Niech świat spłonie

„Wigilijne psy”, to zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego, który ukazał się po raz pierwszy ponad dziesięć lat temu, w 2015 roku został zaś wznowiony i uzupełniony o trzy dodatkowe utwory przez wydawnictwo Sine Qua Non. Sama książka powstała, kiedy autor miał trochę ponad dwadzieścia lat, dlatego zdecydował się zachować ten buntowniczy, drapieżny i przede wszystkim młodzieńczy styl przy kolejnym wydaniu „Wigilijnych psów”. Bo, jak sam potwierdza, nie obchodziło go wtedy niewiele ponad to, niż żeby świat spłonął. Świat więc powoli się palił, a on zaczynał swoją przygodę z pisarstwem. Niestety niezbyt udaną, jak to przy tych pierwszych razach bywa.

wigilijne_psy_okladkaKażdy, komu chociaż raz obiło się o uszy nazwisko Orbitowskiego wie, że świat, w którym czuje się najlepiej jako pisarz, to świat bardzo mroczny, wypełniony duchami, potworami z wężami w paszczach, zamiast języków, z diabłami i wątpliwym istnieniem Boga, bębniącym o szyby deszczem i, żeby było tego mało, błotem sięgającym aż do kostek. To właśnie są jego klimaty – dziwne, niewytłumaczalne, tajemnicze, chłodne i wielokrotnie też przerażające. Kwintesencją tych osobliwości są właśnie „Wigilijne psy”, zbiór bardzo silnie zakorzeniony w fantastyce, w którym aż roi się od zjaw i potworów, a i pogoda zawsze odpowiada nastrojowi opowieści. Chociaż zazwyczaj stronię od fantastyki, tak po „Wigilijne psy” sięgnąć w końcu musiałam, bo nabyłam je jeszcze na Warszawskich Targach Książki w 2016 roku razem ze „Szczęśliwą ziemią” i „Zapiskami Nosorożca”. O ile jednak obie wymienione wcześniej pozycje przeczytałam jeszcze w wakacje, tak „Wigilijne psy” wciąż stały na półce i czekały na ten lepszy czytelniczy okres. Lepszy czas nigdy się nie pojawił, ale „Wigilijne psy” w końcu dostały swoją szansę. Zaczęłam czytać z nudów, licząc na dobrą rozrywkę. Niestety poprzeczkę postawiłam zbyt wysoko.
Są w „Wigilijnych psach” opowiadania dobre, oraz takie, które mają zadatki na bardzo dobrą historię. Jest nią na przykład „Serce kolei”, które opowiada o pociągu, który ma duszę, którego postać można zobaczyć tylko wtedy, kiedy mija się z innym pociągiem – wówczas w szybie drugiej maszyny stoi ludzka postać, która jest odzwierciedleniem pierwszego pociągu. Kontakt z pociągiem jest tak ograniczony, jak bywa z chorym dzieckiem – zamknięty jest w swoim świecie, w swojej „głowie”, nie rozumie świata zewnętrznego i ten świat nie potrafi też dotrzeć do niego. Skomunikować potrafi się jedynie z istotami tak samo ograniczonymi, jak on. O ile jednak pomysł bardzo mi się spodobał, tak kreacja bohaterów niestety mnie zawiodła; w pociągu spotykają się różne osoby – bramkarz klubu, staruszek, student i chore dziecko. Rozmawiają, piją piwo, opowiadają historie, śmieją się, dumają, student pierdzi z napletka…
„Pan Śnieg i Pan Wiatr” to kolejna historia, mająca ogromny potencjał. Powstała na podstawie wiersza Harry’ego Keana o tym samym tytule, który jest tak samo sugestywny i magiczny, jak „Król olch” Goethego. Orbitowski podobnie jak Kean animizuje Śnieg i Wiatr i z dwójki tych osobliwych postaci tworzy kompanię do Pana Buczka, samotnego alkoholika, który nie ma z kim podzielić się swoimi smutkami i którego regularnie prześladuje dwójka chłopaków z tego samego bloku. Pewnego razu Pan Śnieg i Pan Wiatr postanawiają towarzyszyć Buczkowi w piciu wódki, słuchają go, rozmawiają z nim, dzielą się z nowym przyjacielem swoimi przeżyciami. Pozwalają mu wejść w swoje życie i obiecują kolejną wizytę. Oczywiście to nie koniec historii, bo wspomniana wyżej dwójka drabów z osiedla jeszcze sporo tu narozrabia, ale już sam początek historii nie zwiastuje dobrego kawałka literatury: (…) Woda zabulgotała pęcherzyki jak plankton wzleciały ku górze. Pan Buczek gryzł wargę i zaklinał taflę. Woda zawrzała i pan Buczek zanurzył w niej trzy jajka. Jedno natychmiast pękło, smuga biała zawirowała. Gdy pan Buczek miał trzynaście lat, onanizował się w wannie. Białko coś mu przypominało.
Najdojrzalszym opowiadaniem zdaje się być tytułowa historia o wigilijnych psach. Głównym bohaterem jest młody chłopak dwukrotnie pozbawiony ojca. Biologicznego nie poznał w wyniku pomyłki w szpitalu po porodzie. To, że został oddany nie tej rodzinie, której powinien, prawdopodobnie uratowało mu życie. Jego przybrany ojciec, z którym spędził całe życie, utonął w rzece, kiedy poszedł topić dwa szczeniaki, których nikt już nie chciał przygarnąć. Psy były tylko przeszkodą, więc jedynym rozsądnym wyjściem było rzucenie ich w workach obciążonych kamieniem na dno rzeki. Od tego czasu w każdą wigilię dwa dziwne psy, o specyficznym wyglądzie, odwiedzały rodzinę głównego bohatera. Spędzały z nim te parę chwil z przedświątecznej nocy, następnie wracały do rzeki, gdzie czekał już na nie rzeczny pan…

