Listopadowe zapowiedzi

Nadszedł listopad – najbardziej znienawidzony przeze mnie miesiąc w roku. Listopad jest szary, bury, ponury. Do tego jeszcze ciemny i zimny. A że rok zbliża się ku końcowi, to i książek wydaje się mniej. Dlatego dziś przychodzę do Was tylko z kilkoma wyśmienitymi propozycjami. Sprawdźcie, co warto czytać w listopadzie!


1. S.C. Gwynne „Wrzask rebeliantów”
Generał Stonewall Jackson jest postacią owianą legendą, romantycznym bohaterem, szlachetnym przegranym. Jest też bez wątpienia jednym z najwybitniejszych amerykańskich taktyków wojskowych. Kiedy wiosną 1862 roku wydawało się, że klęska konfederatów jest nieuchronna, Jackson przeprowadził być może najlepszą kampanię w historii Stanów Zjednoczonych, zdumiewając i zachwycając nowatorską strategią. Jego tragiczną śmierć opłakiwały tak Południe, jak i Północ.
S.C. Gwynne opisuje dwadzieścia cztery miesiące błyskotliwej kariery wojskowej Jacksona, jego życie prywatne, burzliwe relacje z najważniejszymi postaciami jego czasów. Wrzask rebeliantów wciąga mnogością batalistycznych i militarnych szczegółów, to nie tylko żywy portret wyjątkowego bohatera, lecz również świetna kronika wojny secesyjnej.
Wydawnictwo: Czarne
Data premiery: 2 listopada 2017 r.
Cena: 69, 90 zł

2. J. Donvan, C. Zucker „Według innego klucza. Opowieść o autyzmie”
WNIKLIWY REPORTAŻ NOMINOWANY DO NAGRODY PULITZERA
Kiedy prawie 75 lat temu u Donalda Trippleta z Forest w stanie Missouri po raz pierwszy w historii rozpoznano autyzm, nikt nie przypuszczał, że będzie to jedna z najczęściej stawianych diagnoz XXI wieku. Według innego klucza opisuje długą drogę, jaką przebyli od tego czasu lekarze, naukowcy, a przede wszystkim osoby z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, ich rodziny i bliscy.
John Donvan i Caren Zucker z reporterskim zacięciem i ogromną wrażliwością przedstawiają losy licznych bohaterów. Wykluczonych osób z ASD trzymanych w zamkniętych zakładach i poddawanych eksperymentom; rodziców walczących o prawa i społeczną akceptację dla swoich dzieci; specjalistów szukających przyczyn zaburzeń i sposobów na ich wyleczenie. Pokazują, jak przez dekady zmieniało się podejście do tego trudnego tematu – od przypisywania winy nieczułym matkom, po traktowanie autyzmu jako cechę charakteru, a nie stygmatyzującą chorobę.
Według innego klucza to poruszająca, napisana żywym językiem historia, po którą powinni sięgnąć nie tylko ludzie mający do czynienia z osobami z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, ale wszyscy ci, którzy cenią sobie rzetelne reportaże mocno osadzone w kontekście społecznym.
Wydawnictwo: Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data premiery: 14 listopada 2017 r.

3. Dariusz Pachocki „Sławomir Mrożek, Leopold Tyrmand – Listy”
Mrożek i Tyrmand – niepokorni pisarze o literaturze, emigracji i Polsce
O tym, że wybitny dramaturg Sławomir Mrożek znał i wymieniał listy z Leopoldem Tyrmandem, autorem powieści Zły, do tej pory wiedzieli tylko nieliczni. Tymczasem korespondencja ta trwała niemal dwadzieścia lat – od 1965 do 1982 roku.
Obaj pisarze przebywali wówczas na emigracji i z tej właśnie, emigracyjnej, perspektywy obserwują i komentują bieżące wydarzenia. Mimo oddalenia często wędrują w swych listach do Polski, zastanawiając się, jak może się rozwinąć sytuacja w ojczyźnie. Sporo miejsca poświęcają też podróżom po świecie, kontaktom towarzyskim i życiu prywatnemu. Najczęściej jednak Mrożek i Tyrmand piszą o literaturze, dzieląc się między sobą informacjami na temat powstających właśnie utworów.
Co połączyło Mrożka i Tyrmanda? Jakiego rodzaju była to więź? Ciekawe jest choćby to, że Tyrmand, starszy od Mrożka o całe dziesięć lat, zwraca się do niego jak do mistrza i przewodnika duchowego. A podobnych niespodzianek jest w tych listach więcej…
Wydawnictwo: Literackie
Data premiery: 16 listopada 2017 r.

