Hiperboliczna baśń o dyktatorze latynoamerykańskim

Pamiętam, jakby to było wczoraj, kiedy sięgnęłam po pierwszą książkę Gabriela Garcii Marqueza – była to „Miłość w czasach zarazy”. Miałam jedenaście lub dwanaście lat, nie więcej, siedziałam na ławce w ogrodzie i wpatrywałam się w okładkę. Oczywiście nie miałam zielonego pojęcia o tym, kim jest autor, jakie tematy w swoich książkach porusza, ale „miłość” w tytule brzmiała zachęcająco. Jak się jednak okazało lektura wcale nie była łatwym i typowym romansem, jakie w tym wieku czytywałam i dotarłam chyba jedynie do trzydziestej strony. Ale że z natury jestem ciekawska i nieustępliwa, sięgnęłam po tę książkę dokładnie trzy lata temu. I przepadłam. Zachwyciłam się, zakochałam się. Moje serce zostało skradzione.
Jednak w żadnym związku nie jest idealnie – bywają wzloty i upadki, momenty porywczej namiętności i smutków, pretensji, niezrozumienia, suszy, niczym na pustyni. „Sto lat samotności”, druga książka Marqueza, jaką czytałam potwierdzała moje żarliwe uczucie do autora, jego opowieści. „Generał w labiryncie” pokazał mi, że Marquez potrafi pisać naprawdę świetnie na każdy możliwy temat. Co do „O miłości i innych demonach” miałam mieszane uczucia – no bo jak to tak ksiądz z młodą dziewczyną, czy wypada, czy w ogóle można? „Rzeczy o mych smutnych dziwkach” nie zrozumiałam – wręcz odrzucił mnie opis dziewięćdziesięciolatka, który na urodziny zażyczył sobie dziewicy, w której oczywiście się później zakochał, cierpiał z miłości itd. Bolało mnie to, że Marquez o tym wszystkim pisze w tak niesamowicie piękny sposób, bo przez to nie mogłam go ani skrytykować, powiedzieć złego słówka. Ale dał się przebłagać „Dwunastoma opowiadaniami tułaczymi”, w których zabrał mnie w podróż po Europie, opowiadając, jak za dobrych, starych lat. Moja miłość była stabilna, ale już nie tak porywcza i żarliwa, jak na początku.
„Jesień patriarchy” wszystko mi tłumaczy.

jesien-patriarchy„Jesień patriarchy” to podobno najlepsza książka, jaką Marquez napisał, nie sposób więc było po nią nie sięgnąć. Czy rzeczywiście jest najlepsza? Nie wiem, ciężko mi to ocenić, nie przeczytawszy jeszcze wszystkich jego książek, nie wspominając już o tym, jak trudno jest te wszystkie opowieści porównać do siebie i wybrać wśród nich jedną. Poza tym ilu ludzi, tyle opinii. Ale „Jesień Patriarchy” to zdecydowanie najtrudniejsza książka Marqueza, jaką dane mi było przeczytać. Jest niezwykle karkołomna, wymaga ogromnego skupienia i całkowitej uwagi. Żadnego radia w tle, nie wspominając już o telewizorze. Żadnych głosów, pogaduszek, żadnego jedzenia. Wygodna pozycja i my cali – całą duszą i wszystkimi swoimi myślami w książce. Dlaczego? Bo to niesamowicie piękna i wrażliwa historia. A do tego jedno zdanie potrafi mieć mniej więcej z 10 stron.

