Po złote węgorze z Otą Pavlem

Zazwyczaj pomijam, ewentualnie czytam na samym końcu, te kilka słów, które na wstępie, przed przystąpieniem do czytania chce nam przekazać tłumacz. W nielicznych przypadkach przeczytałam je na początku: tak było z powieściami Jaume Cabré czy Donny Tartt, aż w końcu teraz – Oty Pavla. Jak to się stało, że ten czeski pisarz znalazł się wśród wyjątków? Nie wiem, ale nie chcę nawet myśleć o tym, jak wielki błąd popełniłabym, nie czytając wstępu Andrzeja Czcibora – Piotrowskiego.

Historia Oty Pavla jest niesamowita. Ota, a właściwie Otto Popper, urodził się jako trzeci i najmłodszy syn żydowskiego komiwojażera Leo Poppera. Nowe nazwisko przejęli chyba nie ze względu na solidarność z narodem czeskim czy asymilację, ale po prostu dlatego, że po tylu latach już tak wypadało, po tylu latach bycia Czechem, należało mieć i czeskie nazwisko. W czasie II wojny światowej dwóch starszych braci Oty Jiří i Hugo – oraz ojciec trafili do obozów koncentracyjnych, pozostawiając Otę samego z matką Herminą. To na niego spadł wtedy trud utrzymania rodziny, zapewnienia strawy na każdy wieczór dla siebie i matki, utrzymania domostwa w dobrym stanie aż do powrotu pozostałych członków rodziny. W 1949 roku kiedy świat powoli zaczynał zmierzać ku lepszemu Pavel został zatrudniony w Czechosłowackim Radiu jako komentator sportowy. Pracę tę załatwił mu przyjaciel jego brata (można by w tym momencie rzec, że to szczęście w nieszczęściu) z obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. Ota Pavel pracował również w takich czasopismach jak „Stadion” i „Československý voják”, ciesząc się sławą doskonałego reportera sportowego. Chociaż jego felietony i reportaże ukazywały się w formach książkowych, dopiero w 1964 roku Ota Pavel zyskał sławę pisarza. Kiedy na zimowych igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku zapadł na ciężką chorobę psychiczną, w ramach terapii w szpitalu dla psychicznie chorych zalecono mu pisanie. Tam, walcząc z chorobą, która z każdym dniem przybliżała go do nieuchronnej śmierci, powracał na łono natury w rodzinne strony by po raz kolejny łowić ryby wraz z ojcem i braćmi. Swoją walkę z chorobą przegrał w 1973 roku, mając zaledwie 43 lata.

Dostałem pomieszania zmysłów na zimowej olimpiadzie w Innsbrucku. Mózg mi się zaćmił, jakby gdyby spłynęła mgła z Alp. Zobaczyłem pewnego pana jako diabła w całe okazałości, miał rogi, kopyta, sierść i wiekowe spróchniałe zęby. Potem poszedłem w górę nad Innsbruckiem żeby podpalić zabudowania wiejskie. Byłem przekonany, że taka jasność rozproszy mgłę. Wyprowadziłem już krowy i ogiery ze stajni, żeby nie spłonęły, kiedy dopadła mnie austriacka policja. Założyli mi kajdanki i poprowadzili w dolinę. Wymyślałem im, zdarłem z nóg buty i szedłem po śniegu boso jako Chrystus którego prowadzą na krzyż.

