Jamajka oczami negra

Zachłyśnięci sławą i chwałą wielkich odkrywców jak Kolumb czy Vasco da Gama, zapominamy o tym, co faktycznie znaczyła kolonizacja. Warto na to spojrzeć jednak nie swoimi oczami, lecz cudzymi – ludów podbitych. Wydaje nam się, że wyciągnęliśmy ich z tej ciemności, pozwoliliśmy na rozwój, daliśmy cudowne możliwości zbudowania silniejszych, atrakcyjniejszych państw. Być może, ale dokonaliśmy tego batem i przelewem krwi. Wyrżnęliśmy połowę ludności rdzennej, wzięliśmy sobie niewolników, którzy choć przecież ludzie, byli dla nas mniej warci, niż zwierzęta. Rządziliśmy surowo, karaliśmy po sto kroć bardziej, niż na to zasługiwano, zabijaliśmy dla kaprysu. A wszystko to dlatego, że wydawało nam się, że wiemy lepiej. Że jesteśmy lepsi.

Chłostanie niewolników, autor Alamy

Chłostanie niewolników, autor Alamy

To Kolumb odkrył Jamajkę w maju 1494 roku, rozpoczynając tym samym okres jej kolonizacji. Hiszpanom zależało przede wszystkim na uprawie trzciny cukrowej, dlatego do pracy wykorzystywali ludność rdzenną. Problem pojawił się jednak bardzo szybko: Indianie nie wytrzymywali surowych rządów Europejczyków, bolesnych kar cielesnych i katorżniczej pracy. Padali jeden po drugim, jak muchy. Żeby móc kontynuować prace, Hiszpanie zaczęli sprowadzać niewolników z Afryki, którzy mieli zastąpić umierających Indian. Wkrótce Jamajka stała się centrum handlu niewolnikami, a w XVII wieku została przejęta przez Brytyjczyków.
Niewolnicy, chcąc odmienić swój los, często decydowali się na ucieczkę w głąb kraju. Było to jednak bardzo ryzykowne przedsięwzięcie, bowiem w porozumieniu z Europejczykami byli Maroni – tamtejsza ludność etniczna – która za wyłapywanie zbiegów, otrzymywała sutą zapłatę pieniężną. Niewolnicy, a w szczególności czarne kobiety, przyparci do muru, przez długie lata knuli i spiskowali, lecz ich bunt szybko został stłumiony.

Potem i krwią przesiąknięta ziemia Jamajki upomniała się, by spisać jej historię w formie powieści. To właśnie „Księga nocnych kobiet”, inspirowana powstaniem Murzynek, brutalnie i bezprecedensowo opowiada o tych czasach hańby, którą winniśmy czytać z bólem serca.

Lilit to rogata dusza z niewyparzonym jęzorem i nieznajomością takiego słowa, jak strach. Rodzi się niewolnicą, ale nikt nie potrafi jej zniewolić. W jej żyłach płynie „krew Kromanti, co nigdy nie zna stanu niewolnego, zmieszana z białą krwią, co zawsze zna wolność, i gna w żyłach Lilit jak pożar lasu”. Ponoć przypomina matkę, ale ona nie wie, bo mamy nie znała. Dla niej jest tylko jedna mama i jeden tatul – Kirke, murzyńska prostytutka i Tantal, szaleniec, któremu biali odrąbali przyrodzenie za podglądanie Pani podczas kąpieli. Zrodzona ze zgwałconej niewolnicy, spłodzona przez nadzorcę, dowie się, co to strach nie później, niż inne Murzynki.