„Jesień Patriarchy” różni się od większości znanych nam książek. Nie ma tu jednego stałego bohatera, czasu, miejsca, narratora. Chronologia się zaciera – podróżujemy przez książkę od czasów odkrycia Ameryki, aż po czasy „ładu i postępu” w XIX wieku, co sprawia nam wrażenie „bezczasu”. Marquez nie narzuca nam miejsca akcji – oprócz niewielu wzmianek, że powieść ma miejsce gdzieś w środowisku tropikalnym, najprawdopodobniej w Ameryce Łacińskiej, nie znajdziemy tu ani jednej nazwy miasta, ani państwa, nic, co mogłoby nas nakierować w odpowiednim kierunku. Narrator też jest, jak wspominałam, niejeden, przez co trzeba książce poświęcić cały wolny czas i uwagę. Od grupy ludzi, którzy mogliby być wojskiem, służącymi dyktatora, poprzez grupę ludzi, którzy żyjąc w innych, najprawdopodobniej odległych już władcy czasach, uczyli się o nim na lekcjach historii, a jego twarz znali jedynie z podręczników, aż po jego kochankę, żonę, żołnierza i, w końcu, jego samego. Potok słów, ciągłość zdań sprawia, że wypowiedzi wszystkich bohaterów scalają się w jedną, imitując myśli tego najważniejszego – dyktatora. Bohater jest uniwersalny, bo „Jesień patriarchy” to stworzona przez Marqueza hiperboliczna parabola władcy latynoamerykańskiego. To hiperboliczna baśń, w której Marquez przedstawia władcę jako mężczyznę samotnego, doświadczonego w niepowodzeniach miłosnych, silnego i władczego, a zarazem kruchego, słabego, dotkniętego wiecznym, patologicznym kompleksem Edypa, gotowego nawet do symulowania własnej śmierci, aby zdobyć dowód uznania, wierności i miłości swojego ludu. Dyktator, jak każdy inny człowiek, pragnie szczęścia, potwierdzenia tego, że jako wybrany, wykonuje swoją pracę dobrze. Gotów zapłacić za miłość, za to, by nie musiał umierać, by ktoś zrobił to za niego.

(…) był nieodporny jedynie na kule litości, wystrzelone przez kogoś, kto kochałby go tak bardzo, że gotów byłby umrzeć dla niego.”

Jak w baśni, każda postać odgrywa narzuconą mu z góry rolę, wszystko toczy się według określonej reguły, nic nie powinno nas zaskoczyć – są jego zwolennicy, którzy kładą róże na jego zwłokach i przeciwnicy, którzy je rozszarpują, spluwają na nie. Są żołnierze wierni i zdrajcy. Są kochanki i jest jego kobieta.

„(…) mówił, znowu rozdzielą wszystko pomiędzy księży, jankesów i bogaczy, i oczywiście guzik dla biedaków, bo tym będą zawsze tak dokopywać, że w dniu, kiedy gówno nabierze wartości, biedacy urodzą się bez dupy (…). „

Jednak jest to baśń okrutna, przykra, smutna i wrażliwa. Baśń dla dorosłych, która przedstawia nasz dziecięcy lęk przed starością i śmiercią oraz pragnienie bycia kochanym, szanowanym, kimś ważnym, wybrańcem.
Marquez w doskonały sposób pokazuje moment destrukcji człowieka silnego, czas, w którym starość i nostalgia przejmują panowanie nad jego ciałem i umysłem.
Jak kruchy i nic nie warty jest człowiek, którego świat stale oszukuje. Bo życie i tak wyznacza nam ścieżki, którymi mamy chodzić i w końcu i tak zakochamy się za wcześnie, ważne słowa wypowiemy za późno, a umrzemy w najmniej odpowiednim momencie, najprawdopodobniej upokarzając tym siebie i całe swoje życie.

„(…) w chwili gdy po tylu, tylu latach jałowych złudzeń zaczął przeczuwać, że człowiek nie żyje, tylko kurwa przeżywa innych, że zbyt późno uczy się, iż najdłuższego i najużyteczniejszego życia starcza li tylko na to, by nauczyć się żyć, poznał swoją niezdolność do miłości w zagadce linii swych niemych dłoni i w niewidzialnych cyfrach kart (…)”

„Jesień patriarchy” przypomina mi „Generała w labiryncie”, gdzie Marquez w podobny sposób opisywał Simona Bolivara, gdzie dyktator, władca, ten najpotężniejszy w swych najmniej potężnych latach jest oszukiwany, aby choć przez chwilę poczuć, że życie nie jest bezsensowne i niesprawiedliwie. Że przez tą chwilę warto żyć.

