tysiąc razy lepszy i dokładniejszy niż nasz, ludzki. Nasi czworonożni przyjaciele są w stanie rozłożyć zapach na różne czynniki i rozpoznać w nim coś niepokojącego. Właśnie dlatego w poszukiwaniu narkotyków czy materiałów wybuchowych często wykorzystuje się psy – bo potrafią „dostrzec” nosem to, czego w przypadku ludzki nie odnajdują nawet maszyny. Odpowiednio wyszkolone potrafią zdziałać cuda… Nie tylko przypomnieć o porze zastrzyku, sporej ilości alergenów w powietrzu, ale i poinformować człowieka, że być może w jego ciele znajduje się jakiś złośliwy guzek, który nieusunięty na czas może przeobrazić się w nowotwór… Tak wyglądała właśnie historia Claire Guest, autorki „Psiego daru”, która chociaż już od dłuższego czasu zajmowała się szkoleniem psów i marzyła o tym, by to właśnie te zwierzaki potrafiły wyczuć w człowieku zapach ogarniającej go choroby, nigdy nie przypuszczała, że i jej pomogą. Pewnego razu, wypuszczając psiaki z auta, Claire nie potrafiła poradzić sobie z Daisy, uroczą, rudowłosą labradorką. Pies nie tylko nie chciał wysiąść, ale uparcie trącał Claire nosem w pierś. Kiedy w końcu Daisy dołączyła do swoich psich przyjaciół, kobieta zapomniała o całej sytuacji… chociaż nie do końca. Wieczorem wydarzenie z poranka przypomniało o sobie samo, kiedy Guest poczuła w piersi ból. Zaniepokojeni znajomi i rodzina namówili ją, by się przebadała. Okazało się, że gdyby nie węch Daisy, byłoby już najprawdopodobniej za późno, by ratować życie Claire. Rak, który rozwijał się w jej ciele, był ukryty bardzo głęboko, przez co ciężko byłoby go zdiagnozować. Zanim kobieta zobaczyłaby pierwsze objawy, nie byłoby już dla niej nadziei.

Na tym nie kończą się jednak nadprzyrodzone umiejętności psów. Odpowiednio wyszkolone potrafią w porę ostrzec chorego o spadku cukru we krwi lub zbliżającym się ataku padaczki. To właśnie Claire Guest jako pierwsza dostrzegła potencjał tkwiący w psim nosie i zapragnęła, by te ratowały ludzkie życie. Mimo kpin i nieporozumień, mimo rozbitego małżeństwa i niewyobrażalnego bólu, jaki po tym okresie odczuwała, udało jej się. Jej marzenie się spełniło, lecz co ważniejsze – może spełnić się jeszcze mnóstwo życzeń innych osób.

„Psi dar” to niesamowite świadectwo pokazujące nie tylko psią miłość i oddanie, ale lata ciężkiej pracy jednej kobiety, by zrobić coś dobrego – nie dla siebie, ale dla reszty świata. Niesamowita opowieść, którą przeżywamy razem z autorką książki. Guest pozwala nam się do siebie zbliżyć, kroczyć obok niej, podzielać z nią wszystkie smutki i radości, aż w końcu dzieli się z nami tym sukcesem i daje nadzieję na lepsze jutro.

Lato na wyspie

Chociaż powiedzenie mówi, by nie oceniać książki po okładce, gdybym tego nie zrobiła, nigdy nie trafiłabym na prozę dla dorosłych Tove Jansson. Przepiękne okładki wydawnictwa Marginesy skusiły mnie. Zaczęłam od „Córki rzeźbiarza”, uzupełniłam „Wiadomością”, przeczytałam „Listy”, aż w końcu trafiłam na „Słoneczne miasto”, które jest lekturą idealną właśnie na lato – cisza i spokój małego miasteczka, gorąca Floryda, morze i łodzie, wiara, nadzieja, wielkie marzenia, a do tego szczypta humoru… czy trzeba czegoś więcej? Swój zbiór powieści Finki uzupełniłam ostatnio o „Lato”, kolejną niesamowitą pozycję, lecz tym razem wydaną nie przez Marginesy, a Naszą Księgarnię. Co mnie ogromnie cieszy, to okładka zaprojektowana przez tą samą graficzkę – a więc nie odstająca od marginesowskich wydań, powiedziałabym nawet, że najładniejsza z wszystkich, bo z pięknym, ciepłym rysunkiem. Od pierwszej chwili, gdy ją ujrzałam, zapragnęłam tej książki tak, jak w letnie popołudnia pragnie się kąpieli w jeziorze, lodów truskawkowych i nieograniczonej ilości mrożonych kaw. „Lato” Tove Jansson jest najlepszą książką autorki, jaką czytałam i już na zawsze kojarzyć będzie mi się z sierpniem.

