Przeszczepić nadzieję

Moja kontemplacyjna natura nie raz zmusiła mnie do zastanowienia się, jak to jest żyć z wyrokiem – mieć nadzieję na ratunek, ale też zdawać sobie sprawę, że w razie jakichkolwiek komplikacji życie uleciałoby ze mnie niczym jaskółka po deszczu. Co dalej? Czy czułabym jakikolwiek ból, czy może ulgę? Czy na co dzień wyczekiwałabym końca, czy potrafiłabym żyć tak, jakbym nigdy nie była chora? Próbowałabym coś naprawić, wykorzystać ostatnie dni swojego życia, czy raczej żyłabym swoim dotychczasowym życiem i wyczekiwała tego dnia?
To pytania, na które nie da się odpowiedzieć, dopóki samemu nie znajdzie się w takiej sytuacji – a i wtedy może być o to bardzo ciężko.

Wyobraźcie tylko sobie młodego mężczyznę, ojca kilkuletniej dziewczynki, który każdego dnia nieświadomie czeka na telefon ze szpitala. Żyje jak dotychczas – z wyrokiem, ale nieświadomie czeka, wciąż czeka. I w końcu ten telefon dzwoni, a głos w słuchawce mówi: „Mamy dla pana wątrobę”. On kiwa oniemiały głową, a kiedy kończy połączenie od razu esemesuje do znajomych. „Jadę do szpitala po nowe życie” – pisze – „życie”, a nie „wątrobę”, co w języku polskim nadaje zdaniu zupełnie inny sens, w języku niemieckim jest zaś tylko jedną literówką.


Już kiedy był dzieckiem wątroba W. wyglądała jak narząd alkoholika z kilkudziesięcioletnią praktyką. Ciągłe bóle i skurcze uniemożliwiały mu zabawę i normalne życie, ale z biegiem czasu okazało się, że do wszystkiego można się przyzwyczaić – nawet do widma czającej się za rogiem śmierci… ale pozostawała jeszcze nadzieja, czyli przeszczep wątroby. Chociaż operacja dawała ogromne szanse na przeżycie i powrót do normalnego funkcjonowania, zawsze mogły wystąpić jakieś komplikacje, narząd mógł się nie przyjąć, czego efektem byłby zgon pacjenta… W. zmuszony był żyć normalnym życiem, ale wypełnionym strachem i wątpliwościami. Pojawienie się nowej wątroby wcale nie rozwiązuje wszystkich jego problemów – na pewien czas przysparza nowych przemyśleń, leku, ale i nowej dawki niezbędnej do utrzymania się przy życiu nadziei.

„Przeszczepione życie” to bardzo delikatna i wrażliwa opowieść, prowadzona w formie pamiętnika, o życiu ze śmiertelną chorobą. Główny bohater to everyman, z którym utożsamiać może się każdy z czytelników, a prowadzona w pierwszej osobie narracja w postaci krótkich zapisków i zebranych myśli z każdego dnia pozwala jeszcze bardziej „wejść w buty” chorego, potraktować jego emocje i myśli jako swoje.
To w rzeczywistości opis szpitalnej rzeczywistości; niekończących się dni, skąpych obiadków, lekarskich żartów, żalów pacjentów, (nie)upływającego czasu, wychudzonego ciała, świeżej, chociaż niepachnącej piżamy, wystających z żył rurek i spływającej krwi, zasmuconego spojrzenia zmęczonych oczu. Szpitalna sala staje się swoistym miejscem wspólnych, w którym każdy podziela tą samą dolę i oczekuje tego samego wsparcia.

To powieść o tyle bardziej bolesna i wrażliwsza, że oparta na osobistych przeżycia autora. Zapewne czekając na nową wątrobę David Wagner zadawał sobie te same pytania, co jego bohater; dla kogo żyję? Po co żyję? Czyją wątrobę będę nosił w sobie? Kto mnie kocha? Czy mam jeszcze siłę? Czy zdołam przeżyć?

