Dostojewski na katordze

Od 1845 roku Fiodor Dostojewski, wraz z innymi młodymi rosyjskimi intelektualistami przynależał do Koła Pietraszewskiego, w którym dyskutowano i analizowano na tematy powszechnie zabronione: zachodniej literatury i filozofii, a także krytykowano rządy cara, ówczesny ustrój Rosji, jej zacofanie ekonomiczne, gospodarcze i kulturowe. Zajęcie to zostało mocno skrytykowane przez cara Mikołaja I, członkowie Koła uznani za zagrażających caratowi, a ich poglądy określone jako szerzenie zapadniczelstwa, czyli myśli zachodniej. By zapobiec jej dalszemu rozwojowi, ostatecznie w 1849 roku car postanowił rozwiązać Koło i zaaresztować jego członków. Pierwotnie skazano ich na śmierć poprzez rozstrzelanie, jednak później karę tą przemieniono w cztery lata ciężkich robót, zwanych katorgą. Tam na Syberii, przebywając w towarzystwie największych rosyjskich złoczyńców – morderców i gwałcicieli – Dostojewski analizował rosyjskiego ducha, naturę człowieka, tworząc w końcu „Wspomnienia z martwego domu”.


Już od pierwszych stron była to lektura trudna, gorzka, a nade wszystko bolesna, choć jednocześnie niezwykle interesująca. Dostojewski przebywanie na katordze potraktował jako wyzwanie, doświadczenie życiowe, okazję do obserwacji, nauki i wyciągnięcia życiowych wniosków. Chociaż głównym bohaterem „Wspomnień” jest Aleksander Pietrowicz Gorianczykow skazany za zabójstwo żony, w posiadanie którego dzienników wchodzi narrator, to jego przeżycia bardzo często pokrywają się z tym, co przeżył sam Dostojewski w Omsku.
Przebywając na katordze Dostojewski przygląda się ludziom, ocenia zmiany, jakie się w nich dokonały i podaje nam ich charakter, jak na tacy – bowiem w obozie znajdują się ludzie najróżniejsi – od zwykłych awanturników i podrzędnych rzezimieszków, poprzez przestępców politycznych (jak on sam), aż po ojcobójców, którzy często o dokonanym przez siebie czynie mówią bez cienia skruchy, z dziką satysfakcją. To właśnie w takim towarzystwie, ponosząc nadludzki wysiłek na robotach, przebywał Dostojewski w przeciągu 4 lat.
Szczególnie na początku główny bohater „Wspomnień” ponosi ogromny trud – jako że wywodzi się ze stanu szlacheckiego, większość więźniów odnosi się do niego z pogardą i zazdrością, lekceważąc go, ignorując jego istnienie, racząc go jedynie zawistnymi spojrzeniami. Uważają go za „Pana”, siebie zaś za zwykłe społeczeństwo. Potrzeba czasu, by przekonali się, że mimo iż szlachcic w tym miejscu – na katordze – jest równy im, bowiem taką samą karę ponosi i płaci za swoje przewinienia równie wielką cenę.

Dostojewski z ogromną precyzją dokonuje studium ludzkiej natury i charakteru. Spogląda na więźniów o mniej ludzkich uczuciach i tych, którzy serca mają nieco żywsze, obserwuje ich, próbuje zrozumieć co doprowadziło ich do czynu, za który znaleźli się na katordze. To doskonałe studium człowieka – najprościej mówiąc, bo mowa tu przecież o jego charakterze, naturze, dobrej i złej woli… Nie brak tu również opisów poświęconych wzajemnych relacjom między więźniami, ich zwyczajami i rutyna obozowego życia.
To najbardziej osobiste z dzieł Dostojewskiego i tym samym chyba najbardziej chwytające za serce.

Reklamy

Życie, czyli iluzja

„Włoskie szpilki” Magdaleny Tulli były jedną z pierwszych zrecenzowanych przeze mnie książek. Sięgnęłam po nie za radą mojej polonistki (i tym samym wychowawczyni) z liceum, później uzupełniłam jeszcze „Szumem”, który daleko bardziej mi się podobał. Dwie inne pozycje, a jednak takie same – traktujące o tym samym. Bo Tulli właściwie wciąż krąży wokół tych samych tematów – traumatycznego dzieciństwa i dzieci, które na wychowanie biorą rodziców. Wokół ciszy, milczenia i niezrozumienia. Obcości, inności, niedopasowania… Za każdym razem opowiada o tym jednak w nieco inny sposób, bawi się słowem, wykorzystuje je, przekształca, za ich pomocą tworzy świat tak namacalny, jak ten prawdziwy. Nie przeczytałam nic, poza tymi dwiema powieściami – na jakiś czas byłam syta, usatysfakcjonowana. Kiedy jednak zaproponowano mi egzemplarz recenzencki rozmowy z autorką, bez wahania sięgnęłam po „Jaką piękną iluzję”.

