Co to znaczy być blogerem książkowym?

Wielu dziennikarzy, a także portali internetowych, wśród których prym wiodą najpopularniejsze polskie tygodniki i dzienniki, w dzisiejszych czasach widzi upadek czytelnictwa i literatury samej w sobie. Około 63% Polaków w 2015 roku nie przeczytało ani jednej książki, w rękach trzymając tylko kolorowe okładki magazynów (owszem – okładki – bo prawdopodobnie ich wnętrza również leniwie przekartkowali, dając się zaskoczyć jedynie kolorowym fotografiom).
Coraz mniej osób wypożycza książki z biblioteki, zapominając jakby o istnieniu tej instytucji, skarżąc się na wysokie ceny książek. Antykwariaty też przestały cieszyć się popularnością, bo pełno w nich kurzu i śmierdzi kwaśnym papierem.
Żyjemy w kraju, jak zresztą wiemy, w którym butelka piwa (lub, jeżeli ktoś woli: wódki) jest tańsza, niż świeży egzemplarz książki.
Sytuację ratują na szczęście e-booki, które nie dość, że są dużo tańsze niż papierowe egzemplarze książek, to jeszcze często są objęte atrakcyjnymi promocjami. Czytamy więc książki z ekranów, zapominając, jakim uczuciem jest dotykanie papieru, przewracanie kartek i wąchanie świeżego druku.

W tych czasach istnego czytelniczego zepsucia i kulturalnego dekadentyzmu są oni – blogerzy książkowi. Gatunek dość trudny do zdefiniowania jednym słowem, trudniący się prowadzeniem blogasków, zamieszczaniem na nich „recek” i wyłudzaniem darmowych egzemplarzy książek od wydawców, a nawet autorów.
Dlatego dziś o blogowaniu o literaturze z perspektywy blogera, o plusach i minusach, o reckach i recenzjach, wydawcach miłych i gburowatych, darmowych książkach i fotkach na Instagramie, słowem: o wszystkim – i o niczym

blogerksiazkowy
1. Szybko, łatwo, przyjemnie

Zazwyczaj wygląda to tak: zakładamy bloga, odczekujemy parę miesięcy, które przeznaczamy na rozruszanie portalu, następnie osiągając liczbę kilkuset polubień na Facebooku, nasze skrzynki mailowe zalewają się atrakcyjnymi propozycjami. Brzmi zbyt pięknie, aby było prawdziwe? A i owszem.
Założenie, zdobycie względnej popularności swojego bloga, utrzymanie pewnego statusu i „prestiżu” to bardzo długi i męczący proces, który nie jednych zniechęca już na samym początku. A gdzie tam takiemu „świeżakowi” do zdobycia współprac recenzenckich! Pamiętam swoje początki, kiedy po 3, 4 miesiącach myślałam – naiwnie – że wszystkie wydawnictwa z chęcią zgodzą się na współpracę ze mną, bo reprezentuję pewien – znów naiwnie – potencjał. Wysłałam dziesiątki maili, na które nie dostałam odpowiedzi. Kilka dni temu, po ponad roku blogowania udało mi się zdobyć liczbę pół tysiąca obserwujących, wydawnictwa powoli się do mnie same zgłaszają (po wielu moich próbach również i wydawnictwo Marginesy samo poprosiło mnie o współpracę), ale dla wielu wciąż pozostaję niewidoczna.

2. Kobietom jest łatwiej

Bookselfie, shelfie, a może samo selfie na Instagramie wystarczy, aby nas książkowy profil śledziło tysiące osób? Kobietom wcale w blogosferze książkowej – jak w wielu innych zawodach czy choćby dyscyplinach sportowych – nie jest łatwiej. Śledząc różne blogi i profile o tematyce książkowej zauważyłam, że bardziej pożądanym towarem są czytający mężczyźni – to ich się chętniej ogląda, czyta i słucha. Nawet jeżeli nie zachwycają urodą, to w końcu czarują nas swoją inteligencją, wydają się lepsi, niż ci, którzy otaczają nas na co dzień. Czytającym i piszącym chłopakom jest zatem zdecydowanie łatwiej.

