Balonem na Biegun Północny

Chłodne północne rejony kuli ziemskiej od zawsze owiane były tajemnicą i nutką grozy. Im bardziej eksploatowane przez człowieka, tym odrobinę mu przychylniejsze, a jednak w XIX wieku wciąż tak samo tajemnicze, jak reszta wszechświata. Dotrzeć tam, zbadać, zobaczyć, przemierzyć wszerz i wrócić do domu – takie było marzenie trójki mężczyzn, którzy zdecydowali się wyruszyć w podróż na Wyspę Białą, prawie całą zajętą przez lodowiec. Większość drogi pokonać mieli balonem, następnie pieszo, ciągnąc na saniach swój dobytek. Coś jednak poszło nie tak, bo ta opowieść o trzech marzycielach nie kończy się dobrze – i wiemy to już od samego początku – bowiem po kilku latach ślad po Szwedach zaginął. Czy to wina zatrucia wodorem, który uciekał z balonu dziurkami po igle paryskich krawcowych, bakterią z niedźwiedziego mięsa, przedawkowanie morfiny czy może bójka pomiędzy nimi samymi? Byli dobrze zaopatrzeni – mieli broń, amunicję, lekarstwa, ciepłe ubrania, wystarczającą ilość jedzenia. Co w takim razie się wydarzyło?
Bea Uusma wyrusza śladem swojej miłości i próbuje się dowiedzieć, co zdarzyło się na Wyspie Białej ponad sto lat temu. Ale właśnie… czy nie przychodzi o sto lat za późno?

źródło: Wikipedia

Wyruszli 11 lipca 1897 roku balonem o nazwie „Orzeł”. Trzej mężczyźni w sile wieku – Salomon August Andrée, Knut Frænkel i najmłodszy – dwudziestoczteroletni, Nils Strindberg. Podekscytowani i szczęśliwi liczyli, że do swoich domów wrócą najpóźniej za rok. Tymczasem już po kilku dniach zmuszeni byli lądować awaryjnie na krze, stawiając swoje życie pod wielkim znakiem zapytania. Zewsząd czyhało na nich niebezpieczeństwo – z jednej strony zachwycała ich cisza i dostojność lodowców, z drugiej strony złowrogi odgłos pękającej kry i poruszających się po lodzie niedźwiedzi przyprawiał o dreszcze i zasiewał w duszy ziarno zwątpienia. Jak długo zdołają tak żyć – mieszkając w domu pośrodku morza i jedząc surowe mięso?
W dzienniku Andrée notował ich codzienną dietę, aktywność fizyczną i samopoczucie. Z jego zapisków można wywnioskować, że z trójki podróżników to on trzymał się najlepiej – jako organizator wyprawy nie wątpił tak, jak jego towarzysze. Wzmiankował o bólach żołądka, stóp, ale i o bezkresnym zmęczeniu i zniechęceniu. Wszyscy chcieli wrócić do domu, jednak Arktyka bezczelnie i samolubnie wydarła im tę szansę z rąk.
Nie dotarli nawet do jednej trzeciej odległości od bieguna, kiedy ślad po nich zaginął. Ostatni list Nilsa do swojej narzeczonej, Anny Charlier, był pełen tęsknoty i miłości, ale obfitujący w pozytywne myśli i uczucia względem wyprawy. Później nie zdołał już napisać do niej żadnego słowa. Ironią losu, nazwisko jego narzeczonej z francuskiego tłumaczyło się jako „balon wodorowy”.
Trzydzieści trzy lata później inna wyprawa na Biegun Północny przypadkowo natknęła się na pozostałości ich obozowiska. Do dziś nie wiadomo, z jakiego powodu zginęli.