Przejmująca, poruszająca, prawdziwa – myślę, że te trzy krótkie słowa idealnie nadają się na podsumowanie „Przeszczepionego życia”. Bo to nie książka do opowiadania o niej, to literatura, którą trzeba przeżyć.

Afryka, czyli wolność

Walter Redlich, w najpiękniejszych latach swojego życia, niespodziewanie znajduje się w sytuacji, z której ma tylko jedno, narzucone wyjście. Te Niemcy, które tak kocha całą swą szczerą miłością, nagle zwracają się przeciwko niemu – Żydowi. Pozostając w ojczyźnie naraziłby się na niebezpieczeństwo, być może i śmiertelne, wyjeżdżając z niej na nieposkromioną tęsknotę serca. W roku 1938, ten żydowski adwokat spod Wrocławia, emigruje do Kenii, by tam wraz z żoną i maleńką córeczką czekać na szczęśliwsze dni i cieszyć się wolnością.
W identycznej sytuacji, co bohater, znalazła się jego twórczyni, Stefanie Zweig. Jako zaledwie sześcioletnia dziewczynka w obawie przed niemieckimi represjami wyjechała z rodziną do Kenii, by tam przeczekać niebezpieczne czasy, a i przy okazji schronić się przed wojną. Jej powieść „Nigdzie w Afryce” to ubrany w płaszcz fikcji i metafor zbiór wspomnień, to drobny kłos pszenicy, obfitujący w wiele ziarenek, z których każde jest osobną opowieścią, to w końcu delikatny wachlarz, spomiędzy którego skrzydeł co rusz wyłania się nowe uczucie.

Powieść zaczyna się listami Waltera do jego żony, Jettel. Są to słowa pełne empatii, miłości, entuzjazmu i ulgi, ale jednocześnie strachu, nasycone obawą i troską o bliskich, którzy z niebezpiecznej Polski nie zdołają uciec. Walter wie, że im się poszczęściło, że są jednymi z niewielu, którym udało dotrzeć się do Afryki. Zdaje też sobie sprawę z tego, że załatwienie biletów dla rodziców może być o wiele bardziej kłopotliwe, wręcz niemożliwe, ale chroni żonę przed okrucieństwem tej prawdy.
Chociaż jest jedyną nadzieją i szansą na bycie wolnym, Czarny Ląd nie zamierza dla nowo przybyłego być łaskawym. Już na miejscu okazuje się, że rzeczy, którymi Walter zajmował się w Europie są tu, w Afryce, kompletnie zbędne. Mianem mądrego ocenia się nie tego, który nosi adwokacką togę i czyta księgi, lecz takiego, który potrafi przewidzieć susze i ulewy, odgonić szarańczę i uratować bydło. Redlichowie nieustannie walczą z biedą i upokorzeniem, zmuszeni za grosze pracować na farmie i każdego dnia martwić się o kęs strawy.
Jedną z najmocniej wypełnionych emocjonalnym ładunkiem scen na początku powieści jest ten moment, w którym Owuor, czarny służący Waltera dostaje od swojego pana, od swojego bwana adwokacką togę – z wyrazami uznania, szacunku i przyjaźni na całe życie.

Jednak „Nigdzie w Afryce” to nie tylko perypetie i próby zmagania się z trudem życia w tak nieprzyjaznych Europejczykowi warunkach. To przede wszystkim opis bezkresnej tęsknoty i wielkich marzeń o powrocie do ojczyzny. Walter nie myśli o niczym innym, jak by po zakończeniu wojny powrócić do Niemiec. Regina – jego córka, która na emigracji zdążyła dorosnąć – najpierw w okresie dojrzewania przechodzi swoisty bunt, nienawidząc Niemców, później zaś jako dojrzała dziewczyna za swą ojczyznę uważa Ol Joro Orok, zapominając mowy ojca. Momenty, w których Walter tłumaczy córce, że istnieje zasadnicza różnica pomiędzy Niemcem a nazistą, i że nie należy nienawidzić obydwu, chwytają za serce.
Regina to dziecko, które w powieści wydaje się o wiele bardziej dorosłe, niż jej rodzice. Tak naprawdę to ona pomaga im, nie oni jej. Niczym Murzynka z krwi i kości dorosła zbyt szybko, wystawiając skórę na parzące promienie afrykańskiego słońca, i na swoje barki wzięła ciężar prawdy, historii i poczucia winy rodziców.

