Niech świat spłonie

„Wigilijne psy”, to zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego, który ukazał się po raz pierwszy ponad dziesięć lat temu, w 2015 roku został zaś wznowiony i uzupełniony o trzy dodatkowe utwory przez wydawnictwo Sine Qua Non. Sama książka powstała, kiedy autor miał trochę ponad dwadzieścia lat, dlatego zdecydował się zachować ten buntowniczy, drapieżny i przede wszystkim młodzieńczy styl przy kolejnym wydaniu „Wigilijnych psów”. Bo, jak sam potwierdza, nie obchodziło go wtedy niewiele ponad to, niż żeby świat spłonął. Świat więc powoli się palił, a on zaczynał swoją przygodę z pisarstwem. Niestety niezbyt udaną, jak to przy tych pierwszych razach bywa.

wigilijne_psy_okladkaKażdy, komu chociaż raz obiło się o uszy nazwisko Orbitowskiego wie, że świat, w którym czuje się najlepiej jako pisarz, to świat bardzo mroczny, wypełniony duchami, potworami z wężami w paszczach, zamiast języków, z diabłami i wątpliwym istnieniem Boga, bębniącym o szyby deszczem i, żeby było tego mało, błotem sięgającym aż do kostek. To właśnie są jego klimaty – dziwne, niewytłumaczalne, tajemnicze, chłodne i wielokrotnie też przerażające. Kwintesencją tych osobliwości są właśnie „Wigilijne psy”, zbiór bardzo silnie zakorzeniony w fantastyce, w którym aż roi się od zjaw i potworów, a i pogoda zawsze odpowiada nastrojowi opowieści. Chociaż zazwyczaj stronię od fantastyki, tak po „Wigilijne psy” sięgnąć w końcu musiałam, bo nabyłam je jeszcze na Warszawskich Targach Książki w 2016 roku razem ze „Szczęśliwą ziemią” i „Zapiskami Nosorożca”. O ile jednak obie wymienione wcześniej pozycje przeczytałam jeszcze w wakacje, tak „Wigilijne psy” wciąż stały na półce i czekały na ten lepszy czytelniczy okres. Lepszy czas nigdy się nie pojawił, ale „Wigilijne psy” w końcu dostały swoją szansę. Zaczęłam czytać z nudów, licząc na dobrą rozrywkę. Niestety poprzeczkę postawiłam zbyt wysoko.
Są w „Wigilijnych psach” opowiadania dobre, oraz takie, które mają zadatki na bardzo dobrą historię. Jest nią na przykład „Serce kolei”, które opowiada o pociągu, który ma duszę, którego postać można zobaczyć tylko wtedy, kiedy mija się z innym pociągiem – wówczas w szybie drugiej maszyny stoi ludzka postać, która jest odzwierciedleniem pierwszego pociągu. Kontakt z pociągiem jest tak ograniczony, jak bywa z chorym dzieckiem – zamknięty jest w swoim świecie, w swojej „głowie”, nie rozumie świata zewnętrznego i ten świat nie potrafi też dotrzeć do niego. Skomunikować potrafi się jedynie z istotami tak samo ograniczonymi, jak on. O ile jednak pomysł bardzo mi się spodobał, tak kreacja bohaterów niestety mnie zawiodła; w pociągu spotykają się różne osoby – bramkarz klubu, staruszek, student i chore dziecko. Rozmawiają, piją piwo, opowiadają historie, śmieją się, dumają, student pierdzi z napletka…
„Pan Śnieg i Pan Wiatr” to kolejna historia, mająca ogromny potencjał. Powstała na podstawie wiersza Harry’ego Keana o tym samym tytule, który jest tak samo sugestywny i magiczny, jak „Król olch” Goethego. Orbitowski podobnie jak Kean animizuje Śnieg i Wiatr i z dwójki tych osobliwych postaci tworzy kompanię do Pana Buczka, samotnego alkoholika, który nie ma z kim podzielić się swoimi smutkami i którego regularnie prześladuje dwójka chłopaków z tego samego bloku. Pewnego razu Pan Śnieg i Pan Wiatr postanawiają towarzyszyć Buczkowi w piciu wódki, słuchają go, rozmawiają z nim, dzielą się z nowym przyjacielem swoimi przeżyciami. Pozwalają mu wejść w swoje życie i obiecują kolejną wizytę. Oczywiście to nie koniec historii, bo wspomniana wyżej dwójka drabów z osiedla jeszcze sporo tu narozrabia, ale już sam początek historii nie zwiastuje dobrego kawałka literatury: (…) Woda zabulgotała pęcherzyki jak plankton wzleciały ku górze. Pan Buczek gryzł wargę i zaklinał taflę. Woda zawrzała i pan Buczek zanurzył w niej trzy jajka. Jedno natychmiast pękło, smuga biała zawirowała. Gdy pan Buczek miał trzynaście lat, onanizował się w wannie. Białko coś mu przypominało.
Najdojrzalszym opowiadaniem zdaje się być tytułowa historia o wigilijnych psach. Głównym bohaterem jest młody chłopak dwukrotnie pozbawiony ojca. Biologicznego nie poznał w wyniku pomyłki w szpitalu po porodzie. To, że został oddany nie tej rodzinie, której powinien, prawdopodobnie uratowało mu życie. Jego przybrany ojciec, z którym spędził całe życie, utonął w rzece, kiedy poszedł topić dwa szczeniaki, których nikt już nie chciał przygarnąć. Psy były tylko przeszkodą, więc jedynym rozsądnym wyjściem było rzucenie ich w workach obciążonych kamieniem na dno rzeki. Od tego czasu w każdą wigilię dwa dziwne psy, o specyficznym wyglądzie, odwiedzały rodzinę głównego bohatera. Spędzały z nim te parę chwil z przedświątecznej nocy, następnie wracały do rzeki, gdzie czekał już na nie rzeczny pan…

