„To bohaterowie decydują, trzeba ich tylko słuchać” – rozmowa z Michałem Piedziewiczem

O pisaniu i wyzwaniach, którym musiał podołać, swoich bohaterach, przedwojennej i powojennej Gdyni, ulubionych książkach, a także kontynuacji „Domino”, czyli trzeciej części gdyńskiej trylogii – zapraszam na rozmowę z Michałem Piedziewiczem.

Główny bohater „Domino”, Konstanty Kotkowski, przypomina kota… Lubi Pan koty? Jest Pan właścicielem jakiegoś?

Michał Piedziewicz: Drażliwy temat. Nie mam. Ale lubię. A drażliwy dlatego, że wolę je od psów (co się właścicielom psów nie musi podobać). Dwaj przyjaciele: Kotkowski i Wilczyński – miałem nadzieję, że to żarcik, który nie wyda się tandetny.

Na szczęście bohaterowie nie żyją jak przysłowiowy pies z kotem, a wręcz przeciwnie – są dla siebie podporą w każdej sytuacji, chociaż z czasem los ich rozdziela. W „Domino” to właśnie Kot gra pierwsze skrzypce. Czy jego postać nadal będzie tak ważna w trzeciej części książki?

M.P: W „Domino” Kot gra ważną rolę, ale i Krzysztof nie mniejszą! Z tego jestem zadowolony – że stworzyłem postać, wokół której tak wiele się dzieje, której losy od początku do końca interesują czytelników, a której obecność w opowieści w zasadzie wziąć można w cudzysłów.
Wracając do Pani pytania – Kot w trzeciej części powinien się pojawić.

O czym będzie kolejna część?

M.P: „Domino” nie przypadkowo kończy się notatką Joanny, wnuczki Łucji. Trzecia część będzie zatem o niej, będzie pisana z jej perspektywy. Oraz z perspektywy jej brata. Czyli kolejnego pokolenia, które kręci się po Gdyni, zakochuje się, a jakże, wyjeżdża i wraca, próbuje ułożyć sobie życie. Zbyt wiele nie chcę zdradzać – ale rzecz zacznie się latem roku 1987.

Będzie zatem podobnie do tego, co już nam Pan pokazał: życie zwykłych ludzi w obliczu przemian historycznych i Gdyni. Ale to nie oznacza, że fabuła będzie przewidywalna. Czym zaskoczy Pan czytelników?

M.P: No właśnie… Zaskoczy, albo i nie zaskoczy. Proszę dać mi szansę.

Książkę planuje Pan ukończyć w marcu. Jaki będzie nosić tytuł?

M.P: Tego jeszcze nie wiem. Zresztą im więcej na ten temat mówimy, tym bardziej obawiam się, że nie powinienem tego robić. Jestem w trakcie pracy, wcale nie tak blisko końca, może lepiej nie zapeszać?

Ma Pan rację, lepiej nie zapeszać. Przejdźmy zatem do pytań bardziej ogólnych: którego bohatera lubi Pan najbardziej? Utożsamia się Pan z którymś z nich?

M.P: Kto to napisał: że autor utożsamia się z przecinkami? Lubię Grabskiego, bo miał marzenia i do rzeczywistości podchodził ze szczerym zapałem, a tymczasem pisać musiał reklamy… A potem został urzędnikiem… Cóż, tak bywa. Najbardziej zaś lubię Łucję – z początku naiwną, nawet bardzo, którą później życie zmusiło do tego, by stała się kobietą silną i odpowiedzialną.

Tak, metamorfoza Łucji jest dość, powiedziałabym, radykalna. Z pogodnej i miłej dziewczyny  staje się zrzędliwą i nieszczęśliwą kobietą… Skąd pomysł na tak drastyczną przemianę wewnętrzną bohaterki?