„Nigdzie w Afryce” to powieść o lękach i tęsknocie, o rozterkach i trudzie codziennego życia, ale też o marzeniach i wierze, silniejszej niż najgorszy historyczny kataklizm. To historia napisana bardzo pięknym, momentami wręcz poetyckim językiem, bardzo wrażliwa i – przez autobiograficzne wątki – wręcz namacalna. Najmocniejszą jej stroną jest zakończenie bardzo silne i stanowcze, ale jednocześnie subtelne i delikatne.
Piękna powieść, która na długo pozostanie w pamięci.

W rejs z mordercą na pokładzie

Czy już wspominałam, że kocham morze? Pełne tajemnic, porywcze, nieokiełznane, dzikie. Szczególnie te wody północy, które swoim chłodem jeszcze bardziej fascynują, wydają się pełniejsze zagadek i skrywanych sekretów. A jeszcze bardziej fascynuje mnie życie załogi – statku kołyszącego się na falach, łupinki orzecha rzuconej w nieposkromiony żywioł. Co robią, jak rozmawiają, o czym marzą, dlaczego pływają i czy boją się śmierci – gdybym tylko miała okazję, wypytywałabym ich o wszystko.
Kiedyś w ręce wpadła mi książka „My, topielcy”, która zachwyciła mnie do cna, ale po niej nie trafiłam na nic marinistycznego utrzymanego w podobnym klimacie. Dopiero „Na wodach północy” okazało się przełomem, chociaż nie aż tak ogromnym, jakiego bym oczekiwała.

Jest rok 1859. Załoga statku wielorybniczego wyrusza na Morze Arktyczne. To rejs trudny i wyczerpujący – wielorybnictwo upada, pozyskiwanie tłuszczu z tusz zwierząt nie należy do zajęć najprostszych i najprzyjemniejszych, tym bardziej, że arktyczny chłód wcale zadania nie ułatwia. Ale dla niektórych nie ma wyjścia – ta praca to ich jedyna szansa na przeżycie. Jedną z osób znajdujących się na pokładzie jest Patrick Sumner, młody lekarz pokładowy ze zszarganą reputacją. Zaciąga się na statek przekonany, że te parę miesięcy wielorybnictwa będzie dla niego niczym wakacje – ot odnotuje może jakieś zgony, głównie jednak będzie leczył biegunki wywołane ubogą morską dietą i podawał środki przeciwbólowe. Rzeczywistość, jaką zastaje na pokładzie okazuje się jednak gorsza niż najstraszniejszy koszmar…
Po dość długim czasie podróży, gdy statek znajduje się daleko od portu, na pokładzie zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Jeden z chłopców okrętowych przychodzi do Sumnera, skarżąc się na ból brzucha. Po dogłębnym badaniu doktor stwierdza, że młody Joseph Hannah padł ofiarą sodomii, a kilka dni później… chłopiec zostaje uduszony. Patrick Sumner ciekaw prawdy i pełen obaw wciela się w rolę detektywa, próbując złapać mordercę dziecka. Mimo że pierwsze poszlaki wskazują zupełnie inną osobę, bezlitosnym potworem, dzikim, łaknącym krwi zwierzem okazuje się Henry Drax. Sumner będzie zmuszony stawić czoła bestii. Na arktycznym lodzie, w dzikich i nieprzyjaznych warunkach stoczy się pojedynek na śmierć i życie.

„Na wodach północy” to powieść skonstruowana niezwykle klimatycznie – doskonale oddane tło zimnego morza i krainy skutej lodem, idealnie odwzorcowany język, którym posługują się marynarze, mocne, charakterne postaci, a także garść opisów działalności harpunniczej, a wszystko to suto zakropione krwią – sprawiają, że fabuła niesamowicie intryguje, co więcej – wciąga na tyle, że czytelnik sam może poczuć się jednym z bohaterów. Rzadkie to uczucie, gdy czytając jakąś powieść, czujemy ją wewnątrz; brnąc przez karty tej powieści nieustannie czułam na plecach chłodny powiew wiatru – nie jestem pewna, czy to tak dobrze odwzorowany klimat, czy może ciarki wywołane rozlewem ludzkiej krwi?