Źródło: Wydawnictwo Marginesy

Ta podróż nie miała szans, by się udać. Trzech młodych mężczyzn z minimalną wiedzą na temat Arktyki rzuciło się w jądro koszmaru. Nie mieli pojęcia, jak utrzymać się przy życiu w tak ekstremalnych warunkach, ale naiwnie wierzyli, że siła ich marzenia zapewni im bezpieczeństwo. Nierozważnie postępowali z niedźwiedziami polarnymi, nie zdając sobie sprawy, jak ogromnym są zagrożeniem. Całkowicie nieprzygotowani na warunki Północy ciągnęli sanie o ładunku 200 kg, później – z biegiem czasu – wyrzucając rzeczy zbędne. Ale do końca nosili ze sobą atlasy i encyklopedie, szaliki z różowego jedwabiu, obrusy, krawaty czy spinacze. Po co?

Bea Uusma poświęca połowę swojego życia, aby odkryć jaka tajemnica kryje się za wyprawą Andréego. Jej szaleństwo i obłęd na punkcie trzech polarników i przyczyny ich śmierci jest niemalże tak ogromne, jak siła ich marzenia, gdy zdecydowali się na lot balonem na Biegun Północny. Z tym samym zaangażowaniem co oni podąża ich śladem, jeszcze raz bada ich kości i ubrania, czyta dzienniki, kontaktuje się z rodziną, a nawet prosi o pomoc wróżkę licząc, że w końcu zauważy coś, co inni przeoczyli i uzyska odpowiedź na swoje pytanie. To, co stało się na Wyspie Białej ma pozostać jednak tajemnicą, bowiem ciekawość Bei nigdy nie zostanie zaspokojona – pozostaną jej tylko domysły, jak wszystkim innym przed nią.


„Eskpedycja” to fascynująca historia nie tylko ze względu na losy trzech, najbardziej śmiałych i najbardziej nierozważnych szwedzkich polarników, których marzenie poprowadziło do królestwa śmierci, ale też poprzez zaangażowanie autorki, która życiorysów Andréego, Nilsa i Knuta nauczyła się na pamięć. Jej pasja granicząca z obsesją jest równa temu, co odczuwali trzej mężczyźni, wsiadając do balonu, który miał ich ponieść jak najdalej na Północ.
To literacka podróż dla wszystkich – tych, którzy lubią tajemnice i odrobinę grozy, marzycieli i amatorów Arktyki. Co więcej – muszę wspomnieć, że czytanie tej książki jest „ekspedycją” samą w sobie, bowiem nadzwyczaj piękne wydanie zapewnia najwyższe wrażenia estetyczne na każdej stronie.
Pod względem treści, jak i wydania „Eskpedycja” jest dla mnie książką tego roku.

W poszukiwaniu drogi

Z twórczością Hermana Hessego po raz pierwszy zetknęłam się dzięki poleceniu znajomego – Marcina, z którym przez jakiś czas miałam przyjemność prowadzić bloga literackiego Tylko Burak Nie Czyta. Marcin jest taką osobą, która uwielbia rozdawać innym wartościową literaturę. W ten sposób pewnego dnia w paczuszce z książką do recenzji otrzymałam od niego „Petera Camenzinda”. Już wcześniej wspominał mi o „Siddharcie” i „Wilku stepowym”, ale nie potrafiłam dostać tych książek w bibliotece, więc moment ich przeczytania odłożyłam nieco w czasie. Tymczasem on zrobił mi taką właśnie niespodziankę!
„Peter Camenzind” okazał się fantastyczną historią, bardzo swojską i delikatną, która chwyciła mnie za serce. Kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Media Rodzina w maju zamierza wydać nic innego, jak „Siddharthę” i „Wilka stepowego”, postanowiłam sobie powtórzyć tę pierwszą powieść Hessego, z jaką miałam do czynienia i – z ręką na sercu przyznaję – spodobała mi się jeszcze bardziej. Jestem pewna, że w przyszłości sięgnę po nią po raz kolejny.
Ale koniec już o cudownym szwajcarskim Peterze – dziś słów parę o „Siddharcie”.