16939400_1881939435355465_1457514011734825047_n

Większość opowiadań ze zbioru „Wigilijne psy” to historie pisane językiem dwudziestolatka o rzeczach, które w jakiś sposób dotykają i interesują tak młodego chłopaka. Gdyby nie nazwisko na okładce, byłabym skłonna pomyśleć, że te kilka opowiadań wyszło spod pióra któregoś z moich kolegów. Świat Orbitowskiego jest nie tylko mroczny, ale przede wszystkim brudny i zdegenerowany – dużo tutaj alkoholików i narkomanów, parę panien lekkich obyczajów i zrujnowanych trzydziestolatków, którzy brzydzą się swoją pozycją społeczną, ale do pracy nie jest im śpieszno. Nie mogę ukryć, że podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że wyszukane i ambitne wątki – jak np. historia zębów Jana Czciciela, tylko szkodą opowiadaniom, bo tworzą z nich prozę banalną z przewidywalnym zakończeniem. Ilekroć wciągałam się w któryś z przedstawionych światów zawsze coś psuło mi przyjemność czytania – czy to niezbyt wyszukane słownictwo, czy przewidywalne zakończenie.
Orbitowski świadom jednak potencjalnego odbioru swoich opowiadań już we wstępie tłumaczy nam się z popełnionych przezeń w „Wigilijnych psach” grzeszków i puszcza do czytelnika oko: Jestem już duży i naprawdę nie uważam, by zaczynanie opowiadania od: „Zimno jak w dupie u pingwina” było dobrym posunięciem. Wtedy sądziłem inaczej.
Z przykrością muszę stwierdzić, że wstęp przeczytałam z największym zaangażowaniem. Chociaż cenię Orbitowskiego jako pisarza, „Wigilijne psy” nie mogą się zaliczyć do literatury, która by mnie zachwyciła.