Jeśli czegoś nie dostaniesz we wczesnym dzieciństwie, to choćbyś nie wiem jak tego potrzebowała, w końcu jest tak, że nie umiesz tego przyjmować. Nie dostaliśmy miłości – nie umiemy przyjąć miłości. Nie dostaliśmy współczucia – nie umiemy przyjąć współczucia. I może przez resztą życia jakoś się tego nauczymy, ale mistrzami już raczej nie będziemy.
Może się zdarzyć, że część życia trzeba przeżyć całkiem bez miłości. To trudne i niszczące, ale nie doszczętnie.


Justyna Dąbrowska i Magdalena Tulli dotykają tematów tak abstrakcyjnych – jak uczucia; smutek, gniew, miłość, jak i namacalnych, otaczających nas każdego dnia; rozmawiają o wychowaniu dzieci, o uchodźcach, o przyszłości, czyli życiu zawodowym, o przemocy. O sile, o wolności, o muzyce i książkach. Już pierwszy rozdział – w którym autorka wspomina swoje dwa porody, oba przeżyte w warunkach domowych, wciąga doszczętnie. Później, jak się okazuje, jest tylko lepiej, bo i tematy są czytelnikowi – zwłaszcza takiemu zaznajomionemu z jej prozą – bliższe.

Rozmowa toczy się z jednej strony powoli, z drugiej bardzo dynamicznie. Powoli, bo jest na nią czas, można przy kubku gorącej herbaty rozmawiać do świtu. Dynamicznie, bo tempo zmieniania się tematów jest wysokie, wymiana zdań i doświadczeń zażarta i interesująca. To nie tylko Tulli opowiada, czasem pałeczka jest po stronie Dąbrowskiej, która na podstawie swoich przeżyć wyciąga pewne wnioski i stara się przekonać do czegoś autorkę.
Zafascynował mnie rozdział poświęcony – naturalnie – książkom; ich pisaniu i trzymaniu w domu. Bo chociaż pisze fenomenalnie, Tulli wcale dużo nie czyta. A raczej: czyta, ale niesamowicie powoli. Czasem porzuca książki w połowie i pozwala im patrzeć na siebie z wyrzutem. Czasem nie doczytuje w ogóle, jeżeli nie czuje takiej potrzeby. Specyficzny jest też jej sposób porządkowania biblioteczki – nie alfabetycznie, nie tematycznie, lecz rosnąco według jej własnego kryterium ważności.
Momenty, w których Tulli opowiadała o swoim dzieciństwie – jak robiła to we „Włoskich szpilkach i szumie” chwytały mnie za serce, tym bardziej więc przeżyłam zakończenie, którym jest rozmowa o śmierci, o tym, że na koniec życia z człowieka i tak nic nie zostanie.

A życie najbardziej jest mi potrzebne do tego, żeby robić coś swojego, jeśli tylko mam co jeść i mam wybór.


„Jaka piękna iluzja” to rozmowa bardzo inteligentna i elokwentna, którą z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim – nie tylko fanom twórczości autorki. Poruszając tematy tak bliskie każdemu człowiekowi, Tulli i Dąbrowska przybliżają nam codzienność, lecz co najważniejsze – mówią o niej w sposób mądry, niepochopny, przemyślany. Chwilę dłużej niż nad innymi rozdziałami, pochyliłam się na tym o uchodźcach. Tulli zadaje Dąbrowskiej pytanie, czy myśli o nich codziennie? Czy żyjąc w swoim wygodnym życiu, zajmując się wszystkimi prostymi – wręcz banalnymi – w naszym świecie rzeczami, chociaż raz przemknie jej przez myśl ta płynąca łódź, na której ludzie toną i tylko niektórzy mają to szczęście, by otrzymać szansę na względnie normalne życie? Myśli, odpowiada bez wątpienia, nawet do paru razy dziennie. Ale to przecież nic, bo nie potrafi z tym nic zrobić, niczyjej duszy uratować. Czy mamy obowiązek pomagać? Jak definiujemy tą pomoc? Dlaczego odwracamy twarz i stawiamy warunki?
Nieco ponad dwieście stron, ale ileż tu nieskończonych myśli, zawieszonych w powietrzu pytań, błądzących po głowie… Do przeczytania parę razy, do przemyślenia i do przeżycia. Fenomenalna i bardzo mocna, odważna rozmowa.