Finalista Booker Prize 2016 wciąga, szokuje i intryguje. To dobra powieść na zimne wieczory, w które łatwo można się wczuć w arktyczne okoliczności. Do monumentalnych „Topielców”, z którymi pozwoliłam ją sobie nieco porównać, sporo jej brakuje, ale to wciąż świetna pozycja. Nie zachwyciła mnie tak, jak tego oczekiwałam, ale dostarczyła mi rozrywki na trzy popołudnia.

Czterej muszkieterowie

Przy moim pierwszym spotkaniu z prozą Dumas zachowywałam pewną dozę niepewności i dystansu, obawiając się ponad tysiąca nużących stron „Hrabiego Monte Christo”, ale już po kilkudziesięciu odkryłam, że to powieść absolutnie wspaniała, doskonale skonstruowana i wciągająca. Pochłonęła mnie do reszty i nie pozwoliła zajmować się niczym innym w wolnym czasie, niż jej czytaniem. Historię zemsty młodego żeglarza, Edmunda Dantes, postawiłam na półce wśród moich ulubionych książek, a niedługo potem dołączył do niej kolejny tytuł – drugie monumentalne dzieło genialnego Francuza.


„Trzej muszkieterowie” to najsłynniejsza powieść płaszcza i szpady w dorobku klasycznej literatury francuskiej. Akcja osadzona jest w pierwszej połowie XVII wieku, kiedy królem Francji jest młodziutki Ludwik XIII, a faktycznym władcą kardynał Richelieu. Głównym bohaterem powieści – wbrew tytułowi – jest osiemnastoletni d’Artagnan, który przybywa do Paryża z zamiarem wstąpienia do elitarnej grupy muszkieterów królewskich. Z pewnością poszłoby mu jak z płatka, gdyby nie fakt, że polecający go list skierowany do kapitana muszkieterów, pana de Tréville’a, zostaje mu skradziony. Dla większości bohaterów powieść kończyłaby się już w tym miejscu, bowiem załamani swoim nieszczęściem nie potrafiliby wykrzesać z siebie dość energii, aby brnąć przez gęste i lepkie błoto złudnych marzeń. Ale nie dla D’Artagnana. Kiedy opuszczał rodzinny dom ojciec nakazał mu nigdy nie tracić odwagi, walczyć o swoje, o nic nie prosić, na wszystko sobie zapracować i pojedynkować się z każdym, kto go obrazi. Poza tym gdzieś na dnie kieszeni jego płaszcza znajdowała się maść matki na wszelakie obrażanie, dlatego zranienie szpadą było mu niestraszne.
D’Artagnan udaje się więc do de Tréville’a, chociaż nie posiada przy sobie najważniejszego dokumentu, mając nadzieję, że swoją odwagą i męstwem zapracuje sobie na to, by w przyszłości stać się muszkieterem. Tam, wedle rady ojca, nie pozwala sobie wejść na głowę, i już pierwszego dnia ma się pojedynkować z trzema najdzielniejszymi muszkieterami – Atosem, Portosem i Aramisem. Los uśmiecha się do czwórki młodych mężczyzn chytrze, bowiem już chwilę później okazuje się, że wspólnymi siłami będą zmuszeni stawić czoło wrogowi, a dzięki tej walce staną się dla siebie najwierniejszymi przyjaciółmi. Z biegiem czasu coraz więcej zapalnych punktów wspólnych będzie pojawiać się na drodze czterech przyjaciół, a ci, zawsze nierozłączni i oddani sobie będą zmuszeni się wspierać i ratować jeden drugiego z opresji.

