W poszukiwaniu drogi

Z twórczością Hermana Hessego po raz pierwszy zetknęłam się dzięki poleceniu znajomego – Marcina, z którym przez jakiś czas miałam przyjemność prowadzić bloga literackiego Tylko Burak Nie Czyta. Marcin jest taką osobą, która uwielbia rozdawać innym wartościową literaturę. W ten sposób pewnego dnia w paczuszce z książką do recenzji otrzymałam od niego „Petera Camenzinda”. Już wcześniej wspominał mi o „Siddharcie” i „Wilku stepowym”, ale nie potrafiłam dostać tych książek w bibliotece, więc moment ich przeczytania odłożyłam nieco w czasie. Tymczasem on zrobił mi taką właśnie niespodziankę!
„Peter Camenzind” okazał się fantastyczną historią, bardzo swojską i delikatną, która chwyciła mnie za serce. Kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Media Rodzina w maju zamierza wydać nic innego, jak „Siddharthę” i „Wilka stepowego”, postanowiłam sobie powtórzyć tę pierwszą powieść Hessego, z jaką miałam do czynienia i – z ręką na sercu przyznaję – spodobała mi się jeszcze bardziej. Jestem pewna, że w przyszłości sięgnę po nią po raz kolejny.
Ale koniec już o cudownym szwajcarskim Peterze – dziś słów parę o „Siddharcie”.



Tytułowy Siddhartha to syn bramina, który dochodzi w swoim życiu do takiego momentu, w którym chce odnaleźć własną drogę i odpowiedzi na pytania, które stale go – człowieka młodego i inteligentnego – nurtują. Jednym z takich pytań jest to o własne „ja”, o powołanie człowieka, sens życia i sedno jego istnienia. Razem z przyjacielem – Gowindą – wyrusza w drogę, dołącza do świątobliwych mnichów, aby to właśnie od nich nauczyć się sztuki dobrego, pobożnego życia. Wkrótce jednak odkrywa, że istnieje pewna granica wiedzy, której z Samanami nie przekroczy. Zauważywszy, że jest już o krok przed nimi, postanawia odejść i szukać odpowiedzi na swój sposób. Pogrąża się w grzechu, cielesnych radościach, próżności i zbytku, aby poznać tę drogę, którą jako mnich nigdy by nie kroczył. Rozpustę ciała stara się połączyć z duchowymi poszukiwaniami prawdy, bo gdzieś tam na końcu tej drogi czeka na niego miłość – prawdziwa i czysta.

„Siddhartha” to powieść będąca wyrazem fascynacji Hessego orientalnymi Indiami. Powstała w 1922 roku, tuż po zakończeniu I wojny światowej jest swoistym sprzeciwem wobec śmierci i walki. To właśnie w „Siddharcie” Hesse sprzeciwia się ślepemu podążaniu za władzą, a za pomocą głównego bohatera ukazuje, że mądrości nie można się nauczyć – do mądrości prowadzi wyboista droga i nie raz trzeba zabłądzić, aby trafić na właściwą ścieżkę i osiągnąć cel. Hesse w bardzo piękny, a zarazem dosadny sposób mówi zwięźle o rzeczach najważniejszych. Licząca sobie mniej niż 200 stron opowieść o hinduskim synu bramina, który w podążaniu za pełnią szczęścia dotarł nawet do samego Buddy pokazuje, że ani zbytki świata, radości cielesne czy nawet podążanie za religią nie dają takiej radości i spokoju, jak pełna harmonia z otaczającym światem – naturą. Siddhartha przez niemal całe swoje życie miota się pomiędzy sacrum i profanum, buddyzmem i chrześcijaństwem, ale odpowiedzi czekają na niego dopiero pod koniec drogi jego życia.


To wspaniała opowieść o – tak naprawdę – każdym z nas, mimo iż tytułowy bohater to syn bramina. Lektura bardzo ważna i mądra, ale tym samym dająca prawdziwą satysfakcję przy poznawaniu jej. Utrzymana w klimacie baśni, przeistaczająca się w powiastkę filozoficzną jest istną literacką ucztą, choć do przemyślenia i przeżycia, nie zaś przeczytania i odstawienia na półkę.