Mademoiselle Ptaszek – czyli o wyjątkowej Paryżance

Mademoiselle Oiseau znałam jedynie z Waszych opowieści – co rusz ktoś zachwycał się tą wyjątkową i oryginalną kobietą, a każdy opisywał ją w odrobinę inny sposób: dla jednych Mademoiselle była młoda, bo na taką wyglądała, dla innych co prawda nie była staruszką, ale elegancką, wykwintną, dojrzałą damą, dobrze dbającą o swoją urodę. Jednak nikt tak naprawdę nie mógł stwierdzić, jaka ona właściwie jest, bowiem Mademoiselle nigdy nie wychodziła ze swojego apartamentu. A samo mieszkanie? Można było snuć domysły, obserwować jej zielony balkon i dociekać tego, co kryje się we wnętrzu jej „czterech ścian”, lecz myślę, że efekt zaskoczyłby najśmielsze oczekiwania. Bo taka ona właśnie jest – Mademoiselle Oiseau – zaskakująca, tajemnicza i żyjąca na pograniczu snu i jawy, baśni i realizmu…


Tuż obok niej żyje nieśmiała, szara dziewczynka, której świat określić by można tylko jednym przymiotnikiem: nudny. W szkole nikt jej nie zauważa, dzieci się z nią nie witają, a gdy w ferworze zabawy wpadają na nią na korytarzu, nigdy jej nie przepraszają. Każdemu dzieciakowi należałyby się przeprosiny, tylko nie Isabelli – Isabella jest niewidzialna.
Pewnego razu dziewczynka naciska zły guzik w windzie i zamiast wysiąść na swoim piętrze, zatrzymuje się tuż przed apartamentem Mademoiselle Oiseau. Z początku nie dostrzega swojej pomyłki, bowiem piętro Mademoiselle wygląda tak samo, jak jej. Jednak kiedy uchylają się drzwi, z których słychać subtelny kobiecy głos, Isabella nie waha się ani chwili – wkracza do świata Mademoiselle. Ma nadzieję, że dzień ten okaże się miłą odmianą w jej nudnym życiu… nie zdaje sobie jednak sprawy, że od teraz każde popołudnie poświęcać będzie Mademoiselle.


Kobieta pokazuje Isabelli Paryż, jak za dawnych lat. Zamiast spędzać czas na nauce, ciężkiej pracy czy nudząc się w towarzystwie kogoś, za kim nie przepadają, Mademoiselle i Isabella kąpią się w basenie, na którego dnie znajduje się podwodna dżungla, zajadają wyśmienite torty we wszystkich kolorach tęczy, urządzają sobie pikniki, tworzą własne zapachy perfum, mieszając ulubione składniki. Mademoiselle opowiada również dziewczynce o swoim życiu – o rodzinie, o jej ukochanej siostrze, mieszkającej w Wenecji i hodującej małe lamparciątka tak, jak Mademoiselle hoduje koty, w końcu również o mężczyznach, którzy kiedyś pojawili się w jej życiu… Jednak przychodzi też czas, w którym Mademoiselle czuje się zmęczona życiem, którym prowadzi – znudzona swoimi kotami, które cały dzień się lenią, zniesmaczona ludźmi, którzy nie potrafią docenić uroków życia… wtedy przychodzi czas, by wsiąść na dywan i odlecieć gdzieś hen, hen daleko – aż do Wenecji, by tam wraz z siostrą zaczerpnąć włoskiego trybu życia.

„Historia Mademoiselle Oiseau” to opowieść tak dla małych, jak i dużych dziewczynek. Nieprzeciętna bajka, która pokazuje, że czasem wystarczy trochę żyć, a trochę śnić, by dostrzec magię świata, który nas otacza. Mademoiselle to przecież kompletne przeciwieństwo małej Isabelli – tak, jak ta pierwsza jest barwna, tak ta druga jest szara. Jedna dojrzała, druga to wciąż dziecko… Różnic jest mnóstwo i można by je znaleźć nie tylko w sposobie życia, w mieszkaniu, czy w charakterze… wszak Isabella jest postacią z tego naszego, ziemskiego życia, zaś Mademoiselle, choć wydaje się prawdziwa, sprawia wrażenie, jakby uciekła ze snu.
Bajka ta, chociaż może lepiej użyję słowa „opowieść”, bo jest bardziej bezpieczne, pozwala wierzyć, że nawet w życiu takiej szarej, nijakiej i niewidzialnej Isabelli, może przydarzyć się coś niezwykłego.

