Lipcowe zapowiedzi


Chociaż planowałam, że w wakacje będę całkowicie poświęcać się swoim lekturom, nie sposób przejść obojętnie obok kilku interesujących nowości. Wśród wszystkich wydawniczych zapowiedzi wybrałam trzy takie, które usatysfakcjonują nawet najbardziej wymagającego czytelnika.
A Wy, macie już plany, co będziecie czytać w lipcu?

1. Tony Kososki „Widzieć więcej. Podróż przez Ekwador, Kolumbię i Wenezuelę”
Dzień dobry, ja autostopem z Rio de Janeiro – to hasło, którym 22-letni Tony Kososki jednał sobie wszystkich, bez wyjątku, spotykanych podczas podróży ludzi. I nieważne, czy znajdował się w Ekwadorze – najbardziej europejskim spośród poznanych przez niego krajów Ameryki Południowej, wciąż zmagającej się z problemem narkotyków Kolumbii, gdzie mimo całego zła żyją najcudowniejsi ludzie świata,  czy w pogrążonej w kryzysie Wenezueli. Tony lubi zaskakiwać i łamać stereotypy. Już w Brazylii podjął decyzję o ograniczeniu swoich wydatków za transport i noclegi do minimum, czyli do zera. Czy udało mu się zrealizować ten cel i jak wpłynęło to na jego podróż? Jak doszło do tego, że spędził noc w wenezuelskim areszcie i dwa tygodnie w raju na Karaibach za jedyne 20 groszy? Gdzie oglądał walki kogutów i polował na krokodyle? Dlaczego realia Wenezueli poznawał, stojąc w tamtejszych kolejkach? Czy udało mu się zrozumieć fenomen Chaveza i Pabla Escobara? Pytania można mnożyć, a to tylko zapowiedź tego, z czym musiał się zmierzyć.
Widzieć więcej to kolejna, po książce Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę, spora dawka nieprzewidywalności, fascynacji i doświadczeń, które skłaniają  autora do rozważań nad wartością podróży i pojęciem bycia bogatym. To łącznie 471 dni i blisko 28 000 kilometrów samotnej autostopowej przygody młodego człowieka, który pewnego dnia uwierzył w siebie i zaczął spełniać marzenia. To przede wszystkim książka o determinacji w dążeniu do celu, sile charakteru i ciągłym przesuwaniu granic tego, co wcześniej było niemożliwe. Książka o ludziach, którzy odegrali w jego życiu mniejszą lub większą rolę. Jeśli chcesz dowiedzieć się jaką, musisz zacząć od pierwszej strony…
Data premiery: 12 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: MUZA
Cena: 39,90 zł

2. Michał Piedziewicz „Dakota”
Lata osiemdziesiąte XX wieku. W życie siedemnastoletniej Aśki wbiega o rok starszy gitarzysta. Dziewczyna wkrótce dołącza do jego zespołu, to czas koncertów w gdyńskim Domu Kultury Kolejarz, gonitw z zomowcami, ale także zbliżających się matur i najważniejszych wyborów. Perypetiom Aśki przygląda się Łucja – jej pamiętająca czasy powstawania Gdyni babka. Przygląda się również Marek, nieco zgorzkniały, bo ciężko doświadczony młodzieńczą miłością, młodszy brat. Wkrótce Aśka z Łucją pasjonują się telewizyjną debatą Wałęsa–Miodowicz, a rzeczywistość nabrzmiewa do zmiany. Przychodzi wolność, z nią dobrodziejstwa wolnego rynku, a zamiast muzyki i miłości ważne zaczynają być kariery. Dakota to relacja z czasów, gdy świat nabrał rozpędu i chcąc nie chcąc, trzeba było nauczyć się biec, choć tak łatwo było przy tym zgubić rytm. Powieść jest kontynuacją Dżokera (którego akcja toczy się w Gdyni lat trzydziestych XX wieku) oraz Domina – opowiadającego o wojennych i powojennych losach miasta i jego mieszkańców.
Data premiery: 19 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: MG
Cena: 34, 90 zł