Anglicy od kuchni

Jak wygląda codzienne życie współczesnych Anglików? Co robią w wolnym czasie? Co jadają? Jak często uprawiają seks? Czy czują się szczęśliwi, spełnieni zawodowo? Dlaczego kibicują? O której wstają? I dlaczego tak pielęgnują swoje ogródki? Takie pytania zadajemy sobie my – ciekawscy podglądacze, biorąc Anglików pod lupę. I chociaż trzeba by się sporo natrudzić, by znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, nie trzeba szukać daleko. Mimo iż Anglik z krwi i kości Matt Rudd wychodzi na chwilę ze swych angielskich butów i stara się wcielić w rolę podglądacza – obiektywnie ocenia swoich rodaków, opowiadając o nich z ironią i sarkazmem, nikogo nie oszczędzając. Muszę przyznać, że kilka lat temu miałam okazję przeczytać podobną książkę – „Przejrzeć Anglików” autorstwa Kate Fox. I choć mogłoby się wydawać, że to dzieła niemalże identyczne, przyznać muszę, że Angielka nieco delikatniej podeszła do tematu, podczas gdy Matt Rudd potrafi rozśmieszyć swojego czytelnika do łez.


Początek jest bardzo przyjemny, bowiem wszystko zaczyna się od… kanapy – niezbędnego elementu wyposażenia domu każdego Anglika. Jednak kanapa – z pozoru tak prosty i oczywisty mebel – posiada też swoje określone cechy, które musi mieć, by usatysfakcjonować przyszłego właściciela. Następnie tematy, jak już wspomniałam we wstępie tej recenzji, stają się jeszcze bardziej interesujące – praca, w której każdy jest spełniony i szczęśliwy (a szczególnie w poniedziałek), rozwijająca, kreatywna, integrująca, a przede wszystkim dająca szansę na biurowy romans… Sypialnia, w której Anglicy początkowo spędzają większość swojego wolnego czasu, lecz z upływem lat, gdy ogień ich namiętności przygasa, wycofują się z powrotem na kanapę z miseczką chipsów. Ogrody, w których właściciele spacerują tak, jak ich Pan Bóg stworzył, podziwiając rzeźbę Dawida i kontemplując nad idealnie przystrzyżonym trawnikiem. Zagląda też do kuchni, w której Anglicy czasu nie spędzają, bo gotują wszystko w mikrofalówkach, i do pociągów, gdzie pomimo ponurych twarzy twierdzą, że wszystko jest „OK”. Oczywiście nie może zabraknąć boiska, które jest… miejscem spotkań towarzyskich. Bo, jak się okazuje, ważniejsze od rozgrywek jest to, że można poplotkować, albo zwyczajnie się zdrzemnąć – z dala od czujnego oka żony.

„Anglicy. Przewodnik podglądacza” to wnikliwe, antropologiczne dzieło, które – z przymrużeniem oka – powinien przeczytać każdy, kto decyduje się na dłuższy pobyt w tym kraju. Ja, po przeczytaniu tej książki stwierdziłam, że w Anglii nie byłabym w stanie zamieszkać – jej mieszkańcy nie tyle są zwariowani, co po prostu nienormalni! A tak na poważnie: Anglików da się lubić, bo jak sami o sobie mawiają: mad but brilliant – szurnięci, ale genialni! Prześmiewczo, zabawnie, z ironią i sarkazmem Matt Rudd rysuje nam portret współczesnych Anglików – grających w bingo, chodzących w skarpetkach i sandałach (nic tak nie denerwuje, jak piasek między palcami!), pijących na umór (ale wciąż mniej, niż Francuzi). To po prostu bardzo dobry reportaż, napisany „od wewnątrz”, kawał dobrej, antropologicznej roboty.