Reklamy

Tylko mnie pogłaszcz…

Chociaż Poświatowską uważa się za jedną z najbardziej romantycznych poetek w historii literatury polskiej, Halina tak naprawdę miała jeszcze drugą twarz. Była zazdrosna, uparta, niejednokrotnie wredna, uszczypliwa, samolubna. Nie była – nie tak do końca – tą delikatną i porcelanową lalką, jak zwykło się ją postrzegać, tak kruchą, że przy bardziej czułym objęciu mogłaby się rozlecieć, rozbić na kawałki, ale raczej kobietą z krwi i kości, za wszelką cenę pragnącą miłości. Zresztą właśnie tak, w liście do Marioli Pryzwan określił ją Ireneusz Morawski, jako kobietę, która na zawsze i bardzo chciała być kochana, a w zamian za to dawała tak wiele – pozwalała się kochać.


Wbrew wszystkim, lecz jedynie nie wbrew swemu sercu, wyszła za mąż w wieku zaledwie 18 lat. Wdową została mając lat 20. Nieco później jej serce po raz kolejny zabiło dla kogoś innego – swoje uczucia Haśka skierowała w stronę chłopaka o 7 lat od niej młodszego. Spotykali się często, starał się ją jakoś zabawić, rozerwać, oderwać jej myśli od nieuleczalnej choroby, jednak kiedy postanowił ich „związek” zakończyć, Halina zareagowała desperacko, wręcz histerycznie, łykając całą garść tabletek. W ostatnim momencie poprosiła chłopaka, by zawiózł ją do szpitala, w związku z czym ta próba samobójcza nie doszła do skutku.

Na liście mężczyzn, których Haśka kochała, niewątpliwie widnieje też Ireneusz Morawski – niewidomy student filologii polskiej, stawiający pierwsze kroki literat. Być może to właśnie on – najważniejszy mężczyzna w jej życiu.


Poznali się w Częstochowie pod koniec roku ’56 na jej pierwszym wieczorze autorskim w redakcji „Gazety Częstochowskiej”. Oboje nie zdawali sobie sprawy, że połączy ich uczucie… w dodatku tak trudne i ciężkie do zdefiniowania.
Dopóki Morawski mieszkał z ojcem, spotykali się wielokrotnie, kiedy jednak wyjechał na studia do Wrocławia, a rok później Poświatowska do Filadelfii na operację serca, swoją relację zmuszeni byli opierać wyłącznie na listach. To właśnie wtedy była ona najprawdziwsza.
Początkowo pisali do siebie z dystansem, jak przyjaciele. Morawski lubił się bawić słowem i nie wahał się tego nadużywać w listach do Poświatowskiej. Ten jego styl i specyficzne poczucie humoru może być irytujące, jednak w miarę czytania listów, poznaje się prawdziwą osobowość literata. Autorce zbioru tych listów, Marioli Pryzwan, nie wszystkie żarty językowe i kalambury udało się odszyfrować, większość jednak objaśniają przypisy.

W 1958 roku, w zaledwie dwa lata po tym, jak się poznali, Poświatowska napisała do niego: Nienawidzę wszystkich listów, które nie są Twoimi. On też nie szczędził jej czułości:

Nie tęsknię, wcale nie tęsknię. Przecież jesteś ze mną. Wystarczy – żebym tylko otrząsnął się z drobnych kroplistych nutek i już mówisz. Niebo się kołysze, kiedy mówisz, mów… Jesteś za oknem. Zbiorę Cię lekko jak deszcz i bliżej, bliżej, coraz bardziej, naprzeciwko, naprawdę mogę, możesz…

Gorliwych zapewnień o gorącym uczuciu było zresztą więcej. Ja wybrałam – jak mi się zdaje – te najpiękniejsze fragmenty:

Natchnij mnie nocą, gdzie mam wysłać ten list, i pocałuj, bardzo pocałuj, tak jak Ty umiesz, właśnie tak, szeptem na wylot. Weź mnie do nieba, do nadmorskiego brzegu, donikąd zawsze ze sobą jak neseser, tylko lepiej, ładniej, jak szalony neseser, dobrze? I ja też zabiorę sobie dużo, dużo Ciebie jak teraz. Halina, mówię i już bliżej. Halina, Halina i tak zawsze, aż się spełni.