Kiedy dojrzewa, posyłają ją do pracy na polu, ona jednak się buntuje. Nie chce pracować na plantacji, bo wie, jaki los dzielą wszyscy niewolnicy ziemni. W dzień, w który ma się udać do roboty, leży więc na swoim posłaniu i udaje, że zaniemogła, nie zdając sobie sprawy z konsekwencji swojego czynu. Nie wie tego, co wydarzy się za parę minut… Kiedy przychodzi batowy, by zgwałcić ją za nieposłuszeństwo, Lilit nie poddaje się z niemocy, jak inne kobiety. Budzi się w niej ta czerń, która wówczas spoczywała jeszcze na dnie duszy. Bije batowego, sieka nożem, aż w końcu na podłodze nie pozostaje nic, poza plamą krwi i zmarłym chłopcem, którego wołali Parys. Parys, jak książę trojański.
Powiesiliby ją rychło, gdyby nie Homer, która usłyszawszy co się stało, przychodzi po dziewczynkę. Zabiera ją do domu pani i ukrywa w piwnicy. Wszystkim mówi, że nie wie, co z tą, która zabiła Parysa, ona trzyma nową niewolnicę, bo brakuje jej rąk do obierania warzyw. Wkrótce sprawa morderstwa odchodzi w niepamięć, ale od czasu do czasu w Lilit znów budzi się owa czerń i każe jej wziąć los w swoje ręce. Część murzyńskich bab, z Homer na czele, spiskuje. Od kilkudziesięciu lat spotykają się w nocy i namyślają nad tym, jak zabić białego massa. Homer w zielonych, kocich oczach Lilit dostrzega owe stare, pradawne noce i czuje, że dziewczyna mogłaby być dla nich sprzymierzeńcem. Lili to jednak rogata dusza i wszystko robi po swojemu. Z czasem staje się zagrożeniem dla pozostałych negra…

Marlon James dzięki stworzonej przez siebie finezji języka doskonale oddaje terror panujący na jamajskiej kolonii. Nie szczędzi ostrych słów, nie boi się wulgaryzmów. Doskonale odwzorowuje mowę czarnych niewolników. Opowiada o cierpieniu, upokorzeniu, deptaniu godności i narastającej przez lata chęci zmiany, chęci buntu. To książka ciężka i brutalna w odbiorze, ale właśnie przez to genialna. Czyta się ją z wypiekami, chcąc jak najszybciej dobrnąć do końca mimo świadomości, że nic nie pójdzie tak, jak to sobie wymarzyli bohaterowie.

Reklamy

Genialny ptasi móżdżek

O ptakach często krzywdząco mówi się, że są posiadaczami owych „ptasich móżdżków”, mniejszych niż orzeszek, odrobinę większych od ziarnka, służących im jedynie do wyszukiwania jedzenia i – ewentualnie – schronienia przed zimnem. Niesprawiedliwie postrzega się w ogóle zwierzęta, ale same ptaki są zwieńczeniem owej niesprawiedliwości. Tymczasem zapewniam Was, że powiedzenie komuś „masz ptasi móżdżek”, może być jednym z największych komplementów, jakie zdoła usłyszeć w ciągu całego swojego długiego życia. Chcecie wiedzieć dlaczego? Przeczytajcie „Geniusz ptaków”!


O tym, że ptaki są genialne wiem już od dawna. W pierwszej połowie 2017 roku nakładem wydawnictwa MUZA ukazała się „Rzecz o ptakach”. Noah Strycker podszedł do tematu w sposób niezmiernie interesujący, chciał bowiem przedstawić podobieństwa tych skrzydlatych stworzeń do nas, ludzi. Opowiadał o papudze, która tańczy, o kolibrach, które ze sobą walczą, dzięciołach, które wzajemnie nienawidzą swojego gatunku i okazują to sobie przy każdej okazji, gołębiach lepszych niż Google Maps czy choćby o dzikich gęsiach (kaczkach?), które kochają się miłością dozgonną i z tęsknoty potrafią dosłownie umrzeć. Te dwie książki – „Rzecz o ptakach” Stryckera i „Geniusz ptaków” Ackerman są po części uzupełniające się. O ile Strycker skupia się bardziej na obserwacjach w środowisku naturalnym, tak Ackerman przedstawia o wiele więcej wyników badań laboratoryjnych. Z jej wniosków wynika jasna konkluzja: ptaki są o wiele mądrzejsze, niż sądzimy! Rozumieją nasze zachowania, potrafią obserwować i wyciągać wnioski. Wrony brodate na przykład moczą pożywienie w kałuży, aby oczyścić je z brudu i zmiękczyć za razem. Sikory bogatki i modraszki nauczyły się otwierać kartonowe kapsle butelek z mlekiem, dostarczanych rano pod drzwi mieszkańców i spijać śmietankę, która zebrała się na wierzchu. Sroki przeżywają żałobę, martwym krewnym urządzając coś w rodzaju ceremonii – każda z obecnych srok zakrywa martwe ciało patyczkiem, gałązką czy też źdźbłem trawy. Przedrzeźniacz potrafi zapamiętać do 2000 różnych melodii, choć jego mózg jest ponad tysiąc razy mniejszy od naszego. Orzechówka popielata potrafi schować swojego zapasy (nawet do 30 000 ziaren) na obszarze kilkunastu kilometrów, a później bez trudu je odnajduje. Czarnowrony z kolei kładą orzeszki na przejściu dla pieszych, gdy jest czerwone światło – kiedy zaświeca się zielone, samochody miażdżą łupinki, a czarnowrony zbierają ziarna na następnym czerwonym świetle. Jednak to tylko niewielka część zawartości książki – całość obfituje w przykłady, które wraz z każdym kolejnym, zachwycają co raz bardziej.

