Ratunek sztuki czy jej dewastacja?

Recenzji Dariusza Nowackiego dla Gazety Wyborczej nie czytam. Po katastrofalnym spotkaniu z Ignacym Karpowiczem w Rybniku, które właśnie Nowacki prowadził, jestem tak zniesmaczona, że nazwisko to omijam szerokim łukiem. Tylko że w życiu przeważnie tak bywa, że kiedy unikamy jakieś osoby, to przypadkiem wpadamy na nią na ulicy… co więcej, tych przypadków w krótkim czasie tyle się namnaża, że wkrótce ciężko nazwać owo zjawisko „przypadkiem” czy „zrządzeniem losu”. Tak właśnie mam z Nowackim – co rusz natrafiam na jakąś jego recenzję, którą chcąc, nie chcąc, z ciekawości czy z nudów w końcu czytam. Całkiem niedawno zapoznałam się z jego opinią na temat najnowszej powieści Jacka Dehnela i muszę oddać Nowackiemu honor, bo tym razem przynajmniej w dziewięćdziesięciu procentach się z nim zgadzam.

krivoklat-b-iext43256136Tytułowy Krivoklat, którego ponad dwustu stronicowy monolog czytamy, jest pacjentem jednego z austriackich szpitali dla psychicznie chorych. Sam swój stan ocenia jako „ciężki”, bo – paradoksalnie – okazuje się, że „chorujący lekko” traktowany jest w szpitalu gorzej, więc o wiele bardziej opłaca się być „chorującym ciężko”. Krivoklat nie wydaje się jednak wariatem, co więcej – jest ponad przeciętnie inteligentny! Swoje postępki argumentuje rzeczowo, rozprawia na temat sztuki, jest niesamowicie spostrzegawczy, a jego charakter zabarwiony jest nutą sarkazmu, ponadto wydaje się być „ponad” austriackimi kołtunami, biorąc z góry wszystkich ludzi – z wyjątkiem niedawno zmarłej małżonki i kolegi ze szpitala, pana Zeyetmayera, który – tak na marginesie –  swoją małżonkę zabił – za idiotów i łajdaków. Nigdy nie wiadomo w którą stronę i dlaczego strzyknie jadem. Krivoklat krytykuje wszystko i wszystkich, uważając, że życie jest zbyt krótkie, aby spędzić je wśród idiotów (i wcale nie trzeba trafić do szpitala psychiatrycznego, aby się tego dowiedzieć). Swoje regularne pobyty w ośrodku zawdzięcza równie częstemu oblewaniu 96 procentowym kwasem siarkowym wybitnych arcydzieł wybitnych artystów. Swoje ofiary – lub jak uważa Krivoklat – raczej jednostki, które postanawia w jakiś sposób uratować i wybawić – wybiera bardzo długo, zwracając uwagę na każdy szczegół i analizując każdą możliwość. Bo czy lepiej oblać co Bruegla czy Blake’a, Moneta czy Muncha? Który obraz ma większe znaczenie i, przede wszystkim, który znajduje się w dogodniejszym do oblania położeniu?
Dla wszystkich takie traktowanie arcydzieł malarstwa jest ich dewastacją i niszczeniem, Krivoklata nikt nie rozumie, co więcej – nikt nie chce go z rozumieć. Jedynie pan Zeyetmeyer wsłuchuje się w jego rozprawy, próbując wyłapać sens z tego, co Krivoklat mówi. Sam „kwasowy wandal” uważa zaś, że on daje obrazom szansę i nadzieję – chroni je przed niefachowym okiem laików i amatorów, którzy śmieją się wtedy, gdy czas na kontemplację, rozpaczają, gdy powinni się uśmiechać, mówią o „powabie jedwabistej miękkości walorów” i konsumują sztukę niczym tort Sachera. Krivoklat swoim czynem stara się uratować ideę sztuki przed tymi, którzy pojęcia o niej nie mają. Za każdym razem po swoim wybryku trafia do szpitala – i to bynajmniej nie dlatego, że austriacka policja wie już doskonale kto jest sprawcą – Krivoklat sam oddaje się w ręce władz, bo tylko w sen sposób jego czyn może nabrać sensu. Ale nie nabiera. W szpitalu bohater odczuwa, że wszystko to, co robi, jest walką z wiatrakami, bo nikt nie odczytuje jego czynu właściwie. Jego sprzeciw, bunt, pozostaje na zawsze jedynie aktem dewastacji, przeliczanym w walucie Euro.

Krivoklat jednak nie jest bohaterem iście bernhardowskim, którego twórczości Dehnel uczynił pastisz. Z podziwianym Bernhardem łączy go jedynie styl, który idealnie odwzorcował (lub jak uważają niektórzy: sparodiował). Nowacki w swojej recenzji napisał, że gdyby sam Bernhard miał okazję przeczytać „Krivoklat”, albo byłby bardzo zaskoczony, bo mógłby uznać tę książkę za swoją, albo oburzony, bo pastisz ten przechodzi z czasem w parodię.
Jednak „Krivoklat” to nie tylko pastisz i nie tylko doskonały literacki żart, świadczący zarazem o niezwykłych warsztatowych umiejętnościach Dehnela. Za pomocą swojej postaci autor stawia aktualne pytania o to, czym w dzisiejszych czasach jest sztuka, do kogo jest skierowana i czy jej odbiór ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie, skoro zaspokajamy się „iście rubensowskimi krągłościami” i audioprzewodnikami, które szepcą nam do ucha, co powinniśmy o danym obrazie sądzić. Wbrew oczekiwaniom i wbrew długaśnym na całą stronę zdaniom spędziłam z „Krivoklatem” dwa przyjemne wieczory, bawiłam się dobrze, a też o malarstwie co nieco się dowiedziałam.
Do przeczytania i przemyślenia.

Reklamy

4 uwagi do wpisu “Ratunek sztuki czy jej dewastacja?

  1. Czytałam gdzieś recenzję tej książki, bardzo mnie ona zaciekawiła. I teraz ni w ząb nie mogę sobie przypomnieć, gdzie tę recenzję czytałam i czyjego była autorstwa. Hm…
    Ale i tak moja znajomość twórczości Bernharda pozostawia wiele do życzenia, planowałam nadrobić zaległości zanim sięgnę po tę książkę.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Pingback: Podsumowanie lata | Niebieska Papużka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s