Tytułowy Siddhartha to syn bramina, który dochodzi w swoim życiu do takiego momentu, w którym chce odnaleźć własną drogę i odpowiedzi na pytania, które stale go – człowieka młodego i inteligentnego – nurtują. Jednym z takich pytań jest to o własne „ja”, o powołanie człowieka, sens życia i sedno jego istnienia. Razem z przyjacielem – Gowindą – wyrusza w drogę, dołącza do świątobliwych mnichów, aby to właśnie od nich nauczyć się sztuki dobrego, pobożnego życia. Wkrótce jednak odkrywa, że istnieje pewna granica wiedzy, której z Samanami nie przekroczy. Zauważywszy, że jest już o krok przed nimi, postanawia odejść i szukać odpowiedzi na swój sposób. Pogrąża się w grzechu, cielesnych radościach, próżności i zbytku, aby poznać tę drogę, którą jako mnich nigdy by nie kroczył. Rozpustę ciała stara się połączyć z duchowymi poszukiwaniami prawdy, bo gdzieś tam na końcu tej drogi czeka na niego miłość – prawdziwa i czysta.

„Siddhartha” to powieść będąca wyrazem fascynacji Hessego orientalnymi Indiami. Powstała w 1922 roku, tuż po zakończeniu I wojny światowej jest swoistym sprzeciwem wobec śmierci i walki. To właśnie w „Siddharcie” Hesse sprzeciwia się ślepemu podążaniu za władzą, a za pomocą głównego bohatera ukazuje, że mądrości nie można się nauczyć – do mądrości prowadzi wyboista droga i nie raz trzeba zabłądzić, aby trafić na właściwą ścieżkę i osiągnąć cel. Hesse w bardzo piękny, a zarazem dosadny sposób mówi zwięźle o rzeczach najważniejszych. Licząca sobie mniej niż 200 stron opowieść o hinduskim synu bramina, który w podążaniu za pełnią szczęścia dotarł nawet do samego Buddy pokazuje, że ani zbytki świata, radości cielesne czy nawet podążanie za religią nie dają takiej radości i spokoju, jak pełna harmonia z otaczającym światem – naturą. Siddhartha przez niemal całe swoje życie miota się pomiędzy sacrum i profanum, buddyzmem i chrześcijaństwem, ale odpowiedzi czekają na niego dopiero pod koniec drogi jego życia.


To wspaniała opowieść o – tak naprawdę – każdym z nas, mimo iż tytułowy bohater to syn bramina. Lektura bardzo ważna i mądra, ale tym samym dająca prawdziwą satysfakcję przy poznawaniu jej. Utrzymana w klimacie baśni, przeistaczająca się w powiastkę filozoficzną jest istną literacką ucztą, choć do przemyślenia i przeżycia, nie zaś przeczytania i odstawienia na półkę.

Erotomański obłęd

W tym roku miałam okazję zapoznać się nieco z twórczością Philipa Rotha – autora, którego nie trzeba przedstawiać nikomu, bo co roku typowanego jako zwycięzca Nagrody Nobla. Jego fenomenalna „Amerykańska sielanka” poruszyła mnie i zachwyciła do tego stopnia, że objęła bardzo wysoką pozycję na mojej liście TOP najlepszych powieści tego roku. Niestety chwilę po przeczytaniu tej pozycji sięgnęłam po „Konające zwierzę”, książeczkę nieco krótszą, lecz poziomem zdecydowanie nie dorastającą „Sielance” do pięt. Przepełniona erotyzmem, obfitująca w różnego rodzaju uczucia – najczęściej te skrajne, obleśna, choć momentami wrażliwa, wydała mi się dusznym kotłem przepełnionym erotomańską lubieżnością.
Trzy miesiące później skusiłam się na kolejną powieść Rotha – „Teatr Sabata” – będący podobno ulubioną powieścią autora. Sam wstęp – bardzo mocny jak na pierwsze zdania – skojarzył mi się nawet z prozą Marqueza i chociaż nieco mnie wystraszył, bo wiedziałam w jakim tonie będzie prowadzona narracja, postanowiłam zaryzykować. Niestety, jak się okazuje, ryzyko nie zawsze popłaca, bowiem „Teatrowi Sabata” zdecydowanie bliżej ku „Konającemu zwierzu” niż „Amerykańskiej Sielance”.