3. Książki za darmo

Blogerów książkowych postrzega się jako wyłudzaczy książek. Za kilka słów o danej pozycji książkę dostaje się za darmo – kto by tak nie chciał? Wiadomo, każdy… ale przy tych skromnych marzeniach należy pamiętać o kilku rzeczach:
Po pierwsze: bloger nic nie robi za darmo. Prosząc o współpracę z jakimś wydawnictwem lub godząc się na nią, między blogerem a wydawcą pojawia się umowa, polegająca na prostej wymianie: coś za coś. Wydawca zobowiązuje się dostarczać najnowsze tytuły, bloger zaś w zamian za książkę ma poświęcić swój wolny czas na przeczytanie jej i zrecenzowanie, promocję w mediach społecznościowych, a najczęściej również księgarniach internetowych i stronach poświęconych czytelnictwu.
Po drugie: bloger często dostaje egzemplarz recenzencki, tak zwaną „szczotkę”, która nijak się ma do tego, co kilka tygodni później pojawi się w księgarniach (pomijając liczne błędy, gorszy druk czy papier taka forma egzemplarza recenzenckiego często nie jest nawet książką, a zbindowanym plikiem kartek). Poza tym wiele wydawnictw stosuje praktykę pieczętowania książek, zaznaczając, że to egzemplarz darmowy, nie przeznaczony do sprzedaży. Bloger jest więc pozbawiony możliwości sprzedania, czy choćby oddania komuś książki, za swoje wynagrodzenia mając jedynie satysfakcję (lub nie) z lektury.
Na szczęście sprawa nie jest aż tak czarno-biała. Wiele wydawnictw podsyła od razu (albo przynajmniej dosyła później) egzemplarz finalny danej pozycji. Osobiście nie spotkałam się jeszcze z pieczętowaniem książek, w rękach też nie miałam jeszcze „szczotki”. W moim przypadku wydawcy zawsze starali się, aby książki dotarły do mnie w jak najlepszej jakości, za co bardzo im dziękuję.

4. Książki przed premierą

To, że bloger może się cieszyć – w odróżnieniu od zwykłego czytelnika – lekturą na wiele dni przed premierą nie jest żadną tajemnicą. Tak jednak nie jest w każdym przypadku – wszystko leży w rękach wydawnictw. Wiele wydawców wszystkie swoje pozycje udostępnia blogerom jeszcze przed premierą tak, aby w dniu wydania książki zapewnić już sobie materiał do promowania jej. Ale są też tacy wydawcy, którzy dają pierwszeństwo jedynie dziennikarzom, blogerom wysyłając książki w dniu premiery albo po niej (co w jednym i drugim przypadku oznacza, że bloger książki dostanie kilka dni po premierze – może więc je dostać do rąk później, niż osoba, która książkę zakupi w księgarni). Bywają też sytuacje od nikogo zależne – ot np. podczas tegorocznych Śląskich Targów Książki można było zakupić najnowszą powieść Szczepana Twardocha pt. „Król”. Ja miałam zapewniony egzemplarz od wydawnictwa Literackiego, który miał zostać wysłany jest przed oficjalną premierą. Tym sposobem osoby, które zakupiły „Króla” na Targach mogły cieszyć się lekturą na dwa tygodnie wcześniej niż ja.

5. Bloger nie pisze szczerze

No i tutaj pojawia się kwestia dość dyskusyjna. Muszę przyznać, że nie raz sama miałam obawy, przed napisaniem recenzji całkowicie negatywnej. Sytuacja wyglądała tak: dostałam książkę, na którą długo czekałam, na którą ogromnie się cieszyłam. Z zapartym tchem zasiadłam do czytania, ale już po kilkudziesięciu pierwszych stronach wiedziałam, że to książka po prostu kiepska. Presja. Zżerała mnie presja. Jak napisać tę recenzję w taki sposób, aby wydawnictwo nie uznało, że działam na ich szkodę, aby chciało mi książki do recenzji jeszcze wysyłać? Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny, jak go piszą, bo po popełnieniu negatywnej recenzji, pan z wydawnictwa odpisał mi bardzo serdecznie, równie ciepło podziękował za opinię, w dobrym kontakcie jesteśmy do dziś, do dziś też recenzuję dla tego wydawnictwa książki.
Wydaje mi się, że każdy początkujący bloger, ceniący sobie kontakty z wydawnictwami boi się wylać na złą książkę wiadro pomyj. To jednak kwestia „zaostrzenia” sobie pióra. Kilka krytycznych recenzji pokazuje, że tak naprawdę nie ma się czego bać. A wydawnictwo, które po krytyce chciałoby zerwać współpracę, wydaje się bać prawdy. Niestety w tej sytuacji działają tylko na swoją niekorzyść, bo w końcu zwykli czytelnicy też kształtują opinie innych.

6. Perswazja i nacisk

W wielu artykułach czytałam, że wydawcy w przypadku dostania krytycznej recenzji sugerują czasem – mniej lub bardziej delikatnie – zmianę zdania. Ot piszą, że być może bloger źle książkę zrozumiał, stosują argumentum ad ignorantiam, odwołując się do niewiedzy, niewystarczającej znajomości jakiegoś kanonu literatury swojego recenzenta.
Mnie nikt nie sugerował, abym coś w recenzjach zmieniła. Znajomi blogerzy też o podobnych przypadkach mi nie wspominali. Znalazł się za to jeden wydawca, który w konwersacji ze mną skomentował recenzję pewnego popularnego polskiego blogera i skrytykował ją, znajdując w tejże analizie wiele błędów i nieznajomość terminów. Podobno zasugerował poprawną analizę jakiegoś wątku blogerowi. Nie wiem, jak ta konwersacja dalej się potoczyła. Recenzja jednak pozostała w formie niezmienionej.
Inaczej sprawa wygląda z autorami – z nimi jest znacznie ciężej. Autorzy (bo często jeszcze nie pisarze) krytykę swojego dzieła odbierają, jako krytykę swojej osoby, a więc bezpośredni atak na siebie. Kiedy recenzowałam książkę pewnego autora (notabene sam o recenzję mnie poprosił) napisałam, że to literatura, która mnie męczy, a nie sprawia mi przyjemności. W odpowiedzi dostałam taką wiadomość: Przyjemność to może sprawiać walenie konia, a nie czytanie książki.
Jak widzicie, nic dodać, nic ująć. Francja, elegancja.