Nieszczęśliwa ziemia

Legenda głosi, że w podziemiach zamku w Rykusmyku spełniają się marzenia – wszystko, czego pragnie człowiek jest na wyciągnięcie ręki – pieniądze, miłość, podróże, a nawet wymarzone i utęsknione dziecko. Wystarczy zejść i zatańczyć, odczekać swoje i cieszyć się ze szczęścia. Sprawa nie jest jednak tak łatwo, jak się wydaje, bo przecież nic w życiu nie dostaje się za darmo: za zakupy trzeba płacić, za mieszkanie też, bardzo często trzeba przelać łzy goryczy i wyrwać kilka garści włosów z głowy za swoją miłość, rodzinę, karierę, czy po prostu szczęście. Podobno każdy na plecach dźwiga swój krzyż… ale marzenia – te najbardziej upragnione – i tym samym – najbardziej delikatne, ulotne są od zawsze towarem bezcennym. Są niebezpieczne, bo potrafią pchnąć nas w skrajność, potrafią skrzywdzić, doprowadzić do granic wytrzymałości. Niektórzy nawet twierdzą, że nie warto dążyć do ich realizacji, bo kiedy się już swoje marzenie spełni, ono pryska jak bańka mydlana i pozostaje jedynie wspomnienie, a bardzo często i niedosyt.
A jednak Sikorka, DJ Krzywda, Trombek, Blekota i Sedes postanawiają zaryzykować i schodzą do podziemi, szepcą swoje marzenia i idą przed siebie. To ostatnia taka szansa, ostatni taki dzień – nie wiadomo co przyniesie przyszłość i czy jeszcze kiedykolwiek się spotkają, chociaż podobno przyjaźń może trwać wieki. Nie wiedzą, jaką będą musieli zapłacić ceną za spełnienie swoich marzeń.

90698-szczesliwa-ziemia-lukasz-orbitowski-1Rykusmyku nie jest miastem takim, jak inne. To „pieprzony syf”, z którego trzeba jak najszybciej uciec. Podobno na herb Rykusmyku idealnie nadawałaby się zgwałcona kobieta z rozmazanym na policzkach tuszem do rzęs i krwią wypływająca spomiędzy ud. Dlatego w ostatni dzień wakacji chłopcy snują plany o swojej przyszłości – jeden z nich pragnie pieniędzy, drugi kobiety – „tej jedynej” i „na zawsze”, ale wszystkie marzenia przyćmiewa przeogromna chęć ucieczki z Rykusmyku. Pieką kiełbaski nad ogniskiem i rozmawiają o tym, co było, ale przede wszystkim o tym, co będzie – czy ich przyjaźń przetrwa? Nie łudzą się, nie słodzą rzeczywistości, ale też tak, jak tonący brzytwy czepiają się nadziei: postanawiają po raz ostatni wyruszyć do podziemi zamku. Nieco niepewni i zawstydzeni, bo przecież głupio wierzyć w legendy i bajki, ale idą. Wydaje im się, że nie mają nic do stracenia.

– Widziałem takie pary. Ludzie wierzą, że wszystko ułoży się samo, nie rozmawiają o tym, czego chcą, co planują. A potem “bach”, rozjeżdżają się, stają się obcy i nie mają sobie nic do powiedzenia.

Szczęśliwą ziemię do Rykusmyku przywiózł książę Otto, który chciał, aby miasto się bogaciło, a ludzie byli szczęśliwsi. Aby wypowiedzieć swoje marzenie zszedł do podziemi wraz z bratem – księciem Henrykiem – lecz wrócił tylko jeden z nich. Każący wytańczyć swoje marzenia pradawny byk nie jest złotą rybką, która marzenia spełnia za cenę wypuszczenia jej na wolność, to taka kreatura, która o zaciągniętym długu nie zapomina. Podobnie jak z dwójki książęcych braci został tylko jeden, tak samo ceną za spełnienie się marzeń nastolatków jest złożenie ofiary z jednego z nich… Czy to naprawdę aż tak dużo, skoro mówimy przecież o naszych marzeniach?