P.S. Anglofilom polecam również „Przejrzeć Anglików” Kate Fox!

Październikowe zapowiedzi

Październik to najpiękniejszy z jesiennych miesięcy – najbardziej barwny, a zarazem delikatny. W powietrzu czuć już mróz, ale liście nie są jeszcze suche i nie zdążyły całkowicie opuścić drzew. W dodatku mam urodziny, więc co tu dużo mówić? Listę książek na prezent czas szykować.
Przygotowałam dla Was 12 zapowiedzi wydawniczych – wszystkie w jakiś sposób ciekawe, chociaż muszę przyznać, że mnie z tej listy tak naprawdę zainteresowała połowa. Zdążyłam już przeczytać rozmowę z Magdaleną Tulli i zmuszona jestem, by już na wstępie Wam ją polecić, to przepiękna, delikatna, a zarazem mocna, bardzo elokwentna rozmowa o wszystkim – o życiu, miłości, dzieciach, polityce, a nawet uchodźcach… Połknąć zdążyłam też „Anglików” bardzo podobnych do dzieła Kate Fox „Przejrzeć Anglików”. Nowy Twardoch z kolei oraz „Ameryka po nordycku” czekają już u mnie na półce.


1. „Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską”

Dwie kobiety rozmawiają. O tym, że może się tak zdarzyć, że jakaś część życia upłynie bez miłości. I o tym, że to nie zniszczy doszczętnie. O relacji z samym sobą, wyrozumiałości, przyglądaniu się sobie uważnie i z cierpliwą czułością. O smutku nierównym rozpaczy. O dzieciach, które biorą rodziców na wychowanie. O równowadze, którą można pochwycić jak rzuconą z drugiego brzegu linę o mocnym splocie.
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data premiery: 2 października 2017 r.
Cena: 39,90 zł

2. Zadie Smith „Swing time”

Dwie przyjaciółki marzą o karierze tancerek, choć tylko jedna z nich – Tracey – ma prawdziwy talent. Drugą pasjonuje rytm, zachwycają ciemnoskóre ciała i czarna muzyka, fascynuje prawdziwa wolność. Skomplikowana, napędzana rywalizacją przyjaźń niespodziewanie się kończy. Dziewczyny nigdy już nie będą ze sobą blisko, ale też nigdy o sobie nie zapomną.
Po latach Tracey udaje się spełnić marzenie z dzieciństwa, ale boryka się z dorosłym życiem, podczas gdy jej przyjaciółka, jako asystentka słynnej gwiazdy, wkracza w świat blichtru i sukcesu. W podróży między Londynem, Nowym Jorkiem i zachodnią Afryką odkrywa, że życie to nieustanny taniec, którego rytm dyktują zmieniające się czasy.
Wibrującą muzyką, roztańczoną powieść o przyjaźni, pasji i poszukiwaniu korzeni nazwano najlepszą książką Zadie Smith.
Wydawnictwo: Znak Literanova
Data premiery: 2 października 2017 r.
Cena: 44,90 zł

3. Robert Hofrichter „Tajemnicze życie grzybów”

Nie są ani roślinami, ani zwierzętami. Żyją najczęściej w ukryciu. A jednak bez grzybów nie byłoby naszych lasów, klimatu, a może i w ogóle życia na Ziemi – takiego, jakie znamy dzisiaj. Grzyby są panami świata, mają niezwykłe cechy, nawiązują zaskakujące sojusze, są pełne zagadek. Robert Hofrichter otwiera nam oczy na niewidzialny ekologiczny wszechświat, który rozciąga się pod naszymi stopami – i nie tylko tam! Książka nie jest leksykonem ani atlasem grzybów. Nie chodzi w niej o porady, jak zbierać i przyrządzać te – niekiedy smaczne, niekiedy podstępne – skarby lasów. Ma raczej na celu wprawić w zdumienie czytelników nieznanym światem i jego fascynującymi zależnościami.
Wybierzmy się więc na ekscytującą wędrówkę przez tajemniczy świat grzybów. Spotkamy w nim prawdziwych arystokratów i przebiegłych oszustów, sieci współpracy i oszałamiających mistrzów przemiany. Przede wszystkim jednak dowiemy się sporo o kontekście życia, o świecie wypełnionym walką i symbiozą, partnerstwem i współzawodnictwem.
Dajmy się oczarować!
Wydawnictwo: Prószyńki i S-ka
Data premiery: 3 października 2017 r.
Cena: 36 zł