4. Nina Witoszek „Najlepszy kraj na świecie”

Norwegia – kraj Ibsena, egalitarnego „prawa Jante”, surowej przyrody i zamożnych obywateli. Społeczeństwo harmonii, otwartości na reformy i troski o wspólne dobro, dbające o równouprawnienie, tolerancję i sprawiedliwość. Czy jednak na pewno Norwegia jest realizacją wolnościowej utopii?
Najlepszy kraj na świecie to analiza głębokiej sprzeczności tkwiącej w historii norweskiej kultury od XIX wieku po dziś – wtedy ujawniającej się w pojedynku między tak zwanymi patriotami a partią inteligencką, obecnie w tarciach wewnątrz norweskiego „reżimu dobroci”. To również pamflet, który rzuca światło na norweski talent godzenia sprzeczności: między radykalizmem a konserwatyzmem, religijnością a sekularyzmem, indywidualizmem a komunitaryzmem, utopijnymi ideami i zdrowym rozsądkiem.
Wydawnictwo: Czarne
Data premiery: 22 listopada 2017 r
Cena: 39, 90 zł

5. Łukasz Orbitowski „Exodus”
Wyobraź sobie, że w jednej chwili porzucasz wszystko: rodzinę, pracę, hobby, dom i kredyt. Nic nie potrafisz. Nic nie wiesz. Poza jednym – musisz uciekać przed siebie.
Przed tobą hałaśliwy Berlin, obóz przesiedleńczy u podnóża Alp, półświatek Lublany i grecka wyspa, gdzie zbliżysz się do strasznej tajemnicy.
Exodus pozbawia poczucia bezpieczeństwa i ciska w obszary mroku, których istnienie się przeczuwa, ale o których boi się myśleć.
Wydawnictwo: SQN
Data premiery: 22 listopada 2017 r.
Cena: 39, 90 zł

6. Andrea De La Barre de Nanteuil „Mademoiselle Oiseau i listy z przeszłości”
Nadszedł listopad. Jesień była tak wspaniała, jak może być tylko przy Alei Minionych Czasów, w samym sercu Paryża. Minęło dokładnie pięćdziesiąt dziewięć dni od tamtego upalnego sierpniowego dnia, kiedy to Mademoiselle usiadła na zielonym jedwabnym dywanie, uniosła się nad podłogą, po czym wyfrunęła przez balkon. Isabella została sama w mieszkaniu Juliette Oiseau. Dopiero teraz zorientowała się, że pod fantazyjnymi falbankami i żabotami kryją się mroki przeszłości. Dawne życie skrywa liczne tajemnice i spieszne pożegnania, ale zostały po nim marzenia i siła siostrzanej miłości. Isabella musi szybko wyruszyć na poszukiwanie prawdy, zanim będzie za późno, i uratować wigilijną tradycję, o której jej ekscentryczna przyjaciółka najwyraźniej chce zapomnieć.
Wydawnictwo: Literackie
Data wydania: 23 listopada 2017 r.

Wpadło Wam coś w oko? Ja w listopadzie zdecydowałam się ograniczyć liczbę recenzenckich. Muszę nadrobić zaległości i przeczytać swoje lektury. Macie już plany na ten miesiąc?

* Wszystkie opisy i streszczenia fabuły pochodzą ze stron wydawnictw.

Reklamy

Amerykański sen czy nordycka teoria miłości?