Świat nie jest dobry – zdaje się mówić Orbitowski – zawsze wymaga czegoś w zamian, nie daje nic „za darmo”. Marzenia są ulotne, można nawet zaryzykować twierdzenie, że posiadają swój termin ważności, tylko wieczka z odpowiednią datą brakuje – inaczej wszystko byłoby łatwiejsze. Marzenia chłopców przeterminują się kiedy wszyscy będą już grubo po trzydziestce, w najlepszych latach swojego życia stracą wszystko i zostaną wystawienie na jeszcze jedną próbę. Ale czy jej podołają? Jedynym, który nie straci nic okaże się Szymek, ponieważ jego marzenie nie będzie się mogło spełnić. Jako narrator powieści i ten jeden z całej piątki, który postanowił nie opuszczać Rykusmyku będzie nam opowiadał o przemianach, które zaszły w mieście. A jako, że Ryku to miasto małe, przemiany też nie będą spektakularne – jeden sklep zostanie zamknięty, drugi otwarty pojawi się jakiś lombard, jakiś jubiler. Nic wielkiego. Ale Ryku samo w sobie się nie zmieni – to ten sam syf i te same pomięte baby, tyle że już nie tak bardzo rzucające się w oczy, bo z biegiem czasu do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Orbitowski rysuje nam opowieść niesamowicie mroczną, fantastyczną, legendarną. Chociaż bardzo obawiałam się „Szczęśliwej ziemi”, bo wiele o niej złych rzeczy słyszałam (nie zachęcał mnie nawet fakt, że sam Orbitowski uważa siebie bardziej autorem „Szczęśliwej ziemi”, niż autorem „Innej duszy”), zaskoczyła mnie ona dosyć pozytywnie. Język był dość swobodny, wątki mogły być ze sobą lepiej połączone, a przejścia pomiędzy dwoma narracjami bardziej płynne, ale wszystkie minusy równoważy sfera legendarna. Na okładce książki jest napisane, że to nietypowy Orbitowski, ale mi się wydaje, że autor porusza w „Szczęśliwej ziemi” tematy, z którymi obcując czuje się dobrze – pojawia się jakieś fantastyczne stworzenie, czające się za rogiem zło, cmentarz o północy, jakiś nieznany, ale przerażający skrzek i przede wszystkim duchy. Pamiętam, jak na spotkaniu na WTK w tym roku powiedział, że on sam nie docenia tak bardzo „Innej duszy”, jak czytelnicy czy krytycy, bo jego bajka to właśnie jakieś duchy chodzące za człowiekiem, jakieś rogate kreatury, zabierające życie, mżawka i swego rodzaju czarna magia. Dla mnie z kolei te tematy są zupełnie obce, bo fantastyki nie czytuję, a z kręgiem mrocznych pojęć spotkałam się tylko w prozie Kinga. To kompletnie nie moja bajka, a jednak „Szczęśliwa ziemia” mi się spodobała. Nie na tyle, abym się nią zachwycała (przepraszam Panie Orbitowski, ale dalej wolę Pana „Inną Duszę”), ale uważam, że to dobra i lekka rozrywka, jednocześnie dająca do myślenia i jeżąca włos na głowie.

orbit

Opowieści o Afryce Łukasza Orbitowskiego

W tym roku odkryłam, że bardzo lubię książki podróżnicze – opisujące zwyczaje danych krajów, życie tubylców i zwierząt, faunę i florę, mity i legendy, opowieści tchnące tropikalną kulturą i naznaczone specyficznym klimatem odległego (albo całkiem bliskiego) nam kraju. Jest w takich książkach coś, co pobudza w człowieku chęć do życia, i to do życia intensywnego – zwiedzania i poznawania, zgłębiania świata i ludzkich charakterów, co bardzo mi się podoba, bo to w końcu uczucia niezwykle pozytywne. Jednak obok „Zapisków nosorożca” Łukasza Orbitowskiego prawdopodobnie przeszłabym w księgarni obojętnie, gdyby nie fakt, że przemiły pan ze stoiska wydawnictwa Sine Qua Non podczas tegorocznych Warszawskich Targów Książki tak usilnie namawiał mnie do kupna tej książki (kupi pani trzy książki, a zapłaci za dwie!), że w końcu postanowiłam ulec. Kupiłam trzy książki (bo wzięłam jeszcze „Wigilijne psy” i „Szczęśliwą ziemię”), zapłaciłam za dwie, zdobyłam podpis na spotkaniu, a nawet pogawędziłam z autorem, ale dopiero teraz zabrałam się za przeczytanie „Zapisków nosorożca”. Tak bardzo, jak bałam się Orbitowskiego w tej – jednakże – nowej roli, tak wysoce czuję się zaskoczona – i to pozytywnie.

