Wyspa chłopięcości – Knausgard w księdze trzeciej

Trzecia księga „Mojej Walki” Karla Ovego Knausgarda przez wielu czytelników postrzegana była jako gorsza, nie dorównująca poziomem poprzednim częściom, dlatego też wzbraniałam się przed sięgnięciem po nią, jak najdłużej odwlekałam w czasie moment rozpoczęcia lektury, nie chcąc zepsuć sobie wrażeń i klimatu, który pierwszym i drugim tomem pozostawił we mnie Karl Ove. Dziś wiem, że w moim czytelniczym doświadczeniu nie spotkałam autora, który tak boleśnie i realnie odmalowałby traumę przeżytą w dzieciństwie, zmieszaną z momentami chłopięcej beztroski i zapomnienia.

O ile w pierwszej księdze poznawaliśmy Karla Ovego od dziecka, poprzez trud dorastania, aż po mozół dorosłego życia, w drugiej mieliśmy do czynienia z dorosłym mężczyzną, mężem, ojcem dwójki dzieci i w końcu – pisarzem, tak w trzecim tomie Norweg znów powraca do czasów swojego dzieciństwa, spędzanego u boku starszego brata, matki i ojca-tyrana. Już pierwsza scena zaszczepia w czytelniku ziarno wzruszenia, które kiełkować będzie przez całe to ponad pięćset stron, aż do samego końca, kiedy to wyrośnie; dwójka dorosłych, ale bardzo młodych ludzi idzie ulicą, przed sobą pchają wózek ze swoim młodszym synem, jednocześnie trzymając za rękę tego starszego – Yngvego. Zmierzają w kierunku swojego nowego domu na norweskiej prowincji. Ubrani zgodnie z modą panującą w tamtych czasach, tacy sami, jak wszyscy inni. Ten obraz jednak nie trwa długo – jest jak fotografia, oglądamy ją (tudzież czytamy) tylko przez chwilkę, zatapiamy się w twarzach ludzi, których widzimy i zastanawiamy się, co czują, jakie były ich myśli podczas tego spaceru, po czym przewracamy kartkę w albumie i oglądamy już zupełnie inne zdjęcie.

moja-walka3

Karl Ove ma siedem lat, niesamowicie cieszy się na myśl o pierwszym dniu w szkole, jego starszy brat Yngve upomina go, że już niebawem jego entuzjazm opadnie. Uczy się, prześciga inne dzieci w czytaniu i pisaniu, zakochuje się w koleżance z klasy – pięknej, czarnowłosej Anne Lisbet, odkrywa dziecięcą fascynację światem komiksów i literatury, a później – pornografii, w ten sposób dociera też do swojej cielesności. W przyjacielem u boku poznaje świat – od strony wysypisk śmieci, „brudnych” magazynów, zapachu i koloru własnej kupy, nagich członków swoich kolegów, ale przede wszystkim od strony twardej ręki i mocnych kroków swojego ojca.

Karl Ove niemalże przez całe swoje dzieciństwo płacze. Łzy cisną mu się do oczu nawet, jeżeli nikt nie robi mu krzywdy, kiedy mama zwróci mu uwagę, lekko podniesie głos, kupi czepek na basen w kwiatki czy kiedy z tego powodu zostanie wyśmiany przez kolegów. Dla niektórych może to się wydawać dziwne, bo w końcu to chłopak, a nie dziewczyna, i powinien sobie jakoś radzić… ale ja go doskonale rozumiem, bo tego płaczu, jak sam zresztą pisze, nie da się powstrzymać. On jest gdzieś wewnątrz i samowolnie pozwala sobie wyjść z człowieka, a dziecko, żyjące w wiecznym strachu ma prawo do bycia wrażliwszym i nieco innym od swoich rówieśników. Za pomocą swojej słabości Knausgard czyni księgę trzecią wielką i silną, bo poprzez nieustanne podkreślanie swojej ofermowatości, nieprzystosowania, odstawania od innych i notabene, wystających zębów, robi coś zupełnie innego, niż zwykł robić w poprzednich częściach „Mojej walki” – już nie pokazuje swojej siły, obojętności i tego wszechogarniającego jego otoczenie chłodu, a rysuje nam się jako bezbronne, bojące się dziecko, które łka, szlocha, płacze i histeryzuje przez całe te pięćset sześćdziesiąt stron. Czytelnik ma ochotę przygarnąć to dziecko w swoje ramiona, przytulić, pogłaskać po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze.

Knausgard jest dla nas otwartą księgą – nie wstydzi się upokorzeń, wywleka na wierzch wszystko co ludzkie. Nie przemilcza sytuacji, kiedy pobiły go dwie starsze dziewczyny, okradając z cukierków, ani tego, kiedy popłakał się przy swoich kolegach, kilka stron poświęca szczegółowemu opisowi wypróżniania się, a szczególnie podkreśla uczucia, jakie mu podczas tego fizjologicznego procesu towarzyszyły. Matka jest jeszcze obecna, ale wciąż mało widoczna, bo prawie całą uwagę chłopca absorbuje ojciec-tyran.