7. Przyjazne wydawnictwa

W wydawnictwach, tak samo jak w innych firmach/ instytucjach/ organizacjach, pracują zwykli ludzie, dlatego bloger powinien być wyrozumiały, jeżeli odpowiedź na swojego maila uzyskuje nawet po kilku dniach. Z doświadczenia wiem, że przy wydawaniu książek jest mnóstwo pracy, dlatego nie łatwo jest się pogubić w zawiłościach swoich obowiązków. Ale ja nie o tym; o ile rozumiem, że ktoś nie odpowiada na mojego maila lub odpowiada na niego z opóźnieniem, tak przejawem kompletnego braku szacunku do swojego współpracownika (czyli blogera!) jest brak jakiejkolwiek reakcji na nadesłaną recenzję. Już kilka razy zdarzyło mi się, że wylewałam siódme poty nad swoim tekstem, starałam się go dopracować w taki sposób, aby oddawał wszystkie moje emocje, jednocześnie poruszając i analizując ważne wątki, a za ten trud nie usłyszałam (tudzież nie przeczytałam) nawet prostego „dziękuję”. Drodzy wydawcy, wysłanie tego jednego słowa w mailu nie jest męczące, ani czasochłonne, a – powiedziałabym – niezbędne dla przyjemnej współpracy. Nie chcę być traktowana jak brzęcząca nad uchem mucha. Pisanie tego bloga nie ma sprawiać satysfakcji tylko mi – ma nieść pożytek czytelnikom i dobrym książkom. Ja zawsze dziękuję za otrzymane książki.
Inną sprawą jest to, że wydawcy często zapominają o tym, że obiecane egzemplarze były obiecane. Zdarzyło mi się, że czekałam na książki miesiąc i dopiero po upomnieniu się o nie, dostałam je. Jasne, tutaj też należy być wyrozumiałym – przecież każdemu zdarza się zapomnieć, szczególnie przy takiej liczbie blogerów i książek. Jednak sprawa wygląda zupełnie inaczej, kiedy sytuacja powtarza się już któryś raz z kolei.

Podsumowując…

…wcale nie tak łatwo jest zostać, a następnie być blogerem książkowym. Bywają momenty – bardzo liczne w tym naszym ambitnym hobby – w których chce się to wszystko rzucić, odpocząć od blogowania, do wszelakich nowości wydawniczych, od recenzji, od pisania. Czasem bywa ciężko – nikt naszych wpisów nie czyta, nikt ich nie komentuje, nikt nawet nie zadaje sobie trudu, żeby zajrzeć na naszego bloga. Ale to są, jak napisałam, momenty. Przeważnie zaś jesteśmy uśmiechnięci, szczęśliwi i spełnieni. Ambitni, optymistyczni i myślący perspektywicznie. Blogowanie o literaturze może sprawiać wielką przyjemność – i naprawdę ją sprawia – jeżeli przygotujemy się na to, że nie zawsze będzie kolorowo.

Założyłam bloga, aby dzielić się z kimś uczuciami, jakie towarzyszyły mi podczas lektury. Po ponad roku blogowania jestem zdania, że był to najlepszy wybór w moim życiu. Nie wyobrażam sobie teraz siebie bez tego bloga. To coś, co się ze mną połączyło, w co włożyłam ogromny kawał mojego serca.

Prowadzenie bloga jest też ogromną szansą – na wrośnięcie w literacki świat i na zgłębienie swojej wiedzy o literaturze. Na poznanie wspaniałych ludzi, na przelotną albo dłuższą znajomość z literatami. Dzięki blogowi poznałam pewnego pisarza, z którym co prawda się nie spotkałam, ale od roku utrzymujemy regularny kontakt facebookowy. Miałam okazję przeczytać wiele jego tekstów, których inni czytelnicy nie znają, a nawet cieszyć się lekturą usuniętego rozdziału z jego powieści.
Po napisaniu recenzji odezwał się też do mnie Michał Piedziewicz, który wysłał mi wiadomość o tym, jak obawiał się, że „Dżoker” i „Domino” to książki wcale niedobre, może przeciętne, ale nie na najwyższym poziomie. Jeżeli czytaliście ten cykl książek o przed i powojennej Gdyni wiecie, że ogromnie się mylił, bo to powieści absolutnie fantastyczne i niesamowicie wciągające.
Przede wszystkim jednak, dzięki blogowi dobrze się bawię: czytam, jeżdżę na spotkania autorskie, od czasu do czasu odważam się nawet zadać jakieś pytania, nałogowo fotografuję książki, opowiadam o nich znajomym. Mam grono czytelników, którzy śledzą uważnie moje książkowe wybory i czytają to, co polecam.

