Jane Eyre i tajemnica Thornfield

Nie z każdego brzydkiego kaczątka może wyrosnąć piękny łabędź, ale każde brzydkie kaczątko zasługuje na piękne i niesamowite życie. Co więcej, jeśli tylko otworzyć oczy szeroko, ono naprawdę jest w zasięgu ręki.

Kiedy Jane Eyre była małą dziewczynką, została sierotą, zdaną na łaskę wychowania ciotki. Ta jednak, nie mając do dziewczynki tyle serca, co do własnych dzieci, karała ją srogo za każde nieposłuszeństwo. Dodać trzeba, że nieposłuszeństwa te nie były spowodowane krnąbrnością Jane, lecz wybrykami jej kuzynów. Ciotka jednak zapatrzona w swoje skarby, nie wierzyła sierocie ani na słowo. W końcu, nie mogąc dłużej znieść jej obecności we własnym domu, wysłała ją do szkoły z internatem – takiej, którą ciężko było przetrwać.

Mówi się, że Bóg nie daje człowiekowi większego ciężaru, niż ten mógłby udźwignąć. Każdy niesie swój krzyż i z nim na barkach zmaga się z każdą przeżytą godziną. Czas, który Jane spędzała w szkole w Lowood był czymś w rodzaju walki. Dziewczynka ta, o silnym i niezłamanym charakterze, zdołała ją jednak wygrać. Niedługo po swoich osiemnastych urodzinach, pojawiła się u bram Thornfield, przysłana na posadę nauczycielki.

Zobaczywszy ogłoszenie w gazecie, Jane nie zamierzała zwlekać. Napisała odpowiedź i w parę tygodni później była już gotowa, by stać się guwernantką małej dziewczynki. Czy wiedziała, że za bramami starego dworu Thornfield spotka ją coś niesamowitego? Zapewne nie zdawała sobie z tego sprawy, bowiem miejsce wydawało jej się takie, jak wszystkie inne dwory _ ciche, spokojne, idealne, by oddać się dumaniu i nastrojowi melancholii. Jednak wraz z pojawieniem się sir Edwarda Fairfax Rochestera, pana tego domu, wszystko zaczęło nabierać nowych barw. Młodziutka Jane miała czasem wrażenie, że jej pracodawca z nią flirtuje, poszukuje z nią kontaktu, ale usilnie próbowała wybić sobie te bzdury z głowy. Czy to możliwe, że bogaty Rochester zakochałby się w Jane bez grosza przy duszy? Z każdym spędzonym tam dniem Jane zaczęła poznawać dwór bardziej, a wraz z tym pojawiały się pytania: dlaczego pracownicy sądzą, że pan Rochester jest dziwny? I kim jest Gracja Pool, która śmieje się czasem szaleńczym śmiechem? Jaką tajemnicę skrywają stare mury? Kto przechadza się wieczorami po pokojach? Czy dwór jest nawiedzony, czy może spadła na niego jakaś klątwa?

Nie było na świecie głupszej istoty od Jane Eyre; nie było na świecie niedorzeczniejszej idiotki, karmiącej się słodkimi kłamstwami, połykającej truciznę, jak gdyby to był nektar.

Już wkrótce po jej przybyciu, w Thornfield zaczynają się dziać niestworzone rzeczy. Jane nasiąka atmosferą nie tylko grozy, ale przede wszystkim strachu…

„Dziwne losy Jane Eyre” to najsłynniejsza powieść Charlotte Brontë, o ile nie najsłynniejsza z powieści wszystkich sióstr. Powieść kultowa, klasyka, jedna z najchętniej czytanych książek literatury angielskiej. Siostry Brontë ceni się za to, że wiernie towarzyszą samemu życiu, opisując i ważąc losy swoich bohaterów. Tu nic nie jest albo „czarne”, albo „białe”, bowiem zdarzają się mieszanki wybuchowe. Dwie szklanki miłości miesza się z nutką goryczy, szczyptą żalu, kilkoma łyżkami samotności i ziarnkiem cierpienia. Wszystkie składniki po połączeniu dają książkę, która bez względu na epokę i wiek czytelnika, bezsprzecznie będzie zachwycać.