Ameryka i Finlandia to dwa kraje, które w jakiś sposób mnie fascynują. Ten pierwszy dlatego, że do bólu rozkochał mnie w nim Frank Sinatra, a wychowana na amerykańskiej literaturze, przez wiele lat żyłam całkowicie zanurzona w ich (pop)kulturze. Co prawda na początku czytałam powieści raczej lekkie, ale i wśród nich znalazło się parę perełek – „O dzień za późno, o dolara za mało” czy „Dolina lalek” to dwie fascynujące książki, pokazujące jak funkcjonują (lub raczej funkcjonowali) obywatele Stanów. Z wiekiem zaczęłam sięgać po literaturę dojrzalszą. „Zabić drozda”, „Smażone zielone pomidory”, „Małe życie”, ostatnio przeczytane „Niksy”, proza Fitzgeralda i Hemingwaya zafascynowały mnie Ameryką tak bardzo, że przez wiele lat sądziłam, że nie ma kraju doskonalszego.
Ale z drugiej strony jest przecież Finlandia, o której wiem… bardzo niewiele. Jednak to kraj skandynawski, ojczyzna Tove Jansson, nie może być mi więc obojętny. Naczytałam się już sporo o Norwegii, Szwecji czy Islandii, dlaczego miałabym więc nie pokochać Finlandii? Wydawało mi się, że taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę.
Kiedy nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego pojawiła się pozycja, która łączy te dwa kraje, porównuje je ze sobą i wybiera wśród nich jeden, w którym lepiej się żyje, wiedziałam, że będzie to fenomenalna lektura. Nie pomyliłam się. „Ameryka po nordycku” jest warta uwagi każdego, bo przecież każdy z nas o ile sam nie interesuje się amerykańskością, to siłą rzeczy żyje zanurzony w jej popkulturze.


Anu Partanen postanowiła wyjechać do Stanów Zjednoczonych, by móc żyć blisko swojego narzeczonego. Początkowo latali do siebie nawzajem, jednak szybko zrozumieli, że utrzymanie takiego związku na odległość – między dwoma kontynentami – jest w istocie bardzo trudne. Wybór wydawał się więc prosty – ona znała perfekcyjnie angielski, on po fińsku nie potrafił powiedzieć ani słowa, jego trzymała tam praca, ona jako dziennikarka mogła w każdej chwili pracować jako freelancer. A że związek wymaga poświęceń, to Anu postanowiła zakończyć rozdział, którym było jej fiński życie, i zamieszkać w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Choć początkowo towarzyszyły jej na przemian strach i ekscytacja, szybko zrozumiała, że życie w Ameryce wcale nie jest takie kolorowe, jak to sobie wyobrażała, a amerykański sen jest przestarzałym mitem, którego na pewno nie da się spełnić w Ameryce.

„Ameryka po nordycku” to zestawienie ze sobą kilku aspektów fińskiego i amerykańskiego życia. Najdłuższe rozdziały poświęcone są wychowaniu dzieci, szkołom, opiece medycznej i pracy. Dopiero wyjechawszy z Finlandii autorka potrafiła ocenić wszystkie zalety swojego kraju, których wcześniej nie dostrzegała. Była zdziwiona faktem, że w Ameryce nie istnieje coś takiego, jak darmowa opieka medyczna dla każdego obywatela. W Finlandii mogła pójść do takiego lekarza, jakiego chciała – z publicznego funduszu zdrowia lub prywatnie, jednak obie te usługi były świadczone na tak samo wysokim poziomie. W Ameryce by się leczyć (nieważne, czy w grę wchodzi ebola czy zwykła grypa) trzeba mieć wykupione kosztowne ubezpieczenie zdrowotne. Zazwyczaj zajmuje się tym pracodawca, ale kosztami dzieli się z pracownikiem. Co z tego wynika? Biedni czy bezrobotni nie mogą sobie pozwolić na opiekę medyczną, a za każdy zabieg, który nie jest objęty polisą zdrowotną, Amerykanin dostaje rachunek, opiewający nawet na kilkanaście (kilkadziesiąt!) tysięcy dolarów. Anu Partanen opisuje absurdy amerykańskiego systemu zdrowotnego – opowiada o pacjentach, którzy woleli wyrwać bolący ząb, niż go leczyć, bo usunięcie było znacznie tańsze. O matkach, które w kilka dni po porodzie muszą wracać do pracy, by utrzymać posadę. O małżeństwach, które często decydują się na zmianę pracy tylko dlatego, by uzyskać lepsze ubezpieczenie dla całej rodziny. W końcu o kroplach do nosa, które w Hiszpanii kosztują nieco ponad 20 euro, zaś w Ameryce przekraczają cenę 200 dolarów, bo nie są refundowane.
Niedługo zatem po przybyciu do Ameryki ogarnęły ją wątpliwości – a co jeśli zachoruje i nie będzie jej stać na leczenie? Jeśli będzie miała wypadek? Z czego pokryje rachunek przesłany przez szpital? Czy wyląduje na bruku jak ci bezdomni szwendający się po Nowym Jorku?