W przypadku zwierząt wciąż ostrożnie używa się terminu „inteligencja”, jednak nie sposób nie mówić tu o sprycie, chytrości czy błyskotliwości, jaką się wykazują. Ackerman w ciekawy sposób przedstawiła budowę mózgu ptaka, tłumacząc, że geniusz ptaków nie zależy od wielkości ich mózgu, tylko od ilości neuronów znajdującym się w ptasim odpowiedniku kory mózgowej, a co za tym idzie, ptaki w niektórych swoich zachowaniach dorównują ludziom – wytwarzają narzędzia i posługują się nimi, kradną, cierpliwie obserwują i czekają na okazję, by dokonać jakiegoś czynu (np. zdrady małżeńskiej). Są świadome wielu procesów zachodzących w ich otoczeniu, ostrzegają się wzajemnie, a nawet rzetelnie planują… przedłużenie drzewa genealogicznego. O tak, niektóre samiczki dopuszczają się zdrady, by zapewnić potomstwu lepsze geny i dłuższe życie.

Ptaki uczą się przez całe życie nowych umiejętności – tak, jak my uczymy się języków obcych, tak one uczą się śpiewu innych gatunków. Co więcej, przekazują z pokolenia na pokolenie te melodie, tworząc tym samym rodową tradycję. Niektóre gatunki wykazują się artyzmem, bowiem nie tylko budują gniazda stabilne i przyjazne do życia, ale ozdabiają je, dekorują. Kolekcjonują, a następnie sortują kolorowe przedmioty, które udało im się znaleźć. Tak naprawdę ptaki są o wiele bliższe nam – ssakom naczelnym, niż gadom, do których często krzywdząco się je przyrównuje.

Książka Jennifer Ackerman jest niesamowitą podróżą w głąb ptasiego życia – sposobu patrzenia, problemów, relacji, umiejętności. Każdy rozdział opisuje inny rodzaj inteligencji, a mnogość zawartych w nim przykładów obrazowo wprowadza czytelnika w ptasi świat. Zmuszona jestem przyznać, że to jedna z lepszych przyrodniczych książek, jakie czytałam. Brakowało mi w niej jedynie zdjęć, dzięki którym mogłabym ptaki bardziej podziwiać i lepiej zobrazować sobie „Geniusz ptaków”.

P.S. Jako Ciekawostkę pokazuję Wam prześliczne okładki wydań anglojęzycznych. Cieszą oko, prawda?

Zdeptane sonaty

W niejednej swojej recenzji wspominałam już, że cenię sobie dobrą literaturę chińską, szczególnie uwielbiając Mo Yana, chińskiego Noblistę z 2012 roku. W drugiej połowie 2017 roku ukazały się dwie fantastyczne powieści, traktujące o wydarzeniach społecznych i historycznych dawnych Chin – wznowienie „Dzikich łabędzi” Jung Chang i „Nie mówcie, że nie mamy niczego” Madeleine Thien. O ile jednak ta pierwsza jest bardziej „przyziemna”, bowiem poza sferą fabularną całkowicie skupia się na historii, tak opowieść kanadyjskiej pisarki otoczona jest dźwiękiem muzyki, starymi opowieściami, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, a granice pomiędzy prawdą, a snem, nie są już tak jasno wytyczone.
To mało wspomnieć, że to powieść, która znalazła się w finale Nagrody Bookera i zachwyciła samą Alice Munro.