Historia młodziutkiej dziewczyny, która odważyła się marzyć, pokazuje nam, że nigdy nie jest za późno, by sięgnąć po swoje szczęście – nawet jeśli ówcześnie trzeba ponieść pewną ofiarę. Jane jest bohaterką, która bez względu na wszystko chce postępować słusznie. Chociaż nie ma rodziny pragnie być czystą przed własnym sumieniem.
Nikt nie przedstawi Wam miłości tak doskonałej, tak prawdziwej i tak silnie odczuwalnej, jak siostry Brontë. Rozkoszowałam się powieścią :Dziwne losy Jane Eyre” przez kilka dnia i jestem pewna, że jeszcze po nią sięgnę – bo prócz romansu, to niesamowita opowieść o życiu: przeznaczeniu, Bogu, prawdzie, przebaczeniu, losie i tej zwykłej, ludzkiej dobroci.

Reklamy

Miłość za murami Auschwitz

To mogłaby być jedna z wielu zwykłych historii miłosnych: poznają się w momencie, kiedy oboje znajdują się w fatalnej sytuacji, mając na głowie masę problemów. On jej mówi, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie, a ona mu wierzy, chociaż zdaje sobie sprawę, że bynajmniej nie teraz, kiedy wyglądem nie przypomina człowieka, tylko wesz. No właśnie, wesz. Taką, co to musi zginąć pod butami prześladowców, zdeptaną bez godności.
To mogłaby być jedna z wielu miłosnych opowieści, bo przecież dawał jej czekoladki, a nawet udało mu się zerwać dla niej jednego kwiatka. Gdyby chciał, to i diamenty by jej dał.
Mogłaby. Ale nie jest. Bo miejsce, w którym znajdują się Lale i Gita naznaczy nie tylko ich do końca życia, ale odciśnie się piętnem na całej ludzkości. Bowiem historia Lalego i Gity rozpoczyna się w Auschwitz.

Lale jest szczęściarzem, bo zawsze spada na cztery łapy – jak kot. Gita w szczęście nie wierzy, ale zrywa czterolistne koniczynki i daje je esesmanom, żeby uniknąć kary albo dostać dodatkową porcję chleba. Poznają się, kiedy on zbliża igłę do jej skóry, zamierzając naznaczyć ją do końca. Jest Tatowiererem, tatuażystą z Auschwitz.

Początkowo się opierał, bo o ile mężczyzn mógł tatuować, tak nie chciał ranić tych nieskalanych kobiecych ciał. Szybko jednak zrozumiał, że żeby żyć, musi robić wszystko, aby uniknąć śmierci. Słuchać rozkazów, nie patrzeć w oczy, przytakiwać, nie opierać się. Jako dwudziestosześciolatek ma głowę wypełnioną planami i marzeniami. Często myśli o kobietach, które przychodziły do sklepu ojca – o ich zapachu, dotyku, delikatności i ulotności polnych kwiatów. Wszystkie z nich kochał, ale żadna nie zdobyła serca. Udało się to uczynić tylko jednej – łysej Gicie w pasiastym ubraniu.

Kiedy ją poznał, obiecał sobie jedno – że zrobi wszystko, aby ją uratować. A później będą się mogli kochać kiedy i gdzie będą chcieli.

Jako Tatowierer Lale miał uprzywilejowaną pozycję – był chroniony, dostawał dodatkowe racje, jeśli chciał, mógł nawet poprosić o przysługę, licząc się oczywiście z konsekwencjami. Z czasem zaczął robić pożytek z funkcji, jaką obejmował – szmuglował jedzenie dla kolegów z baraku nr 7, obdarowywał Lizę czekoladą i przekupywał innych. Ale jak długo kot może spadać na cztery łapy? Z czasem sprawy zaczęły się komplikować, a Lale przestał być ważny…

Heather Morris została wybrana przez Lalego Sokołowa, by opowiedzieć tą historię i podzielić się nią z całym światem. Bohater – Lale Sokołow – zdecydował się na wydanie książki dopiero po śmierci swojej małżonki, Gity.