Strasznie mi się dzisiaj ględzi, ale teraz jest przed południem, a ja nie lubię tej pory dnia. Hę?
Wobec tego skończę ten wykończony list i pogłaszczę Cię jeszcze, ugłaszczę, zagłaszczę… w nieskończoność, w niepewność, w słodki ruchomy wiatr, w imię naszego współoczekiwania, aż się spotkamy na końcu wszystkich luźno wiejących wichrów, bezdomnych fal, w małym szałasie majowym, szałasie z zapachu akacjowych, musujących zmierzchów. Pozwolisz mi wtedy posłuchać serca i nie będzie zbytecznych dzwonków. Od razu powiesz mi wszystko… Bez, bez precedensu.

Morawski wspierał Poświatowską podczas jej pobytu w Stanach, mówił o „głupim sercu”, które nie chce się słuchać, pocieszał ją też w sposób typowy: że nie może się poddać, że to nie czas na umieranie.
Jednak kiedy w 1961 roku szczęśliwie zoperowana poetka wróciła do Polski i zamieszkała w Krakowie, ich korespondencja osłabła. Nadszedł taki moment, kiedy Morawski wyznał jej, że mogliby już przestać udawać, zakończyć tę głupią grę w miłość, że tak naprawdę powinni skończyć ze sobą pisać dwa lata temu, kiedy ich listowna korespondencja była jeszcze w najlepszej formie. Później jednak żałował tych słów, prosił o przerwanie milczenia z jej strony, jeszcze jakoś próbował i się starał, w końcu jednak sam przestał pisać. Ich uczucie umarło.


Poświatowska tak naprawdę nigdy nie pogodziła się z tym, że Ireneusz zerwał ich korespondencję. W formie listu do niego napisała „Opowieść dla przyjaciela”, jednak on odebrał ją chłodno. Wiele lat nalegała i prosiła go o zgodę, by jego listy opublikować w formie książki (2 lutego 1966 roku pisała: Nie doceniasz mnie, ja tych listów uzbierałam nie na jedną, ale na dwie książki; zbierałam je oczywiście świadomie, cały czas mając na oku (jak mówi sam wielki Ingarden) ów chlubny cel, jakim niewątpliwie będzie w przyszłości, po naszej podwójnej śmierci – opublikowanie owych. (…) Zgódź się, żebym je pokazała ludziom, żebym je pokazała wydawcom. Mnie nawet nie zależy tak bardzo, żeby były drukowane natychmiast, możesz czekać – możesz czekać i wydrukować je wtedy, kiedy mnie już nie będzie, ale chcę, koniecznie chcę wiedzieć, że one będą wydrukowane. One są piękne, lepsze, mój drogi, od mojej książki i, daruj, ale lepsze od Twoich opowiadań; im nie wolno umrzeć. (…) Zgódź się, proszę, ta drobna satysfakcja, która przecież będzie Twoją – należy mi się od Ciebie, od losu, od mojego życia. Co pomogą decyzje lub milczenie; ja i tak do końca będę z Tobą).
Nigdy nie wyraził na to zgody, uważał, że to brak poszanowania nie tyle dla ich korespondencji, do dla uczucia. O swoich listach wypowiedział się zresztą tak: Wierzę Halinie, że są piękne, ale wiem, że były piękne tylko dla niej, bo takimi chciała je widzieć i takie chciała dostawać – właśnie piękne. Nie sądzę jednak, żeby mogło w nich być coś, co można by obiektywnie zauważyć jako wartościowe. A dla mnie? Dla mnie są one i zostaną dokumentem późnego, acz słodkiego mojego dzieciństwa, kiedy sądziłem, że jestem czymś więcej, niż jestem naprawdę i czym zostałem w rzeczywistości.

31 marca 1966 roku Poświatowska napisała do Morawskiego po raz ostatni: O listy się nie martw. (…) One są wszystkie moje. I trudno Ci będzie kiedykolwiek udowodnić, że tam to nie jesteś najprawdziwiej Ty. Nie napiszesz już przecież takich listów do nikogo i już nikogo nie będziesz tak kochał jak mnie, prawda?