Znacznie surowiej Amerykanie podchodzą też do wszelkich urlopów – o ile Finom przysługują cztery tygodnie wolnego w lato, do 6 tygodni urlopu po operacji, a także urlop macierzyński i kolejne lata na wychowawczy, tak w Ameryce nawet chory po zabiegu musi postawić się jak najszybciej na nogi, bowiem pracodawcy nie są aż tak wyrozumiali. Utrzymanie życia na poziomie średniej klasy amerykańskiej rodziny jest co raz trudniejsze, z czego rodzą się skrajności – z jednej strony biedni, których nie stać na opiekę medyczną, z drugiej bogacze, afiszujący się swoim majątkiem.

Zupełnie inne wydaje się być też podejście do życia i wychowania dzieci. Wraz z podjęciem studiów przeciętny fiński nastolatek staje się już osobą dorosłą, zmuszoną by na swoje studia i utrzymanie zapracować samemu. Amerykański dzieciak zaś żyje w przekonaniu, że dzięki tysiącom dolarów swoich rodziców nie musi troszczyć się o przyjęcie do najlepszych college’ów w całych Stanach. W Finlandii dzieciom wmawia się, że nie są nikim wyjątkowym, że niczym nie różnią się od innych i wszyscy mają równe szanse. Amerykanin dorasta w przekonaniu, że to właśnie on jest ową jednostką wybitną, stworzoną do wyższych celów niż reszta społeczeństwa, skazaną na sukces i zdobycie fortuny.

To tylko nieliczne przykłady, które pozwoliłam sobie omówić w tej recenzji jako ciekawostki, które zachęciłyby Was do sięgnięcia po książkę. Partanen nie tylko wskazuje na różnice – ona je analizuje, rozmawia o nich z innymi, szuka rozwiązań, pokazuje, czego te dwa kraje mogą się wzajemnie od siebie nauczyć. Chociaż postanawia zostać a Ameryce i w końcu staje się jej prawną obywatelką, dochodzi do wniosku, że to Finlandia jest nową Ameryką – krajem możliwości, krajem dającym szansę rozwoju, niemalże pod każdym względem lepszym i wygodniejszym do życia.
Nie jest to bynajmniej książka pisana w chwalebnym duchu ku pochwale swej ojczyzny, lecz rzetelna, ciężka praca porównawcza.
Z ogromną ochotą sięgnęłabym po tak dogłębne analizy systemów innych krajów, bowiem z mitu amerykańskiego snu wyleczyłam się raz na zawsze. Partanen pokazuje, że mimo iż Ameryka to kraj nowoczesny i rozwinięty, jej system w wielu przypadkach jest przestarzały i zacofany, a obywatel nie może czuć się tam pewnie – w przeciwieństwie do Finlandii, życie Amerykanina jest pełne trosk i pytań dotyczących przyszłości. Co więcej, „Ameryka po nordycku” może być źródłem informacji, wykorzystanym przez naukowców w swoich pracach, ale i miłą lekturą na jesiennie wieczory – czyta się ją jak dobry reportaż, lekko, szybko, z nieschodzącym z ust wyrazem zdziwienia.