„Teatr Sabata” zaczyna się od miłosnego ultimatum, które nieco ponad 50-letnia Drenka stawia swojemu 64-letniemu kochankowi, tytułowemu Mickeyowi Sabatowi. Pragnie wymóc na znanym i mającym długoletnią praktykę erotomanie bezwarunkową wierność. Nietrudno sobie wyobrazić, jak reaguje na to mężczyzna – oczekiwania Drenki uważa za bzdurne i kapryśne, tłumaczy kobiecie, że jej zachowanie jest nieco samolubne, a wręcz dziecinne. Podkreśla swoje przywiązanie do wolności i miłość do kobiet. Chce cieszyć się z życia i poznawać wszystkie jego smaki – tak dosłownie, jak i w przenośni.
Sprawa jednak nieco się komplikuje, kiedy Drenka niespodziewanie umiera. Pogrążony w żałobie Sabat nie potrafi poradzić sobie z coraz bardziej ogarniającym go smutkiem i wyrzutami sumienia, które przypominają mu o utraconej miłości. Bo chociaż hedonista, człowiek wolny i erotoman w najlepszej swojej postaci, Sabat na co dzień jest człowiekiem bardzo samotnym, podstarzałym, zniszczonym przez życie i niecieszącym się już takim powodzeniem u kobiet. Jego reputacja po kilku incydentach jest wręcz zszargana, więc na próżno mu szukać pocieszenia w zgrabnych ramionach dwudziestolatek. Kusząca Drenka okazuje się jedyną, a co więcej – najważniejszą – kobietą w jego życiu.
Po jej śmierci Sabat rzuca się w wir czarnych wspomnień, analizując swoje życie, tajemnicze zniknięcie młodej żony, chorobę alkoholową drugiej, erotyczne incydenty, za które przyszło mu słono zapłacić, z młodymi dziewczętami, śmiałe rozmowy telefoniczne (i rzecz jasna: nie tylko rozmowy) ze studentkami, aż w końcu rozpustność i próżność tego amerykańskiego społeczeństwa, które go otacza.

Philip Roth o tej powieści powiedział tak:
Wiele osób jej nienawidzi, ale to nie jest powód, dla którego ją lubię. Jest w niej dużo wolności. A tego szukasz jako pisarz, kiedy pracujesz. Poszukujesz swojej własnej wolności. Aby wyzbyć się zahamowań, sięgnąć w głąb pamięci, swych doświadczeń i życia, po czym odkryć prozę, która przekona czytelnika.

Chociaż całym swoim sercem i aż do ostatniej strony liczyłam, że coś mnie w „Teatrze Sabata” urzeknie, nie podzielam entuzjazmu autora. Jest w tej książce zdecydowanie drugie tło, które da się dostrzec, jeżeli na chwilę oderwie się od kipiącego erotyzmem pierwszego planu i głównej fabuły, jednak ta sfera głębsza i wrażliwsza jest przysłonięta seksualnymi historiami 64-letniego Mickeya. Jako czytelniczka zachwycona „Amerykańską Sielanką” poczułam się wręcz zraniona, kiedy moja głęboka i szczera nadzieja legła w gruzach wraz z ostatnim zdaniem książki. Piękna, bardzo podniosła i emocjonalna scena, gdy bohater na żydowskim cmentarzu swoich rodziców szuka miejsca, w którym sam mógłby wznieść swój grób niknie i niszczeje na tle kolejnej cmentarnej sceny – lecz tym razem erotycznej i obleśnej. W tym momencie Sabat nie szuka miejsca na swoją trumnę, lecz spełnia pewien rytuał, ożywia wspomnienie tego, co przeżył z Drenką. Nie chcę zdradzać fabuły i precyzować czym ten rytuał jest, wystarczy, jeżeli napiszę, że to rzecz nie tyle szokująca, co wręcz obrzydzająca. Piękno i wrażliwość pierwszej cmentarnej sceny niknie w brzydocie tej drugiej.

