Przywiązanie do przedmiotu

Na okładce „Szczygła” przeczytamy, że jest to największe wydarzenie literackie tej dekady. Wielu mogłoby się oczywiście zbulwersować, biorąc w obronę swoje ulubione lektury, które zasługują na ten tytuł – bardziej lub mniej – ale w naszym mniemaniu zasługują. Ale to nie wszystko – nie dość, że „Szczygieł” został nominowany do wielu nagród, to jeszcze jego autorka – Donna Tartt – została wpisana przez magazyn „Time” na listę stu najbardziej wpływowych osób na świecie. I chociaż niektórych takie informacje czy suche fakty nie zachęcają do przeczytania książki, mnie jedynie pchnęły ku temu, ażebym książkę jak najszybciej przeczytała i sama się przekonała – bo przecież trzeba być otwartym i samemu dowiedzieć się, czy dla mnie powieść, która zdobyła nagrodę Pulitzera i Carnegie Medal również będzie jednym z literackich arcydzieł tej dekady, a nie tylko bazować na opiniach innych. Ale żeby „Szczygła” przeczytać, trzeba się zmotywować i mieć wiele do tego chęci, bo „Szczygieł” lekką i krótką książeczką nie jest – ma aż 840 strony.

840 strony wielkiej, wspaniałej literatury.

Kiedy trzynastoletni Theodore Decker razem z mamą spaceruje po muzeum, oglądając obrazy, nie myśli o niczym innym, jak o rudowłosej piękności, o tym, że jest głodny, bo nie jedli śniadania i o tym, że mama się wścieknie, a prawdopodobnie już jest wściekła, po spotkaniu z dyrektorem szkoły, który ma go zawiesić w prawach ucznia. Jednak matka Theodora stara się nie tworzyć zbyt nerwowej atmosfery i, chociaż jest inna, niż każdego normalnego dnia, pokazuje synowi dzieła sztuki, omawiając je ze szczegółami, ciekawostkami, jako że studiowała historię sztuki. Pokazuje mu wspaniały obraz – „Szczygła” Carela Fabritiusa, w którym jest zakochana, a Theo zdaje się nim być oczarowany – „Szczygieł” zdecydowanie spodobał mu się najbardziej z całej wystawy, pchnął go u pewnym refleksjom, rozmyśleniom. I kiedy mama odchodzi do innej sali, aby zerknąć jeszcze na swoje ulubione dzieła sztuki, Theo spogląda jeszcze przez chwilę na „Szczygła”, aby później skupić swoją uwagę na rudowłosej dziewczynie.
Ten dzień, kiedy Theo razem z mamą poszedł do muzeum zamiast na śniadanie, kiedy koncentrował się bardziej na rudowłosej, niż na swojej mamie będzie dniem, który bohater będzie rozpamiętywał niemalże przez całe swoje życie – a przynajmniej przez tyle jego lat, ile ukazanych jest w książce. Wyprawa bowiem nie zakończyła się dla nich dobrze i szczęśliwie – Theodore nie poszedł razem z mamą na spotkanie do dyrektora, nie miał kary, szlabanu, nie oglądał wściekłej matki. Nie oglądał jej już wcale, bo w muzeum podłożona była bomba. Theo cudem wydostał się z muzeum zabierając ze sobą, na prośbę pewnego starszego pana, „Szczygła”, a jego matka „zginęła na miejscu”.