Morawski dostał od Poświatowskiej 118 listów, ona od niego raptem 90 kilka. Najprawdopodobniej te ostatnie, będące odpowiedzią na jej „Opowieść dla przyjaciela” się nie zachowały. Zbiór „Tylko mnie pogłaszcz” zawiera właśnie tych 91 listów z przeciągu lat 1957 – 1963. W końcu, w 50 lat po śmierci autorki jedno z jej największych marzeń zostało spełnione… Jednak przyznać muszę, że uczucia mam mieszane.
Podobnie jak Filipowicz ginie obecnie w blasku Szymborskiej (chociaż dzięki „Listom” i „Mojej kochanej dumnej prowincji” jego wizerunek się odbudowuje), tak Morawski w dzisiejszych czasach staje się niewidzialny bez nazwiska Poświatowskiej. Jego opowiadania zachowały się – naturalnie – jednak nie wznawia się ich już tak, jak wznawia się kolejne wydania wierszy Haśki. Te 91 listów jest zatem niewątpliwym świadectwem jego wielkiego literackiego talentu, specyficznego, ironicznego, acz bardzo błyskotliwego poczucia humoru, jak i świadectwem uczucia – być może dojrzałego, jak twierdziła Halina, lecz możliwe, że i szczeniackiego, bowiem jak sam określił swoje listy Morawski, są one ostatnim zapiskiem jego infantylności i nie ma w nich nic szczególnego.

Jednego jestem pewna: czytanie tych listów jest literacką ucztą – tak dla fanów Poświatowskiej, jak i wielbicielek romansów, nieco bardziej zakorzenionych w kanonie literatury polskiej.
Nie jestem pewna, czy udostępnianie ich czytelnikom, bo tak chciała Poświatowska, lecz za wszelką cenę unikał tego Morawski jest moralne, jednak cieszę się, że ta książka trafiła do moich rąk.

O szpaczku, który kochał czytać

Chociaż mamą nie jestem, opiekuję się dwuletnim urwisem (no prawie dwuletnim, bo świętować będzie dopiero pod koniec listopada). I dam głowę, że nie jeden rodzic zmaga się z problemem wychowania swojej pociechy na dobrego, zachłannego czytelnika. Podobno trzeba trafić na „tę” książkę, by zachwycić się literackim światem i chcieć go zgłębiać. Kiedy byłam mała, też niby nie chciałam czytać – broniłam się przed książkami rękami i nogami… dopóki nie dopadła mnie nuda. Nie miałam pojęcia co z sobą począć, tułałam się po domu bez pomysłu na spędzenie popołudnia. Wtedy ktoś – mama lub siostra – podsunęli mi „Piękną i bestię” i… przepadłam. Czytałam całe popołudnie dopóki nie skończyłam. Co więcej, nie dałam się od książki odciągnąć – nawet na obiad. Inną powieścią, która tak mnie zafascynowała była „Lassie, wróć!”. Teraz tę dziecięcą fascynację przeżywam na nowo, pokazują małemu Robertowi książeczkę „Kajtek nie umie fruwać”.

Kajtek jest małym ptaszkiem i zachowuje się tak samo, jak wszystkie małe ptaszki… no, prawie. Raz wpadłszy do biblioteki mało kiedy z niej wychodzi. Praktycznie całe dnie szpak spędza na czytaniu, a nocą śni o niezwykłych przygodach, w których wraz z bohaterami brał udział za dnia – o smokach ziejących ogniem i wielorybach tryskających wodą, o królach i rycerzach, bitwach i wojnach, o dinozaurach i jaskiniowcach. Ale kiedy przychodzi czas nauki fruwania, Kajtek znów siedzi z nosem w książkach. Zamiast udać się na lekcje, przebywa w bibliotece i czyta o dalekich krainach. To sprawia, że jego bracia, siostry i kuzyni śmieją się z niego, kpią, a nawet wyzywają. Wyobraźcie sobie tylko: co może być dla szpaka gorszego, niż przezwanie go książkowym MOLEM? Kajtek nie zamierza jednak rezygnować ze swojej pierwszej i najprawdziwszej miłości – książek, lecz gdy przychodzi czas odlotu do dalekich krajów, niepotrafiący latać szpak spotyka się z nie lada problem… Nie ma jednak takiego kłopotu, na który literatura by nie zaradziła. Zatem znów, kolejny raz, książki ratują małego szpaczka.