Niestety cała powieść jest tak silnie przesiąknięta erotyką, że absolutnie nie trafia w moją czytelniczą wrażliwość. Zmusiłam się wręcz by przebrnąć przez te 600 stron, a żadna z nich nie dała mi prawdziwej radości. Wspomnienia, pragnienia i fantazje doświadczonego przez życie, 64-letniego erotomana obrzydziły mnie na tyle, że długo nie sięgnę po tak odważną i ostrą powieść. Liczę jednak, że z biegiem czasu trafię na kolejną książkę Rotha – równie genialną co „Amerykańska sielanka”.

Dziób w dziób z ptakami

Każdy właściciel psa czy kota z pewnością może stwierdzić, że zwierzęta te nie tylko mają uczucia i swoje zwyczaje, ale niejednokrotnie swoim zachowaniem przypominają ludzi. Ilekroć palnę jakieś głupstwo czuję na sobie przeszywający, pełen zażenowania wzrok mojego kota. Patrzy na mnie, jak starszy mężczyzna rozczarowany głupstwem takiego podlotka, jak ja. Z drugiej strony, kiedy się zdenerwuję, moja papuga wydaje się być niezwykle rozbawiona, dając tego wyraz różnymi ruchami i dźwiękami. Z całą pewnością bawi go fakt, że im bardziej się denerwuję, tym mniej dana rzecz mi wychodzi, a on swoim śmiechem jeszcze bardziej potęguje ten stan…
Natura jest zdolna zachwycić nas na każdym kroku – co podkreślam w każdej recenzji książki z przyrodniczej półki – a najlepszym tego przykładem są ptaki, które przemierzając bezmiar błękitu nieba tak naprawdę są nam w stanie powiedzieć wiele… o nas samych.

Chociaż mniej więcej od ubiegłego roku wydawnictwa regularnie obdarowują nas książkami dotykającymi tematów bliskich naturze i boję się, że wkrótce odbije się to nam – czytelnikom – czkawką, staram się wybierać te najciekawsze, które w nietuzinkowy sposób opowiadają o otaczającym nas świecie, a zdobyta wiedza nie wyparowuje z głowy po kilku dniach od skończenia książki. „Rzecz o ptakach” jest jedną z najlepszych takich książek, jakie dane mi było przeczytać.


Weźmy pod lupę takiego gołębia – wielokrotnie w ogóle niezauważanego, gdy przechadza się po przystanku, zerkając na nas z ukosa, częściej jednak znienawidzonego, bo uważanego za brudnego. To niepozorne ptaszysko jest przez naturę doskonale wyposażone – wewnątrz ma wbudowany kompas, mapę i system nawigacyjny, który odnotowuje infradźwięki, zapachy, pola magnetyczne, światło spolaryzowane czy położenia słońca i gwiazd – a wszystko po to, by trafił bezpiecznie i szybko do domu. Przeurocze i przesłodkie kolibry zdolne są prowadzić krwawe walki o pożywienie, a ich umiejętności manewrowania w powietrzu zainspirowały badaczy z Pentagonu do stworzenia nanodrona, którego ciężko gołym okiem rozróżnić od prawdziwego ptaka. Orzechówki popielate wyróżniają się wśród tego zacnego grona doskonałą pamięcią, bowiem są w stanie zapamiętać dokładną – co do punktu – lokalizację miejsc, w których zakopały swoje zapasy. Najbardziej jednak zainteresował mnie fragment o sępach i albatrosach – te pierwsze posiadają żołądki jak ze stali – ich soki trawienne doskonale radzą sobie nawet z jadem kiełbasianym czy bakteriami wąglika. Noah Strycker w doskonały sposób pokazał padlinożercę z zupełnie innej perspektywy – sępy to ptaki, które też mają uczucia! Co więcej, jako chodzące śmietniki wyświadczają ludziom przysługę. Albatrosy zauroczyły mnie swoimi miłosnymi historiami, a czytając o niezwykłej odległości – 6,43 miliona kilometrów! – jaką przeciętnie przemierzają w swoim życiu, przyszedł mi od razu na myśl wiersz Baudelaire’a.