Blogowanie mnie uszczęśliwia – nawet jeżeli w Wyborczej piszą o tym, że „reckę napisałam miodzio” i że jestem frajerem, bo robię coś, z czego nigdy nie będę miała pieniędzy.

Reklamy

43 uwagi do wpisu “Co to znaczy być blogerem książkowym?

  1. Świetny wpis, gratuluję 🙂 Do tego bardzo szczery i prawdziwy. Rzeczywiście blogowanie czasami wcale nie jest takie kolorowe, jak to wiele osób z zewnątrz może uważać. Jeżeli chodzi o szczerość recenzji to rzeczywiście tu może być największy problem… bo nie każdy autor i nie każde wydawnictwo jest w stanie przyjąć na swoje barki negatywne zdanie 🙂 Ale ja się cieszę, że współpracuję z wydawnictwami, które szanują moje zdanie niezależnie od tego, czy jest to pochwała, czy krytyka otrzymanych od nich książek 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Dziękuję Ci bardzo 🙂 Co do Twojej wypowiedzi o szczerych recenzjach to ja myślę, że nawet nie chciałabym współpracować z wydawnictwem, które szczerej opinii nie uznaje. Oczywiście rozumiem, że zła opinia to działanie w jakiś sposób na szkodę wydawnictwa, ale przecież nigdy nie będą mieć 100% gwarancji opinii pozytywnej. W końcu nawet jakiś zwykły czytelnik napisałby na stronie którejś z księgarni internetowych, że książka mu się nie spodobała…

      Lubię to

  2. Bardzo ciekawy tekst wnikliwie analizujący blaski i cienie blogowania o książkach. Myślę, że ciętych uwag autora tekstu z Wyborczej nie ma co brać osobiście, bo chyba chodziło mu przede wszystkim o nastolatki, które w przeciwieństwie do osób takich jak Ty, czyli traktujących pisanie o książkach jak pasję a nie sposób na ich wyłudzanie, piszą recenzje nierzetelne, naszpikowane błędami, tzw. „na odwal”.
    Poza tym, cieszę się, że zwróciłaś uwagę na fakt, że niektórzy wydawcy nie dziękują za recenzje i pozostawiają blogerów bez jakiegokolwiek feedbacku. Też uważam takie zachowanie za mało eleganckie.
    A co do zaprzyjaźnionego pisarza, jestem ciekawa, czy moja intuicja dobrze mi podpowiada, że chodzi o autora, o którego książkach ostatnio sporo pisałaś? 🙂
    W każdym razie życzę dużo energii do rozwijania bloga oraz wyłącznie przyjemnych kontaktów z wydawnictwami i autorami.

    Lubię to

    • Dziękuję Ci bardzo, ja również trzymam kciuki za Twojego bloga! 🙂
      Nie biorę tych uwag osobiście, ale pewnych jego wniosków po prostu nie da się nie skomentować – szczególnie teraz, kiedy ma się wrażenie, że blogerów książkowych jest od groma (lepszych czy gorszych, to nie ma znaczenia).
      Co do autora o którym pisałam… czy myślisz o Jacku Dehnelu (wnioskuję tak, bo to właśnie kilka jego książek pojawiło się ostatnio na moim blogu, a nawet w recenzji „Króla” odwołałam się do jego wypowiedzi)? Bardzo bym chciała go poznać, porozmawiać (o przyjaźni nawet nie śmiem marzyć), ale to nie on – miałam na myśli Zbigniewa Niedźwieckiego, którego „Grzech przemilczenia” recenzowałam w zeszłym roku. To autor zdecydowanie mniej popularny, przez wielu nawet nie znany, ale jest fantastyczną osobą.

      Lubię to

  3. Świetnie opisałaś blaski i cienie blogowania. 🙂 Niektórzy mogą sądzić, że prowadzenie bloga to taki luzik – przeczytać książkę, trzasnąć reckę, wyłudzić darmoszkę – cud, miód i orzeszki. Blog, by był doceniony, to wiele pracy i serca włożonych w jego tworzenie. 🙂

    Ten tekst autora o przyjemności z czytania – kiedy to zobaczyłam, pomyślałam „ale burak!”. Może ja dziwna jestem, ale gdyby czytanie nie dawało mi przyjemności, nie wzięłabym książki do ręki. Potem zobaczyłam Twój komentarz na FB z tytułem książki tegoż autora i już się przestałam dziwić i oburzać. Ten pan znany jest z tego, że z krytyką sobie wybitnie nie radzi, z odmiennym zdaniem również, i za każdym razem, kiedy zaczyna dyskusję, pokazuje, że z butów wystaje mu słoma. Dlatego też ja od jego twórczości trzymam się z daleka. Nie mam zamiaru czytać książek, których autor jest takim bucem.