Twardoch w opowiadaniach

Proza Twardocha uważana jest za typowo męską – jego bohaterom nie straszna wojna i zadane na niej rany, chętnie wplątują się w bójki, sprawiedliwość wymierzają na własną rękę. Czasem dochodzi do gangsterskich porachunków, w jego światach aż się roi od pięknych, acz niebezpiecznych kobiet. Czasem pojawia się też owo charakterystyczne „coś”, które czuwa nad człowiekiem, z melancholią w oku patrzy na jego poczynania. Nie inaczej było w „Balladzie o pewnej panience”, najnowszej książce Twardocha, którą stanowią wybrane opowiadania pisane na przestrzeni wielu lat. Opowiadania cielesne, krwiste, prawdziwe i aż do bólu przepełnione agresją i erotyzmem.


Muszę przyznać, że opowiadania nie stanowią mojej ulubionej formy literackiej. Nie chodzi o to, że są za krótkie i przyzwyczajona, a nawet przywiązana do bohaterów muszę się z nimi szybko żegnać. Zdaje mi się, że opowiadania to forma w swej prostocie i zwięzłości najtrudniejsza – na kilkunastu stronach, w rzadkich przypadkach na kilkudziesięciu Twardoch musiał podołać stworzeniu świata tak namacalnego, aby wydawał się czytelnikowi prawdziwy. Nie miał również tej swobody, by opisywać pewne wydarzenia i zjawiska – opowiadanie musi się przecież dziać, bohaterowie muszą być w ciągłym ruchu, a dni zobowiązane są mijać tak szybko, jak tylko to możliwe. Zbędnym jest tutaj odpowiadanie na pytanie, czy podołał, bowiem Twardoch to dobry pisarz i wszystko, co wychodzi spod jego pióra jakąś wartość ma. Ale jak to zwykle z opowiadaniami bywa, były takie, które mnie poruszyły i takie, obok których przeszłam obojętnie.

Jednym z nich było opowiadanie tytułowe, jedno z najdłuższych w tym zbiorze. Zaciekawiło mnie na tyle, by przeczytać od razu inne, zachwycona jednak nie byłam. Owa „pewna panienka” okazuje się sztandarowym przykładem femme fatale – może nie jest ucieleśnieniem piękna, ale coś w sobie ma, zarówno w wyglądzie, jak i charakterze, że doprowadza mężczyzn do szału. Jak się można domyślić, drugie z opowiadań – „Ballada o Jakubie Bieli” – osadzone jest na śląsku, w śląskiej kulturze i śląskiej tonacji. „Ewa i duchy” to jedno z moich ulubionych opowiadań z tego zbioru, bo – paradoksalnie – chyba najdelikatniejsze. To historia zdrady, nadziei i desperacji kobiety, poszukiwania miłości tam, gdzie jej nie ma. Jako jedno z nielicznych opowiadań nie posiada w sobie nutki tego agresywnego erotyzmu i epatowania seksualnością. Szczególnie spodobały mi się jeszcze dwa teksty – „Tak jest dobrze” i „Masara”. Pierwsze z nich dzieje się na Spitsbergenie – w miejscu dla Twardocha szczególnym. Drugie to opowiadanie o nastolatce gnębionej przez rówieśników ze względu na rozmiar swojego ciała, swoją tuszę.


Cały zbiór opowiadań posiada w sobie jakąś cząstkę agresji i erotyzmu – większość z historii, które zapisuje Twardoch w jakiś sposób powiązane są z seksem, gniewem, zemstą. To – taki rodzaj bardzo desperackiej, bardzo narzucającej się seksualności – nie do końca mi odpowiadał, dlatego też spora część z tych opowiadań, pomimo że literacko są to bardzo dobre teksty, nie przypadła mi do gustu.
Miło było mi również uczestniczyć w spotkaniu z Twardochem w Katowicach (pozwólcie, że z grzeczności nie wspomnę o poziomie prowadzenia tego spotkania), podczas którego dowiedziałam się paru ciekawych rzeczy – między innymi tego, że opowiadanie „W piwnicy” było swoistym żartem literackim zwróconym w stronę synów pisarza.



