Walka muzyki z poezją

Jaume Cabré to chyba jedyny współczesny pisarz, który rozpieścił mnie swoją prozą do tego stopnia, że sięgając po kolejną jego książkę nie czuję absolutnie żadnych obaw czy wątpliwości. Chociaż podejrzewam, że następne jego dzieło nie będzie tak dobre, jak mistrzowskie „Wyznaję” – wszak sięgamy po jego prozę w kierunku odwrotnym do chronologicznego – jestem całkowicie pewna, że dorówna „Głosom Pamano” czy „Cieniowi eunucha”. I tak, jak rok temu podekscytowana czekałam w sali Teatru Powszechnego w Warszawie na pojawienie się katalońskiego mistrza, ciekawie zerkając innym przez ramię i podczytując fragmenty „Cienia eunucha”, tak ostatnio z drżącymi palcami przewracałam kolejne strony „Agonii dźwięków”. Bo obcowanie z tak wielkim intelektem i maestrią słów potrafi człowieka przyprawić o szybsze bicie serca i nierówny oddech. A Cabré, choć byłam tego całkowicie pewna, znów robi to tak dobrze, że jednak odrobinę w tę wyjątkowość jego prozy nie dowierzam.

Tym razem przenosimy się do początku XX wieku, skromnego, bardzo surowego klimatu warownego klasztoru w La Ràpita. Grupa mniszek klauzurowych czci Boga i pogłębia swoją w Niego wiarę przez nieustanną pokutę, prowadzącą do osłabienia, omdleń, chorób, a z czasem nawet – śmierci. Wszystkiemu przewodzi wielebna matka Dorotea, charakteryzująca się surowością, powagą i brakiem poczucia humoru. Spokój tego świętego miejsca całkowicie zapomnianego przez Boga, wciąż za to strzeżonego przez siły nieczyste, zakłóca jednak brat Junoy, który ma być spowiednikiem mniszek. Pobyt w klasztorze jest dla niego swoistą karą – cisza ma pomóc mu zapomnieć o grzesznej muzyce, uleczyć jego słuch i zawrócić duszę na właściwe tory. Ale on – jako utalentowany muzyk – co rusz przenosi się do abstrakcyjnego świata muzyki dzięki sile swojej wyobraźni. Ponadto prowadzi ambicjonalną walkę z matką przełożoną, niespełnioną poetką, kierując się zdrowym rozsądkiem i twierdząc, że umartwianie się nie przybliża sióstr do Boga, a wieczny post i – w rezultacie – niedożywienie wywołują halucynacje.
Czego dokonał, by zasłużyć na to zesłanie na, niemalże, krańcu świata? Jak daleko się posunął, że oskarżony o herezję, nadużycie i samowolę trafił do aresztu? Czy niepodzielający jego pasji świat wymierzy mu karę?

Cabré „Agonię dźwięków” rozpoczyna od miejsca najciekawszego, bo od wielkiego poruszenia i skandalu, jaki wywołał protest brata Junoya w klasztorze. Zaciekawiony czytelnik musi jednak przebrnąć przez całą powieść, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w La Ràpita, bowiem już przy kolejnej części akcja cofa się do tyłu i toczy właściwym trybem.
Każdy z nowych rozdziałów poprzedzony jest fragmentami z obowiązującej w zakonie Księgi Zwyczajów, określającej prawa i obowiązki mniszek – mówiącej między innymi o tym, że rozmowa jednej siostry z drugą jest nieodpowiednia i grzeszna, że głowę należy trzymać prosto, lekko wychyloną do przodu, nigdy w bok, że myć należy się nie za często i nigdy nie zdejmując przy tym ubrań.
Byłam niezwykle ciekawa w jaki sposób Cabré, ateista, opowie o sprawach wiary, o mniszkach i braciach zakonnych, ale poza lekką, zdystansowaną ironią, piętnującą niektóre zachowania i zwyczaje – jak ekstremalne formy pokuty czy próba spełnienia własnych, wygórowanych ambicji – Katalończyk nie posuwa się do krytyki czy głębszych rozważań.

Warto zwrócić uwagę na kreację bohaterów, również tych drugoplanowych. Nie tylko brat Junoy i matka Dorotea są silnymi postaciami w książce. O wiele bardziej zachwyciły mnie młode mniszki czy ponadstuletnia siostra Margarida – żyjąc w klasztorze od wieków widziała już wszystko, co mogła zobaczyć, wie o wiele więcej, niż myśli o niej matka Dorotea. Siostry wyczekują tylko jej śmierci, za to ona, niczym cień, wciąż żyje – i chociaż nieco z boku, swoją wiedzą mogłaby przytłoczyć każdą z zakonnic w La Ràpita.

„Agonia dźwięków” to kolejna z powieści Katalończyka, która zachwyca. Jest w niej wszystko, do czego autor nas przyzwyczaił: muzyka i literatura, wygórowane ambicje i podążanie za pieniądzem, odrobina humoru, mała doza ironii, ciekawe spojrzenie na inny świat, który nam opisuje i błyskotliwy uśmiech samego twórcy tego wszystkiego. Czasem odnoszę wrażenie, że Cabré bawi się swoimi książkami – dobiera słowa, kreuje bohaterów, stawia ich w specyficznych, trudnych sytuacjach, a następnie miesza to wszystko oczekując, że efekt końcowy będzie znakomity. I zawsze się mu udaje.

Kolejna doskonała pozycja, obok której nie można przejść obojętnie.

Advertisements

3 uwagi do wpisu “Walka muzyki z poezją

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s