SzczygiełPo zamachu przez pewien czas Theo mieszka w domu swojego przyjaciela Andy’ego, gdzie uczy sobie radzić z nową sytuacją. Następnie zabiera go stamtąd ojciec, który przed rokiem zniknął z jego i mamy życia bez żadnego ostrzeżenia, bez pożegnania, bez zostawionych na syna alimentów, aby zacząć nowe życie. I tak „Szczygieł” towarzyszy Theodorowi nie tylko w rodzinnym Nowym Jorku, ale i w Las Vegas, gdzie wcale nie jest mniej samotny i nieszczęśliwy. To „Szczygieł” daje mu odrobinę radości, kiedy Theo ogląda go w porannym słońcu, w blasku księżyca, w pełni lata, w środku zimy – z każdym dniem, każdą minutą, sekundą obraz się zmienia, jest całkiem inny, coraz bardziej wyjątkowy. Nieświadomie Theodore zaczyna nazywać „Szczygła” swoim obrazem, przywiązując się do niego bardziej niż do jakiejkolwiek osoby. „Szczygieł” przypomina mu o matce, jest jedyną rzeczą, która łączy chłopca ze zmarłą. Jednak „Szczygieł” to też ogromna odpowiedzialność, która po kilku latach obciąża sumienie chłopca – zabierając dzieło z muzeum Theo dopuścił się kradzieży. Ponadto, musi o „Szczygła” dbać bardziej niż o małe dziecko – ważne, aby obraz był przechowywany w odpowiednich warunkach, a już tym bardziej, aby nikt się o nim nie dowiedział.
Czas, który Theo spędził w Las Vegas był dla niego czasem najtrudniejszym, chociaż z pozoru mogłoby się wydawać, że sprawy powoli się układały tak, jak należy. Theo zaznał prawdziwej przyjaźni – spotkał Borysa, z którym stali się prawie nierozłączni. Poznał też bardziej swojego ojca, który zdawał się wcale nie być takim złym, a w tym jego nowym życiu można go nawet było polubić. Ale „Szczygieł” to nie powieść o dostosowywaniem się do sytuacji.
„Szczygieł” jest niesamowicie smutny. „Szczygieł” jest wrażliwy. Dlatego wkrótce sprawy tak się komplikują, że Theodore musi stawić czoła nowym wyzwaniom.

Samochody pędzące z rykiem do tunelu, innych dzielnic, innych miast, centrów handlowych i alej, wielkie bezosobowe strumienie transportu międzystanowego. W tym szumie kryła się olbrzymia, kusząca samotność, prawie jak wezwanie, jak zew morza, i po raz pierwszy zrozumiałem impuls, który kazał tacie wybrać pieniądze z konta, odebrać koszule z pralni, zatankować samochód i wyjechać bez słowa z miasta. Spieczone słońcem autostrady, podkręcona muzyka w radiu, silosy zbożowe i spaliny, wielkie połacie ziemi ciągnące się po horyzont, wszystko kuszące jak skrywana słabostka.

Donna Tartt przedstawiła nam szeroki panel bohaterów – od samego Theodora, poprzez jego ojca, aż do Borysa i rodziny Barbourów. Każdy bohater jest inny, wyjątkowy, a co najbardziej mi się spodobało, to rozróżnienie językowe – każda postać mówi swoim językiem. Język Borisa, który jest na wpół Polakiem, na wpół Ukraińcem, a mieszkał w wielu miejscach na świecie przepełniony jest rosyjskimi słówkami, polskimi zwrotami, z kolei język Theodora wydaje się być językiem dziecka, nastolatka, który często wtrąca słowa takie jak „eee…”, „yyy…”, „ten…”. Język doskonale opisuje bohatera, a i ich charakter jest stworzony po mistrzowsku. Powiem szczerze, że największe problemy sprawiło mi odszyfrowanie postaci Borisa i ojca Theodora – i kiedy z czasem, z mijanymi stronami sprawa Borisa się wyjaśniła, dalej nie wiem co sądzić o tacie Theo.