Ptaki dalekolotne, albatrosy białe,
Osaczone, niezdarne, zhańbione głęboko,
Opuszczają bezradnie swe skrzydła wspaniałe
I jak wiosła zbyt ciężkie po pokładzie wloką

O jakiż jesteś marny, jaki szpetny z bliska,
Ty, niegdyś piękny w locie, wysoko, daleko!
Ktoś ci fajką w dziób stuka, ktoś dla pośmiewiska
Przedrzeźnia twe podrygi, skrzydlaty kaleko!

Noah Strycker opowiadając o ptakach snuje tak naprawdę opowieść o ludziach. Na przykładzie naszych „braci mniejszych” pokazuje, jak bardzo są nam bliscy i jak niewiele różnic nas dzieli. Poruszając takie zagadnienia jak taniec, wyczucie rytmu, sztuka uwodzenia, sposób dobierania się w pary zdrada czy chęć spróbowania czegoś innego, nowego pokazuje, że pomiędzy ptakami, a ludźmi wcale nie ma tak ogromnej przepaści, jak śmielibyśmy sądzić. Ba! Te skrzydlate stworzenia wielokrotnie są od nas inteligentniejsze – czego doskonałym przykładem jest orzechówka, która nie potrzebuje wglądu w „Google Maps”, żeby odnaleźć pożywienie.

„Rzecz o ptakach” to książka napisana przede wszystkim z fantazją – jedna z lepszych przyrodniczych pozycji, jakie miałam okazję poznać. Łatwy, plastyczny, a momentami wręcz poetycki język sprawia, że informacje, które czytamy przyswajają się łatwo i – co najważniejsze – zostają w głowie na długo po lekturze książki. Niesamowite fakty z życia ptaków podane są w sposób nie tylko interesujący i ciekawy, ale często sensacyjny. Z danych naukowych Noah Strycker robi bardzo dobrą opowieść – z akcją w tle i nieprzeciętnymi bohaterami!

Majowe zapowiedzi

Maj to czas, w którym zwalniamy nieco tempa i cieszymy się wiosną. Tak, tak, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jak moje słowa mogą brzmieć w obecnej sytuacji pogodowej, ale mocno wierzę, że już niebawem wiosna rozgości się u nas w pełni. Dziś przed Wami nieco mniej, bo tylko sześć, wiosennych, majowych zapowiedzi literackich.
A już na pierwszym miejscu niepowtarzalny i wyjątkowy…


Jaume Cabré „Agonia dźwięków”
Początek XX wieku. Na obrzeżach Katalonii dogorywa w ciszy zapomniany przez Boga i ludzi warowny klasztor La Ràpita, siedziba mniszek klauzurowych. Przewodzi im wielebna matka Dorotea, kobieta surowa i pozbawiona poczucia humoru. Brat Junoy, utalentowany muzyk, zostaje tam zesłany w charakterze spowiednika. Martwa cisza odbiera mu radość życia, lecz dzięki sile wyobraźni przenosi się do abstrakcyjnego raju muzyki. W imię zdrowego rozsądku prowadzi także ambicjonalną wojnę ze zgorzkniałą matką Doroteą. Jest bowiem zdania, że umartwianie się nie przybliża nikogo do Boga, a niedożywienie wywołuje halucynacje. Po proteście przeciw surowej karze nałożonej na dwie nowicjuszki trafia do aresztu i staje przed sądem diecezjalnym oskarżony o herezję, nadużycia i samowolę. Rozpoczyna się proces, podczas którego wszystko przemawia przeciw bratu Junoyowi… W świecie, który nie podziela jego pasji, pada ofiarą nietolerancji.
Pasjonująca powieść, która po raz kolejny udowadnia maestrię katalońskiego pisarza.
Data premiery: 10 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Marginesy
Cena: 39,90 zł