    Polubione przez 1 osoba

    • Też zauważyłam, że zawsze prowokuje jakieś bezsensowne dyskusje – kiedyś na fanpage’u portalu „Polacy nie gęsi” rzucił się na fankę Remigiusza Mroza, a potem na samego Mroza… Nawet nie chcę tego komentować. Powiem tylko tyle, że zniechęcił mnie do swojej potencjalnej przyszłej twórczości. Jego zachowanie mówi samo za siebie i chyba nie zachęca czytelników do poznania się z jego prozą…
      Cieszę się, że tekst Ci się spodobał. Długo się zastanawiałam czy jest sens go publikować, ale jak widać – jest 🙂

      Lubię to

  4. A czy blogowanie sprowadza się tylko do recenzowania książek od wydawnictw? Ja tam sobie na moim blogu „trzaskam recki” tego, co udało mi się przeczytać. Czasem są to jakieś starocie sporo starsze ode mnie, czasem coś zaledwie rocznego. Nie mam żadnej presji, piszę tylko dla siebie i dla tych, którzy ewentualnie zechcą odwiedzić mojego bloga. Nie mam zamiaru robić za darmo promocji jakiemuś wydawnictwu, bo, nie oszukujmy się, egzemplarz recenzencki (zwłaszcza w formie zbindowanych kartek) to żadna zapłata za kilka godzin poświęconych na przeczytanie książki i napisanie recenzji.

    Lubię to

    • Ja tak samo – piszę recenzje klasyków czy też książek, których nie dostaję od wydawnictw. Ten wpis też jest choćby przykładem na to, że nie piszę tylko recenzji pod wydawnictwa 🙂 Masz rację, blogowanie to wiele więcej, niż tylko to, ale w tym wpisie zetknęłam się z takimi prawdami i mitami na temat blogerów książkowych.

      Lubię to

  5. Szkoda, że wydawnictwa i autorzy często tak traktują blogerów. Jak stażystów, którzy powinni całować po stopach za możliwość otrzymania książki. Nie mówię o wszystkich, ale co rusz słyszę o jakiejś aferze związanej ze sferą blogową.

    Czasem mnie przeraża jawne chamstwo takich osób. Na zasadzie „ja jestem znanym ałtorem, a to jakaś gęś, która dorwała się klawiatury, więc mogę ją zjechać”. No sorry. A bym chciała zobaczyć rzetelną dyskusję. Z argumentami. Gdy dyskutant pokaże klasę i inteligencję.

    Nie mówię, że wszyscy blogerzy są kryształowi. Czasem jak patrzę na blogi to mam ochotę posłać autora wpisu do podstawówki, ale prawda jest taka, że lepiej pisać byle jak, ale pozytywnie, niż negatywnie. Nawet jeśli inteligentnie.

    Lubię to

    • No wiesz, ja czasem jak patrzę na niektóre blogi, to się zastanawiam po co w ogóle zaczynałam, bo wiele z tych recenzji jest gorszych ode mnie, a i tak ma większe przebicie. Poza tym często nachodzą mnie wątpliwości względem tego, jaki sens jest pisania recenzji w ogóle… Ale to są momenty. Mnie też jest przykro, że czasem źle się do nas, blogerów książkowych podchodzi, ale wierzę, że to się zmieni 🙂

      Lubię to

  6. Ja się roztrząsnę nad kwestią językową. Nie dlatego, że wytykam, ale dlatego że lubię się zastanawiać: „wiele” czy raczej „wielu” dziennikarzy? Czy „wiele” nie użylibyśmy raczej do pań dziennikarek albo „wiele osób”?

    Lubię to

  7. Jednej kwestii nie poruszyłaś, więc od siebie dodam 😉 Irytuje mnie, gdy bloger zaznacza przy recenzji „egzemplarz recenzencki”. Widział to ktoś w czasopiśmie, w gazecie jakiejś, na profesjonalnym portalu? Nie. Bo to, że recenzent dostaje książkę, to norma, żaden ewenement w świecie blogerów. A taki podpis zwraca uwagę, że może recenzja rzetelna nie będzie. No bo jak to, egzemplarz recenzencki inaczej się recenzuje, niż zakupiony osobiście? Nie pojmuję tego zabiegu i sama nigdy nie stosuję.