Śladami przeszłości

Podejmowałam złe decyzje. Jedna po drugiej – przyznaje po latach bohaterka „Niksów”. Bo zazwyczaj tak właśnie jest, że kiedy mamy podsumować pewien etap naszego życia, mylne wybory dominują nad tymi dobrymi, których dokonaliśmy. Ale to jeszcze nie wszystko, bo gdyby głębiej się nad sprawą pochylić, dojdziemy do wniosku, że zazwyczaj to inni decydują za nas – czasem są to osoby, którymi się otaczamy – zarówno nasi bliscy, jak i wrogowie – najczęściej jednak to życie bierze na swoje barki ciężar tej odpowiedzialności. Kręci nami w kółko niczym w „ciuciubabce”, uwielbianej przez dzieci, a później z tymi zawiązanymi oczami pcha nas do przodu. A my jak ślepcy z mocno wyciągniętymi przed siebie rękami próbujemy złapać się czegoś, co zapewniłoby nam bezpieczeństwo i stabilność, choć najczęściej jednak się wywracamy. Bo życie to tak naprawdę niekończąca się kombinacja ludzkich prób i błędów, upadków i powolnych, mozolnych prób podniesienia się z kolan. A w końcu i tak to, co kochasz najbardziej, kiedyś zrani cię najmocniej.


Faye opowiadała czasem Samuelowi bajki na dobranoc. Nie były to jednak zwykłe opowiastki, jakimi matki raczą swoich synów – były to przywiezione przez jej ojca mity i legendy z mroźnego, bo wysuniętego najbardziej na północ, miasta Norwegii. Opowiadała mu między innymi o niksach, nawiedzających ludzi duchach – nie do końca złych, ale rzec można: nieco samolubnych. Bo gdy tylko coś poszło nie po ich myśli, niksy wściekały się na ludzi i ogarniały ich swoim gniewem, wciągały do swojego świata, nie pozwalały o sobie zapomnieć, okrutnie karały za pychę, krnąbrność, grzeszne myśli czy dumę… Zrzucały dzieci z wąwozu, kazały tańczyć do upadłego, do zdartych do krwi stóp i strzępów materiału, które zostały z ich ubrań. Każdy widzi je inaczej, choć nie tak łatwo je zauważyć – pojawiają się w naszym życiu w stosownym momencie. Kiedy Faye zobaczyła swoją niksę, doszła do wniosku, że ludzie nawzajem dla siebie mogą się okazać niksami. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że stanie się czymś takim dla Samuela – takim cieniem, duchem, najbliższym mu na świecie, lecz jednocześnie nieustannie go raniącym. Kiedy zdała sobie z tego sprawę zrozumiała, że pora odejść.

Czasem tak bardzo przejmujemy się swoim życiem, że nie widzimy, iż jesteśmy drugoplanowymi postaciami w historii kogoś innego.

Samuel miał dziesięć lat, kiedy zostawiła go matka. Szczegółowo zapamiętał ten dzień, jak zresztą inne ważne i przełomowe, następujące po nim zdarzenia. Od kiedy zabrakło w domu tej czułej i kobiecej ręki, całe jego życie zdawało się być równią pochyłą, zmierzającą ku jego rychłemu upadkowi. Zakochany nieszczęśliwie, wplątany w ciężką, choć prawdziwą przyjaźń, aspirująca do bycia słynnym pisarzem ostatecznie kończy jako samotny wykładowca literatury na uniwersytecie, który cały swój czas spędza w… Elflandii – komputerowej rzeczywistości, której mieszkańcami są elfy, orki i trolle. W swoim drugim żywocie Samuel jest więc elfem i to życie – choć tak mało realne i nienamacalne – wydaje mu się lepsze. Zdarza się jednak coś, co każe porzucić mu to wszystko – Elflandię, kłopoty z nieuczciwą studentką, tęsknotę za Bethany – by odkryć tajemnicę matki. Pewne wydarzenia zmuszają Samuela, by znalazł odpowiedzi na pytania: co stało się w Chicago w 68′? Co zmusiło Faye, by zrezygnowała ze swoich marzeń? I dlaczego go zostawiła – 10-letniego chłopca, potrzebującego jej miłości? Ta podróż w przeszłość okaże się bardzo trudnym i wymagającym poświęceń, lecz przełomowym momentem w życiu Samuela. Bo chociaż prawda zrani zarówno jego, jak i Faye, być może w końcu – po tylu latach – zdołają się uwolnić od swoich niks…