„Osobiście podjął się dowództwa nad operacją Odzysk, wydając kategoryczny rozkaz, w ciągu najwyżej czterdziestu ośmiu godzin odnaleźć go żywego i przyprowadzić mi go, a jeśli odnajdą go martwego, to przyprowadzić mi go żywego, a jeśli go nie odnajdą, to przyprowadzić mi go, rozkaz tak jasny i groźny, że przed upływem przewidzianego czasu przyszli do niego z wiadomością, panie generale, że znaleźli go w zaroślach przepaści z ranami spowodowanymi przez złote kwiaty frailejones, bardziej żywego niż my, panie generale (…)”

Latynoamerykański dyktator Marqueza jest skrajnie oddaną karykaturą władzy – władzy w swej chwale i żałości. Humor, gorycz, a do tego arcydzieło realizmu magicznego.

„Jesień Patriarchy” wszystko mi tłumaczy, bo chociaż książka jest trudna, pokazuje doskonale opanowany warsztat pisarski jednego z najwspanialszych, pfu!, najwspanialszego (nie bójmy się używać tego słowa!) pisarza XX i XXI wieku. Poznałam Marqueza z zupełnie innej strony, który potwierdza mi, że potrafi pisać o wszystkim w piękny, niesamowity, wyjątkowy sposób. Czytać i czytać. I nic więcej – no, może z wyjątkiem zachwycania się Marquezem! 😉

Reklamy

15 uwag do wpisu “Hiperboliczna baśń o dyktatorze latynoamerykańskim

  1. Wspaniale napisane, aż nie mogę uwierzyć, że to o tej samej książce którą tak ciężko wspominam. Niestety ja nie mam warunku aby zamknąć się z książką i wyłączyć na wszystkie inne bodźce. W trakcie czytania muszę podać picie dziecku, odebrać trzy telefony, rozsądzić bardzo poważną domową awanturę, sprawdzić czy mi makaron nie wylatuje i tym podobne atrakcje. Gdy czytam dzielę się na dwa – jedną sobą widzę historię opisaną, a pozostałą robię tysiące innych rzeczy. W takich warunkach nie da rady przeczytać książki, w której interpunkcja gra rolę drugorzędną.
    A co do „Rzecz o mych smutnych dziwkach” nie bulwersowała mnie aż tak bardzo, weź pod uwagę w jakim wieku był Marquez pisząc tą książkę. Może to jakieś odbicie jego fantazji, których my w miarę młode kobiety nigdy nie będziemy w stanie zrozumieć.

    Polubione przez 1 osoba

    • Masz rację, w takich warunkach – kiedy musisz się dzielić na dwie, albo więcej osób – trudno jest skupić się na ciężkich książkach, a co dopiero na takich, gdzie interpunkcja nie gra roli. Ale ważne, że przeczytałaś, bo warto 🙂
      Tak, kiedy Marquez pisał „Rzecz o mych smutnych dziwkach” był już leciwy, może to przez to. Ale jak powiedziałam, teraz już wszystko rozumiem i nawet ta książka jest dla mnie piękna 🙂

      Polubienie

  2. Tak ładnie piszesz o Marquezie, że nie sposób się oprzeć i nie sięgnąć po jakąś jego książkę. Przekonałaś mnie, bo widać Twoje szczere uwielbienie do autora 🙂 Choć może nie zacznę od „Jesieni patriarchy”, bo 10-stronicowe zdania totalnie mnie przerażają, a brak głównego bohatera to może spowodować, że nie będę umiała wciągnąć się w książkę – lubię zżyć się z postaciami – i coś takiego to tylko jako ciekawostka 😉

    Polubione przez 1 osoba

    • Dziękuję! Cieszę się bardzo. Mam nadzieję, że Marquez Ci się spodoba 🙂 Polecam gorąco „Miłość w czasach zarazy” i „Sto lat samotności”, a „Jesień Patriarchy” zostaw sobie faktycznie na deser, lepiej, żebyś się nie zraziła do takiego wielkiego pisarza po tej książce! 🙂

      Polubienie

  3. Też lubię Márqueza, choć dla mnie największym objawieniem i miłością było „O miłości i innych demonach”, które Ciebie… zniesmaczyło? Wprawiło w zakłopotanie? 🙂 Bo to był obraz miłości tak silnej i paradoksalnie czystej, że upadały wobec niej wszystkie podziały, jego sutanna, jej młody wiek… Pierwszy raz czytałam ją jeszcze jako nastolatka, ale rok temu odświeżyłam ją sobie, żeby przekonać się, czy mój odbiór nie zmienił się z wiekiem – i nie, nie zmienił się, zachwyca tak samo, a może nawet bardziej.