Ocaliła mnie, bo gdyby jej nie było i gdybym dorastał tylko z tatą, prędzej czy później, w taki czy inny sposób, odebrałbym sobie życie. No ale ona była, równoważąc mrok taty, ja żyję, a to, że żyję bez radości, nie ma żadnego związku z brakiem równowagi w dzieciństwie. Żyję, mam własne dzieci, a w związku z nimi zawsze zależało mi w zasadzie na jednej jedynej rzeczy, mianowicie na tym, żeby nie bały się własnego ojca.
Nie boją się, wiem to na pewno.
Kiedy wchodzę do pokoju, w którym siedzą, nie kulą się, nie wbijają oczu w podłogę, nie wymykają się, gdy tylko nadarzy się taka sposobność, a kiedy na mnie patrzą, to obojętnie, rejestrująco. I jeśli cieszy mnie, że ktoś mnie nie zauważa, to cieszę się, że nie zauważają mnie moje dzieci. Jeśli cieszy mnie, że ktoś przyjmuje mnie za oczywistość, to cieszę się, że jestem oczywistością dla moich dzieci. A gdyby w wieku czterdziestu lat miały zupełnie nie pamiętać, że kiedyś przy nich byłem, to ukłonię się i przyjmę to z głęboką wdzięcznością.

O ile w pierwszej części czytelnik mógł współczuć Knausgardowi, który zapił się na śmierć, tak w księdze trzeciej zaczyna pałać nienawiścią do tego brutala, który nie ma w sobie za grosz ojcowskiej czułości. Karl Ove z jednej strony przez cały czas stara się być idealnym synem, z drugiej strony wie, że i tak skazany jest na klęskę i najprawdopodobniej lanie i szlaban, a z trzeciej strony ojciec jest dla niego tak silnym autorytetem (chociaż nie można powiedzieć, że go podziwia), że ponad wszystko chce dać mu odczuć, że jest najlepszy – jak w genialnej scenie narciarskiej, kiedy dziecko się przewraca, żeby pokazać ojcu, że ten jest lepszym narciarzem, mimo iż jego bieg przypomina chód kaczki. Żeby tata nie poczuł się gorszy – to dręczy Knausgarda.

Pisarz doskonale odmalowuje postać swojego ojca, który mimo że jest inteligentny (wszak to nauczyciel), przystojny, wysoki, silny, budzi w nas odrazę. Któremu życzymy w jego istnieniu jak najgorzej, mimo że wiemy, że skończy źle i tak jak pisarz, skromnie i po cichu marzymy, że się na nim odegramy, że go pokonamy, że w wyobraźni urośniemy więksi i silniejsi niż on.

W wyobraźni mogłem urosnąć, być od niego większy, ścisnąć mu policzki, żeby wargi ułożyły się w ten głupi grymas, który robił, kiedy mnie naśladował z powodu moich wystających zębów. W wyobraźni mogłem uderzyć go zaciśniętą pięścią w nos tak mocno, żeby się złamał i popłynęła krew. Albo jeszcze lepiej, żeby kość nosowa wbiła mu się do mózgu i żeby umarł. Potrafiłem ciskać nim o ścianę, zrzucać go ze schodów, mogłem chwycić go za kark i wbić jego twarz w stół. Takie myśli przychodziły mi do głowy, ale w momencie gdy znajdowałem się w tym samym pomieszczeniu co on, wszystko się rozmywało. Był moim ojcem, dorosłym mężczyzną, o tyle większym ode mnie, że wszystko musiało się dziać według jego woli. Moją wolę niszczył bez najmniejszego wysiłku.

Księga trzecia „Mojej walki” to przede wszystkim obraz chłopięcości – wspinaczek po drzewie, kopania piłki, nagich ciał, zapachu potu, ciekawości wszystkiego i niczego zarazem, miejsc, w których można się skryć, podziwu dla potęgi ognia, podpalania wszystkiego, co w ręce wpadnie, rzucania kamieniami w samochody, i – nawet – ucieczki z domu.
Muszę przyznać, że nawet po przeczytaniu dwustu stron byłam negatywnie nastawiona do trzeciego tomu „Mojej walki”, a po przeczytaniu bardzo plastycznych i bardzo chłopięcych opisów, miałam wrażenie, że książkę czytam, żeby przeczytać, mimo że jest gorsza od pozostałych. Ale na szczęście w porę urzekła mnie jej wrażliwość i piękno, które z kart tej powieści przebijają, jak mocne promienie słońca. Ten norweski, chłodny i wyrachowany świat absolutnie mnie pochłania i skłania do tego, że zaczynam się zastanawiać co w tych książkach jest takiego, że nie mam ochoty ich odkładać, mimo iż wszystkie mają ponad pięćset stron? Samo życie? Czy to oby nie za mało?
Jeszcze kilka dni temu myślałam o tym, że już dawno nie przeczytałam książki, która rzuciłaby mnie na łopatki, ale na koniec mogę powiedzieć tylko tyle: Karl Ove Knausgard znowu to robi, co więcej – robi to znów, po raz kolejny, lepiej.

knausgard2

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Wyspa chłopięcości – Knausgard w księdze trzeciej

  1. Kasiu, doskonale oddajesz intencje autora. Od razu się czuje, że bardzo angażujesz się w losy narratora oparte na biografii pisarza. Twoja recenzja bardzo mocno przekonuje jeszcze nieprzekonanych, że naprawdę trzeba te tomy przeczytać. I już rodzi się niesamowita ciekawość, co będzie w kolejnych tomach „Mojej walki”. Ja przyznam się, że bardzo dużo mogę się nauczyć, doświadczyć wręćz życia i jego przeżyć czytając norweskiego pisarza. Jego dojrzałe refleksje na różne tematy pozwalają mi zastanowić się nad własnym życiem, moimi decyzjami. Wstaniałe dzieło, gorąco polecam i dziękuję Kasi, że mi wcześniej Karla Ovego poleciła.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s