4. Marlon James „Księga nocnych kobiet”

Książka, która wyniosła Marlona Jamesa na szczyt i otworzyła mu drogę do Nagrody Bookera! Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia buntu wznieconego na jamajskiej plantacji przez czarne kobiety. Epicka, mroczna, poruszająca. Jedna z najlepszych współczesnych powieści o niewolnictwie i drodze do wolności.
Lilit rodzi się jako niewolnica, ale nikt nie potrafi jej zniewolić. W jej żyłach płynie „krew Kromanti, co nigdy nie zna stanu niewolnego, zmieszana z białą krwią, co zawsze zna wolność, i gna w żyłach Lilit jak pożar lasu”. Inne niewolnice dostrzegają w dziewczynie obecność ciemnych, pradawnych mocy. Patrzą w zielone oczy tej „rogatej duszy” z podziwem i przerażeniem. Widzą w Lilit sprzymierzeńca w swojej sprawie – w zaciszu pobliskiej jaskini planują bowiem rewoltę przeciwko znienawidzonemu massa, nadzorcom i batowym. Z czasem jednak niepokorna czarna dziewczyna zaczyna stanowić zagrożenie dla pozostałych negra. Jej lojalność wobec białego massa może zaprzepaścić długie przygotowania…
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 12 października 2017 r.

5. Szczepan Twardoch „Ballada o pewnej panience”

Ballada o pewnej panience
Nowa książka Szczepana Twardocha. Wszystkie najważniejsze opowiadania. I nic więcej nie trzeba już mówić. Reszty dowiecie się sami.
Wydawnictwo: Literackie
Data premiery: 12 października 2017 r.

6. Paul Theroux „Głębokie południe”

Głębokie Południe Paula Theroux to świat, w którym „historia żyje i ma się dobrze” – stosunki między czarnymi a białymi są wciąż napięte, pełne wzajemnych żalów i poczucia krzywdy: wielu zresztą wciąż pamięta czasy segregacji rasowej, a niektórzy twierdzą, że wcale się nie skończyły. Sercem wspólnoty jest tu lokalny kościół, ulubioną niedzielną rozrywką jarmark z bronią, którego uczestnicy zachowują się tak, jakby wojna secesyjna zakończyła się wczoraj. A wokół ciągną się pola bawełny, powoli wypieranej przez inne uprawy.
Lecz choć Południe regularnie nawiedzają huragany, choć jest biedne, zacofane i popada w ruinę, równocześnie fascynuje muzyką, kuchnią, pogodą ducha i humorem. Theroux oburza się i pała gniewem, patrząc na nędzę i nierówności, ale podziwia wytrwałość i odwagę działaczy społecznych i zwykłych ludzi doświadczonych przez los. Jego opowieść ma też bohaterów drugoplanowych, znanych i mniej znanych kronikarzy Południa: Williama Faulknera, Mary Ward Brown, Marka Twaina, Carson McCullers, Tennessee Williamsa, którzy tak jak on próbowali zrozumieć i opisać fenomen tego świata.
Wydawnictwo: Czarne
Data premiery: 18 października 2017 r.
Cena: 54,90 zł

7. Stephen King „Śpiące królewny”

W przyszłości tak realistycznej i bliskiej, że mogłaby być współczesnością, coś dziwnego dzieje się z kobietami, które zasypiają: szczelnie owija je zwiewna substancja przypominająca kokon. Gdy ktoś je budzi, gdy obrastający je materiał zostaje naruszony bądź zerwany, uśpione kobiety wpadają w dziką furię i stają się szaleńczo agresywne; śpiąc, przenoszą się do innego świata − świata, w którym panuje harmonia, a konflikty są rzadkością. Tajemnicza Evie jest jednak odporna na błogosławieństwo, bądź klątwę, niezwykłej śpiączki. Czy jest medyczną anomalią, którą należy przebadać? A może demonem, którego trzeba zabić? Porzuceni mężczyźni, zdani na siebie i swoje coraz bardziej prymitywne odruchy, dzielą się na wrogie frakcje, niektórzy pragną zabić Evie, inni ją ocalić. Część wykorzystuje panujący chaos, by zemścić się na starych bądź nowych wrogach. W świecie nagle opanowanym przez mężczyzn wszyscy uciekają się do przemocy.
Osadzona w małym mieście w Appalachach, gdzie największym pracodawcą jest więzienie kobiece, powieść „Śpiące królewny” to dająca do myślenia, nadzwyczajnie wciągająca historia, która dziś wydaje się szczególnie aktualna.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 24 października 2017 r.
Cena: 49,90 zł