    Lubię to

    • Nigdy nie patrzyłam na to w sposób, jaki opisałaś. Sama zawsze zaznaczam pod recenzję, że „za możliwość przeczytania książki dziękuję…”. Jednak niewątpliwie masz rację, chociaż czy z drugiej strony nie jest tak, że taką adnotacją po pierwsze pokazuję, że ktoś mi zaufał, a po drugie dziękuję wydawnictwu? 🙂

      Lubię to

      • Wydawnictwu wystarczy podziękować w mailu, gdyż podkreślanie tego faktu w recenzji może – paradoksalnie – działać na niekorzyść wydawnictwa. Środowisko blogowe (nie tyle blogerzy, co czytelnicy), patrzy często z ukosa na notkę o książce opatrzonej etykietką „recenzencka”. Dla porównania, jestem copywriterem. I naturalne, że piszę rożne teksty. Jeśli jednak przy tekście na zamówienie np. Allegro ma się pojawić moje bio, to już nie mogę podać w nim, że tym copy jestem – bo tekst traci wiarygodność w oczach przeciętnego Kowalskiego 😉

        Lubię to

      • Muszę przyznać, że nigdy tak na to nie patrzyłam, ale chyba masz rację. Muszę się nad tym poważnie zastanowić, ale chyba skłonię się do Twojego zdania i przestanę tak wpisy oznaczać 😉

        Lubię to

      • Przyznam, że również nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Za każdym razem pisałam podobnie jak Kasia. Niektóre wydawnictwa nawet proszą o to, by umieścić pod recenzją link do ich strony. Cóż może zmienię trochę treść tego zdania, ale skoro sami chcą by link się znajdował?

        Poza tymm, naprawdę dobry tekst! Brawo 🙂

        Pozdrawiam,
        Daria z bloga Kraina Książką Zwana

        Polubione przez 1 osoba

      • Dzięki Daria!
        To chyba kwestia sporna i nie ma jednego dobrego rozwiązania – dlatego trzeba się zastanowić… Mnie żadne wydawnictwo nie prosiło o umieszczenie takiego podpisu, ale pewnie dlatego, że bez ich prośby tak pisałam.

        Lubię to

    • Podziękowanie wydawnictwu to wyraz szacunku i wzajemnej umowy pomiędzy blogerem a wydawnictwem. We wstawieniu logo, czy podziękowania i linku nie ma większych tajemnic, czy mrocznych sekretów i to nie jest niczyja łaska. Zwyczajna uprzejmość wzajemnej współpracy. 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  8. Kolejny bardzo fajny tekst 🙂 O książkach piszę od blisko czterech lat. Mój blog nie jest popularny, ma zaledwie wierne grono czytelników. Gdyby nie przyjemność z czytania kolejnych książek pewnie już dawno dałabym sobie spokój, ale według mnie właśnie o tę przyjemność chodzi. Bo co mi z 5, 10 czy nawet 20 egzemplarzy recenzenckich miesięcznie, jeśli czytanie ich i opisywanie wrażeń po lekturze nie sprawiałoby mi przyjemności? Przez te cztery lata spotkałam się z różnymi sytuacjami, szczęśliwie jednak sporo było w nich sympatii i zwykłej ludzkiej życzliwości 🙂

    Lubię to

  9. ad 2. Kobietom jest łatwiej – większa część literatury jest do nich kierowana, a i tak spokojnie mogą sięgać po gatunki bardziej „męskie”. Wobec tego mężczyzn mniej widać w tej części blogosfery, a jak już takiego się zobaczy to łatwiej zapamiętać.

    ad 3. książki z pieczątkami też trafiają na sprzedaż.

    Zabrakło też jednego – rozpoczęcie blogowania o książkach wymaga na początku wyłożenia własnych pieniędzy na zakupy książek. Biblioteki nie mają nowości od ręki, a po pół roku większość „bestsellerów” jest już zapomniana i rynek żyje nowymi pozycjami.

    Lubię to

    • Dzięki za spostrzeżenia, jednak nie ze wszystkim mogę się zgodzić.
      Ad.2: nie uważam, że większość literatury kierowana jest do kobiet. Literatura jest dla wszystkich, a to, że istnieją takie pojęcia jak „literatura kobieca”, czy dopiero się kształtująca „litera męska” nie ma nic do rzeczy. Każdy czyta przecież co chce i w czym się odnajduje.
      Mężczyzn w blogosferze widać mniej, bo wydaje mi się, że też mniej czytają, a już na pewno mają mniejszą potrzebę dzielenia się swoimi uczuciami z resztą świata 🙂
      Co do wkładu własnego – nie zgadzam się. Ja mieszkam w stosunkowo małym mieście, a moja biblioteka jest świetnie wyposażona. Zaczynając blogować pisałam tylko o książkach, które wypożyczyłam z biblioteki i tych, które dostałam czy pożyczyłam od znajomych. Nie stać mnie było na tak wielką ilość nowych książek.
      Wpis jest oparty na moim własnym doświadczeniu, także dziękuję za Twoje spostrzeżenia 🙂

      Lubię to

      • U mnie biblioteka jest też bardzo dobrze zaopatrzona, ale problemem jest np. czas oczekiwania na książkę. Sam też zaczynałem od tego, co miałem własnego, albo wypożyczonego. Co do „kobiecej literatury” – nie spotkałem się z męską recenzją Greya i tym podobnych pozycji (choć mogłem nie szukać wystarczająco mocno), a nawet przy takim „Immunitecie” Mroza większość opinii pochodzi od kobiet. Oczywiście, że mężczyźni mogą mieć mniejszą chęć na dzielenie się swoimi spostrzeżeniami, ale mają też mniej powodów aby to czynić.