Chociaż „Tatuażysta z Auschwitz” to historia niezwykłej miłości zrodzonej w miejscu beznadziejnym, brakuje jej nieco na autentyczności. W posłowiu autorka tłumaczy, że głównym wątkiem, na którym się skupiła, była miłość pomiędzy Lalem, a Gitą, bowiem nie chciała dawać czytelnikom kolejnej lekcji historii. Przez to potencjał fantastycznej opowieści nie jest do końca wykorzystany – obrazy obozowych tragedii tylko wzmocniłyby prawidłowy wydźwięk opowieści. Choć przeczytałam jednym tchem, brakowało mi tych elementów, które potwierdzałyby, jak strasznym miejscem było Auschwitz. Niestety te ciężkie dla odbiorcy momenty – egzekucje i kremacje – można policzyć na palcach jednej ręki. Autorka z lekkością opisuje przebieg meczu pomiędzy więźniami a essesmanami, lecz stroni od przekazania odbiorcy traumy głównego bohatera. Tak mała ilość prawdziwych obozowych obrazów sprawia, że miejsce to wydaje się nie być aż takim piekłem, jakim w rzeczywistości jest – Lale z łatwością szmugluje żywność, karmi dziewczyny czekoladą, mężczyznom rozdaje kiełbasę, gra w piłkę, dostaje dokładkę, prosi esesmanów o przysługi, w wolnym czasie uprawia z Gitą seks, a nawet sypie poradami na prawo i lewo, zwracając się do Baretzkiego, z którym nie stroni od żartów i pogawędek. Tak błahe opisanie sytuacji wpływa zdecydowanie na inny odbiór książki. Baretzki, który „zasłynął” niechlubnie jako jeden z najgorszych członków SS w Auschwitz jest tu opisany z dystansem, a nawet pomimo jego gróźb i oddanych z pistoletu strzałów, zdaje się, że postać można polubić. Morris z lekkością pokazuje, że obóz można przetrwać, o ile tylko ma się spryt i szczęście Lalego. Niestety rzeczywistość kształtowała się zgoła inaczej.

Historia Ludwika Eisenberga (tudzież późniejszego Sokołowa) i Gity Furman zapiera dech w piersiach. To niesamowite świadectwo, że miłość można przetrwać nawet w najgorszych warunkach, bo to ona daje nadzieję i oparcie. Bohaterowie tacy jak Lale i Gita pokazują, że ciężko osądzać więźniów, którzy robili wszystko, by przetrwać. Nie sposób dziś postawić się w ich sytuacji i jednoznacznie ocenić ich postępowania. Sama jednak powieść, „Tatuażysta z Auschwitz”, jest według mnie nie do końca wykorzystanym potencjałem. Morris, podobnie jak dowódcy SS, dostała od Lalego diament – wystarczyło go oszlifować, by błyszczał i zachwycał, tymczasem ona przeczyściła go ścierką i pokazała innym. Zachwyca, ale to zależy z której strony się na niego spojrzy. Jest piękny, ale jednak nie w całości.

Mała dziewczynka i straszny, ogromny cień

Czy kiedykolwiek jako dziecko zastanawialiście się, kim jest „ to coś”, co chodzi za Wami dzień w dzień, noga w nogę? Nie odpuszcza nawet wtedy, kiedy temperatura sięga powyżej 30 stopni, ani kiedy na zewnątrz zapada zmrok. Nie straszny mu las, ani pusta ulica… Nie boi się nawet Waszego psa! Hortensja, mała, bystra dziewczynka z ogromnym i jakże dobrym serduszkiem, postanowiła się z tym czymś zmierzyć… Postanowiła stawić czoła własnemu cieniowi!

Hortensja była dobra i pomocna, i chociaż cieszyła się swoim życiem, coś wiecznie nie dawało jej spokoju. Bała się odwrócić za siebie, bała się iść sama przez ciemny las, bo cień nieustannie wlókł się za nią. Najgorsze dla dziewczynki były te dni, kiedy rósł w jej oczach, wydłużał się i wydłużał, stawał się coraz większy, większy nawet niż Hortensja, a później wchłaniał w swój mrok jej postać…

Pewnego razu, Hortensja powiedziała sobie, że tak dłużej być nie może, o nie! Postanowiła dzielnie stawić czoła cieniowi, w końcu się od niego uwolnić. Szczerze go nienawidziła! Zaczęła ganiać po ogrodzie, a później nagle wskoczyła przez okienko i raz na zawsze odcięła od siebie swój cień… Cień jęczał i wił się zza szybą, ale dziewczynka była uradowana, że raz na zawsze się od niego uwolniła…

Jednak pewnej nocy, gdy Hortensji groziło niebezpieczeństwo, ktoś przyszedł jej na ratunek. Dziewczynka postanowiła podziękować dzielnemu przybyszowi, a jakże wielkie było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że zna się z nim bardzo dobrze!