3. Joanna Czeczott „Peterbsurg. Miasto snu”
W delcie Newy nad Zatoką Fińską leży miasto niezwykłe. Piotrogród. Leningrad. Petersburg. Dla jednych rajska kraina swobody i oaza nowoczesności, dla innych miejsce bolesnych wspomnień, od których nie ma ucieczki. Joanna Czeczott prowadzi nas ulicami Petersburga, splatając przeszłość i teraźniejszość tego niezwykłego miasta. Car Piotr I, żelazną ręką pchający zacofaną metropolię w stronę Zachodu. Dyrektor petersburskiego teatru, który w żółtym trykocie postanawia dołączyć do trupy baletowej. Zrozpaczone matki, odwiedzające swoich synów w areszcie. Bananowe pokolenie lat 80., rozkochane w Putinie i pieniądzach swoich rodziców. Petersburg to przewodnik po miejscu, które pomimo niezliczonych klęsk i wojen, zawsze podnosiło się z upadku i z nadzieją spoglądało w przyszłość.
Data premiery: 28 lipca 2017 r.
Wydawnictwo: Czarne
Cena: 39,90 zł

Seksualna farsa

Wydawnictwo Stara Szkoła podbiło rynek książki bestsellerową serią o Arystokratce Marii Kostce, która reklamowana była jako „najzabawniejsza książka roku w Czechach” pod krótkim, acz treściwym hasłem, by nie czytać tej powieści w miejscach publicznych, bowiem grozi to niepowstrzymanymi wybuchami śmiechu. Humoru w niej było rzeczywiście niemało i nie przesadził Evzen Bocek mówiąc, że po kilku latach jego żona wciąż nie przeczytała w całości pierwszej książki, bowiem śmiech dopadający ją już po minucie, wpędzał ją w imadła choroby. Żona Martina Reinera z kolei, tak była zachwycona humorem w „Arystokratce”, że odważnie stwierdziła, że Bocek jest zabawniejszy niż jej mąż. Sam Reiner nie potrafił się z tym fantem pogodzić i do książki (którą później wydał nakładem swojego wydawnictwa) zabierał się jak do jeża – z zazdrości.
Rozpisałam się o „Arystokratce”, a to nie o nią tutaj przecież chodzi. Wymienione wyżej przypadki bez wątpienia dowodzą jednak, że wydawnictwo Stara Szkoła może, dzięki książkom Evzena Bocka nazywać siebie gwarantem dobrej zabawy. Do takiego tytuły zresztą dążą, odchodząc od prozy poważnej i filozoficznej, starając się zapewniać swoim czytelnikom mile spędzony czas i nieustanne bóle mięśni brzucha i policzków. Kolejną humorystyczną powieścią, którą znalazła się w ich dorobku jest „Buntownicza młodość”, amerykańskiego autora – C.D. Payne’a.


Książka co prawda jest lśniącą nowością na półce Starej Szkoły, jednak nie jest pozycją, którą należałoby się szczycić – wymienionej wcześniej „Arystokratce” pod względem humorystycznym nie dorasta do pięt. Bohaterem jest czternastoletni Nick Twisp, a właściwie wówczas jeszcze trzynastoletni, nie potrafiący się doczekać dnia swoich urodzin. Chłopak ma nadzieję, że kiedy osiągnie „czternastkę” to wszystko zmieni się na lepsze, bo ten rok, w którym był trzynastolatkiem, ocenia jako parszywy.
Nick jest w stanie nieustannej i nie przewidującej możliwości pokoju wojny z:
a) swoim ojcem,
b) Jerrym, kochankiem matki,
c) samą matką,
d) pryszczami zalewającymi (dosłownie!) całą twarz,
e) ciągłą erekcją.