Najważniejsze, aby zwrócić uwagę w książce na to, że Theodore jest samotny – pomimo ojca, z którym jakoś się dogaduje, Borisa, który nie odstępuje mu na krok, z którym robi różne szalone rzeczy, z którym nawet śpi w jednym łóżku, pali trawkę, pije wódkę, pomimo Poppera, jego psa. Theodore musi nauczyć się żyć bez matki, żyć ze świadomością, że powinien wtedy być z nią w tej sali, zamiast myśleć o rudowłosej dziewczynie. Theodore musi stworzyć siebie od nowa, wymyślić sposób na nowe życie. Theodore musi stawić czoła losowi i zawiłościom swojego umysłu, który nieustannie podpowiada mu, że los, Bóg, czy jakakolwiek siła wyższa – być może nawet przypadek – zesłały mu oznaki co do wypadku, a on, przez swoje nierozgarnięcie i nieuwagę ich nie zauważył, i to wszystko jego wina. A do tego dochodzi obraz – jak go zwrócić muzeum, aby nie pójść do więzienia. I czy w ogóle go zwrócić, skoro Theo tak bardzo go pokochał i traktował już jako swoją własność? Co stanie się ze „Szczygłem”, czy już zawsze będzie podróżował z Theodorem gdziekolwiek ten się nie ruszy?

– Tak, tak, ale pamięć ci wysiada. Ot tak. I nie mówię, że zrobiłeś coś złego, że byłeś agresywny, nie zachowujesz się tak jak on, ale wiesz, na przykład raz poszliśmy do kącika dla dzieci w McDonaldzie i byłeś tak narąbany, że się zwaliłeś na to nadmuchiwane coś, i ta baba zadzwoniła na policję, więc wyciągnąłem cię stamtąd szybko, a potem staliśmy przez pół godziny w Wal Marcie, udając, że oglądamy ołówki, i w końcu wróciliśmy do autobusu, na przystanek, i co, z tamtej nocy nie pamiętasz nic, prawda? (…) Albo tamten dzień, kiedy byłeś uwalony na maksa, totalnie urżnięty, i zmusiłeś mnie, żebym wyszedł z tobą „przejść się na pustynię”? Dobra, więc idziemy się przejść. Świetnie. Tylko że byłeś tak pijany, że z trudem trzymałeś się na nogach, a na dworze było ze czterdzieści stopni. Nie miałeś sił iść dalej, położyłeś się na piasku i prosiłeś mnie, żebym cię zostawił, bo chcesz umrzeć. „Zostaw mnie tu, Boris, zostaw”. Pamiętasz to? (…) Jasne, robiłem mnóstwo głupich rzeczy. Głupszych niż ty. Ale ja – dodał obracając w palcach papierosa – ja chciałem się dobrze bawić i być szczęśliwy. Ty chciałeś umrzeć. Różnica.

Szczygieł” przywiódł mi na myśl „Wyznaję” Jaume Cabré – czytając, niemalże cały czas miałam przed oczami Adriana, który podobnie jak Theodore miał obsesję na punkcie przedmiotów – tudzież nie obrazu, a rękopisów i Viala, które trwają, są nieśmiertelne. Ponadto obaj bohaterzy dojrzewali samotnie, są tak samo wrażliwi, tak samo samotni, zdawałoby się nawet, że łączy ich ten sam smutek.

Dla ludzi spętanych więzami biologii, nie ma litości: żyjemy chwilę, potem trochę się żołądkujemy i umieramy, by zgnić w ziemi jak śmieci. Czas niszczy nas wszystkich całkiem szybko. Ale zniszczenie lub zagubienie rzeczy nieśmiertelnej – przecięcie więzów silniejszych niż rzeczy doczesne – było metafizycznym pęknięciem innego rodzaju, zaskakującym nowym smakiem rozpaczy.