Rysunek Maurice’a Leloira (1894) (źródło: wikipedia)

Ciężko opowiedzieć o fabule „Trzech Muszkieterów” bez streszczania jej, bowiem powieść jest tak naszpikowana wydarzeniami, zwrotami akcji i charakternymi postaciami, że nie sposób opowiedzieć o jednym wydarzeniu, nie poruszając drugiego. Pełna zagadek i intryg fabuła splata losy czterech bohaterów, a miłostki i żądze tworzą z nich niemalże jeden organizm. Jeden wątek zazębia się z drugim, a każdy bohater, który staje na drodze muszkieterom wpływa na dalszy przebieg fabuły. Tym sposobem tych czterech odważnych będzie musiało walczyć nie tylko z hugenotami, Anglią, kardynałem Richelieu, usiłującym co chwila znaleźć na nich jakiś hak, ale i z powabną Milady, kobietą, która okazuje się być diabłem w owczej skórze.

„Trzej muszkieterowie” to powieść, która nigdy się nie znudzi. Przyznam szczerze, że Dumas postawił mnie w horrendalnie ciężkiej sytuacji, bo gdybym miała teraz wskazać swoją ulubioną książkę, nie potrafiłabym – w ostatecznych rozrachunku – wybrać pomiędzy Hrabią a Muszkieterami. Nie wspominając już o tym, że moje czytelnicze serce nie potrafi zdecydować się, którego muszkietera lubi najbardziej – słodkiego i dobrego Aramisa, któremu nie brakuje odwagi, chociaż zdecydowanie bardziej woli się modlić niż wymachiwać szpadą, próżnego Portosa, który bawił mnie niezmiernie, Atosa, rozważnego, mądrego, opanowanego, męskiego i zranionego przez kobietę, czy w końcu D’Artagnana, nieprzeciętnie inteligentnego, posiadającego odwagę za czterech, sprytnego i namiętnego?
By stworzyć powieść tak wielowątkową, wciągającą, interesującą i wciąż żywą po ponad dwóch stuleciach, niewątpliwie trzeba być geniuszem. I dla mnie – dzięki tym dwóm niezwykłym powieściom – Dumas nim jest. Po lekturze „Trzech muszkieterów” czuję ogromny niedosyt, ale pocieszam się myślą, o kontynuacji losów tych czwórki w powieściach „Dwadzieścia lat później” i „Wicehrabia de Bragelonne”.

Ostatni powiew „Wieczornego wiatru”

„Wieczorny wiatr” – pierwszy tom trylogii Jeana D’Ormessona – przeczytałam z przyjemnością, chociaż nie ukrywam, że dopiero po kilkudziesięciu stronach. Na początku ciężko było mi się wciągnąć w fabułę i w mnogość wątków, które przeplatał ze sobą francuski pisarz. Chociaż „Wieczorny wiatr” uznałam za książkę godną uwagi, tak dopiero jej kontynuacja – „Mężczyźni za nią szaleją” pochłonęła mnie całkowicie. Losy czterech sióstr O’Shaughnessych i czterech braci Romero były tak burzliwe, dziwaczne i interesujące, że siłą rzeczy musiałam zostać wciągnięta w wir wydarzeń politycznych, kulturalnych i emocjonalnych towarzyszących nam na kartach powieści.
W kwietniu tego roku ukazała się ostatnia część trylogii – „Szczęście w San Miniato” – zamykająca cały cykl i definitywnie podsumowująca losy bohaterów.

Jean D’Ormesson, jak podkreślałam już wielokrotnie w recenzjach poprzednich tomów, zwykł wrzucać swoich bohaterów w swoisty tygiel, w którym aż gotuje się od różnych wydarzeń, namiętności, konfliktów i osobowości, grających pierwsze skrzypce. Opisuje samo życie, lecz na tle wielkiej historii – w ten sposób jego bohaterowie pojawiają się zawsze w centrum przemian Europy, zawsze w coś wplątani i zamieszani. Tym razem sytuacja polityczna nie ułatwia siostrom O’Shaughnessym i braciom Romero życia, bowiem druga wojna światowa wisi w powietrzu… Ribbentrop przyjeżdża do Moskwy, żeby podpisać pakt z Mołotowem, Churchill pozostaje sam na polu walki…