M.P: Ale czy naprawdę nieszczęśliwą? Zrzędliwą, owszem, złośliwą – na pewno! Nie wiem dlaczego tak się stało. Mogłem sobie tylko wyobrazić – że to wszystko, co przeżyła, musiało ją mocno zahartować, ona musiała o swoich przeżyciach zapomnieć, nie pozwolić, by ją dręczyły. Ale czy to możliwe? Jak można żyć – wstawać, mówić „dzień dobry”, iść do sklepu, etc. – po tego typu doświadczeniach? Po tym wszystkim, co przeżyła – tak to sobie wyobrażam, tak ją, Łucję, czuję – ona nie mogła zbytnio przejmować się miłosnymi perypetiami córki. Dla niej to było śmiechu warte. Więc się złościła, była rozdrażniona, a jednak w głębi duszy pozostała czuła i wrażliwa. Ha, tym bardziej ją polubiłem! W trzeciej części też nie zejdzie ze sceny – i swoje do powiedzenia jeszcze dostanie.

Wrażliwości nie można jej odmówić, pokazują nam to sceny, gdy w  pobliżu Łucji nie ma innych postaci. Zaskakuje też postać Konstantego… Dlaczego właśnie on znajduje się (obok Łucji) na pierwszym planie, skoro wcześniej skrywał się w cieniu Krzysztofa? Czy od początku zamierzał Pan uczynić z niego najważniejszą postać?

M.P: Słuszną ma Pani intuicję – Konstanty rozrósł się w trakcie pisania „Domino”. Ale i dla mnie to było interesujące, zaskakujące – że oto postać wcześniej drugoplanowa zaczyna żyć swoim życiem.
Inna sprawa, że w pewnej chwili myślałem, że druga część mówić będzie wyłącznie o wojnie. Wtedy wiadomo było, że nikt inny, jak tylko Kotkowski, grać będzie główną rolę. Na szczęście dość prędko zrozumiałem, że sama wojna mnie nie interesuje, że bardziej ciekawi mnie to, co z ludźmi, którzy wojnę przeżyli (a jednocześnie pamiętali szczęśliwe dla nich czasy przedwojenne) stało się później. I wtedy tak jakoś same z siebie zaczęły mi się przeplatać wątki Łucji i Kota, a cała opowieść nabrała rozpędu.
Jednak tego, jak się ich – Łucji i Kota – przyjaźń zakończy, nie wiedziałem niemal do samego końca. To bardzo przyjemne w pisaniu – że niekiedy to bohaterowie decydują o rozwoju sytuacji, trzeba ich tylko słuchać.

Pana postaci są fikcyjne czy wzorowane na Pana znajomych, może krewnych albo mające odzwierciedlenie w historii?

M.P: Fikcyjne. Na nikim nie wzorowane. Co się być może zmieni w trzeciej części.
W „Domino” moi krewni pojawiają się na podobnej zasadzie, jak niekiedy reżyserzy w swoich filmach: migają w trzecim czy czwartym planie – na przykład doker Franciszek w portowej rozmowie z Kotem.

mp

Od początku myślał Pan o napisaniu trylogii? Która z tych części jest Panu najbliższa?

M.P: Tak i nie. Zacząłem opowieść w roku 1929, czyli w momencie, kiedy Gdynia była już, powiedzmy, miastem. Trzecim tomem miała ewentualnie być opowieść o roku 1989 – z wielką retrospekcją zahaczającą o wojnę i późniejsze lata. Z kolei w części drugiej chciałem się cofnąć w czasie – by opowiedzieć o dość w sumie tajemniczych – również dla mnie – latach, kiedy Łucja zjawiła się w Gdyni, kiedy poznała Grabskiego, a przede wszystkim złowrogiego Jana Króla.
Cóż… wszystko napisało się inaczej. Do tej opowieści o Łucji i Królu być może kiedyś wrócę.
„Dżokera” lubię, bo czas, o którym opowiadam ma w sobie jakąś jasność, to opowieść o latach dla moich bohaterów szczęśliwych. Z kolei „Domino” jest chyba ciekawsze, intryga jest prosta, ale, mam nadzieję, zaskakująca. No i Łucja – powtórzę – jest drapieżna, lubiłem o niej opowiadać.

W notce biograficznej dla wydawnictwa MG napisał Pan Urodziłem się zbyt późno, żeby zaliczać się do pokolenia które zmieniało historię (np. strajkami z roku 1988), ale i zbyt wcześnie żeby tamtych czasów nie pamiętać i nie przeżywać. To właśnie dlatego powstały Pana książki?

