Plemię skazane na sto lat samotności

O swoim czytelniczym związku z Marquezem wspominałam Wam już nie jeden raz. Wszystko zaczęło się, kiedy miałam jakieś trzynaście lat i sięgnęłam po „Miłość w czasach zarazy”, którą po kilku stronach rzuciłam, bo książka mnie znudziła. Kiedy ponownie po nią sięgnęłam byłam już szesnasto-, albo siedemnastolatką i miejsce nudy przejął zachwyt. Ale im bardziej wgłębiałam się w twórczość Kolumbijczyka, tym więcej odkrywałam powracających motywów, których nie potrafiłam zrozumieć, które mnie od jego literatury odrzucały. I tak na zmianę – to przepadałam z zachwytu i rozkoszowałam się każdym słowem, to byłam na pisarza zła i miałam ochotę rzucić niektórymi książkami w kąt. Ale czytałam wytrwale, z biegiem lat nabrałam czytelniczej pokory, przybyły mi nieco wiedzy i dziś uparcie powtarzam, że Marquez jest moim ulubionym pisarzem, absolutnym geniuszem i mistrzem. To prawda, mieliśmy trudne momenty, ale takowe zdarzają się w każdym związku… A ostatnio z powodu wciąż rosnącej tęsknoty do południowo-amerykańskiego słońca i Marquezowskiej prozy postanowiłam odświeżyć sobie lekturę „Stu lat samotności”.

marquez

Cała rzecz dzieje się w Macondo – w miasteczku założonym przez Josego Arcadia i jego żonę, a zarazem kuzynkę Urszulę, którzy po wielotygodniowym marszu w końcu postanawiają się osiedlić w miejscu, do którego udało im się dotrzeć. Można w tym motywie dopatrzyć się podobieństwa do biblijnej wędrówki do Ziemi Obiecanej, oczywiście z nutą Marquezowskiego humoru – bohaterowie nie docierają bowiem do właściwej ziemi, do tej, którą sobie wymarzyli i do której wskazano im drogę, ale zmęczeni marszem postanawiają się poddać. Właściwie nie wiadomo, gdzie owa ziemia jest położona – wszystkiego możemy się tylko domyślać. Zaczyna się jak z bajki – za górami i za lasami – ale będzie musiało minąć bardzo wiele lat, zanim sam założyciel miasta odkryje, że Macondo nie tylko ma dostęp do morza, którego tak bardzo osadnikom brakowało, ale jest… wyspą! Macondo można też traktować jako metaforę tak samo odciętej od świata i pozostawionej samej sobie Ameryki Południowej, do której docierają tylko strzępki informacji o tym, co dzieje się na świecie. Z początku wioską (kontynentem) nikt się nie interesuje, ale z biegiem czasu zaczynają do niej docierać angielscy kolonizatorzy. Przez liczne podobieństwa do mitów i biblijnych opowieści Macondo nabiera cech mitycznych, które stają się mocniejsze i wyraźniejsze wraz z trwaniem akcji powieści.
Samą nazwę miasteczka zapożyczył niby Marquez od kompanii bananowej leżącej nieopodal miejscowości, w której się wychował, ale znacznie bardziej przypomina ona Aracataca – miasto powstałe w XIX wieku, założone przez ludzi, uciekających przed wojną domową.

Zapytał co to za miasto i w odpowiedzi wymieniono nazwę, której nigdy przedtem nie słyszał i która nic nie oznaczała, a jednak tej nocy we śnie przybrała dźwięk magicznego zaklęcia – Macondo

„Sto lat samotności” można nazwać sagą rodzinną, bowiem opowiada ono aż o siedmiu pokoleniach rodziny Buendiów i chociaż losy poszczególnych członków rozpisane są z rozmachem – sama powieść liczy nieco ponad 400 stron. Marquez skupia się przede wszystkim na mężczyznach, których nękają te same żądze i pragnienia, ale to kobiety starają się utrzymać wewnętrzny spokój domu, próbując poskromić ich szaleństwa i coraz to nowsze i śmielsze wymysły. Nie brakuje im jednak swego rodzaju nostalgii i smutku, serc szalejących z miłości i umysłów myślących tylko o zemście. Myśli Urszuli bardziej niż alchemiczne zapędy męża zaprząta swego rodzaju klątwa, która spoczęła na domu Buendiów – mianowicie nieodparta i wciąż powracająca miłość do osoby z tej samej rodziny. Temu obłędowi ulega Rebeka, która mimo iż z cierpienia zjada ziemię i wapno ze ścian, w końcu pada w ramiona swojego brata, Amaranta, która całą swoją młodzieńczą miłość do Włoskiego tancerza przeleje na siostrzeńców, których wychowuje, aż w końcu Amaranta Urszula, która porzuci męża, aby z Aurelianem spłodzić tego ostatniego z rodu, mimo iż jest jego ciotką – i który w końcu urodzi się ze świńskim ogonem. Żeniaczka z osobą tej samej krwi jest wciąż powracającą do rodu Buendiów klątwą, tym silniejszą, że przez swoje burzliwe miłosne relacje nie są w stanie się przed nią uchronić. Swoją drogą te zawiłości genealogiczne okazują się nie lada wyzwaniem dla czytelnika, który podczas lektury musi sumiennie notować pochodzenie bohaterów i związki, w które wstąpili, aby nie zgubić się w tej zagmatwanej fabule – jako przykład takiego „drobnego” utrudnienia mogę podać 17 synów pułkownika Aureliana Buendii, z których każdy nosi imię swojego ojca.