„Kajtek nie umie fruwać” to przepięknie ilustrowana, liryczna opowieść o bezwarunkowej miłości do książek. Zainteresuje każdego malucha, który w literackim świecie stawia swoje pierwsze kroki. Pokaże zalety czytania i udowodni, że chociaż niektórym czytanie może wydawać się nudne, to tak naprawdę książki uczą nas znalezienie wyjścia nawet z najtrudniejszej sytuacji, uwrażliwiają i – co dla dzieciaka najważniejsze – sprawiają, że świetnie się bawimy! Historia małego szpaczka-bibliofila zafascynowała mnie tak bardzo, że z chęcią i ja sama przeczytałabym o innych jego przygodach.

13 ciekawostek o pisarzach #2

Z początkiem tego roku przygotowałam dla Was wpis, przedstawiający 13 ciekawostek o słynnych pisarzach. Miałam zamiar powtórzyć tę serię, dlatego przez parę miesięcy sumiennie zbierałam dla Was kolejne anegdotki, aż w końcu nazbierało się ich tyle, by móc poświęcić temu osobny post. Chociaż mogą uchodzić za nudnych czy wywyższających się, tak naprawdę są ludźmi pełnymi humoru, zabawnymi i energetycznymi ludźmi. A co więcej – wśród swoich znajomych musieli uchodzić za niezłych wariatów. Mimo to z ręką na sercu przyznaję, że nie pogardziłabym takim wariatem wśród grona swoich znajomych.
Która z tych ciekawostek jest Waszą ulubioną?


1. Sienkiewicz kujonem nie był
Jak się okazuje, mistrzowi polskiego pióra wcale w szkole tak dobrze nie szło. Na jego świadectwie maturalnym widniały tylko trzy „piątki”: z języka polskiego, historii Polski i Rosji oraz geografii powszechniej. Z reszty miał… tróje!

2. Strachliwy King
Jeśli myślicie, że króla grozy nic nie jest w stanie przerazić, to jesteście w ogromnym błędzie! Nawet Stephen King, którego powieści straszą czytelników na całym świecie, też ma swoje bolączki. Jedną z nich jest strach… przed liczbą – czyli tzw. triskaidekafobia. W jednym z wywiadów przyznał nawet, że kiedy przychodzi mu pokonać trzynasty stopień na schodach, to przeskakuje jednocześnie – dwunasty i trzynasty.

3. Zakompleksiony Hemingway
Mimo iż jestem pewna, że w gronie czytelników mojego bloga znajdzie się na pęczki takich, którzy czytali Hemingwaya, on sam nie doceniał swojej twórczości. Podobno przez całe życie cierpiał na kompleks Turgieniewa, pragnąc pisać tak dobrze, jak Rosjanin. Twierdził, że sam nigdy nie dorośnie do jego poziomu. Podobno powiedział nawet, że „Wojna i pokój” Tołstoja to wielkie dzieło, byłoby zaś jeszcze lepsze, gdyby napisał je… Turgieniew – bo któż by inny!

4. Bunt Stevensona
Robert Louis Stevenson, autor takich powieści jak „Wyspa skarbów” czy „Doktor Jekyll i pan Hyde”, zgodnie z rodzinną tradycją miał zostać inżynierem latarnictwa. To właśnie jego rodzina odpowiada za wszystkie 97 latarni zbudowanych na wybrzeżu Szkocji w latach 1790-1940. Pomimo zyskanej sławy i bogactwa, w rodzinie pozostał czarną owcą – zbuntował się i zniszczył tradycję od tak dawna podtrzymywaną przez wszystkich mężczyzn z rodu Stevensonów.

5. Zaginiona Christie
Wieczorem, 3 grudnia 1926 roku Agatha Christie pojechała swoim samochodem do… nie wiadomo dokąd. Była już wtedy sławną pisarką, więc poszukiwania rozpoczęto na szeroką skalę. Podobno w śledztwo zaangażował się nawet sam Arthur Conan Doyle, który oddał rękawiczki Christie jednemu z londyńskich wróżbitów.
Sama Agatha twierdzi, że nic nie pamięta z dni, kiedy jej nie było – uważa, że straciła pamięć. Jej samochód znaleziono rozbity w pobliżu posiadłości Christie’ch w Berkshire. Odnalazła się dopiero po 11 dniach, kiedy zauważył ją jeden z muzyków w hitelu w Harrogate. Okazało się, że Christie zameldowała się jako Theresa Neele i twierdziła, że przybyła właśnie z południowej Afryki.
Na temat zniknięcia pisarki prowadzono liczne spekulacje – czy autorka faktycznie straciła pamięć czy może było to działania wymierzona w wiarołomnego męża? A może próba morderstwa?