Munro nie jest zresztą dla mnie aż takim autorytetem, bowiem chociaż doceniam je opowiadania, nie pozostawiły one we mnie głębszego śladu. A z nagrodami bywa różnie – czasem zachęcają do przeczytania książki, niekiedy zaś wręcz od niej odstraszają. Przejdźmy zatem do fabuły.
Marie, wówczas jeszcze nastolatka, mieszka z matką w Kanadzie, kiedy do ich drzwi puka obca dziewczyna. Początkowo nie potrafi się oswoić z przybyłą z Pekinu studentką, z czasem jednak obie stają się sobie bardzo bliskie – to właśnie dzięki niej Marie dowiaduje się nieznanych faktów o swojej rodzinie, których nie zdołałaby się dowiedzieć od swoich najbliższych; że ich ojcowie byli kiedyś sobie bardzo bliscy i studiowali w konserwatorium w Szanghaju. Wraz z nagromadzeniem nowych informacji w głowie Marie pojawiają się pytania: Dlaczego ojciec nigdy nie opowiedział jej o swojej przeszłości? Dlaczego w domu nigdy nie było fortepianu, skoro grał na nim mistrzowsko? Razem z nieznajomą wyrusza w swojej wyobraźni w podróż w stronę barwnych, aromatycznych Chin, otulonych muzyką i słowami coraz to liczniejszych opowieści. I jak to zwykle bywa na początku każdej podróży, Marie czerpie z niej pełnymi garściami – towarzyszy jej podniecenie, ekscytacja, pragnienie dogłębnego poznania Chin i bohaterów opowieści. Chce więcej i nie potrafi nad tym zapanować… W końcu przychodzi jednak taki moment, przez który Marie mimowolnie musi zwolnić. Bo historia ta, mimo iż ciekawa, okazuje się tragiczną. Wiele faktów musi połączyć sama, na wiele pytań nie znajduje odpowiedzi. Przyjaciółka nie opowiada jej też o tym, co przeżyła na placu Tiananmen. O tej masakrze nauczy ją historia.

Ojciec opuścił nas dwukrotnie w ciągu jednego roku. Po raz pierwszy, aby zakończyć swoje małżeństwo, i po raz drugi, gdy odebrał sobie życie.

Jak dalekich przyczyn sięga rodzinna tragedia? I kiedy w końcu po poplątanej i porozrywanej nitce uda się dojść do kłębka?

„Nie mówcie, że nie mamy niczego” to fascynująca historia, otoczona kulturą, muzyką i sztuką w najczystszej, najznamienitszej postaci. Niczym rozległe sonaty Bacha, melancholijna i nostalgiczna, z malutką, niedominującą nutą radości. Nietuzinkowi bohaterowie, dramaty rodzinne, porywające, zakazane uczucia, a wszystko to dziejące się w tle brutalnej polityki przewodniczącego Mao.
Doskonale mi się ją czytało, chociaż potrzebowałam odrobinę czasu, by wciągnąć się w klimat powieści. Jeżeli więc szukacie czegoś, co pochłonie Was do reszty, zauroczy i zrani, sięgnijcie po powieść Madeleine Thien.

Mademoiselle Ptaszek – czyli o wyjątkowej Paryżance

Mademoiselle Oiseau znałam jedynie z Waszych opowieści – co rusz ktoś zachwycał się tą wyjątkową i oryginalną kobietą, a każdy opisywał ją w odrobinę inny sposób: dla jednych Mademoiselle była młoda, bo na taką wyglądała, dla innych co prawda nie była staruszką, ale elegancką, wykwintną, dojrzałą damą, dobrze dbającą o swoją urodę. Jednak nikt tak naprawdę nie mógł stwierdzić, jaka ona właściwie jest, bowiem Mademoiselle nigdy nie wychodziła ze swojego apartamentu. A samo mieszkanie? Można było snuć domysły, obserwować jej zielony balkon i dociekać tego, co kryje się we wnętrzu jej „czterech ścian”, lecz myślę, że efekt zaskoczyłby najśmielsze oczekiwania. Bo taka ona właśnie jest – Mademoiselle Oiseau – zaskakująca, tajemnicza i żyjąca na pograniczu snu i jawy, baśni i realizmu…


Tuż obok niej żyje nieśmiała, szara dziewczynka, której świat określić by można tylko jednym przymiotnikiem: nudny. W szkole nikt jej nie zauważa, dzieci się z nią nie witają, a gdy w ferworze zabawy wpadają na nią na korytarzu, nigdy jej nie przepraszają. Każdemu dzieciakowi należałyby się przeprosiny, tylko nie Isabelli – Isabella jest niewidzialna.
Pewnego razu dziewczynka naciska zły guzik w windzie i zamiast wysiąść na swoim piętrze, zatrzymuje się tuż przed apartamentem Mademoiselle Oiseau. Z początku nie dostrzega swojej pomyłki, bowiem piętro Mademoiselle wygląda tak samo, jak jej. Jednak kiedy uchylają się drzwi, z których słychać subtelny kobiecy głos, Isabella nie waha się ani chwili – wkracza do świata Mademoiselle. Ma nadzieję, że dzień ten okaże się miłą odmianą w jej nudnym życiu… nie zdaje sobie jednak sprawy, że od teraz każde popołudnie poświęcać będzie Mademoiselle.