smierc-pieknych-saren-jak-spotkalem-sie-z-rybami-b-iext27631361„Śmierć pięknych saren” i „Jak spotkałem się z rybami” to dwa tomy opowiadań, w których Ota Pavel powraca do krainy wiecznego dzieciństwa, naznaczonego przez pryzmat wojny i zagłady, która wisi w powietrzu. O ile pierwszy zbiór opowiadań jest dość beztroski, to w drugim wyraźnie wyczuwa się już piętno wojennej katastrofy i jeszcze nie nadchodzącej, ale nieuchronnej schizofrenii, na którą kilka lat później autor zachoruje.
„Śmierć pięknych saren” jest zbiorem opowiadań poświęconych tacie. Ojciec jawi się tutaj niczym postać mityczna, z jednej strony odległa przez tę swoją wielkość i wybitność, ale z drugiej strony będącym przecież na wyciągnięcie ręki, na każdą prośbę i kaprys swojego syna. Leo Popper swoją legendarnością może przypominać postać Jakuba – ojca ze „Sklepów Cynamonowych”, ale pozbawiony jest tej „cudowności” i „magiczności”. W postaci „Popperka” nie ma nic nieziemskiego – ojciec nie ma zwyczaju siadać na karniszu, nie hoduje rajskich ptaków i nie myśli, że sam jest jednym z nich, jest przyziemny, człowieczy, tak samo do innych istot ludzkich podobny, tak samo cielesny, a jednak w oczach syna wrasta do rangi bohatera. To zbiór opowiadań lekkich, nieco ludycznych, które nieraz pozwalają się uśmiechnąć czy nawet roześmiać. Ota Pavel nie naznacza wszystkich stron głębią swojego cierpienia co, o dziwo, jest jeszcze bardziej wymowne, wyraziste i bardziej bolesne. Opowiada o ojcu, który sprzedawał szwedzkie lodówki, o jego ślepym zauroczeniu Panią Irmą i przyjaźnią z wielkim profesorem i malarzem Nechlebą, ot tak od czasu do czasu wspominając o wojnie i bezgranicznym smutku, który ogarnął świat.

A mamusia, drobniutka, jasnowłosa, musiała chodzić pracować na lidickie pola i często wracała zapłakana, bo na grobach z krwi i ciał pomordowanych rosła wysoka gęsta trawa. My o zagładzie Lidic nigdy nie zdołamy zapomnieć, wgryzły się nam w serca jak kleszcz w skórę, kleszcz, który zamiast ząbków i odnóży ma czarną swastykę.

Spodziewałam się, że druga część nie spodoba mi się wcale, ze względu na swoja tematykę. Nigdy ryb nie łowiłam i raczej nie zamierzam, więc co tutaj mogłabym znaleźć dla siebie? O, jak się myliłam! „Jak spotkałem się z rybami” to nie pozbawiony uczuć bestialski opis rybołówstwa, to nie apatyczny opis łowiectwa, a pięknie i malowniczo namalowana kraina, do której na swojej łódce zabiera Ota Pavel czytelnika. To część o ciut bardziej niż ojcu poświęcona braciom, to hołd złożony życiu, to koegzystencja życia i śmierci, walka i współistnienie człowieka z naturą. Z charakterystycznym dla siebie dowcipem autor opisuje dokładnie wyprawy, które przeżył z braćmi, z żoną czy z ojcem, połów złotych węgorzy i walkę o starego, zapomnianego karpia, który dla Oty i matki może być jedynym posiłkiem na kilka dni.

Jeśli chcesz być szczęśliwy godzinę, to się upij. Jeśli chcesz być szczęśliwy trzy dni, to się ożeń. Jeśli chcesz być szczęśliwy całe życie, zostań rybakiem.

Tutaj autor wspomina już o swojej chorobie, jest z nią pogodzony i zamiast zalewać nas smutkiem i bólem, dostarcza nam powodu, aby każdy dzień celebrować, wyłapywać najdrobniejsze chwile i upajać się ich cudownością. Jest to jednak proza, patrząc na jej całokształt, dość tragiczna, bo naznaczona ogromną tragedią, końcem tego cudnego życia.

A później już przez długi czas już w ten sposób z braciszkami nie wypuszczałem się na ryby. Horoskop się sprawdził, pomieszania zmysłów dostałem ja, pięć lat spędziłem w zakładzie dla chorych psychicznie.
Ryb tam nie ma.
Jedynie królowie, cesarze, Napoleony, Chrystusy, Afrodyty, księżne Libusze i Dziewice Orleańskie.