Najbardziej zajmują go dziewczyny i przyszłość – bo chce zostać pisarzem (celem zaimponowania, rzecz jasna, dziewczynom). Powieść, którą czytamy, to pisany przez Nicka pamiętnik – jego pierwsze literackie próby i pierwszy tekst wprwadzany na komputerze.
Z pozoru nudne życie Nicka odmienia się w czasie wyjazdu na wakacje. Na obozie kempingowym, na który udał się razem z matką i z Jerrym, poznaje Sheeni, niezwykle atrakcyjną, ponętną, wręcz ociekającą seksem czternastolatkę (!). Sheeni zajmuje wszystkie jego myśli – nie dość, że jest nad wyraz powabna, to jej intelekt jest ponadprzeciętny. Chłopak jest gotów zrobić wszystko, by w końcu „dotrzeć do bazy” i zaspokoić swojego żądnego przygód, choć wciąż za krótkiego o kilka centymetrów, członka.

Byłaby to kolejna powieść dla nastolatków, którą należy traktować z przymrużeniem oka, jeżeli nie ilość zawartego w niej absurdu. Bohaterowie są stereotypowymi Amerykanami – matka to podstarzała blondynka, która nadal chce prezentować swoje wdzięki (łącznie z żylakami), wybiera „groźnych” facetów z nową furą, chociaż niekoniecznie z dolarami w kieszeni, Jerry to przeciętny tępak, mający kilka kochanek, ale najbardziej kochający samochody, rówieśnicy Nicka to nastolatkowie albo nad wyraz inteligentni (Sheeni), albo zanadto głupi, jak na swój wiek (Leroy), zaś samego Nicka zdefiniować można jedynie poprzez jego pożądanie, które, niestety, bierze nad nim górę niemalże na każdej stronie powieści.
Chociaż bohaterowie „Buntowniczej młodości” żyją w latach 70′, nie jestem w stanie uwierzyć, że trzynastolatkowie raczą się lekturą Sartre’a i Camus, a jedyną sprawą, która ich zajmuje, jest seks – nie gra w piłkę, nie kradzieże drobiazgów z kiosków, nawet nie zerkanie dziewczynom pod spódniczki, lecz w pełni świadomy i wyczekiwany stosunek płciowy. Ot tak znają się na prezerwatywach, na zapobieganiu niechcianej ciąży czy na anatomii ludzkiego ciała. Seks jest dla nich czymś normalnym, wyczekiwanym z utęsknieniem (a raczej z bólem, bowiem bolesne jest właśnie to niepotrafienie zaspokojenia swojego sięgającego granic pożądania), na co są w pełni przygotowani i nie ma rzeczy, która by ich w tym temacie zaskoczyła.

Chociaż „Buntownicza młodość” w Czechach przyjęła się niezwykle dobrze, ja niestety nie uśmiechnęłam się przy tej lekturze ani razu (nie licząc oczywiście uśmiechu zażenowania), mimo że wydawnictwo gwarantowało, że będzie to najzabawniejsza książka, jaką przeczytam w tym roku. To, że Arystokratka Maria przez Polaków została powitana niezwykle entuzjastycznie nie oznacza wcale, że z taką samą radością powitamy u siebie Nicka Twispa… Chociaż mówi się o tej książce, że jest uniwersalna, nie mogę się zgodzić z tym, że przypadłaby do gustu również i dorosłym, którzy swoja młodość mają już dawno za sobą i nostalgicznie ją wspominają. Szczerze mówiąc, nie jestem nawet pewna, czy to książka dla nastolatków…
Pod koniec lektury ogarnął mnie niezgłębiony smutek z powodu dwóch straconych dni, podczas których mogłam przeczytać coś naprawdę wartościowego, tymczasem obraziłam swój czytelniczy gust tą niezbyt wymagającą, wręcz odmóżdżającą (proszę nie rozumieć tego wyrażenia, jako formy relaksu) lekturą. Nie polecam.