Kobieta pokazuje Isabelli Paryż, jak za dawnych lat. Zamiast spędzać czas na nauce, ciężkiej pracy czy nudząc się w towarzystwie kogoś, za kim nie przepadają, Mademoiselle i Isabella kąpią się w basenie, na którego dnie znajduje się podwodna dżungla, zajadają wyśmienite torty we wszystkich kolorach tęczy, urządzają sobie pikniki, tworzą własne zapachy perfum, mieszając ulubione składniki. Mademoiselle opowiada również dziewczynce o swoim życiu – o rodzinie, o jej ukochanej siostrze, mieszkającej w Wenecji i hodującej małe lamparciątka tak, jak Mademoiselle hoduje koty, w końcu również o mężczyznach, którzy kiedyś pojawili się w jej życiu… Jednak przychodzi też czas, w którym Mademoiselle czuje się zmęczona życiem, którym prowadzi – znudzona swoimi kotami, które cały dzień się lenią, zniesmaczona ludźmi, którzy nie potrafią docenić uroków życia… wtedy przychodzi czas, by wsiąść na dywan i odlecieć gdzieś hen, hen daleko – aż do Wenecji, by tam wraz z siostrą zaczerpnąć włoskiego trybu życia.

„Historia Mademoiselle Oiseau” to opowieść tak dla małych, jak i dużych dziewczynek. Nieprzeciętna bajka, która pokazuje, że czasem wystarczy trochę żyć, a trochę śnić, by dostrzec magię świata, który nas otacza. Mademoiselle to przecież kompletne przeciwieństwo małej Isabelli – tak, jak ta pierwsza jest barwna, tak ta druga jest szara. Jedna dojrzała, druga to wciąż dziecko… Różnic jest mnóstwo i można by je znaleźć nie tylko w sposobie życia, w mieszkaniu, czy w charakterze… wszak Isabella jest postacią z tego naszego, ziemskiego życia, zaś Mademoiselle, choć wydaje się prawdziwa, sprawia wrażenie, jakby uciekła ze snu.
Bajka ta, chociaż może lepiej użyję słowa „opowieść”, bo jest bardziej bezpieczne, pozwala wierzyć, że nawet w życiu takiej szarej, nijakiej i niewidzialnej Isabelli, może przydarzyć się coś niezwykłego.

Tylko mnie pogłaszcz…

Chociaż Poświatowską uważa się za jedną z najbardziej romantycznych poetek w historii literatury polskiej, Halina tak naprawdę miała jeszcze drugą twarz. Była zazdrosna, uparta, niejednokrotnie wredna, uszczypliwa, samolubna. Nie była – nie tak do końca – tą delikatną i porcelanową lalką, jak zwykło się ją postrzegać, tak kruchą, że przy bardziej czułym objęciu mogłaby się rozlecieć, rozbić na kawałki, ale raczej kobietą z krwi i kości, za wszelką cenę pragnącą miłości. Zresztą właśnie tak, w liście do Marioli Pryzwan określił ją Ireneusz Morawski, jako kobietę, która na zawsze i bardzo chciała być kochana, a w zamian za to dawała tak wiele – pozwalała się kochać.


Wbrew wszystkim, lecz jedynie nie wbrew swemu sercu, wyszła za mąż w wieku zaledwie 18 lat. Wdową została mając lat 20. Nieco później jej serce po raz kolejny zabiło dla kogoś innego – swoje uczucia Haśka skierowała w stronę chłopaka o 7 lat od niej młodszego. Spotykali się często, starał się ją jakoś zabawić, rozerwać, oderwać jej myśli od nieuleczalnej choroby, jednak kiedy postanowił ich „związek” zakończyć, Halina zareagowała desperacko, wręcz histerycznie, łykając całą garść tabletek. W ostatnim momencie poprosiła chłopaka, by zawiózł ją do szpitala, w związku z czym ta próba samobójcza nie doszła do skutku.