Mariusz Szczygieł powiedział, że to jedna z książek, którą kupuje w horrendalnych ilościach, bo to najbardziej antydepresyjna książka świata. No cóż, muszę trochę racji mu przyznać, ale niestety tylko trochę, bo zupełnie inaczej, jak widać, odebrałam tę książkę. O ile Ota Pavel godzi życie ze śmiercią, pokazuje ich współzależność i współoddziaływanie na siebie, wyłapuje tylko dobre chwile, starając się złych nie wspominać, tak całość tej przepięknej, niesamowicie plastycznej prozy jest przecież smutna. To właśnie tutaj autor wspomina o tragicznych skutkach wojny i spustoszeniach, które w ludzkich sercach poczyniła armia niemiecka, wspomina o wesołych wyprawach na ryby, będąc przecież świadomym swojej choroby, swojego wykluczenia ze społeczeństwa i pozbawienia wolności, będąc skazanym na odejście z tego świata, tak bardzo przezeń kochanego. Chociaż błyskotliwa, z niesamowitym, bardzo swobodnym językiem to literatura, która udowadnia, że nic nie trwa wiecznie, że wszystko ma swój koniec, że żyjemy po to, by umrzeć, a przepowiednie, chociaż najbardziej bzdurne, czasem się sprawdzają.
Jednak przez typowe dla Czechów połączenie słodyczy z goryczą Ota Pavel tworzy literaturę z najwyższej półki, którą można czytać wiele, wiele razy, a wciąż będzie się czuło jej niedosyt. Na rybach jest jak Hrabal, który cieszy się każdym łykiem złotego piwa i spływającą po brodzie gęstą pianą. Pozwala się wzruszyć, roześmiać i głośno zapłakać. Jest absolutnie doskonały. Perfekcyjny w każdym szczególe. Doskonały.

Mamusia wezwała pogotowie. Przyjechali, wzięli go pod ręce. Oświadczyli, że zabiorą do szpitala. Zaczął im wymyślać, a przy furtce wyrwał się im, że niby czegoś zapomniał. Ale nie wrócił się po małe radio tranzystorowe, jakie ludzie zwykle zabierają ze sobą. Kiedyś kazał namalować piękną tabliczkę, z której był dumny. Teraz powiesił ją na furtce, aby każdy mógł przeczytać. Wypisano na niej:
ZARAZ WRACAM.
I już nigdy nie wrócił.

Reklamy

6 uwag do wpisu “Po złote węgorze z Otą Pavlem

  1. Jak się spojrzy na tę książkę przez pryzmat życia i choroby Pavla, to rzeczywiście, poprzez kontrast może się wydać smutna. Ale to jest właśnie u Czechów piękne, że potrafią tak trochę na przekór rzeczywistości zamknąć się w tym swoim świecie, budować swoją słoneczną wizję, uciekać w nią, choćby wokół waliło się i paliło. To tak jak z opowieściami z Nymburka z Hrabala, smutne jest to, że to historie ze świata, którego już nie ma, ale nie odbiera to przyjemności przenoszenia się do niego i spacerowania z chłopcem w marynarskim ubranku ulicami rodzinnego miasta :). No i podobnie w „Pociągach pod specjalnym nadzorem”, tam też ta prowincjonalna stacyjka jest takim mikrokosmosem, który żyje swoim własnym, zwyczajnym życiem, mimo toczącej się na zewnątrz wojny… Ale jak zwykle rozpisuję się za bardzo o Hrabalu :). Faktem jest, że Pavel i Hrabal, jak zresztą też zauważyłaś, mają dużo wspólnego. I dlatego obydwu uwielbiam :).

    Polubione przez 1 osoba

    • O tak, zdecydowanie! Za to pokochałam literaturę czeską, chociaż na początku podchodziłam do niej dość sceptycznie… ale ta umiejętność wydobywania piękna z szarej i brzydkiej rzeczywistości jest czymś wyjątkowym. A o Hrabalu możesz się rozpisywać, bo to niesamowity pisarz jest! 🙂

      Lubię to

  2. Pingback: Podsumowanie marca | Książkowe światy - moje recenzje książek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s