8. Madeleine Thien „Nie mówcie, że nie mamy niczego”

Nominowana do Nagrody Bookera powieść kanadyjskiej pisarki, której talent zachwycił samą Alice Munro.
Ojciec opuścił nas dwukrotnie w ciągu jednego roku. Po raz pierwszy, aby zakończyć swoje małżeństwo, i po raz drugi, gdy odebrał sobie życie. Przyczyny rodzinnej tragedii, która stała się udziałem Marie Jiang, sięgają głęboko w przeszłość, a o ich odkryciu zadecyduje przypadek. Marie, nauczycielka matematyki w Vancouver, pochodzi z rodziny chińskich emigrantów. Wiele faktów z życia swoich bliskich pozna jednak dopiero dzięki obcej osobie – studentce z Pekinu, która uciekła do Kanady po masakrze na placu Tiananmen. Dowie się między innymi, że ojciec był studentem konserwatorium w Szanghaju. Dlaczego nigdy jej o tym nie opowiedział? Dlaczego w ich domu nie było fortepianu, na którym ponoć grał po mistrzowsku? Rodzinna historia, którą Marie powoli składa z okruchów wspomnień i świadectw różnych osób, okazuje się być kłębkiem skomplikowanych relacji uczuciowych i wielu dramatów, rozgrywających się w cieniu, ale i  w bezpośrednim następstwie, totalitarnej polityki Mao Zedonga. Epicka i liryczna, zbudowana kunsztownie niczym sonaty Bacha, które pobrzmiewają na wielu jej stronach, melancholijna i pełna humoru oraz ciepła powieść Madeleine Thien jest uważana za jedno z najważniejszych wydarzeń 2016 roku.
Wydawnictwo: Literackie
Data premiery: 26 października 2017 r.

9. Jennifer Ackerman „Geniusz ptaków”

Od dziś „ptasi móżdżek” nabiera nowego znaczenia! Autorka przedstawia najnowsze odkrycia naukowe dotyczące niezwykłych ptasich zdolności, ubarwiając opowieść licznymi anegdotami. Jak się okazuje, poza doskonałą orientacją w terenie czy umiejętnością korzystania z narzędzi, zwierzęta te wykazują ogromną inteligencję społeczną. Potrafią zwodzić, manipulować i podsłuchiwać. Wzywają świadków, gdy odkryją śmierć swoich pobratymców, opłakują zmarłych i całują na pocieszenie. A niektóre potrafią nawet rozpoznać swoje odbicie w lustrze. To idealna lektura nie tylko dla miłośników ptaków, ale także dla wszystkich ciekawych otaczającego nas świata.

Czy wiesz, że…?

  • Czarnowron zdobywa swoje ulubione orzechy, kładąc je na przejściu dla pieszych. Czeka, aż przejeżdżające samochody zmiażdżą łupiny, a na czerwonym świetle spokojnie zbiera smakołyki.
  • Orzechówka popielata ukrywa swoje zapasy – nawet 30 000 ziaren – na obszarze kilkunastu kilometrów kwadratowych i potrafi je wszystkie odnaleźć po kilku miesiącach.
  • Przedrzeźniacz umie zapamiętać do 2000 różnych melodii, choć jego mózg jest ponad tysiąc razy mniejszy od naszego.

