Świat kontrastów Karla Ovego

Groteskowa księga czwarta „Mojej walki” Karla Ovego Knausgårda pozostawiła mnie z mnóstwem wątpliwości i pytań, dotyczących twórczości Norwega. W czwartym tomie zderzały się jakby ze sobą dwa światy: z jednej strony Karl Ove jako nauczyciel – troskliwy i delikatny, z drugiej strony desperacko próbujący stać się mężczyzną, usiłujący stracić w końcu swoje dziewictwo. Wrażliwość i młodzieńcza nieśmiałość, tak bardzo charakterystyczna, jeżeli chodzi o sercowe sprawy, ale też pewna pierwotność, czy może nawet dzikość w próbie zaspokojenia swojego pragnienia. Naiwny chłopak bez pamięci zakochany, którego cieszy najdrobniejszy gest i najbardziej błahe spojrzenie ze strony ukochanej i głupiec, awanturnik, narcyz. Dwa oblicza „Mojej walki” i dwa oblicza Karla Ovego. I tak bez ustanku – od pierwszej części, aż do ostatniej, szóstej. Niby czytanie książki, a przecież odczucia są identyczne, jakby się z pisarzem przebywało sam na sam w salonie z widokiem na norweskie fiordy, albo jeszcze lepiej: przy kieliszku wódki w jakimś ciemnym, zadymionym klubie. Kłócę się z Knausgårdem bez przerwy i co chwilę jestem na niego obrażona – ot, choćby po skończeniu czwartej części, kiedy poczułam się spoliczkowana po przeczytaniu ostatniego zdania – ale na koniec i tak wychodzimy z klubu razem, mówimy sobie „do widzenia” i mimo że tego po sobie nie pokazuję, czekam, aż w końcu znowu się umówimy. Bo nawet jeżeli momentami Knausgårda nie potrafię znieść, nie jestem w stanie dotrzymać mu tempa, nawet jeżeli czasem się z niego śmieję albo mnie obrzydza, to i tak ciągle jest mi go mało. Po tym wszystkim i tak czuję niedosyt.

moja-walka5

Ale nie łudźcie się – w „piątce” Knausgård po raz kolejny wodzi nas za nos. Bierze w podróż dookoła swojego życia i mówi: jestem gburem, samolubem, egocentrykiem, awanturnikiem, a do tego nie mam za grosz pokory. Jestem obrzydliwy, za dużo piję, czasem ćpam i wcale mi na tobie nie zależy. Jedziemy dalej, czy wysiadasz na tym przystanku? Może rozsądniej byłoby wysiąść, ale przecież i tak jedziemy. To trochę jak strzał w kolano, bo jeżeli nie zrezygnujemy z tej podróży od razu, to później już nie będzie na to okazji. Knausgård nam na to nie pozwoli.

Tym razem cofamy się w czasie o dwadzieścia lat z hakiem, do Bergen, gdzie po powrocie z północy Norwegii, młody Karl Ove zaczyna studia. Najpierw uczy się w Akademii Sztuki Pisania, sam stawia pierwsze kroki zarówno w świecie realnym, jak i tym literackim. Chce zostać pisarzem, a więc próbuje zanurzyć się w tym kulturalnym świecie – zgrywa dekadenckiego pięknoducha, gardzi drobnomieszczańską mentalnością, bawi się w intelektualistę, szasta pieniędzmi z kredytu studenckiego, pije na umór, urządza sceny (bo przecież pić nie potrafi) i co rusz pakuje się w jakieś tarapaty. Po takich hulankach, jakie sobie urządza rzuca w Yngvego szklanką, kilkakrotnie jest upomniany przez policję, a w końcu nawet ląduje w areszcie. Targają nim emocje i uczucia, wiele czuje i mnóstwa rzeczy żałuje, ale często okazuje się, że jest już za późno. W przerwach między imprezami próbuje pisać, ale z biegiem czasu idzie mu coraz gorzej – chociaż sam jest przekonany o wielkości swojej prozy, nauczyciele uważają, że większość jego zdań to „kalki”, a całość jest miałka i sztampowa. Ale Knausgård jest zadufany w sobie, przekonany o swojej wyższości, dlatego gra ignoranta, którego słowa wybitnych pisarzy i pracowników naukowych nic nie obchodzą, chociaż w rzeczywistości łzy cisną mu się do oczu, jak za każdym razem, gdy usłyszy jakąś uwagę pod swoim adresem.
A jednak się nie poddaje, przepełnia go energia i chęć – do życia, do nauki, do świata – tak przecież do niego niepodobna. Cieszy go pierwsze własne mieszkanie, Akademia, literatura, pisarstwo, gra w zespole i Ingvild – bo jest też, trzeba dodać, zabójczo zakochany. Zakochuje się zresztą trzy razy – zawsze inaczej i zawsze mocniej, dogłębniej, a jego związki kończą się w coraz bardziej dramatycznych okolicznościach. Pierwszą dziewczynę sprzed nosa sprzątnął mu brat, pozostałą dwójkę stracił na własne życzenie. Wszystkie inne ziemskie sprawy – jak rodzina, przyjaciele, praca czy wykształcenie – które dla normalnych ludzi byłyby punktem odniesienia – przykrywa mu myśl o debiucie. Bo debiutują wszyscy: Kjartanowi się w końcu udało, Espen też już coś wydał, a nawet Tore o 4 lata od niego młodszy i z 16 odmowami na koncie. Wszyscy, tylko nie on… Sukces jednak wcale nie smakuje tak słodko, bo kiedy w końcu udało mu się spełnić swoje marzenie i wydać powieść, jego życie osobiste legło w gruzach…