    „Jesieni patriarchy” jeszcze nie czytałam, ale wiele razy o tym myślałam, bo oprócz tego, że Márquez – marka sama w sobie – to przepiękny jest już sam tytuł. Umiejętność tworzenia tytułów to wielka sztuka, uwielbiam takie, które działają na wyobraźnię (jak „Światłość w sierpniu” na przykład) albo tchną smutkiem („Serce to samotny myśliwy”, „Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać”!), a ten ma w sobie wszystko.

    A wiesz, co ja teraz czytam? Autobiografię Márqueza :). Ale jeszcze nie wiem, czy polecać czy nie, bo to strasznie gęsta, dokumentalna, miejscami nudnawa proza. Trochę sprawia wrażenie, jakby autor spisał ją, by nie zapomnieć wszystkich ważnych ludzi, miejsc i chwil w swoim życiu. Momentów magicznych jest stosunkowo niewiele… ale będę oceniać, jak dobrnę do końca :).

    Polubione przez 1 osoba

    • Masz rację, miłość opisana w „O miłości i innych demonach” była niesamowicie silna i paradoksalnie czysta. Mnie może to nie zniesmaczyło, nie wprawiło w zakłopotanie, ale bardzo zdziwiło, przez co książka wydawała mi się gorsza od innych dzieł Marqueza. Zupełny kontrast co do „Rzeczy o mych smutnych dziwkach”. Ale teraz już patrzę inaczej na jego twórczość – piękne jest to, że Marquez pisze tak cudownie na różne tematy – od zakazanej miłości, poprzez spełnioną, jej brak, miłość brudną, starość, śmierć, przemijanie. A jakże zachwyciły mnie opisy dyktatora, którego ciało było rozszarpane przez sępy!
      Co do tytułów, to absolutnie się zgadzam – tytuły niesamowicie mnie w książce pociągają i zapamiętuję co lepsze. „Wzgórze błękitnego snu” to jeden z moich ulubionych tytułów, ale te, co podałaś są świetne. Muszę się z nimi zapoznać! 🙂
      Czytasz „Życie jest opowieścią” czy jakąś inną? 🙂

      Polubienie

      • „Życie jest opowieścią”. Zostało mi już do końca kilkadziesiąt stron i muszę przyznać, że robi się coraz ciekawiej – wciągnęły mnie opisy zamieszek 9 kwietnia 1948 w Bogocie, gdzie wtedy studiował, a teraz zaczyna się rozpisywać o tworzeniu pierwszych powieści, o tym jak powstawała „Szarańcza”, i widać w tym prawdziwą pasję. Aż mam ochotę sobie tę „Szarańczę” odświeżyć, z tymi informacjami byłaby to na pewno pełniejsza lektura niż te kilka lat temu.

        A te wymienione książki jak najbardziej polecam, nie tylko tytuły są piękne :). Tylko uwaga na „Światłość w sierpniu”, bo to dosyć trudna książka (a skoro już przy Faulknerze jesteśmy, to był on jednym z autorów, którzy najbardziej inspirowali Marqueza w tej młodzieńczej fazie twórczości – obok Joyce’a i Virginii Woolf jego nazwisko pojawia się najczęściej). A Carson McCullers ma w ogóle szczęśliwą rękę do tytułów, taka „Ballada o smutnej knajpie” też jest przecież majstersztykiem!

        Polubione przez 1 osoba

      • O Boże, ile mam zaległości w lekturach!
        Właśnie „Szarańczy” jeszcze nie czytałam. Fajne? 🙂 Czytaj „Życie jest opowieścią” i jak najszybciej pisz recenzję, z chęcią przeczytam!

        Polubienie

  4. Pingback: Tydzień Blogowy #18 | Wielki Buk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s