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

10. Stephan Orth „Couchsurfing w Iranie”

Małe swobody i wielkie tęsknoty Irańczyków
Porywająca opowieść o pozornie nieprzystępnych ludziach, którzy okazują się mistrzami gościnności. Dziennikarz i podróżnik Stephan Orth, wyrusza w niecodzienną wyprawę, podczas której gubi przywieziony z Europy bagaż stereotypów. Ujmujący Persowie odkrywają przed nim swoje sposoby na obchodzenie rygorów totalitarnego reżimu. Orth błyskotliwie i z humorem relacjonuje swoje przygody: od potyczki z władzami o przedłużenie wizy przez bikini party w pobożnym Meszhedzie, po 10-dniowe udawane małżeństwo. Ponadto rozwiązuje dwie zagadki: jak miejscowym udaje się kupić w aptece wódkę i dlaczego tak kochają zespół Modern Talking.
Couchsurfing to dosłownie surfowanie po kanapach, czyli korzystanie z bezpłatnego noclegu dzięki czyjejś gościnności. To również świetny sposób na poznawanie nowych miejsc oczami ich mieszkańców. Orth celowo wybiera Iran – jedyny kraj, w którym couchsurfing jest zakazany. Okazuje się jednak, że „nie ma złych miejsc, kiedy podróżujesz, żeby spotkać się z ludźmi.
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

11. Anu Partanen „Ameryka po nordycku”

Fiński raj kontra amerykański sen
Amerykanie, od dziecka nauczeni rywalizacji i przedsiębiorczości, do późnej dorosłości pozostają zależni od swoich rodziców. Tymczasem uważani za wiecznych pesymistów Finowie przodują w rankingach innowacyjności… I co ma z tym wspólnego nordycka teoria miłości?
Pochodząca z Finlandii dziennikarka przeprowadza się za narzeczonym do Ameryki. Nowa rzeczywistość różni się jednak nie tylko od życia w jej ojczyźnie, ale także od mitu american dream. Opierając się na własnych doświadczeniach i zebranych statystykach, Anu Partanen porównuje najważniejsze – jej zdaniem – aspekty życia w Finlandii i USA. Rozprawia się przy tym ze stereotypami, poszukując odpowiedzi na pytanie, czy istnieje przepis na stworzenie szczęśliwego społeczeństwa.
To książka, która opowiada o naszych dwóch wielkich marzeniach: kraju nieograniczonych możliwości i państwie opiekuńczym. Ameryka po nordycku została wyróżniona wśród najlepszych tytułów 2016 roku przez najważniejsze amerykańskie dzienniki i czasopisma, m.in.: „New York Post”, „The Seattle Times” i „O, The Oprah Magazine”.
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

12. Matt Rud „Anglicy. Przewodnik podglądacza”

Mapa życia codziennego Brytyjczyków
Podświetlona kopia rzeźby Dawida Michała Anioła, perfekcyjny trawnik w pasy, pawilon do jogi tantrycznej i siedemdziesięcioparolatek w stroju Adama – to tylko niektóre elementy ogrodu angielskiego według Matta Rudda. Autor zabiera nas w podróż po życiu codziennym mieszkańców swojego kraju. Zaczyna od kanapy, niezbędnej w domu każdego prawdziwego Anglika. Po drodze odwiedza między innymi kuchnię z wieloma nieużywanymi gadżetami. Wsiada też do pociągu podmiejskiego pełnego ludzi o ponurych twarzach, którzy wciąż powtarzają, że wszystko jest okej.
W prześmiewczy i pełen sarkazmu sposób autor rysuje portret uzależnionego od curry społeczeństwa, w którym „wapniacy” uwielbiają grać w bingo, a cała reszta kultywuje weekendowe picie do oporu. Chociaż Rudd nie szczędzi złośliwości swoim rodakom i wyciąga na światło dzienne ich słabostki, to jednak Anglików wciąż da się lubić. Są przecież mad but brilliant – szurnięci, ale genialni.
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Wpadło Wam coś w oko? A może macie inne lektury na ten październikowy czas?

Rdzewienie świata

Kiedy ktoś zapytał mnie, która z tych trzech – „Dygot”, „Ślady” czy „Rdza” – jest najlepsza, odpowiedziałam tak: obiektywnie „Rdza” jest na pewno lepsza niż „Ślady”, subiektywnie lepsza niż „Dygot”. Bo faktycznie ciężko jest je ze sobą porównać, ciężko wybrać jedną, która przebiłaby wszystkie inne. Małecki z każdą kolejną powieścią rozwija się bardziej, dodaje coś, czego w poprzednich zabrakło, a to przecież największy komplement, względem pisarza. W „Rdzy” czytelnik zadowoli się wszystkim tym, co pojawiło się już wcześniej – kameralną opowieścią o zwykłych ludziach, prowincją naznaczoną historią, życiorysami i narysowanymi grubą kreską bohaterami, strachem i lękiem, z którym zmaga się człowiek, aż w końcu śmiercią – ale znajdzie też swoistą nostalgię, melancholię, która naznacza całą opowieść, nie będącą aż tak wyczuwalną w innych książkach autora. Dlatego „Rdza”, jak uważam, może okazać się najlepszą polską powieścią wydaną w 2017 roku. Może, bo nie jestem na tyle odważna, by świadomie zadecydować o przyszłości. A nuż wydawcy trzymają dla nas prawdziwą perełkę, która ukaże się pod koniec roku? A może ostatecznie najlepszą polską powieścią określę zbiór opowiadań Twardocha (jak uczyniłam to w zeszłym roku z „Królem”)? Jestem otwarta na to, że coś mnie jeszcze w polskiej literaturze zaskoczy… ale tymczasem o „Rdzy”.