Część piąta „Mojej walki” nie jest niczym, czego byśmy nie znali już z części poprzednich – to przecież ci sami bohaterowie, ta sama główna postać, identyczne problemy, a nawet po raz kolejny nawiązanie do wątku ojca, zdawałoby się, że już wyczerpanego – ale wciąż wciąga i oddziałuje z ogromną siłą. Powiem więcej: wciąga w taki sposób, że czytelnik nie jest w stanie się od Knausgårda oderwać!
Zanim zasiadłam do lektury dowiedziałam się, że bohater jest bardziej irytujący, niż w poprzednich częściach, więc możecie sobie wyobrazić moją reakcję po tym, jak potraktował swoją „czwórkę”, mającą przecież taki potencjał! W miarę czytania odkryłam jednak, że to właśnie „piątka”, z tym bezczelnym gówniarzem jako bohaterem, daje mi najwięcej satysfakcji z wszystkich poprzednich części, a po skończeniu jej jestem zdania, że to zdecydowanie najlepszy tom „Mojej walki”.

karlove1989_600
 Karl Ove Knausgard przy pracy. Circa 1989. | fot. writersatwork.pfauth.com

Knausgård w tej części jest w moim wieku, a więc targają nim też problemy podobne do moich – studiuje, jakoś zalicza kolokwia, ciągnie go do wiedzy, na okrągło czyta, nie rusza się bez książki, jest recenzentem, zakochuje się i odkochuje, czuje bardzo dużo, ale czasem czuje okropną pustkę i nicość wewnątrz siebie. Popełnia błędy, wszystko niszczy, a nie zawsze naprawia, żałuje, robi głupoty, płacze na przemian i się śmieje. Chce pisać, tworzyć literaturę, a jednocześnie czuje się gorszy, bo jest w stanie tylko ją oceniać, nic od siebie do niej nie dodając.
W piątym tomie „Mojej walki” czuć takiego ducha młodzieńczej wolności, przekonania o tym, że świat na nas czeka, że leży u naszych stóp, że młodość jest wieczna, że miłość jest wieczna, że życie się nie kończy. A przecież to wszystko – te myśli i poglądy – stykają się i z wejściem w dorosłość już na dobre, czyli małżeństwo, i z rozpadem związku (przecież niejednego), i ze śmiercią, po której tutaj na ziemi nie ma już nic, po której trzeba się tylko nauczyć życia bez tej osoby, tak jak kiedyś ktoś będzie się uczył życia bez nas. To te kontrasty – bezgraniczne szczęście i myśli o samobójstwie, a nawet okaleczanie się, pewność siebie, a strach przed odrzuceniem, młodość i witalność Karla Ovego, a starość i niedołężność dziadków, życie i jego koniec – są siłą tej powieści. Jest też tutaj swoista równowaga i harmonia, wszystko ma swój początek i rozwiązanie, a młody Karl Ove doskonale radzi sobie ze światem zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym, z intelektem, jak i z uczuciami – chociaż z różnymi tego skutkami.
Po raz kolejny Knausgård wraca do wątku ojca, nieodzownego elementu tego cyklu, ale, o dziwo, powtarza dokładną scenę pogrzebu, łącznie z towarzyszącym temu sprzątaniem domu babci. To oczywiście zabieg celowy, w którym autor trochę wodzi nas za nos. Wykorzystując tak przecież naładowane emocjonalnie wątki z poprzednich części próbuje stworzyć kolejny tom jeszcze mocniejszym i bardziej oddziałującym na czytelnika. Swoistej grze poddaje nas też, mówiąc o swojej twórczości – te nieustanne i bezowocne próby stworzenia jakiegoś opowiadania albo powieści w końcu spełzły na niczym, bo zamiast absolutnej literackiej fikcji autor posłużył się wątkami autobiograficznymi. Zadajemy więc sobie pytanie: czy Knausgård rzeczywiście umie pisać, czy tylko „Moja walka”, napisana zresztą bardziej przez życie niż przez niego samego, mu się udała?

„Moja walka 5” to lektura, w której niczego mi nie brakuje. To proza tak samo szczera, frustrująca, ale porywająca, jak poprzednie tomy. Po skończeniu jej najpierw ogarnęła mnie ogromna fascynacja tym, co wyszło spod pióra Norwega – mnogość wątków i ich doskonałe połączenie, różne stany emocjonalne, którym podlegał bohater i które od razu przechodziły na moją osobę, prostota stylu i jeszcze bardziej prowokacyjne kreowanie swojej osoby – wywarły na mnie tak ogromne wrażenie, że przez pierwsze kilka minut nie potrafiłam zebrać myśli, nie byłam w stanie książki ocenić, wiedziałam tylko, że to jest dobre i że na to ze strony Knausgårda czekałam. Potem poczułam ogromną ulgę, że to jednak rzecz o wiele lepsza niż „czwórka” i że wszystkie moje obawy były zbędne. Ale na samym końcu odczułam ogromny smutek, bo zrozumiałam, że to przedostatni tom i naprawdę nie potrafiłam sobie wyobrazić wieczorów, podczas których nie będę już czekać na Knausgårda.
To naprawdę dobra i wielka literatura.

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Świat kontrastów Karla Ovego

  1. Pingback: Podsumowanie grudnia | Książkowe światy - moje recenzje książek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s