M.P: W pierwszej chwili powinienem powiedzieć, że nie… Ale jednak coś jest na rzeczy – o czym za moment.
Na początku było zdziwienie: że oto jest wielki temat, którego prawie nikt nie porusza. Czyli Gdynia – tamta Gdynia, z lat dwudziestych i trzydziestych, która w krótkim czasie z niewielkiej wsi stała się jednym z największych portów w Europie i która przyciągnęła dziesiątki tysięcy ludzi. W większości przyjeżdżali, bo musieli, za chlebem, inni robili to dla przygody, gdy wyczuwali dla siebie szansę. II RP była państwem biedy, wystarczy pomyśleć o Polesiu. Zaś Gdynia była Ameryką, Ziemią Obiecaną. I niektórym udało się zrealizować marzenia, innym nie.
Tak czy inaczej zaczynających niemal od zera przybyszów były w Gdyni tysiące, a co człowiek – kiedy zechcemy się w ich losy wczuć – to potencjalna historia do opowiedzenia. Dla kogoś, kto chce opowiadać to prawdziwy samograj.
Oglądałem wtedy serial Boardwalk Empire – akcja toczyła się w podobnej epoce, w podobnym „kostiumie”, siłą rzeczy zacząłem myśleć o Gdyni.
Z drugiej strony każda opowieść „w kostiumie”, to zawsze opowieść o czasach współczesnych. Już kiedy pisałem, zaczynałem rozumieć, że opowiadam o nas, dzisiejszych Łucjach, Adamach i Krzysztofach. Czyli o pokoleniu, które dostało od historii radość niepodległości i które od dwudziestu lat próbuje się w nowej rzeczywistości odnaleźć. Tamtej generacji historia wywinęła okrutnego figla – do pewnego momentu, właściwie do samego września, mogli się czuć świetnie, cieszyć się życiem – a potem wszystko się nagle i tragicznie skończyło. Do pewnego momentu – a pisałem „Dżokera” w roku 2013 – mogło się wydawać, że i nam nic nie grozi, że świat mamy obłaskawiony, że niczym nas on nie zaskoczy. Dzisiaj nie jestem tego pewien, wiemy, co się wokół dzieje.
Wracając jednak do pani pytania: kontynuacja „Dżokera” i „Domino” będzie – mam nadzieję – opowieścią właśnie o tych, którzy sami nie strajkowali, bo byli zbyt młodzi, ale wkrótce weszli w dorosłe życie. Zatem trzeci tom powstanie dlatego, żeby o tym doświadczeniu opowiedzieć. Ale kiedy pisałem notkę na okładkę „Dżokera”, jeszcze o tym nie wiedziałem.

Północ Polski opuścił Pan, kiedy udawał się na studia. To wtedy zapadła ostateczna decyzja, aby pozostać w Krakowie i nie wracać do Trójmiasta?

M.P: Nie wiem, nie pamiętam. Myślę, że to się często zmieniało. Myślałem, że wyjeżdżam na chwilę, że wrócę, potem, że zostanę w Krakowie na zawsze, następnie znów nie byłem (nie jestem?) tego pewien. Nie przeprowadziłem się do Australii, wszystko jest możliwe. Na razie jestem od Gdyni oddalony i być może dlatego łatwiej mi o niej pisać. O Krakowie – zwłaszcza współczesnym – chyba bym nie potrafił.

Może ten czar prysłby, gdyby Pan wrócił? Tęskni Pan za morzem?

M.P: Jedno jest pewne: pisząc swe opowieści na nowo się z Gdynią zżyłem. Przez wszystkie krakowskie lata często ją odwiedziłem, jednak ostatnio robię to mimo wszystko częściej i inaczej na nią patrzę. Lubię ją, kiedy jest się w niej na gościnnych występach, Gdynia musi się podobać. Oczywiście słyszę niekiedy narzekania, to chyba normalne, że mieszkańcy mają do codzienności dużo bardziej krytyczny stosunek. Ale właśnie – morze! Cieszę się, kiedy trwa gdzieś blisko.

Pisanie „Dżokera”, a następnie „Domino” pozwoliło Panu na chwilę powrócić w ukochane strony. Jakie trudności napotkał Pan podczas pisania tych powieści?