Któregoś wieczoru w sierpniu wychodzi się na dwór i nagle wszystko jest czarne jak smoła, wielka ciepła czarna cisza otacza dom. Jest nadal lato, ale ono już nie żyje, zatrzymało się, nie więdnąc, i jesień już stoi u progu.

Sześcioletnia Sophia wraz z ojcem i babką mieszka na wyspie, odizolowana od innych. Do miasta czy na spotkanie z sąsiadami trzeba dopłynąć łódką, to jednak niczemu nie szkodzi, bo to właśnie wyspa i babcia są jej całym światem. Dziewczynka spędza dnie nad morzem, w lesie, albo w domu, najczęściej w towarzystwie staruszki. Ich rozmowy dotyczą wszystkiego, co je otacza – od spraw banalnych i przyziemnych, aż po te podniosłe, dotyczące wiary, misterium śmierci, przemijania. „Kiedy Ty umrzesz” – pyta pewnego razu Sophia babkę. „Niedługo” – odpowiada jej kobieta. Ich dialogi są nadzwyczaj dojrzałe – dziecko z charakterystyczną mu ciekawością próbuje zrozumieć świat, kobieta zaś próbuje mu w tym pomóc. Łapiąc kilkakrotnie babcię na kłamstwie dziewczynka domaga się prawdy, nawet jeżeli mam jej nie zrozumieć… I tak z okruchów lata tworzą dla siebie świat, w którym kaczki umierają z miłości, bezpiecznie jest tylko w starym, podziurawionym przez myszy szlafroku ojca, Bóg wysłuchuje ich modlitw, jeżeli zwrócą się do niego na czas, a małe żyjątka są wstrętne, bo szybko umierają. Życie na wyspie jest pełne trosk i smutków, radości i szczęścia, drobnych, delikatnych, kruchych momentów, które znikają tak szybko, jak tęcza po deszczu – po to tylko, by ich dzień za chwilę wypełnił się nowymi przeżyciami.

„Lato” to zderzenie się starości z młodością – życia wnuczki i babci – gdzie każda uczy się świata w inny, niezależny sposób. Sophia odkrywa wszystko po raz pierwszy, stawiając swoje pierwsze samodzielne kroki, staruszka żyje wspomnieniami, jest u kresy swojej ziemskiej wędrówki, ale też dzięki wnuczce uczy się życia na nowo, w innych sposób. Jest też mężczyzna. Ojciec i syn Sophii, nieobecny i pochłonięty pracą. Właściwie aż do połowy książki niewiele o nim wiemy, pojawia się jedynie w kilku opowiadaniach, kiedy pochłonięty pasją sadzenia kwiatów usiłuje przemienić kawałek wyspy w ogród. Jest trochę jak Faffan z „Córki rzeźbiarza” – to najważniejsza osoba w życiu swojego dziecka, ale jednocześnie w nim nieobecna, odizolowana.

To najpiękniejsza książka Tove Jansson, jaką miałam okazję przeczytać. Niejednoznaczna, metaforyczna, możliwa do odczytania na różne sposoby. Prozę Finki można czytać wielokrotnie, rozkoszować się każdym zdaniem i odkrywać w nim różne światy. To z pozoru prosta książeczka, dość sielankowa i nostalgiczna, która nabiera mądrości i znaczenia, przy głębszych wchłonięciu w tekst. Moją największą rozterkę podczas lektury stanowiło to, czy pochłonąć ją w jeden dzień – bo tej przyjemności trudno było sobie odmówić – czy zostawić trochę na następny, by mieć się czym rozkoszować.
Polecam szczególnie w letnim anturażu, kiedy można się poczuć, jak gdyby było się częścią tej fińskiej wysepki.