Szymek mieszka wraz babcią we wsi Chojny. Kiedy w wypadku samochodowym traci rodziców, to właśnie Tośka postanawia się nim zaopiekować. Ale chociaż oddaje wnukowi całe swoje serce i stara się, by niczego mu nie brakowało, Szymka coś dręczy – coś, co każe przywiązywać mu się w nocy do kaloryfera i chować zabawki w pralce. To Bozia odwiedza chłopca i szepce mu do uszka różne słowa, a on boi się, że zabierze go za sobą w ciemną otchłań tak samo, jak zabrała mu rodziców… Dlatego Tośka pokazuje Szymkowi pistolet. Jak znowu przyjdzie Bozia – mówi mu – to ją zastrzelę. Od tamtej pory Szymek boi się mniej, a babcia w końcu kupuje nową pralkę – bo przecież nie może mu kazać, by schował zabawki gdzie indziej, prawda?

Sześćdziesiąt lat wcześniej Tośka kocha miłością przeklętą Niewidzialnego Człowieka, z którym w końcu – jak od zawsze pragnęła – zapomina się w tańcu. Wiruje jak w swoich snach, kiedy świat nie miał dla niej znaczenia. Wiruje i wdycha zapach palonych ciał, bo tak na zawsze mają już pachnieć Chojny – spalonymi w stodole Żydami.

Na Budzikowym ogródku od lat – właściwie to od kiedy? – rośnie topola. Przeklęta topola. To drzewo, które pamięta wszystkich przodków rodziny, zna każdą twarz, widziało palącą się stodołę i słyszało jęk ofiar. To drzewo, chociaż nieme i zatracone w swym dostojeństwie, posiadające moc. Bo przecież w ostatecznym starciu z naturą to człowiek jest zawszy tym, który wraca wyniesiony na tarczy.

Losy bohaterów spaja historia – piętno i okrucieństwo wojny – to, co w normalnym świecie nie powinno się było nigdy wydarzyć. Poszczególne życiorysy są ze sobą połączone, niczym za pomocą cienkiego drucika – supły są solidne, acz proste i przejrzyste. Jak u Małeckiego już wcześniej było – początek i koniec opowieści jest spięty charakterystyczną klamrą kompozycyjną – pierwsza scena podczas której dwóch chłopców układa monety na torach, po czym jeden z nich wybiega wprost pod pędzący pociąg i ostatnia, gdy ten pierwszy biegnie, by ratować drugiego, zmuszonego życiem, by uciec się do tego samego czynu.

Małecki, chociaż odwołuje się do tych samych motywów i zahacza o te same tematy, wydaje mi się być z każdą książką lepszy, dojrzalszy, trafniejszy, poruszający. Poza samą warstwą językową, kiedy porusza czytelnika jednym nawet słowem, „Rdza” jest książką bardzo trafnie skonstruowaną – teraźniejszość pojawia się na przemian z przeszłością Tośki, a różnica lat z każdym rozdziałem niweluje się co raz bardziej, w końcu stając się nie fabułą książki, lecz faktycznym wspomnieniem bohaterów.
To powieść poruszająca do głębi, nostalgiczna i melancholijna o – jak najłatwiej powiedzieć – życiu. Miłości i sile przyjaźni, poświęceniu i traumie, strachu i odwadze, nawet gdy przyjdzie nam krążyć w ciemności, o historii i polskiej prowincji.
„Rdzę” z przyjemnością uznaję za najlepszą powieść Małeckiego i – mam nadzieję – najlepszą powieść polską tego roku. Zasługuje na to.