Legenda psa widmo

Od dawna już męczyła mnie myśl, że chociaż Sherlock Holmes to najpopularniejszy detektyw na całym ziemskim globie, ja nie miałam okazji zostać mu jeszcze przedstawioną. Chciałam jak najszybciej ten błąd naprawić, dlatego w bibliotece często zatrzymywałam się przy półce, na której gościli oni – panowie Sherlock i Watson – zawsze jednak wpadało mi w ręce coś innego, więc długo jeszcze kazałam na siebie czekać tym dwóm dżentelmenom.
Wydawnictwo MG, jakby czytając w moich myślach, postanowiło zmienić tą niezręczną sytuację, wydając „Psa Baskerville’ów”, trzecią powieść Sir Arthura Conana Doyla, w całkowicie nowej, przepięknej oprawie. Moje pierwsze spotkanie z Holmesem odbyło się zatem zupełnie nie po kolei, ale z satysfakcją mogę oznajmić, że należało ono do udanych.

Pewnego dnia do Sherlocka Holmesa i jego przyjaciela, Doktora Watsona, przybywa Doktor Mortimer, osobisty lekarz Charlesa Baskerville’a, informując detektywa o tragicznej śmierci swojego pacjenta. Wciąż jeszcze nie wierząc w to, co się wydarzyło, oznajmia, że przyjaciel jego najprawdopodobniej zmarł z przerażenia, uciekając przed bestią, psem monstrualnych rozmiarów i o diabolicznym wyglądzie, który według legendy rodzinnej jest swoistym fatum Baskerville’ów. Od momentu, kiedy Hugo Baskerville został zagryziony przez psa (po uprzednim porwaniu i więzieniu kobiety z sąsiedniej wioski) nad rodziną krąży „klątwa psa”, który ścigać ma Baskerville’ów, aż po ostatniego z rodu. Tak się pięknie składa, że po zmarłym Charlesie, pozostał jeszcze tylko jeden przedstawiciel rodziny – Henry. Watson i Holmes będą musieli otoczyć go opieką, dbając, by życie baroneta nie zostało wystawione na niebezpieczeństwo, próbując tym samym rozwikłać zagadkę. Kto zabił Charlesa Baskerville’a i czai się na życie Henry’ego? Czy za wszystkim naprawdę stoi pies-widmo, którego sam widok przeraża do śmierci? A może komuś zależy na śmierci Baskerville’ów? Czy Sherlock dotrze do prawdy?

Chociaż kryminały nie szokują nas już niczym, bo wszystko, co mogłoby pojawić się w tym gatunku zostało już wykorzystane, „Pies Baskerville’ów” zachwyca czytelnika swoim klimatem. Ponura angielska pogoda, wysokie góry i bagna, zapach najlepszego tytoniu Sherlocka, wyrafinowane i inteligentne żarty pomiędzy dwójką przyjaciół, rodzinna legenda, która mrozi krew w żyłach, dreszczyk grozy na widok upiornego psa, aż w końcu szarmancki uśmiech najpopularniejszego detektywa – czy można spodziewać się czegoś lepszego?
Ta trzecia powieść Conan Doyle’a to książeczka na zaledwie jeden wieczór, ale obfitująca w emocje i niezapomniane wrażenia. Chcę więcej!

Nieustraszony Bergerac

Wszystkie książki opatrzone mianem „genialnych powieści z gatunku płaszcza i szpady” działają na mnie prawie tak samo mocno, jak czekolada – wprost nie umiem się im oprzeć. Po „Trzech muszkieterach” Dumas, pragnę spędzać swój wolny czas wśród odważnych młodzieńców, biegając po ulicach Paryża, wymachując szpadą i bijąc się z tymi, którzy odważyli się postawić przeciw nam. Mój zapał może się równać początkowym chęciom D’Artagnana i przysięgam, że gdybym była chłopakiem, z pewnością wstąpiłabym do Gwardii Królewskiej Muszkieterów. Niestety przyszło mi urodzić się kobietą, ponadto o jakieś trzysta lat za późno, dlatego jedyne, co mi pozostaje, to zatapianie się w XVII-wiecznych powieściach. Jedną z nich jest powieść Louisa Galleta – autora mało znanego w Polsce – pt. „Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac”, wydana nakładem wydawnictwa MG.