6. Arthur Conan Doyle i wiara w zaświaty
Pod koniec lat 80′ XIX wieku, Arthur Conan Doyle odnalazł w sobie pasję okultystyczną i spirytystyczną. Wykonując zawód lekarza uczestniczył w seansach spirytystycznych, a w 1893 roku dołączył do British Society for Psychical Research, towarzystwa starającego się metodami naukowymi sprawdzić istnienie zjawisk paranormalnych. Eksperymentując doszedł do wniosku, że telepatia jest możliwa. Z tym wiąże się swoista historia o dwóch nastolatkach, które zrobiwszy sobie zdjęcie sfabrykowały je tak, że wygląda, jakby na fotografii znajdowały się wróżki – niewielkie istoty ze skrzydłami. Ponoć Conan Doyle był zdania, że zdjęcie jest całkowicie prawdziwe.
Oprócz kryminałów na jego koncie znajduje się od groma książek naukowych (pseudonaukowych), związanych z jego pasja.

7. Tuwim podrywacz
Choć sposobów na flirt jest mnóstwo, Tuwim – jak to miał w zwyczaju – popisał się oryginalnością. Ponoć zagadując do jakieś kobiety nie używał wyświechtanych zwrotów jak „bolało, gdy spadłaś z nieba?” lecz od razu, bezprecedensowo oznajmiał „żałuję, że nie poznałeś Pani dwadzieścia kilo wcześniej”.

8. I tak powstał Harry Potter…
Podobno każdy skrawek, na którym można zapisać i utrwalić swój pomysł jest dobry – nieważne, czy to kawałek papieru czy… worek na wymiociny – bo właśnie na nim, podczas lotu samolotem J.K. Rowling zapisała nazwy wszystkich domów Hogwartu.

9. Pisanie do bólu
Podobno John Steinbeck wszystkie swoje pierwsze wersje powieści pisał ołówkami. Na jego biurku zawsze musiało się znaleźć 20 idealnie naostrzonych ołówków. Z czasem był zmuszony przerzucić się na okrągłe, bo te kanciaste powodowały bolesne odciski na palcach, uniemożliwiające dalsza pracę.

10. Pisarz – asceta
Victor Hugo żeby dokończyć jedno ze swoich dzieł na czas, pozbył się wszelkiego odzienia wierzchniego. Okrywszy się kupionym na tę okazję szalem i nie będąc przez nic rozpraszanym, skończył książkę.

11. Pokolorowana książka

James Joyce wszystkie swoje książki pisał kolorowymi kredkami na kartonie, leżąc na brzuchu. Przyczyną była ogromna wada krótkowzroczności.

12. Rozmowy zza grobu
Pięć dni po śmierci Conan Doyle’a przeprowadzono seans mediumiczny, dzięki któremu, rzekomo, udało się kontaktować ze zmarłym pisarzem.

13. Kamień z serca
Pewnego dnia Mark Twain otrzymał od szkolnego kolegi list z Chicago, z informacją, że powodzi mu się doskonale. W kilka tygodni później ten sam kolega otrzymał odpowiedź od Twaina. Kiedy listonosz wręczył mu ciężką paczkę, bez wahania zapłacił za odbiór, ciekawy tego, co skrywa w środku. Kiedy otworzył, jego oczom ukazał się wielki kamień z karteczką: Drogi kolego! Śpieszę Ci donieść, iż taki wielki kamień spadł mi z serca, gdy dowiedziałem się, że w Chicago powodzi Ci się doskonale. Twój dawny przyjaciel – Mark Twain.

Wiecie co? Tak sobie myślę, że mimo iż wszyscy wyżej wymienieni pisarze są postaciami szalenie ciekawszymi, z pewnością skrywali jeszcze pełne kieszenie tajemnic. Chcecie poznać ich więcej?