zapiski[0]Chociaż na początku było ciężko, bo Orbitowski potrafi w jednym zdaniu użyć trzech wulgaryzmów, a w dodatku (ot tak, jako wisienkę na torcie) opisać kopulację zwierząt, całość oceniam bardzo pozytywnie. Mając zamiar przeczytać tę książkę należy też pamiętać, że nie jest ona przewodnikiem po Czarnym Lądzie, nie jest też typową książką podróżniczą, bo znaczą ją głównie subiektywne myśli i odczucia autora. Orbitowski opowiada „na luzie”, jak to on, we właściwym sobie stylu, już nie zakrytym szatą literacką, o tym co widziałam, co poczuł, co udało mu się zapamiętać.
Wszystko zaczyna się w Johannesburgu i tam też się kończy. Orbitowski wraz ze swoją przyjaciółką przemierza Republikę Południowej Afryki poznając jej smaki, zapachy, kolory, mity i legendy, ale przede wszystkim staje twarzą w twarz z jej prawdziwym obliczem. W ten sposób tworzy dla nas Afrykę, jaką sobie wyobrażamy, jaką chcielibyśmy zobaczyć, ale której też się obawiamy, która nas odpycha. Bo to Afryka widziana jak zza szkła – dzikie zwierzęta w parku, chłodne i deszczowe dni, ludzie w wełnianych czapkach, miasta wyglądające niczym centrum Europy i pełne turystów ulice. Ale również bogactwo smaków i barw – kolorowych chust i pięknych dziewczyn, mnogość kontrastów i podobieństw do Południa Afryki, o jakim słyszeliśmy…
Pomiędzy opowieści o słoniach, których skóra wygląda jak świeżo rozwieszone pranie, małpach, które kradną jedzenie i wspomnieniach nocy, po których boli głowa i nic się nie pamięta wkradają się tytułowe legendy afrykańskie, a wśród nich znane nam reinterpretacje Europejskich motywów (jak bajka o Czerwonym Kapturku u nas i afrykańska legenda o Czarnym Kapturku czy opis stworzenia świata). Są to momenty, których czytelnik wyczekuje z zapartym tchem, bowiem tak pięknie, poetycko są napisane. To właśnie one stanowią o sile tej książki. W tych króciutkich parabolach bohaterami są głównie zwierzęta, które widzą i wiedzą więcej, ustanawiają jakąś hierarchię na świecie i porządek, którego natura ściśle przestrzega, ale również i człowiek – dobry, zbłąkany, grzeszny i sprawiedliwy – znajduje sobie swoje miejsce. To opowieści bardzo ludzkie i bardzo naturalne, ale z pogranicza fantastyki i spirytyzmu, metafizyki.

Łukasz Orbitowski stworzył rzecz niebanalną, którą czyta się z ogromnym zaciekawieniem, bez cienia znużenia. Czytelnik ma ochotę poznać więcej przygód – nawet jeżeli jest to opisane już wdepnięcie w kupę – jednocześnie czując niedosyt, kiedy wspólna z autorem podróż dobiega końca. To literatura, która przenosi na chwilę do innego świata – świata magicznego, baśniowego, w którym mnóstwo jest fascynujących rzeczy, ale też nie brakuje czającego się po kątach zła. To bogactwo miesza się z biedą, upały z chłodem, drapieżność zwierząt z ich łagodnością, ich panowanie nad tym lądem z ich niewolnictwem wymierzonym z rąk ludzkich… „Zapiski nosorożca” są idealną lekturą na lato, kiedy marzy się o wyjeździe w egzotyczne, ale niebanalne miejsce, kiedy ma się apetyt na tak niewiarygodne, jak i prawdziwe opowieści.