M.P: Trudności było oczywiście mnóstwo. Po pierwsze z odtworzeniem tamtej Gdyni – dziś to spore miasto, w takim zresztą wzrastałem. Tymczasem znane współcześnie budynki rosły wówczas w szczerym polu, stała na przykład poczta – ważne miejsce dla akcji „Dżokera” – a wokół niemal nic. Zatem musiałem się pilnować, by nie zaprowadzić bohaterów w miejsce, którego w roku 1929 jeszcze nie było. Albo wyglądało zupełnie inaczej. Ale w takim razie jak? To oczywiście kosztowało nieco pracy.
Inna trudność polegała na tym, by opowiadać ciekawie! Ba, to było najważniejsze i najtrudniejsze. Dziś zdarza mi się słyszeć, że może za dużo jest tego cukru w cukrze, Gdyni w Gdyni. Na szczęście nie wszyscy czytelnicy tak myślą. A ja po prostu uważam, że tak było trzeba – uczynić z Gdyni jedną z bohaterek „Dżokera”.

W obu Pana książkach ogromną rolę odgrywa muzyka – to ona nadaje powieściom klimatu. Opowie Pan coś o zespole, którego była Pan częścią?

M.P: Naprawdę pani tak sądzi? Że muzyka jest dla moich bohaterów ważna? Chyba nie zdawałem sobie z tego sprawy. A w moim życiu rzeczywiście była, choć sukcesów nie odnieśliśmy. Grałem na gitarze, wielkie mieliśmy ambicje – i myślę, że to dobrze, takie podejście uczyło mnie twórczego myślenia. A było to mroczne granie, o podobnym opowiem w trzeciej części.

Jest taki moment w książce, kiedy Kot tańczy z Dzidzią, nucąc przebój Ordonki (Pierwszy znak, gdy serce drgnie. Ledwo drgnie, a już się wie, że to ten właśnie ten, tylko ten). W „Dżokerze” to Krzysztof często podśpiewuje pod nosem Już taki jestem zimny drań... Muzyka towarzyszy Pana bohaterom w ważnych momentach ich życia… Zatem trzecia część powie nam nieco o Pana młodości?

M.P: „Nieco” to dobre słowo. Bardzo się będę starał nie napisać pamiętniczka z lat młodości. Ale z drugiej strony opowiadać będę oczywiście o miejscach i czasie, które poznałem, widziałem na własne oczy i przeżywałem. Z tego względu pisze mi się i łatwiej, i trudniej.

A co potem, jakie ma Pan plany? Będzie Pan jeszcze pisał o Gdyni, czy może jednak pójdzie Pan w innym kierunku?

M.P:  Mam wiele pomysłów, jednak nie warto o nich mówić, bo być może nic z nich nie zostanie, gdy pojawią się inne, ciekawsze dla mnie w momencie, kiedy już zasiądę do pisania. W każdym razie raczej ucieknę z Gdyni, starczy tego dobrego…

Wśród Pana ulubionych autorów znalazł się m.in. Bolesław Prus, Bohumil Hrabal i Umberto Eco. Jakie książki twórczości tej trójki pisarzy ceni Pan najbardziej?

M.P: Wracamy do „notek o autorze”. A to zawsze jakiś skrót myślowy, coś napisać trzeba… Uwielbiam „Lalkę”, rzecz jasna. „Imię Róży” i „Wahadło Foucaulta” to świetne, bardzo, bardzo dla mnie ważne książki. Hrabal również mocno mnie kiedyś wciągnął, prawie wszystko, co napisał jest warte przeczytania. „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, „Obsługiwałem angielskiego króla”. Bardzo lubię opowiadanie „Śnięte popołudnie” – rzecz dzieje się w małej praskiej knajpie, gdzie w olbrzymich nerwach rozmawia się o piłce nożnej i tylko jeden zaczytany (nie wiadomo w czym!) student nie ulega emocjom, czym do pasji doprowadza barmana. To Hrabal w pigułce, kilkanaście znakomitych, najlepszych stron.
Jednak książek, które lubię jest więcej. Borges, Flaubert, McCarthy, Pilch… A gdzie Węgrzy (Spiro, Marai), Czesi (Hasek, Pavel), Włosi, Rosjanie (Płatonow, Babel, nie licząc klasyków)? O tym mówić można bez końca.
Skoro jednak mam taką możliwość, polecam uwadze Pani i czytelników jeszcze trzy krótkie teksty: „Bibliotekę Babel” Borgesa (to przykład na to, jak genialny autor na zaledwie kilku stronach odtworzyć można kompletny obraz świata), „Jedwab” Baricco (to z kolei wzór operowania czasem opowieści, skrótem i tajemnicą), oraz „…twierdzi Pereira” Tabucchiego (opowieść pozornie skromną, ale bardzo emocjonującą i być może przewrotnie opisującą nie lizbończyków sprzed kilkudziesięciu lat, ale nas – tu i teraz).