Współczesna klasyka, czyli opowieść smaczna jak makaronik

Ta historia nie miałaby swojego początku, gdyby nie jeden wiersz… Mawia się, że literatura jest ucieczką od rzeczywistości do innego świata. Przez kilka tych lirycznych wersów hrabia Aleksander Iljicz Rostow miał już nigdy nie powrócić do świata wówczas mu znanego – do uśmiechów kawiarnianych dam, do spacerów w deszczu długimi ulicami Moskwy, do wieczorów spędzanych w teatrze. Utwór sporządzony przez niego określony został jako antyrewolucyjny i nakazem sądu hrabia został wtrącony do więzienia… odtąd miał nie wyściubiać nosa poza luksusowy hotel Metropol.

Jeśli mężczyzna nie jest panem swojego losu, to z pewnością stanie się jego sługą.


Ekskluzywny i rozległy apartament kazano mu zamienić na skromny pokoik dla służby. Ciemny i ciasny, znajdujący się na poddaszu. Z mikroskopijnym okienkiem, ledwo pozwalającym dojrzeć to, co na zewnątrz. A jednak – jak z pewnością się domyślacie – kara to była dla niego znikoma. Dla człowieka, który połowę swojego życia spędził obracając się wokół czterech ścian Metropolu, nie mogło być przychylniejszego wyroku. Przecież hotel był jego drugim domem, jakże zatem mógł rozpaczać? Co prawda szkoda było mu niektórych mebli, rodzinnych pamiątek, które musiał zostawić w swoim dawnym apartamencie, ale cała ta sprawa mogła się w końcu rozwiązać z o wiele gorszym dla niego skutkiem… Dopiero z czasem, wraz z mijającymi latami, miejsce euforii zajęła nostalgia i swoista melancholia – kiedy patrząc na miasto z dachu hotelu hrabia boleśnie sobie uświadamiał, że to już nie ta Moskwa, którą zachował w pamięci.

U jego stóp rozciągało się miasto wielkie i pompatyczne. Legiony jego świateł połyskiwały i kołysały się, łącząc się z ruchem gwiazd. Wirowały w tej samej oszałamiającej sferze, mieszając dzieło człowieka z dziełem niebios.

W Metropolu działy się różne rzeczy, spotykały się tam najznamienitsze osobowości wielkiej Rosji, osoby, które warto było mieć w kręgach swoich przyjaciół. Muzycy, politycy, słynne na cały kraj aktorki… i jedna mała dziewczynka, która rozpychając się łokciami, zrobiła sobie miejsce w szeregu między nimi. Hrabia zainteresował ją od samego początku, od momentu, kiedy po raz pierwszy go zobaczyła. Nina postanowiła się z nim zaprzyjaźnić. Jednak z tej wielkiej przyjaźni dorosłego mężczyzny z małą dziewczynką pozostały pewne zobowiązania… Kiedy Nina dorosła, poprosiła hrabię o pomoc, a ten nie zdołał jej odmówić. W ten sposób jego życie na zawsze związało się z dzieckiem – będąc zawsze kawalerem, teraz Aleksander Iljicz Rostow w końcu został ojcem. Nie mogąc pokazać dziewczynce świata innego, niż ten hotelowy, zatrzymał dla niej czas w miejscu. Uczył ją życia, mieszkając z nią w zamknięciu, ze wszelkich sił szukał jednak sposobu, by z tego więzienia uciec.

„Dżentelmen w Moskwie” to książka, którą z łatwością można określić takim współczesnym klasykiem – napisana z rozmachem historia o dawnych czasach, idealnie wpisująca się w historyczne i kulturowe ramy Rosji. Amor Towles stworzył dzieło ponad przeciętne, nad którym nie sposób się nie zachwycić. To powieść mądra, dowcipna, wzruszająca i – jak na dobrą prozę przystało – również melancholijna i zmuszająca do refleksji.

W momencie, gdy za oknem rozgrywają się największe tragedie XX wieku, hrabia udowadnia, że warto pozostać przyzwoitym, bo w końcu największe bogactwo nosimy w sobie, a tego nikt nie jest nam w stanie odebrać.

Jak mamy to rozumieć, Saszo? Co takiego jest w tym narodzie, że budzi w ludziach chęć niszczenia własnych dzieł sztuki, pustoszenia własnych miast i zabijania bez skrupułów własnego potomstwa?

Czytałam ją bardzo długo, kawałek po kawałku. Niemalże z każdym dniem miałam wrażenie, że stron wcale nie ubywa, a co więcej – mnożą się one jakby pod moimi palcami. Kiedy jednak dobrnęłam do końca byłam pewna jednego: kiedyś sięgnę po nią ponownie.