Już z początkiem książki snułam nieśmiałe porównania do dwóch powieści francuskich, ale dopiero po dobrnięciu do ostatniej strony, byłam w stanie stwierdzić, że „Kapitan Czart” istotnie przypomina nie tylko „Trzech muszkieterów”, ale i „Hrabię Monte Christo”.
Rzecz, jak można się domyślić, dzieje się w dawnej Francji, w zaułkach Paryża. Pierwsze strony są wprowadzeniem i poznaniem bohaterów – tytułowego Cyrana, poety i człowieka niezwykłej odwagi, posługującego się szpadą, jak nikt, hrabiego de Lembrat, którego historia rodzinna komplikuje się wraz z posuwaniem się akcji do przodu, pięknej Gilberty mającej wbrew swej woli zostać jego żoną i trójki Cyganów, wiodących koczowniczy tryb życia i zarabiających na siebie śpiewaniem, tańczeniem, wróżeniem przyszłości z dłoni i… sprzedawaniem śmierci w postaci maści, płynów czy trujących naszyjników.

Przebywając wraz z Hrabią i jego przyszłą małżonką, słuchając miłosnej piosenki śmiałego Cygana Manuela, po uszy zadurzonego w Gilbercie, Cyrano dostrzega w jego osobie znajomą twarz. Prześledziwszy jego losy odkrywa, że młodzieniec może okazać się w świecie dawnej Francji kimś więcej, niż tylko żebrakiem – bo młodszym, zaginionym przed wieloma laty bratem Hrabiego de Lembrat. Chociaż Cyrano pewien jest swojej racji, aby przywrócić Manuelowi (tudzież Ludwikowi) należne mu łaski i honory, musi przedstawić Hrabiemu jakiś dowód, znaczący daleko więcej, niż samo słowo. Jedynym dokumentem potwierdzającym tożsamość młodzieńca jest rodzinna księga Ben Joela – Cygana, który opatrzył Ludwika opieką i nadał mu imię Manuela. Przebiegły Hrabia, bojący się o utratę swojego majątku i ręki Gilberty, z wzajemnością zakochanej w Ludwiku, nie pozwoli jednak, by brat tak łatwo zajął jego miejsce. Spiskując z Cyganami będzie robił wszystko, by obronić swoje stanowisko i swoją rodową pozycję przed bratem i śmiałym Bergerackiem. Zacznie od wtrącenia chłopaka do więzienia, gdzie ten będzie liczył dni, jak niegdyś robił to Edmund Dantes. Cyrano zaś, jak nakazuje mu jego szlachecki honor i odwaga, będzie walczył do ostatniej kropli krwi. Czy jednak to wystarczy? Kto w tym starciu okaże się silniejszy? Czy prawda zdoła zwyciężyć obłudę?

„Kapitan Czart” to powieść, chociaż mało znana, zasługująca na zajęcie wygodnego miejsca obok francuskich mistrzów pióra, jak mężczyźni z rodziny Dumas. Wartka akcja, intrygi, przebiegłość bohaterów, malowniczy cygański świat, bogactwo i biedota, ucieczki w ciemne zaułki Paryża i w jego najznamienitsze ulice nie pozwalają się nudzić. Sama postać Bergeraca przyciąga czytelnika, niczym magnes – to mężczyzna wrażliwy, ale i dzielny, odważny i nieustraszony, choć niepozbawiony zdrowego rozsądku, poeta i filozof, mistrz szpady, ale i twórca wierszy miłosnych. Przed niczym się nie cofnie, zawsze jest gotów ofiarować pomocną dłoń. Jest uosobieniem D’Artagnana, Atosa i Aramisa w jednej osobie. Na jego temat krążą różne legendy, od tych, że jest nieśmiertelny, aż po zaprzedanie duszy diabłu…
Książka wręcz idealna, na letnie wieczory. Powieść inteligentna, ale i rozrywkowa.