Na liście mężczyzn, których Haśka kochała, niewątpliwie widnieje też Ireneusz Morawski – niewidomy student filologii polskiej, stawiający pierwsze kroki literat. Być może to właśnie on – najważniejszy mężczyzna w jej życiu.


Poznali się w Częstochowie pod koniec roku ’56 na jej pierwszym wieczorze autorskim w redakcji „Gazety Częstochowskiej”. Oboje nie zdawali sobie sprawy, że połączy ich uczucie… w dodatku tak trudne i ciężkie do zdefiniowania.
Dopóki Morawski mieszkał z ojcem, spotykali się wielokrotnie, kiedy jednak wyjechał na studia do Wrocławia, a rok później Poświatowska do Filadelfii na operację serca, swoją relację zmuszeni byli opierać wyłącznie na listach. To właśnie wtedy była ona najprawdziwsza.
Początkowo pisali do siebie z dystansem, jak przyjaciele. Morawski lubił się bawić słowem i nie wahał się tego nadużywać w listach do Poświatowskiej. Ten jego styl i specyficzne poczucie humoru może być irytujące, jednak w miarę czytania listów, poznaje się prawdziwą osobowość literata. Autorce zbioru tych listów, Marioli Pryzwan, nie wszystkie żarty językowe i kalambury udało się odszyfrować, większość jednak objaśniają przypisy.

W 1958 roku, w zaledwie dwa lata po tym, jak się poznali, Poświatowska napisała do niego: Nienawidzę wszystkich listów, które nie są Twoimi. On też nie szczędził jej czułości:

Nie tęsknię, wcale nie tęsknię. Przecież jesteś ze mną. Wystarczy – żebym tylko otrząsnął się z drobnych kroplistych nutek i już mówisz. Niebo się kołysze, kiedy mówisz, mów… Jesteś za oknem. Zbiorę Cię lekko jak deszcz i bliżej, bliżej, coraz bardziej, naprzeciwko, naprawdę mogę, możesz…

Gorliwych zapewnień o gorącym uczuciu było zresztą więcej. Ja wybrałam – jak mi się zdaje – te najpiękniejsze fragmenty:

Natchnij mnie nocą, gdzie mam wysłać ten list, i pocałuj, bardzo pocałuj, tak jak Ty umiesz, właśnie tak, szeptem na wylot. Weź mnie do nieba, do nadmorskiego brzegu, donikąd zawsze ze sobą jak neseser, tylko lepiej, ładniej, jak szalony neseser, dobrze? I ja też zabiorę sobie dużo, dużo Ciebie jak teraz. Halina, mówię i już bliżej. Halina, Halina i tak zawsze, aż się spełni.

Strasznie mi się dzisiaj ględzi, ale teraz jest przed południem, a ja nie lubię tej pory dnia. Hę?
Wobec tego skończę ten wykończony list i pogłaszczę Cię jeszcze, ugłaszczę, zagłaszczę… w nieskończoność, w niepewność, w słodki ruchomy wiatr, w imię naszego współoczekiwania, aż się spotkamy na końcu wszystkich luźno wiejących wichrów, bezdomnych fal, w małym szałasie majowym, szałasie z zapachu akacjowych, musujących zmierzchów. Pozwolisz mi wtedy posłuchać serca i nie będzie zbytecznych dzwonków. Od razu powiesz mi wszystko… Bez, bez precedensu.

Morawski wspierał Poświatowską podczas jej pobytu w Stanach, mówił o „głupim sercu”, które nie chce się słuchać, pocieszał ją też w sposób typowy: że nie może się poddać, że to nie czas na umieranie.
Jednak kiedy w 1961 roku szczęśliwie zoperowana poetka wróciła do Polski i zamieszkała w Krakowie, ich korespondencja osłabła. Nadszedł taki moment, kiedy Morawski wyznał jej, że mogliby już przestać udawać, zakończyć tę głupią grę w miłość, że tak naprawdę powinni skończyć ze sobą pisać dwa lata temu, kiedy ich listowna korespondencja była jeszcze w najlepszej formie. Później jednak żałował tych słów, prosił o przerwanie milczenia z jej strony, jeszcze jakoś próbował i się starał, w końcu jednak sam przestał pisać. Ich uczucie umarło.