Nie moje morderstwo

Czy człowiek już rodzi się z żądzą zabijania czy dopiero żyjąc w społeczeństwie ją zdobywa? Czy każda pojedyncza jednostka chce zabijać, lecz nie każda czuje determinującą ją potrzebę, aby to zrobić? Czy może istnieją wybrańcy, którzy czują w sobie inną duszę? Jeżeli tak, to dlaczego są potępiani, skoro w rzeczywistości robią coś wbrew sobie, wbrew własnemu ciału, wbrew tej pierwszej duszy, która została pokonana przez intruza? Czym w rzeczywistości jest morderstwo i jak wygląda „od kuchni”?

Bydgoszcz, lata ’90. A w Bydgoszczy szare odrapane kamienice, brzydkie ulice, wiecznie brudne i zabłocone. Pośród tych kamienic i ulic – ludzie. Zwykli, też szarzy. Zmęczeni, przygnębieni, pozbawieni nadziei. Wszyscy tacy sami. I oni – Jędrek, Darek i Krzysiek, grupka przyjaciół, chłopcy w wieku piętnastu, szesnastu lat, którzy nie myślą o niczym innym, jak o jeżdżeniu na rowerach, graniu na konsoli, oglądaniu telewizji czy strzelaniu z procy. Albo o wycieczce do zakazanych miejsc – bo to, co zakazane zawsze pociąga najbardziej – jak do niby nawiedzonego domu.
inna-dusza-b-iext28643457Narratorem powieści jest piętnastoletni Krzysiek Hoppe, który mieszka razem z bezradną matką i ojcem pijakiem. Wszystkie dni, tygodnie mijają mu w ten sam sposób – zjada wspólnie z ojcem śniadanie, po czym obiecują sobie, że spędzą razem czas. Kończy się na tym, że wracając do domu Krzysiek natychmiast na polecenie matki z niego wychodzi. Szuka ojca, który jest gdzieś pijany, może półżywy, może już nie żywy, a może jeszcze, niestety, mający się całkiem dobrze. Krzysiek stara się protestować, ale na nic jego skargi – musi iść i tyle. I znowu to samo – słyszy, że jest niechciany i głupi, po czym następnego ranka zapomina o tatusiowym przewinieniu i przytula go na pożegnanie, robi mu kanapki z szynką i serem, a nawet wierzy, zdawałoby się, w jego obietnice, w nową pracę, czysty ubiór, nowy początek.
Krzysiek przyjaźni się z Darkiem i Jędrkiem. Razem spędzają prawie każdą wolną chwilę rozmawiając, jak to chłopcy, o wszystkim – miłości, pożądaniu, pieniądzu, tych „lepszych” czasach czy nawet zabijaniu. Zwykli, zwyczajni, jak każdy w ich wieku. A jednak nie do końca. Coś się zmienia, chłopcy czują, jak stopniowo ogarnia ich niepokój. Najbardziej czuje to Darek, który stara się uciec, oddalić od tego… no właśnie, od czego? Od innej duszy, ale przecież nie jest świadomy jej istnienia. Po wieczorze, kiedy Jędrek brutalnie zabija czworo małych kociąt, nic już nie jest takie same. Krzysiek udaje, że wszystko jest w porządku, że to, co się stało jest całkiem normalne, a truchła kotów znikają z jego wyobraźni tak szybko, jak się w niej pojawiły. Pracują wciąż razem i wciąż w te same dni, ale przecież coś się zmieniło, coś wisi w powietrzu. Coś musi się wydarzyć.