16939400_1881939435355465_1457514011734825047_n

Większość opowiadań ze zbioru „Wigilijne psy” to historie pisane językiem dwudziestolatka o rzeczach, które w jakiś sposób dotykają i interesują tak młodego chłopaka. Gdyby nie nazwisko na okładce, byłabym skłonna pomyśleć, że te kilka opowiadań wyszło spod pióra któregoś z moich kolegów. Świat Orbitowskiego jest nie tylko mroczny, ale przede wszystkim brudny i zdegenerowany – dużo tutaj alkoholików i narkomanów, parę panien lekkich obyczajów i zrujnowanych trzydziestolatków, którzy brzydzą się swoją pozycją społeczną, ale do pracy nie jest im śpieszno. Nie mogę ukryć, że podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że wyszukane i ambitne wątki – jak np. historia zębów Jana Czciciela, tylko szkodą opowiadaniom, bo tworzą z nich prozę banalną z przewidywalnym zakończeniem. Ilekroć wciągałam się w któryś z przedstawionych światów zawsze coś psuło mi przyjemność czytania – czy to niezbyt wyszukane słownictwo, czy przewidywalne zakończenie.
Orbitowski świadom jednak potencjalnego odbioru swoich opowiadań już we wstępie tłumaczy nam się z popełnionych przezeń w „Wigilijnych psach” grzeszków i puszcza do czytelnika oko: Jestem już duży i naprawdę nie uważam, by zaczynanie opowiadania od: „Zimno jak w dupie u pingwina” było dobrym posunięciem. Wtedy sądziłem inaczej.
Z przykrością muszę stwierdzić, że wstęp przeczytałam z największym zaangażowaniem. Chociaż cenię Orbitowskiego jako pisarza, „Wigilijne psy” nie mogą się zaliczyć do literatury, która by mnie zachwyciła.

Reklamy

5 uwag do wpisu “Niech świat spłonie

  1. O rany, ale cytaty powyciągałaś 😀 A mi się „Wigilijne psy” podobały, wiadomo, że są jeszcze niedojrzałe, to takie wprawki, ale widać w nich już kształtujący się styl Orbitowskiego. Przede wszystkim urzekł mnie klimat tych opowiadań.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Z pisaniem Orbitowskiego trochę mi nie po drodze, po prostu to nie moje klimaty, ale jest wyjątek. A jest nim właśnie jedno z opowiadań z tego zbioru, to o pociągu. Idea pociągu jako swego rodzaju samodzielnego bytu, wprawdzie mocno ograniczonego, ale jednak, jakoś do mnie przemówiła.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s