Wielowymiarowy w tej powieści jest wątek samotności, który zostaje rozbudowany o wiele dalej, niż cierpienia z powodu niespełnionej miłości. Samotna jest przecież nie tylko Amaranta, która już w młodzieńczym wieku utraciła siostrę, z której uczyniła swoją rywalkę, a następnie poza ukochanym Crespim straciła nadzieję, że cokolwiek się zmieni, ale samotna jest też Urszula, z którą najpierw nikt się nie liczy, bo jest kobietą, a później z powodu sędziwego rodu każdy traktuje ją jak wariatkę. Wariuje też w końcu Jose Arcadio, przywiązany do kasztana, potrafiący pod koniec swoich dni porozumiewać się tylko z łaciną i rozmawiać tylko z duchami. Ale tak samo samotny jest Aureliano, który jako syn Mauricio Babiloni na swoje nieszczęście zostaje zamknięty w pokoju Melquiadesa, całymi dniami pogrążając się w jego zapiskach, które zwierają zapowiedź przyszłości. Samotny jest Jose Arcadio wśród pieniędzy, które wiele lat po śmierci Urszuli udało mu się znaleźć i wniebowzięta „Piękna Remedios”. Warto też zwrócić uwagę na pułkownika Aureliana Bunedię, osamotnionego w swojej wojnie, bo motyw latynoamerykańskiego przywódcy jest przecież nierzadkim motywem w powieściach Marqueza. Aureliano płodzi 17 synów, może mieć każdą kobietę, a i tak jest samotny. Całe dnie spędza w warsztacie, wyrabiając każdego dnia 17 złotych rybek, a osiągając tę liczbę, stapia je, aby mieć pracę na kolejny dzień.

Musiał zorganizować trzydzieści dwie wojny, musiał pogwałcić wszystkie swoje pakty ze śmiercią i tarzać się jak wieprz w gnojowisku sławy, aby odkryć, prawie z czterdziestoletnim opóźnieniem, przywileje życia prostego.

Chociaż bohaterowie mieszkają razem, tak naprawdę się nie znają, nic o sobie nie wiedzą – mijają się w drzwiach. Każdy z nich mieszka w odrębnym świecie, w swoim mikrokosmosie, który wciąż na nowo muszą odbudowywać. Każdy inaczej czuje też czas, bowiem w świecie Marqueza nie istnieją zegary. Upływ czasu mierzy się za pomocą pogody („- ale deszcz! – jesień”), wydarzeń (przybywający do miasteczka co roku Cyganie, śmierć i narodziny, śluby i zaręczyny), a także za pomocą wojny, która zdaje się trwać w nieskończoność.

Ciekawym motywem jest sam dom Buendiów, który nie tylko odzwierciedla stan rodziny, ale całego miasteczka. Na samym początku zdaje się wydawać nijaki, tak jak dopiero co założone Macondo i rodzina Josego Arcadia, ale z biegiem czasu rozkwita, panuje w nim szczęście, a wszelkie kłopoty rozgrywają się za górami, a więc nie dotykają bezpośrednio z Macondo. Ale wraz z następnymi pokoleniami dom coraz bardziej podupada, tak jak gubi się beztroska wioski, zastępowana przez strach i nędzę. Kolejni bohaterowie starają się dbać o czystość domu, przeprowadzają remonty, tapetują nawet jego ściany pieniędzmi – co odwzierciedla rozwój ekonomiczny i społeczny Macondo – ale wraz z ich upadkiem, i on upada. W końcu staje się wrakiem, ruiną.

…historia rodziny jest mechanizmem nieuchronnych powtórzeń, kołem, które obracałoby się w nieskończoność, gdyby nie postępujące i nieodwracalne zniszczenie osi.

Marquez w 18 miesięcy stworzył powieść ponadczasową i uniwersalną, powieść totalną, którą sam Vargas Llosa nazwał arcydziełem. Mnóstwo tutaj elementów realizmu magicznego, doskonale odzwierciedlających kulturę, wierzenia i różnorodność krajów iberoamerykańskich (wniebowzięcie Pięknej Remedios, pojawienie się w Macondo Bestii, niesamowita moc płodności Petry Cotes itd.), ale nie brakuje też tła realnego, które z pewnością trafi w gust najwybredniejszego czytelnika. To powieść niesamowicie mądra, nie tylko ze względu na mnogość motywów, metafor i analogii, ale również ze względu na drobiazgowo odrysowane tło historyczne Kolumbii, które bardziej obeznanym w ciekawy sposób wyjaśni pewne zjawiska i przekaże spojrzenie na sprawę – na ten przykład – masakry robotników plantacji bananowej. To nie tylko bardzo dobra, choć wymagająca rozrywka intelektualna, ale też wyjątkowa uczta dla duszy. Kilka lat temu, rozumiejąc z tej książki połowę mniej stwierdziłam, że jest ona tak piękna, że stanie się jedną z moich ulubionych. Dziś trwam w tym przekonaniu, będąc jeszcze bardziej urzeczoną magią opowieści Marqueza. Warto przemyśleć i przeczytać, a przede wszystkim pamiętać, że:

Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi.