Druga para Jędrkowych oczu otwiera się na karku i wolno wzlatuje pod sufit. Jędrek widzi czubek mojej głowy, podłogę, na której walają się kapsle i papierki, buty czekające na założenie. Powinienem przyklęknąć, lecz ani myślę tego robić. Po prostu stoimy naprzeciw siebie, a Jędrek spogląda na mnie spod gołej żarówki.
Robię drobny krok w jego kierunku. Chcę uderzyć nisko i obalić na ziemię. Jędrek wydyma wargi. Jak drapieżnik, którego nie okiełzna miasto, rower ani kolacja rodzinna. Jest pięknym zwierzęciem, nawet w tej chwili. Strach kotłuje się we mnie z palącą potrzebą uległości. Niechże mnie dziabnie, skoro taka wola. Skoro mu ulży. Skoro przez minutę poczuje się lepiej. Jestem polnym gryzoniem w oczach jastrzębia. Jestem taki drobny z perspektywy sufitu. Ot, wielki łeb nasadzony na wąskie barki. Jędrek obraca dłoń w kieszeni, można powiedzieć że urodził się z nożem…

Coś musi się wydarzyć, to przerażające stwierdzenie, bowiem „Inna dusza” to jedna z książek z Serii Na F/Aktach, która ukazała się nakładem wydawnictwa Od deski do deski. Seria Na F/Aktach to cykl dokumentalnych powieści tworzony przez najlepszych współczesnych pisarzy polskich – między innymi Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, Janusza Wiśniewskiego, Wojciecha Kuczoka czy Łukasza Orbitowskiego. Autorzy, wykorzystując doniesienia z sal sądowych, dokumenty policyjne, artykuły prasowe oraz zeznania świadków fabularyzują historie głośnych polskich zbrodni, pozwalając czytelnikowi spojrzeć z zupełnie innej strony, jakby inną parą oczu, na znane im miejsca, ulice, budynki czy nawet mieszkańców. W „Innej duszy” mamy do czynienia z zabójstwem absolutnie brutalnym, bo popełnionym przez bardzo młodego człowieka, jeszcze dziecko, a co więcej nie ma tutaj odpowiedzi na pytanie: dlaczego zabił? Inna dusza jest odpowiedzią, co w specyficzny sposób staje się przerażające. Daje do zrozumienia, że człowiek w swoim ciele wcale nie jest sam, że towarzyszy mu coś obcego, nieposkromionego, co w każdej chwili może nim zawładnąć.
Narracja na wpół reportażowa wciąga czytelnika w środowisko i klimat Bydgoszczy lat ’90, bo przecież nie można tego nazwać klimatem powieści. „Inna dusza” jest smutna, bo, tak jak na tylnej okładce napisała Sylwia Chutnik: „Tu nie ma typowo złych bohaterów. Jest za to ich zły koniec”, a mord, który w latach ’90 wstrząsnął bydgoszczanami po lekturze książki jest tak samo niezrozumiały, tak samo przerażający. O ile jednak w książce nie ma złych bohaterów, tak w życiu, niestety, nie możemy być tego pewni.
Przyznam szczerze, że to moje pierwsze spotkanie z prozą Łukasza Orbitowskiego i czuję się mile zaskoczona. Obawiałam się języka, jakim będzie się posługiwał autor, tymczasem Orbitowski w niezwykle swobodny sposób prowadzi tę dość skomplikowaną narrację, opowiadając o wydarzeniu, które wstrząsnęło całą Polską, o chłopaku, który zamordował z zimną krwią, a to przecież nie lada wyzwanie.
Zupełnie inaczej czyta się kryminały wiedząc, że to co się w nich wydarzyło jest kompletną fikcją, czyjąś fantazją i wiedzą, o ile inaczej jednak patrzy się na zdjęcie młodego Jacka Balickiego, stojącego w ten sam sposób, co Orbitowski Jędrek, rozrośniętego w barkach z potężnymi dłońmi, założonymi na siebie, w niebieskiej bluzie, z pochyloną głową, jakby był zmęczony, być może trochę zawstydzony…

Przy pierwszym ciosie tak, potem już nie. Pewno po temu dziabałem ich tyle razy (…) Pewno myślałem, że znów coś poczuję, a tu nie. Tylko za pierwszym ciosem – powtarza, zwieszając ciężką głowę. Niebieska bluza  opina się na szerokich barkach. Zawsze ubierał się na niebiesko. Mówił, że to kolor wojownika.