2. John Irving „Uwolnić niedźwiedzie”
Ogromne pomieszanie – żałosne kulisy anszlusu i jego wpływ na mentalność Austriaków, dziwaczne frustracje młodych ludzi, idea wolności dla zwierząt zamkniętych w zoo, emocje pierwszej miłości, szalona wyprawa kultowym motocyklem, reminiscencje i antagonizmy wojennej zawieruchy – oto Austria drugiej połowy lat sześćdziesiątych, oto Wiedeń, w którego świeżej pamięci pozostaje jeszcze podział miasta na cztery strefy okupacyjne. Niespokojny rytm i burzliwa atmosfera powieści Irvinga tworzą doskonałe tło dla niecodziennych przeżyć młodych bohaterów.
Data premiery: 11 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Cena: 42 zł

3. Tom Clavin, Bob Drury „Serce wszystkiego, co istnieje”
Czerwona Chmura to jedyny Indianin, który zdołał pokonać armię Stanów Zjednoczonych i narzucić jej pokój na własnych warunkach. Aby zyskać szacunek współplemieńców, syn zmarłego w delirium alkoholika musiał być odważniejszy, sprytniejszy i okrutniejszy od innych. Od najmłodszych lat wykazywał się wyjątkową rozwagą i zmysłem strategicznym. Był śmiały, bezwzględny i niezwykle brutalny. Jednak ten być może najpotężniejszy indiański wojownik na wiele lat popadł w zapomnienie. Bob Drury i Tom Clavin malują biografię wodza w żywych barwach, a w tle kreślą sylwetki jego towarzyszy, rywali i nieprzyjaciół: wodzów Siedzącego Byka i Szalonego Konia, człowieka gór Jima Bridgera, genarała Williama Shermana, odkrywcy Johna Bozemana i wielu innych. Ta książka to również dramatyczna kronika ostatecznego starcia amerykańskich cywilizacji i hołd oddany rdzennym mieszkańcom Wielkich Równin.
Data premiery: 17 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Czarne
Cena: 54,90 zł

4. Cezary Łazarewicz „Tu mówi Polska”
Osoby dramatu: nagrodzony policjant, który zakatował trzynastolatka, bezduszny komornik, opętana manią regulaminową dyrektorka szkoły, przez którą jedna z nauczycielek popełnia samobójstwo, seryjny gwałciciel zidentyfikowany na podstawie próbki DNA, strażacy, którzy zamiast gasić – podpalają, księża i rodzice, którzy minęli się z powołaniem, i emerytowani strażnicy więzienni oskarżeni o zbrodnie przeciwko ludzkości. Miejsca: poligon NATO, z którego okolica nie ma żadnych korzyści, sanatoria w Kołobrzegu uwielbiane przez Szwedów. Sprawy: zwłoki topielca, którego nikt nie chce pochować, wojny kibiców z policją, podejrzane układy w mieście, rolnicze protesty. Słowem: Polska po ’89 widziana z Pomorza. Stąd kraj wygląda zupełnie inaczej niż z perspektywy błyskawicznie rozwijającej się stolicy, a splot zdarzeń i ludzkich losów to materiał na niejeden film . „Biliśmy się za swoje wiejskie krzywdy, oni – za swoje. Za bezrobocie. Za upadłe PGR-y. Za brak zasiłków. Za biedę” – mówi jeden z bohaterów, streszczając historię wielu mieszkańców Polski B, która gorzej niż reszta kraju zareagowała na transformację ustrojowo-ekonomiczną.
Większość tekstów zamieszczonych w tomie powstała pod koniec lat dziewięćdziesiątych, a mimo to ma się wrażenie, że czytamy o sprawach, które dzieją się na naszych oczach. To zasługa znakomitego pióra autora, żywiołowo nakreślonych portretów, ale także porażającej aktualności tematów. Część spraw wciąż odbija się echem, a prawo i instytucje nadal są niewydolne lub bezsilne wobec ludzkich problemów.
Data premiery: 17 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Czarne
Cena: 39,90 zł