Jessica nie żyje, zginęła w Hiszpanii. Pandora ją opłakuje i odchodzi nieco od swojego statusu „kokietki”, bardziej poświęcając się ojczyźnie, służbie wujaszkowi Winstonowi. Vanessa, chociaż ślepo zakochana w Rudolfie Hessie, zmuszona jest opuścić Niemcy, w których atmosfera staje się coraz niebezpieczniejsza. Wkrótce jednak, dostrzegając pogłębiający się obłęd swojego niemieckiego kochanka, pada w ramiona jednego z braci Romero. Atalanta zmęczona nieobecnością Goeffreya zbliża się do ogrodnika, a Jean, narrator powieści, zmuszony jest po raz kolejny opiekować się wszystkim siostrami, wyciągać je z opresji i pocieszać, gdy zbiera się im na płacz. W końcu – jak sam powtarza – bycie przy siostrach O’Shaughnessych to jego życiowa misja…


„Szczęście w San Miniato” jest tomem mniej porywającym i wciągającym niż części poprzednie. Na tle „Wieczornego wiatru” i „Mężczyźni za nią szaleją” wypada dosyć słabo – szczególnie w zestawieniu z częścią drugą – bowiem charakter bohaterów i zwroty akcji nie są aż tak wyraźne przez liczne rozważania natury filozoficzno- politycznej. O ile ogromną zaletą drugiego tomu trylogii była dla mnie obecność narratora – ten w końcu się nam ujawnił, stał się nie tylko opowiadającym, ale jednym z czynnie biorących udział w akcji postaci, ba!, stał się nawet bohaterem kluczowym, tak w części trzeciej znów znika, staje się postacią drugoplanową, która odgrywa w powieści ważną rolę, ale sama historia nie straciłaby nic na tym, gdyby prowadzona była w narracji trzecioosobowej. Tego, co było więc ogromną zaletą książki „Mężczyźni za nią szaleją”, próżno szukać w „Szczęściu w San Miniato”.
D’Ormesson wymyślił sobie tę powieść od początku do końca, chociaż nie raz bohaterowie prowadzą go za rękę czy wodzą za nos. Podążają swoimi ścieżkami, wplątują się w relacje z bohaterami, których nie przepisywał im ich twórca, żyją własnym życiem. Klimat, historyczne i kulturowe tło, silne charaktery oraz wydarzenia, które są paradoksalnie nieprawdopodobne i zarazem prawdopodobne w życiu zwykłego człowieka są silną stroną całego cyklu. Ostatnia część jest godna uwagi ze względu na domknięcie losów bohaterów, z którymi czytelnik zdążył się już dobrze poznać, a może i zżyć.
Cała trylogia przywodzi mi nieco na myśl sagę „Ósme życie”, której głównymi bohaterkami są też piękne, silne kobiety, a całość akcji dzieje się na tle historycznym – również i tam zwykłe życie zmienia się w obliczu przemian, którym poddawany jest świat. Jeżeli więc interesują Was rozległe sagi rodzinne, bardzo klimatyczne i głęboko zakorzenione w historii, sięgnijcie, może i ta Was zaczaruje!

Wiem, wiem. Dla ludzi, którym tak jak mnie i wam przypadło w udziale monotonne i nieraz trudne życie, jest coś irytującego w tym, że wszędzie, gdzie się coś dzieje, spotyka się siostry O’Shaughnessy. Można by im zarzucić nie tylko niefrasobliwe podejście do cierpień ludzkości i przeżywanie jej dramatów z uśmiechem na ustach, ale też to, że nawet podczas najokrutniejszych tragedii wygodnie usadowione na proscenium, zdobne we wszelkie znane nam już dary i powaby zbierały oklaski u boku ludzi, którzy odcisnęli swe piętno na całym stuleciu. Jest w tych zarzutach trochę prawdy. Życie nie potraktowało czterech sióstr wcale łaskawiej niż resztę śmiertelników, lecz posiadały one niezrównaną umiejętność przeobrażania go.