„Hortensja i cień” to przepiękna bajka o tym, by nie bać się tego, co z pozoru wydaje się straszne i niezrozumiałe. W lesie pełnym wilków tytułowa bohaterka zrozumiała, że dziewczynka bez swojego cienia staje się bardzo, bardzo malutka…

Miłość, co drwi z ludzi

Miłość bywa ślepa tak, jak i ślepy bywa los. Czasem wydawać się może, że znamy kogoś lepiej, niż siebie samego, że jego złe czyny nie są nam niespodzianką, a co więcej – swego rodzaju misją, by owego człowieka sprowadzić na dobrą drogę. Jesteśmy zdecydowani, by całe swoje życie poświęcić jednej osobie, wykazujemy gotowość, by je za nią oddać, a na końcu okazuje się, że miłość postanowiła tym razem z nas zadrwić. Czy można żyć ze złamanym i upokorzonym sercem? I jak po takim ciosie, którym jest brak uczucia, stanąć powtórnie na nogi?

Wierzę bowiem, że nadzieja kończy się dopiero wtedy, gdy kończy się życie.

W miejscowości L. aż huczy od plotek. Otóż w jednym ze starych domów – podupadającej ruinie – zamieszkała samotna kobieta z dzieckiem. Przychylnie nastawieni, ale daleko bardziej ciekawscy nowego mieszkańca sąsiedzi, postanowili odwiedzić Panią Graham, wypytując ją tym samym o wszystko, na co zdoła udzielić odpowiedzi. O ile z początku wydaje im się kobietą porządną i skrytą, tak czar ten pryska wtedy, kiedy po raz kolejny owa dama nie pojawia się na mszy. Co więcej, ściany mają uszy… Niedługo po jej przybyciu do Wildfell Hall, Pani Graham, staje w epicentrum plotek. Dlaczego kobieta z dzieckiem mieszka w tak starym domu bez męża? Co zmusiło ją, by zarabiać na życie, sprzedając obrazy? I przede wszystkim: Co łączy ją Federickiem, którego kilkakrotnie widziano w jej ogrodzie?

Z dnia na dzień Pani Graham traci owy tajemniczy urok i okrywa się złą sławą. Mieszkańcy są jej nieprzystępni, lecz jest wśród nich jeden, zdecydowany bronić imienia kobiety, która przez tak krótki czas stała się mu przyjaciółką. Gilbert Markham zamierza poznać przeszłość Helen, by móc ze spokojnym sumieniem bronić jej dobrego imienia. Ale czy ona okaże mu na tyle zaufania, by wyjawić wszystkie swoje sekrety? I czy on, Gilbert, nie straci odwagi w obliczu wszystkich plotek, które do niego docierają? Czy można kochać i jednocześnie nie być przy tym zranionym? Czy miłość to zawsze dobro w najczystszej postaci?


„Lokatorka z Wildfell Hall” to powieść nie tylko o miłości, ale również o nierównościach tak społecznych, jak i płciowych. W jej tekście pojawiają się ważne pytania, a mianowicie: czy żona jest własnością męża? Czy po ślubie kobieta ma jeszcze prawo decydować o samej sobie? Czy odwaga zawsze się opłaca?

Dotychczas niewiele miałam wspólnego z prozą sióstr Bronte – dane mi było przeczytać „Wichrowe wzgórza”, „Vilette” i w końcu „Lokatorkę z Wildfell Hall”, ale wszystkie trzy bezsprzecznie podkreślają swoją wartość i najwyższą literacką jakość. Jako powieści są przeciwwagą dla słodkich i cukierkowych książek Jane Austen, bowiem w nich – zamiast spokoju znajdowanego w cieniu drzew rosnących w angielskich ogrodach – odnajdziemy wilgotne i nieco mroczne wrzosowiska, stare domy, bohaterów, którzy zwodzą swoich czytelników – z jednej strony są czarujący, z drugiej strony w ciemności pokazują swoje kły.