5. Bea Uusma „Ekspedycja. Historia mojej miłości”
Jest 11 lipca 1897 roku. Trzej członkowie wyprawy polarnej ze Sztokholmu: Salomon August Andrée, Knut Frænkel i najmłodszy – dwudziestoczteroletni, Nils Strindberg, odlatują wypełnionym wodorem balonem o nazwie „Orzeł” w stronę bieguna północnego. Trzydzieści trzy lata później zupełnym przypadkiem inna wyprawa natrafia na resztki ich ostatniego obozowiska na lodowcowej wyspie.
W dziennikach można przeczytać, że po kilku dniach w balonie musieli awaryjnie lądować pośrodku wielkiej kry i przez kolejne miesiące próbowali wrócić na stały ląd.
Trzech mężczyzn o minimalnej wiedzy na temat Arktyki znalazło się w środku koszmaru. Nie przebyli nawet jednej trzeciej odległości do bieguna, nie udało im się nawet dotrzeć najdalej na północ – oni wylądowali na 82° 56’, przed nimi norwescy polarnicy dotarli już dalej. Członkowie wyprawy byli tego świadomi. Wobec innych wypraw, które kończyły się sukcesem, ta w ogóle nie powinna była się odbyć. Na początku każdy z nich miał ciągnąć sanie o wadze 200 kilogramów, ale ostatecznie przepakowali je i zostawili dużą część wyposażenia. Ale po co ciągnęli ze sobą do końca kilka tomów encyklopedii, spinacze, krawaty, szalik z różowego jedwabiu, obrus? Zapisują: „Tu każdy dzień mija jak inny. Ciągniemy sanie, jemy i śpimy”. Żaden z członków wyprawy nie wiedział, jak utrzymać się przy życiu
w warunkach arktycznych. Przez niemal sto lat badacze Arktyki, dziennikarze i lekarze próbowali rozwiązać zagadkę: co tak naprawdę wydarzyło się na wyspie? Co spowodowało śmierć trzech członków ekspedycji? Mieli przecież dużo pożywienia, ciepłe ubrania, skrzynie z amunicją i broń. Wszystko to znaleziono obok ich ciał w obozowisku. A także inne pamiątki, które mogły powiedzieć coś więcej o uczestnikach: medalik ze zdjęciem i puklem włosów narzeczonej Strindberga, Anny Charlier, rolki filmowe ze zdjęciami wykonanymi podczas wyprawy.
Data premiery: 24 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Marginesy
Cena: 54,90 zł

6. Karl Ove Knausgard „Lato”
Wraz z porami roku i przyrodą otaczającą dom autora na kolejnych stronach Jesieni, Zimy, Wiosny, a teraz także Lata, bohater ewoluuje. Po okresie oczekiwania na narodziny czwartego dziecka przychodzi czas wspólnych zabaw i czytania pierwszych książek. Strach o pomyślne rozwiązanie zastępują marzenia na temat szczęśliwej przyszłości jego córki. Miejsce mężczyzny szukającego sensu zajmuje czterdziestolatek cieszący się codziennością, świadomy swej roli i miejsca w świecie.
„Przez nasze małe życia przetaczają się wielkie ruchy, lawiny w głębinie codzienności. Najpierw, gdy dzieci są małe, wszystko stanowi potencjalne zagrożenie (…). Potem, kiedy dzieci rosną, pojawiają się prawdziwe życiowe próby: niewielu rodziców chce, aby ich dzieci zostały wciągnięte w wir wielkich wydarzeń, większość życzy im przewidywalnego, bezpiecznego, rozsądnego i harmonijnego życia. Ja również. Masz dopiero dwa lata, więc chwilowo chodzi o to, żeby dopilnować, by było ci ciepło i sucho, żebyś była najedzona, bezpieczna i odpowiednio stymulowana, ale nadejdzie dzień, kiedy wyruszysz sama w świat…” (fragment książki)
Data premiery: 25 maja 2017 r.
Wydawnictwo: Literackie

Które książki wpadły Wam w oko? Ja muszę szczerze przyznać, że najbardziej czekam na Cabré, bo to jeden z moich ulubionych współczesnych autorów. Po zeszłorocznym spotkaniu na Apostrofie jestem zauroczona osobą autora. Na drugim miejscu jest naturalnie Knausgard, chociaż bardziej niż na „Lato”, czekam na szóstą część mojej walki, które premiery jeszcze nie znamy. Z radością sięgnę też po „Ekspedycję”, a Wy?