Pwnage powiedział kiedyś Samuelowi, że ludzie w naszym życiu dzielą się na wrogów, przeszkody, zagadki lub pułapki. I zarówno dla Samuela, jak i Faye latem dwa tysiące jedenastego ludzie byli zdecydowanie wrogami. Oboje oczekiwali od życia głównie tego, żeby wszyscy zostawili ich w spokoju. Samotnie jednak nie da się znieść tego świata i im dłużej Samuel pisał swoją książkę, tym bardziej sobie uzmysławiał, jak bardzo się mylił. Bo jeśli widzi się w ludziach wrogów, przeszkody lub pułapki, prowadzi się z nimi i z samym sobą wieczną wojnę. Natomiast gdyby uznać, że widzi się w nim ciągłe zaskoczenia, bo ostatecznie, jeśli sięgnie się wystarczająco głęboko, jeśli zajrzy się pod maskę czyjegokolwiek życia, zawsze znajdzie się coś znajomego.
To oczywiście wymaga większego wysiłku niż uznanie wszystkich za wrogów. Zrozumienie jest zawsze trudniejsze niż czysta nienawiść. Ale dzięki niemu życie się rozszerza. Przestaje doskwierać samotność.


Podobno Nathan Hill pisał „Niksy” przez ponad 10 lat, co już na samym początku, budziło moje wątpliwości, jako czytelnika. Bo załóżmy – mimo iż dzieło to ma ponad 800 stron – czy coś, co zabiera autorowi tak ogromny kawał jego życia, coś, co przez 10 lat nie daje mu spokoju, może być tak nieskończenie dobre? Ale chwilę później, gdy w ten sposób o tym pomyślałam, w myślach zamigotała mi Donna Tartt. Komóż, jak nie jej, pisanie jednego dzieła zajmuje średnio dziesięć lat? A przecież i „Tajemna historia” i „Szczygieł” mocno mnie w sobie zauroczyły, ba! Rozkochały!
To porównanie nie jest tutaj zresztą tak całkowicie bezużyteczne i bezsensowne, bowiem ilekroć zagłębiałam się w świecie „Niksów”, tym bardziej odczuwałam, że ta literatura – ta historia i fabuła – to mieszanka dwóch amerykańskich, wielkich pisarzy, mianowicie Donny Tartt i Philipa Rotha.
To powieść całkowicie zanurzona w kulturze, a wręcz popkulturze amerykańskiego społeczeństwa, opisująca nie tylko wędrówkę bohatera ścieżkami przeszłości, lecz przede wszystkim osadzająca ich – wszystkie jej postaci – w jądrze najważniejszych zdarzeń i zjawisk w amerykańskiej historii, jak ruch hippisowski i ich demonstracje przeciwko wojnie w Wietnamie czy zamach na World Trade Centre. A jednocześnie – obok tej podniosłości i agresywności zdarzeń – mamy postać Guya Periwinkle’a, który rozładowuje w powieści napięcie – jest bowiem przykładem typowego amerykańskiego kapitalisty, który bogaci się w czasie, kiedy wszyscy się bogacą, showmana, łowcę talentów, współpracującego z hollywoodzkimi gwiazdami.
Największym plusem tej książki jest zdecydowanie historia Faye – postaci, która z początku zdaje się być bohaterką drugoplanową, z czasem jednak przejmującą opowieść i dostosowującą ją do siebie.