Poświatowska tak naprawdę nigdy nie pogodziła się z tym, że Ireneusz zerwał ich korespondencję. W formie listu do niego napisała „Opowieść dla przyjaciela”, jednak on odebrał ją chłodno. Wiele lat nalegała i prosiła go o zgodę, by jego listy opublikować w formie książki (2 lutego 1966 roku pisała: Nie doceniasz mnie, ja tych listów uzbierałam nie na jedną, ale na dwie książki; zbierałam je oczywiście świadomie, cały czas mając na oku (jak mówi sam wielki Ingarden) ów chlubny cel, jakim niewątpliwie będzie w przyszłości, po naszej podwójnej śmierci – opublikowanie owych. (…) Zgódź się, żebym je pokazała ludziom, żebym je pokazała wydawcom. Mnie nawet nie zależy tak bardzo, żeby były drukowane natychmiast, możesz czekać – możesz czekać i wydrukować je wtedy, kiedy mnie już nie będzie, ale chcę, koniecznie chcę wiedzieć, że one będą wydrukowane. One są piękne, lepsze, mój drogi, od mojej książki i, daruj, ale lepsze od Twoich opowiadań; im nie wolno umrzeć. (…) Zgódź się, proszę, ta drobna satysfakcja, która przecież będzie Twoją – należy mi się od Ciebie, od losu, od mojego życia. Co pomogą decyzje lub milczenie; ja i tak do końca będę z Tobą).
Nigdy nie wyraził na to zgody, uważał, że to brak poszanowania nie tyle dla ich korespondencji, do dla uczucia. O swoich listach wypowiedział się zresztą tak: Wierzę Halinie, że są piękne, ale wiem, że były piękne tylko dla niej, bo takimi chciała je widzieć i takie chciała dostawać – właśnie piękne. Nie sądzę jednak, żeby mogło w nich być coś, co można by obiektywnie zauważyć jako wartościowe. A dla mnie? Dla mnie są one i zostaną dokumentem późnego, acz słodkiego mojego dzieciństwa, kiedy sądziłem, że jestem czymś więcej, niż jestem naprawdę i czym zostałem w rzeczywistości.

31 marca 1966 roku Poświatowska napisała do Morawskiego po raz ostatni: O listy się nie martw. (…) One są wszystkie moje. I trudno Ci będzie kiedykolwiek udowodnić, że tam to nie jesteś najprawdziwiej Ty. Nie napiszesz już przecież takich listów do nikogo i już nikogo nie będziesz tak kochał jak mnie, prawda?

Morawski dostał od Poświatowskiej 118 listów, ona od niego raptem 90 kilka. Najprawdopodobniej te ostatnie, będące odpowiedzią na jej „Opowieść dla przyjaciela” się nie zachowały. Zbiór „Tylko mnie pogłaszcz” zawiera właśnie tych 91 listów z przeciągu lat 1957 – 1963. W końcu, w 50 lat po śmierci autorki jedno z jej największych marzeń zostało spełnione… Jednak przyznać muszę, że uczucia mam mieszane.
Podobnie jak Filipowicz ginie obecnie w blasku Szymborskiej (chociaż dzięki „Listom” i „Mojej kochanej dumnej prowincji” jego wizerunek się odbudowuje), tak Morawski w dzisiejszych czasach staje się niewidzialny bez nazwiska Poświatowskiej. Jego opowiadania zachowały się – naturalnie – jednak nie wznawia się ich już tak, jak wznawia się kolejne wydania wierszy Haśki. Te 91 listów jest zatem niewątpliwym świadectwem jego wielkiego literackiego talentu, specyficznego, ironicznego, acz bardzo błyskotliwego poczucia humoru, jak i świadectwem uczucia – być może dojrzałego, jak twierdziła Halina, lecz możliwe, że i szczeniackiego, bowiem jak sam określił swoje listy Morawski, są one ostatnim zapiskiem jego infantylności i nie ma w nich nic szczególnego.

Jednego jestem pewna: czytanie tych listów jest literacką ucztą – tak dla fanów Poświatowskiej, jak i wielbicielek romansów, nieco bardziej zakorzenionych w kanonie literatury polskiej.
Nie jestem pewna, czy udostępnianie ich czytelnikom, bo tak chciała Poświatowska, lecz za wszelką cenę unikał tego Morawski jest moralne, jednak cieszę się, że ta książka trafiła do moich rąk.