        Polubione przez 1 osoba

      • Z męską recenzją Greya też się nie spotkałam, bo i książka mnie za bardzo nie interesuje i nie czytałam jej, za to spotkałam się np. z recenzją „Dumy i uprzedzenia”, napisaną przez chłopaka 🙂 Większość opinii pochodzi od kobiet, bo to one częściej piszą. Ja jednak bardzo lubię czytać recenzje mężczyzn, bo mają nieco inne spostrzeżenia i inaczej patrzą na świat, na powieść.
        Co do biblioteki – u mnie na szczęście nie trzeba długo czekać. Ale masz rację, bo gdybym miała brać książki z biblioteki, którą mam bliżej domu, to blog nie miałby podstaw do istnienia. Jak widać, to są bardzo subiektywne doświadczenia i wszystko zależy od czegoś. 🙂

        Lubię to

  10. Ja jeszcze bardzo lubię tekst „Cooo? Piszesz bloga??? I ktoś to czyta? Pfff, każdy może recenzję napisać” (tzn. z tym zdaniem się zgodzę, ale do napisania dobrej recenzji potrzeba jeszcze czegoś). Plus to cudowne „Ooo, dostajesz książki za darmo!”. Wciąż dzielnie uświadamiam: to nie jest za darmo. Każdy egzemplarz to czas na przeczytanie, na przeczytanie wywiadów/informacji/innych materiałów prasowych, na przemyślenie i zgłębienie kontekstu, na fizyczne napisanie recenzji, na sformatowanie jej, wrzucenie obrazków itd., zrobienie korekty, a potem jej wypromowanie. Prawie zawsze po takim wywodzie słyszę w odpowiedzi „Hm, a to nie lepiej kupić?”:-)

    Polubione przez 1 osoba

    • O widzisz, o tym nie wspomniałam – napisanie recenzji to szereg przygotowań, które wymieniłaś (nie wspominając już o poziomie wiedzy, który TRZEBA posiadać, żeby coś sensownego i mądrego o książce i jej autorze powiedzieć).
      Ja zawsze próbuję tłumaczyć ludziom, co to znaczy być blogerem książkowym i właśnie przez nadmiar tych bezsensownych dyskusji powstał ten wpis 🙂

      Lubię to

  11. Pisanie o książkach uważam za wartość samą w sobie. Pozwala mi raz jeszcze wrócić do książki, pochylić się nad jej treścią, wyciągnąć na wierzch i sprecyzować swoje obserwacje, przemyślenia i wnioski z lektury. Piszę dla siebie, a publikuję bo mogę – jeśli ktoś trafi na mój blog, przeczyta, zachęci się do sięgnięcia po książkę czy nawiąże ze mną dyskusję, to jest to wartość ponadprogramowa.

    Jestem przede wszystkim blogerką kulinarną, to powiedzmy moja główna i priorytetowa forma blogowania, z którą wiążą się moje poza czytelnicze pasje, i powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie pracować (tak, PRACOWAĆ) dla agencji i producentów, za wynagrodzenie mając jedynie symboliczny produkt, który dostałam (niezbędny), aby wykonać zlecenie. Oczywiście są tacy blogerzy, którzy za puszkę groszku napiszą o produkcie pieśń pochwalną – to właśnie oni psują ten „rynek” i uczą producentów, że swoją pracę oddają za darmo, z „dobrego serca”.

    Co do współpracy z wydawnictwami, to muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczona faktem, że blogerzy książkowi nie mają szans (z tego co piszesz) zarobić na swoich blogach nawet minimalnych pieniędzy.
    Wynagrodzenie w postaci egzemplarza książki wartego średnio 35-50 zł za kilkanaście godzin czasu poświęconego na lekturę, przemyślenie jej, napisanie sensownego tekstu, nierzadko zrobienie zdjęcia itd. brzmi kiepsko w stosunku do poświęconego czasu. O vlogerach nie wspomnę, bo ilość pracy niezbędnej do nakręcenia filmu i zmontowania zdecydowanie nie jest adekwatna w żaden sposób do wartości darmowego egzemplarza książki. Rozumiem, że to bardziej przyjemność, niż praca, ale dopóki bloger nie jest wynagrodzony w sposób należyty za swój czas, wydawnictwo wydaje się nie mieć podstaw do stawiania wymagań (jakichkolwiek, poza takim, że na blogu pojawi się recenzja i ewentualnie orientacyjnie kiedy mogłaby się pojawić). Zwłaszcza jeśli współpraca nie jest sformalizowana umową.
    (Nie twierdzę, że należy rzucać kwotami z kosmosu, ale gdyby to były dwa egzemplarze, niech bloger ma, niechże da kuzynce w prezencie na imieniny, niech podaruje dodatkowy swojej bibliotece, niechby nas to wydawnictwo traktowało jak poważny środek przekazu, a nie jak, co mówię z bólem serca, frajerów od darmowej reklamy…)