„Niksy” to napisana z rozmachem, bardzo dobra i wielka literatura – i nie boję się w tym przypadku używać tego słowa i, co więcej, biorę za nie pełną odpowiedzialność. Wciągająca fabuła, mnogość wątków, mknąca do przodu akcja, a także kontekst kulturowy i historyczny Stanów Zjednoczonych składają się na wielkość tej powieści. Od bardzo dawna nie miałam okazji czytać czegoś aż tak dobrego.

Dostojewski na katordze

Od 1845 roku Fiodor Dostojewski, wraz z innymi młodymi rosyjskimi intelektualistami przynależał do Koła Pietraszewskiego, w którym dyskutowano i analizowano na tematy powszechnie zabronione: zachodniej literatury i filozofii, a także krytykowano rządy cara, ówczesny ustrój Rosji, jej zacofanie ekonomiczne, gospodarcze i kulturowe. Zajęcie to zostało mocno skrytykowane przez cara Mikołaja I, członkowie Koła uznani za zagrażających caratowi, a ich poglądy określone jako szerzenie zapadniczelstwa, czyli myśli zachodniej. By zapobiec jej dalszemu rozwojowi, ostatecznie w 1849 roku car postanowił rozwiązać Koło i zaaresztować jego członków. Pierwotnie skazano ich na śmierć poprzez rozstrzelanie, jednak później karę tą przemieniono w cztery lata ciężkich robót, zwanych katorgą. Tam na Syberii, przebywając w towarzystwie największych rosyjskich złoczyńców – morderców i gwałcicieli – Dostojewski analizował rosyjskiego ducha, naturę człowieka, tworząc w końcu „Wspomnienia z martwego domu”.


Już od pierwszych stron była to lektura trudna, gorzka, a nade wszystko bolesna, choć jednocześnie niezwykle interesująca. Dostojewski przebywanie na katordze potraktował jako wyzwanie, doświadczenie życiowe, okazję do obserwacji, nauki i wyciągnięcia życiowych wniosków. Chociaż głównym bohaterem „Wspomnień” jest Aleksander Pietrowicz Gorianczykow skazany za zabójstwo żony, w posiadanie którego dzienników wchodzi narrator, to jego przeżycia bardzo często pokrywają się z tym, co przeżył sam Dostojewski w Omsku.
Przebywając na katordze Dostojewski przygląda się ludziom, ocenia zmiany, jakie się w nich dokonały i podaje nam ich charakter, jak na tacy – bowiem w obozie znajdują się ludzie najróżniejsi – od zwykłych awanturników i podrzędnych rzezimieszków, poprzez przestępców politycznych (jak on sam), aż po ojcobójców, którzy często o dokonanym przez siebie czynie mówią bez cienia skruchy, z dziką satysfakcją. To właśnie w takim towarzystwie, ponosząc nadludzki wysiłek na robotach, przebywał Dostojewski w przeciągu 4 lat.
Szczególnie na początku główny bohater „Wspomnień” ponosi ogromny trud – jako że wywodzi się ze stanu szlacheckiego, większość więźniów odnosi się do niego z pogardą i zazdrością, lekceważąc go, ignorując jego istnienie, racząc go jedynie zawistnymi spojrzeniami. Uważają go za „Pana”, siebie zaś za zwykłe społeczeństwo. Potrzeba czasu, by przekonali się, że mimo iż szlachcic w tym miejscu – na katordze – jest równy im, bowiem taką samą karę ponosi i płaci za swoje przewinienia równie wielką cenę.

Dostojewski z ogromną precyzją dokonuje studium ludzkiej natury i charakteru. Spogląda na więźniów o mniej ludzkich uczuciach i tych, którzy serca mają nieco żywsze, obserwuje ich, próbuje zrozumieć co doprowadziło ich do czynu, za który znaleźli się na katordze. To doskonałe studium człowieka – najprościej mówiąc, bo mowa tu przecież o jego charakterze, naturze, dobrej i złej woli… Nie brak tu również opisów poświęconych wzajemnych relacjom między więźniami, ich zwyczajami i rutyna obozowego życia.
To najbardziej osobiste z dzieł Dostojewskiego i tym samym chyba najbardziej chwytające za serce.