Donna Tartt, podobnie jak Cabré przekazuje nam, że dbanie o trwałość przedmiotów, o ich wartość i wielkość jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu człowieka. Bo na ogół – jak sądzi Theodore – całe to nasze życie nie jest warte funta kłaków, jest męczarnią, wieczną tułaczką, okropnym, złym doświadczeniem. Ale skoro już żyć musimy, warto, abyśmy zainteresowali się czymś ważniejszym, niż czubek naszego nosa. To przedmioty – obrazy, książki, sztuka jest trwała. Ona pozostanie, my przeminiemy.
Dużo odniesień w „Szczygle” znajdziemy też do Dostojewskiego czy Prousta, gdzie bohaterowie czytają ich książki, wspominają o nich, odnoszą się do nich – jak Boris zakochany w „Idiocie”, a jednocześnie nie potrafiący pojąć jego istoty i sensu. Na przykładzie Borisa widzimy także, że do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, potrzeba czasu. Boris, choć niepozorny, jest mądry i wiele uczy czytelnika – jak np. kiedy mówi o tym, że skoro zło nie zawsze wynika ze zła, to tak samo jest z dobrem – nie każde dobro wynika z dobra.

Jednak nie przestraszcie się tą wysoką, wielką literaturą, której łatkę przypięłam „Szczygłowi” już na początku tego wpisu. Znajdziemy tu też szaloną młodość, odrobinę kryminału, miłości, a przede wszystkim szalenie szybko pędzącą akcję.
Warto przeczytać „Szczygła” i nie uronić paru łez, a wylać ich hektolitry, jak zrobiłam to ja. Warto wczuć się w postać Theodore’a i zastanowić się nad nią. Mnie najbardziej dręczyło pytanie co by się stało z bohaterem, w jakim miejscu byłby teraz, gdyby matka żyła?

Podsumowując, a nie przedłużając już, wcale się nie dziwię, że tak mi się ta książka spodobała, skoro przypomina „Wyznaję”. „Szczygła” obok, albo na równi z pozycją Cabré wpisuję na listę swoich ulubionych utworów i z pewnością przeczytam jeszcze raz, bo „Szczygieł” to powieść o życiu – o samotności, obsesjach, przywiązaniu do przedmiotu, bezlitosnym losie, o upadkach i o tym, jak wstać z powrotem na nogi, aby za chwilę nie zachwiać się i nie przewrócić.
I może przesadzam, ale „Szczygieł” to dla mnie literackie arcydzieło, jedna z najwspanialszych powieści, jakie kiedykolwiek czytałam. Bo „Szczygieł” jest ludzki, jest o nas, a zarazem jakby nie interesują go kompletnie ludzie, a sztuka.

I zrozumiałem to, choć jest to straszna świadomość. Nie możemy wybrać, czego chcemy, a czego nie chcemy, taka jest trudna, samotna prawda. Czasem chcemy czegoś, choć wiemy, że to nas zabije. Nie da się uciec przed tym, kim jesteśmy.
(…) I choć bardzo bym chciał wierzyć, że za iluzją kryje się prawda, z czasem doszedłem do przekonania, że tak nie jest. Albowiem między „rzeczywistością”, istnieje strefa pośrednia, tęczowa krawędź, gdzie rodzi się piękno, gdzie dwie zupełnie różne powierzchnie mieszają się i stapiają, przynosząc coś, czego nie jest w stanie dać życie: w tej przestrzeni mieści się cała sztuka i magia.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Przywiązanie do przedmiotu

    • Powiem Ci, że ja się bałam tak „Wyznaję” Cabre, a okazało się świetną książką, teraz jedną z moich ulubionych. Do „Szczygła” podeszłam z ufnością i nie zawiodłam się 🙂 Jest wybitny, moim zdaniem. Nie ma w nim zbędnej wzniosłości, jest zwykłe życie i nadzwyczajne nieszczęście. Spróbuj, a jak Ci się nie spodoba, to zostawisz – tak jak z Twardochem 😀

      Polubienie

      • Właśnie mam pisać o „Jaśnie panie” Cabre, ale jakoś nie mogę się zmobilizować dzisiaj 🙂 „Wyznaję” i „Głosy Pamano” zostawiam na deser, bo już wiem, że to dobre będzie, skoro „Jaśnie pan” określany jest jako „najgorsza” jego książka 🙂

        Polubienie

  1. Pingback: Moje #52 book challenge | Niebieska Papużka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s