Reklamy

11 uwag do wpisu “Plemię skazane na sto lat samotności

  1. Absolutnie uwielbiam tę książkę. Czytałam ją wielokrotnie i dalej wzbudza we mnie bardzo ciepłe uczucia. Nawet prezentację maturalną o „Stu latach…” robiłam 😀
    Co do pozostałej twórczości Marqueza stosunek mam różny – część mnie nudziła, część przeszła bez echa, do reszty chętnie wracam. „Szarańczę” bardzo lubię i nie mogę przeżyć, że to debiut był (przynajmniej powieściowy), ale „Miłość w czasach zarazy” mnie nie wciągnęła. Autobiografię Marqueza zaczynałam ze trzy razy i się nie wciągnęłam, a felietony bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły…
    Tym niemniej, uważam, że „Sto lat samotności” trzeba przeczytać. Chociażby dla tej końcówki i pojedynczych zdań (jak te przez ciebie zacytowane). 😀

    Polubione przez 1 osoba

    • Ja Marqueza kocham absolutnie, chociaż też niektóre książki mi nie podchodzą. „Szarańczy” akurat nie czytałam, bo jest ciężko dostępna i tak sobie po kolei poluję, żeby skompletować Marqueza w swojej biblioteczce, ale „Miłość w czasach zarazy” kocham, uwielbiam! To też jedna z moich ulubionych książek 🙂 Ale zgadzam się z Tobą, że felietony są świetne, tak samo opowiadania. Do samej biografii nie podchodziłam, właśnie przez negatywne opinie.
      A „Sto lat samotności” chociaż raz w życiu TRZEBA przeczytać, to jedna z najpiękniejszych i najmądrzejszych książek 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      • „Szarańczę” wypatrzyłam w jakimś antykwariacie, jeśli mnie pamięć nie myli. Teraz rozglądam się za felietonami, żeby je móc na półce postawić. Ale mam wrażenie, że każda księgarnia i każdy Empik mają coś z twórczości Marqueza, ale wszędzie są to te same dwa, trzy tytuły…
        Nie no, nawet te książki Marqueza, co mnie nie wciągnęły, są bardzo dobre. Język jest tak świetny, że jak się przygotowywałam do prezentacji maturalnej z Marqueza to nawet mi się analizy jego twórczości dobrze czytało 😀 Myślę, że i autobiografia nie byłaby zła, gdybym przez początek przebrnęła chociaż.

        Polubione przez 1 osoba

      • Oj tak, zgadzam się – w dużych księgarniach widziałam chyba tylko „Miłość…”, „Sto lat samotności” i „Nie wygłoszę tu mowy”. A szkoda, bo to literatura na bardzo wysokim poziomie, którą warto czytać.
        A język jest wszędzie świetny, dlatego mimo iż nie lubię np. „Rzeczy o mych smutnych dziwkach”, to cieszę się, że to przeczytałam, bo przynajmniej z języka miałam uciechę 😀 Swoją drogą nieźle z tą prezentacją, ambitnie bardzo 🙂

        Polubione przez 1 osoba

      • Widziałam gdzieś fragment filmu na podstawie „Rzeczy…” i bez stylu Marqueza jest to po prostu bardzo dziwaczna, trochę niepokojąca historia.
        „Nie wygłoszę tu mowy” to fajna książka, ale nie sądzę, żeby ktoś, kto nie zna twórczości Marqueza mógł zapałać sympatią do zbioru przemów. Nie wiem, czemu w każdym Empiku można tę książkę znaleźć…
        Nie wiem, czy ambitnie, ale całkiem nieźle się bawiłam. I szukając opracowań związanych z realizmem magicznym, trafiłam na sporo fajnych książek, o których nigdy bym nie usłyszała. 😀

        Polubione przez 1 osoba

      • Oo, jakie to książki? Pochwal się! 🙂
        Masz rację, bez stylu Marqueza chyba większość historii straci to „coś”. Choćby same „Sto lat samotności” – też mogłoby się wydawać dziwne…

        Polubione przez 1 osoba

      • Nie da się ukryć. Połowa tych historii byłaby co najmniej dziwaczna.
        Hm, odkryłam „Podróż do źródeł czasu” Carpentiera. I, przede wszystkim, „Pedro Paramo”Juana Rulfo. Bardzo niezwykła, króciutka książeczka, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. A którą, podobno, Marquez zwykł nosić ze sobą i rozdawać znajomym, żeby przeczytali.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Pingback: Podsumowanie lata | Niebieska Papużka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s