_______________________________________________________________________________________________

Michał Piedziewicz – urodził się i wychował w Gdyni, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, gdzie obecnie mieszka. Do Trójmiasta wraca zawsze chętnie, z radosnym sercem. Jego dwie książki – „Dżoker” oraz jego kontynuacja – „Domino” zostały bardzo ciepło przyjęte przez czytelników. Na co dzień zajmuje się pracą dla agencji reklamowych, mediów, współpracuje z przebojowym programem „Kuchenne Rewolucje”.

A jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać „Dżokera” i „Domino”, zachęcam do udziału w konkursie, który organizuję wspólnie z wydawnictwem MG.
Odpowiedzi do ostatniego punktu piszcie pod tym wpisem lub postem konkursowym na Facebooku. Osoba, która udzieli najciekawszej odpowiedzi zostanie nagrodzona kompletem książek.

konkurs4

Reklamy

8 uwag do wpisu “„To bohaterowie decydują, trzeba ich tylko słuchać” – rozmowa z Michałem Piedziewiczem

  1. Książka Pana Michała od jakiegoś czasu jest na mojej liście do przeczytania w nowym roku 😉 Baardzo lubię literaturę wspomnień, coś co pomaga w jakimś stopniu wyobrazić sobie przedwojenne miasta Polski. W „Dżokerze” autor opisuje Gdynię i dla mnie jest to największy plus! Uwielbiam tą miejscowość, ludzi, budynki, to jest moje miejsce na ziemi, do którego chętnie wracam kilka razy w roku.
    Również zgłaszam się do konkursu 🙂 pozdrawiam!

    Polubienie

  2. Gratuluję wywiadu! Z przyjemnością przeczytałam odpowiedzi na zadawane przez Ciebie pytania 🙂 Wychodzi na to, że sam autor to bardzo ciekawa postać, więc tym bardziej chciałabym zapoznać się z jego twórczością 🙂 Intryguje mnie rola muzyki w jego powieściach 🙂
    Lubię odkrywać polskich autorów, którzy często mają naprawdę sporo do powiedzenia. Niejednokrotnie przekonałam się, że nakreślone przez nich historie, zarówno te oparte na faktach, jak również te będące jedynie fikcją literacką, są niezwykle wciągające i po prostu wartościowe. Nasza historia pełna jest wydarzeń, które mogą stanowić tło dla nietuzinkowej fabuły, co z powodzeniem wykorzystują liczni powieściopisarze. Same opisy „Dżokera” i „Domina” są na tyle intrygujące, że już teraz wiem, że prędzej, czy później sięgnę po te książki. Lubię poznawać miejsca i wydarzenia z przeszłości z perspektywy zwykłych ludzi, którzy na co dzień zmagają się z różnymi trudnościami, ale potrafią też dostrzec otaczające ich piękno. To niezwykłe doświadczenie móc przyglądać się ich rozterkom, śledzić ich dobre i złe wybory, obserwować ich codzienność. Powieści w stylu „retro” mają w sobie coś magnetycznego co sprawia, że są tak chętnie wybierane przez czytelników. Sama czytałam już o Warszawie sprzed lat, Krakowie, Wrocławiu oraz o moim rodzinnym Tarnowie. Nigdy natomiast nie miałam okazji przyjrzeć się Gdyni z okresu dwudziestolecia międzywojennego, a jestem przekonana, że będę pozytywnie zaskoczona nie tylko historią tego miasta, ale również jego codziennością przedstawioną z perspektywy jego mieszkańców.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s