    Być może to tylko pobożne życzenia, ale cóż, pomarzyć można.
    Tymczasem czytajmy, piszmy i pamiętajmy, że w książkach najważniejsze jest ich czytanie, a w blogowaniu pisanie tak, by sprawiało nam to radość i satysfakcję. 🙂

    Pozdrawiam
    Iga

    Lubię to

    • Ja, podobnie jak Ty, również bloguję z pasji. Bez tej pasji nie byłoby niczego, ani bloga, ani zdjęć książkowych, ani profilu na Instagramie… Tutaj nie chodzi o pieniądze, o więcej egzemplarzy książek, ale o uśmiech i „dziękuję”, jakieś docenienie naszej pracy i tej właśnie ogromnej pasji, tego kawałka serca, który wkładamy w pisanie o literaturze. Myślę, że gdyby nie ludzie, którzy podzielają mój punkt widzenia, ci, których poznałam dzięki blogowi i ci, którzy czasem czytają moje recenzje, już dawno by mnie tutaj nie było.
      Dziękuję Ci za komentarz, to tylko utwierdza w przekonaniu, że warto tu być jak najdłużej! 🙂

      Lubię to

  12. Tak jak już pisałam na Instagramie – ŚWIETNY i szczery tekst!

    Blogowanie o literaturze to trudny orzech zarówno dla piszących, jak i dla wydawnictw. Jeszcze nie do końca wiadomo, gdzie umiejscowić tę grupę, bo jedynie nieliczni bywają krytykami, większa grupka to recenzenci, a największa to pasjonaci, piszący, bo lubią. I tyle. Nie wliczam tutaj tzw. „wyłudzaczy”, którym za spisanie blurba z okładki marzą się stosy świeżutkich książek. 😉

    Sama łączę w sobie trzy powyższe podgrupy, bo z wykształcenia jestem literaturoznawcą i filologiem, a książki recenzuję z miłości do literatury i z czystej pasji. Kocham to robić i nie wyobrażam sobie Wielkiego Buka zostawić. Bez względu na sytuację w blogosferze, bo wiadomo – ona zmienia się, ewoluuje i coraz więcej osób pisze, bo może pisać.
    Moimi wrażeniami będę dzielić się do upadłego. ❤
    Ściskam!

    Lubię to

    • Dziękuję! 🙂 Ja miewałam różne momenty w blogowaniu, ale ani razu nie pomyślałam, aby bloga zostawić – za dużo satysfakcji mi daje! A ciągła możliwość rozwijania się dodaje skrzydeł 🙂
      Co do kwestii wzajemnych stosunków między blogerem, a wydawnictwem, to wierzę, to się jakoś rozwinie i skrystalizuje 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  13. Pingback: Tydzień blogowy #63 – Wielki Buk

  14. Zbyt często negatywne opinie są utożsamiane z hejtem, a nie konstruktywną krytyką. Blogowanie wbrew powszechnej opinii bywa ciężką harówą, ale nie można tego tak po prostu rzucić. zaprawdę powiadam Wam, blogowanie jest gorsze od nikotyny 😀

    Polubione przez 1 osoba

    • Oj tak, to prawda – blogowanie to kawał ciężkiej roboty (jeżeli oczywiście mówimy o bardziej profesjonalnych blogach, albo przynajmniej pisanych z takim celem, a nie o takich, na których umieszcza się „recki” :D), dlatego tak bardzo mnie boli cała ta nagonka na blogerów książkowych czy wyśmiewanie ich.
      A że uzależnia, to fakt. Nie byłaby w stanie zostawić bloga po dwóch latach 🙂

      Polubione przez 1 osoba

  15. Dziękuję Ci za ten wpis. Jest bardzo, ale to bardzo potrzebny. Odziera ze zbędnych złudzeń i pozwala przygotować się do solidnej, recenzenckiej roboty. Jest wyczerpujący i merytoryczny. Nic dziwnego, że pojawiają się propozycje współpracy, Gratuluję.

    Polubione przez 1 osoba

    • Dziękuję! Bardzo się cieszę, że wpis Ci się podobał! 🙂 Zadziwia mnie to, że minęło już stosunkowo dużo czasu od opublikowania go, a ludzie wciąż do niego wracają, fantastyczne uczucie 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s