„Lokatorka z Wildfell Hall” przesycona jest cytatami z Biblii, które wkładane są w usta bohaterów tak często, jak to konieczne. Znaleźć tu można Aniołów, których niegodnych jest ta Ziemia, jak i Diabłów, którzy zstąpili, wydaje się, z piekła. Czy sprawiedliwość dosięgnie każdego z nich?

Anne Bronte napisała powieść, która urzekła mnie swoim klimatem, swoją prawdziwością i bohaterami z krwi i kości. Rozkoszowałam się tą prozą przez kilka dni, co spowodowało, że książka stanie się prawdopodobnie jedną z moich ulubionych.

Łąka rządzi!

„Łąka” to swoista arkadia, być może nawet nasz Eden. Któż nie chciałby za rogiem mieć pięknej, pełnej kwiatów i osiadających na nich motyli łąki, która nasycić może umysł i duszę? Dave Goulson podjął się tegoż trudnego zadania – stworzenia w Chez Nauche, jego francuskiej posiadłości, łąki, która powoli, z miesiąca na miesiąc i z roku na rok, zapełniałaby się bogactwem fauny i flory. Bo dbając o życie tych większych, zapominamy często o tych malućkich. Wszak na dobro planety, na której żyjemy, wpływają nie tylko zagrożone pandy i orangutany, ale cały szereg maleńkich owadów, zagrożonych wyginięciem. Nawet znienawidzone przez nas, przenoszące choroby muchy i komary są niezwykle ważne dla spójnego funkcjonowania świata.

Ci, co czytali „Żądła rządzą” wiedzą, jakim fantastycznym narratorem jest Dave Goulson. Od jego opowieści nie sposób się oderwać, bowiem pełne są wszystkiego – świeżego i pełnego rozsądku spojrzenia człowieka na naturę, wiedzy doktora oraz humoru marzyciela. Nie inna jest „Łąka”, której się nie czyta – którą się rozkoszuje.


„Łąka” podzielona jest na trzy części – pierwszą o owadach, drugą o roślinach oraz trzecią o tym, jak możemy uratować naszą planetę. Z całej książki nie sposób wybrać fragment wyjątkowy, bowiem cała napisana jest w sposób dość, powiedziałabym, rozbrajający – Goulson przedstawia czytelnikowi naukowe fakty, opowiada o własnych eksperymentach (jeśli pamiętacie przepiórki, które odmroziły sobie palce, to na zachętę dodam, że w „Łące” tych opowieści jest jeszcze więcej – zasuszony pająk znaleziony w trampku czy aksolotl pożarty przez żółwie to tylko wstęp do całości tej fantastycznej opowieści), przywołuje wyniki z badań przeprowadzanych przez niego i innych naukowców i pokazuje mu, jak to się wszystko ma w naturze – jaką rolę pełni dany „robal”, czym pochwalić może się niepozorny kwiatek oraz co może zrobić każdy z nas oraz wszyscy razem, żeby żyło nam się lepiej.


Czy owadom rzeczywiście chodzi tylko o seks i jedzenie? Jaki hak na partnerkę mają ważki i modliszki? Jak uchronić się przed pożarciem? Po co motylom plamki? Czy wśród nieustannego stukania tykotek odnajduje partnerkę-dziewicę? Czy osy są brutalne? Dlaczego powinniśmy być wdzięczni muchom?

To tylko jedne z pytań, na które odpowiada w „Łące” Dave Goulson. Co ciekawe, choć jego książka jest poświęcona jest w głównej mierze owadom i kwiatom, Goulson rozszerza czasem ten temat, pokazując ich wpływ na inne organizmy żywe – np. much na kury domowe. Ponadto ostatni rozdział, chociaż wydaje się zwykłemu czytelnikowi najbardziej praktyczny – opowiada bowiem o szkodliwości spryskiwania upraw, jest również pełen przestróg. Autor na przykładzie Wyspy Wielkanocnej pokazuje, w jak szybki sposób nierozsądne gospodarowanie i eksploatowanie ziemi może doprowadzić do końca cywilizacji.

Zamiast marzyć o odległych podróżach, czytajcie „Łąkę”. Goulson zabierze Was w niezwykłą podróż, podczas której opowie Wam o wiele więcej, niż niejeden przewodnik turystyczny. Wśród pozycji popularnonaukowych ta jest zdecydowanie jedną z najlepszych.