Islandia w pigułce

Kiedy myślę o Islandii mam przed oczami inny świat – mityczną krainę, w której czas się zatrzymał. Krajobraz pełen zieleni – gór, domów porośniętych mchem, wolno pasących się owiec. Krainę lodu, wciąż aktywnych wulkanów, zorzy polarnej, białych nocy i maskonurów. W końcu świat ludzi chłodnych, prostych, skromnych, znajdujących przyjemność w zwyczajnych, pożytecznych czynnościach, takich jak robienie na drutach czy opowiadanie sobie historii.
O tym maleńkim, choć jakże bogatym w historię i zwyczaje kraju ukazało się ostatnimi miesiącami sporo książek. Jak wszystko co skandynawskie, również i Islandia doczekała się swojego miejsca na rynku wydawniczym, bo – należy sobie przecież zadać to pytanie – jakże nie pisać o kraju tak pięknym? Trzeba by nie mieć sumienia, by pominąć miejsce tak wyjątkowe.
„Rekin i Baran” Marty i Adama Biernatów to czwarta tego typu książka o Islandii, której lektura zdumiewa niemalże tak samo mocno, jak sama wyspa.


Reportaż pisany jest kobiecą ręką, bowiem to właśnie Marta Biernat opowiada nam o Islandii w najpiękniejszych i najczulszych słowach, wypływających z głębi serca. Mąż jej, Adam, notabene, prowadzący razem z nią bloga o tym kraju (Bite of Iceland), podzielił się z czytelnikami fotografiami zapierającymi dech w piersiach. Pięknie ujęcia natury – krajobrazu i zwierząt – już po pierwszym spojrzeniu mówią nam wszystko o Islandii.

Marta Biernat wyjechała na wyspę już ze sporą wiedzą o tym kraju i tak też chce przygotować swojego czytelnika do ewentualnej tam podróży. Zaczyna sporą ilością faktów i ciekawostek, niezbędnych wiadomości i przestróg. Snuje swoją opowieść w sposób akademicki przez dość długi czas, jednak w momencie, kiedy wie, że czytelnik jej jest już dość dobrze przygotowany na spotkanie z Islandią, spuszcza nieco z tonu i raczy go większą ilością ciekawostek kulturowych, niźli historycznych.
Opowiada o wiecznie zdziwionych owcach, które widząc turystę z plecakiem najpierw wytrzeszczają oczy, a później gnają przed siebie na łeb, na szyję, co nawet największego gbura przyprawi o nieopanowany atak śmiechu. Przybliża nam Islandczyków poprzez rozprawianie o ich miłości do Eurowizji (zdecydowanie najważniejsze wydarzenie w ciągu całego roku), basenów, w których spędzają większość swojego wolnego czasu i robótek ręcznych (okazuje się, że bez kłębka wełny i drutów nie ruszają się z domu – swoje robótki zabierają nawet do klubów i barów, na wypadek, gdyby dopadła ich nuda). Ponadto sięga w głąb kultury i historii tego kraju, przytaczając dawne zwyczaje i wierzenia, które w wielu przypadkach są obecne w życiu Islandczyków do dziś.

„Rekin i baran” to książka bardzo konkretna, naszpikowana wiedzą i faktami o życiu na Islandii. Niemalże na każdej stronie zasypywani jesteśmy ogromną ilością informacji, które to szokują, to bawią, to uczą nas czegoś nowego. Nie ma w tym reportażu strony, która nie opowiedziałaby nam jakieś ciekawostki, nie przytoczyła historii, nie rzuciła pełną garścią dat i nazwisk. To całkowity przekrój Islandii – od wikingów, poprzez zmiany polityczne i ruch feministyczny, aż po ciężki islandzki język i zwariowane upodobania kulinarne Wyspiarzy.
Zdecydowanie jeden z lepszych reportaży, jaki miałam w ręku.