Życie nie do życia – sztokholmskie wspomnienia

Jak długo i przez ile tomów można pisać autobiografię? Czy nie wystarczy jedna książka, ewentualnie jej kontynuacja? I czy nie powinna to być rzecz pisana, może nie w wieku starczym, ale kiedy jest się już doświadczonym życiowo starszym panem po sześćdziesiątce? Jak długo można katować czytelnika smutnym obrazem swojego życia? Trzy tomy to już dużo, ba!, to ogrom, po co więc Knausgård tak ryzykuje i pisze właściwie wciąż o tym samym przez sześć tomów, z których to każdy liczy sześćset lub więcej stron? Co ten facet ma nam do powiedzenia?
I tak się właśnie zaczyna – od ciekawości, bo skoro ktoś tyle książek napisał, a do tego jeszcze sprzedał, skoro ktoś czyta Knausgårda, pisze o jego literaturze, a nawet ją poleca, to coś w tym musi być. Ale czy naprawdę można mówić w kółko o tym samym?
Karl Ove udowadnia, że można, bo najciekawszym tematem było i zawsze będzie samo życie.

Kto pytał o wartość tego życia wtedy, gdy znikało na zawsze, przemienione w garść wilgotnej ziemi i kilka pożółkłych, kruchych kości? Trupia czaszka – czy nie uśmiechała się drwiąco w grobie?

Początek i koniec „Mojej walki 2” stanowią swoistą klamrę kompozycją – oto jawi nam się obraz Karla Ovego, już nie syna, nie przestraszonego dziewięciolatka czy pijanego nastolatka, a troskliwego ojca. Troskliwego, chociaż czasem tracącego cierpliwość, patrzącego na Vanję, Heidi i Jona, swoje dzieci, z dystansem i złością mu towarzyszącą, tracącego kontrolę nad tym, co się dzieje. Próbującego nie upodobnić się do własnego ojca, a jednocześnie wciąż posiadającego pewne jego cechy. Właśnie takiego Knausgarda poznajemy w całej drugiej części – usiłującego znaleźć odrobinę czasu na czytanie Dostojewskiego, pomiędzy zmienianiem pieluch, a karmieniem, pomiędzy usypianiem a zabawą i spacerami. Poznajemy jego codzienne życie – tęsknotę za pisaniem, minuty spędzone na czytaniu w kawiarni, godzinne kłótnie z Lindą, szczegółowy opis porodu, łzy towarzyszące przyjęciu na świat pierwszej córki, zdenerwowanie podczas egzaminu na prawo jazdy.

Dużo sił poświęcałem na usypianie jej, żebym mógł poczytać i żeby dni mijały, tak aby dało się je skreślać w kalendarzu. Poznałem położone nawet najbardziej na uboczu miejskie kawiarnie i nie było takiej ławki w parku, na której prędzej czy później bym nie usiadł z książką w jednej ręce, a uchwytem wózka w drugiej. Nosiłem ze sobą Dostojewskiego, najpierw „Biesy”, później „Braci Karamazow”. Tam znów odnalazłem światło.

Knausgard_Moja walka_t2_m_Ale w przeciwieństwie do pierwszej części, która też przecież w całości była poświęcona jego życiu, Karl Ove nie stawia nas naprzeciw relacji ojca i syna, nie pcha nas w ciężki świat dorastania, a pokazuje nam kontrast, a zarazem dopełnienie: mężczyznę i kobietę. Chociaż o ojcostwie też jest tu mowa, bo w końcu autor przeżywa narodziny najpierw pierwszej, później drugiej córki, na końcu swojego syna, nie analizuje tego czasu tak drobiazgowo, jak miało to miejsce w części pierwszej. Opiera się raczej na swoich relacjach z dziewczyną, następnie żoną – Lindą. Czas ich związku – i miesiąc miodowy, i czas burzliwych awantur opisuje szczegółowo, nie ukrywając swoich uczuć, żali, wylanych łez i skrytych w sercu wyrzutów.

Czuje upływ czasu, w książce pojawia się nawet zdanie, w którym Knausgård stwierdza, że kiedy miał dwadzieścia lat, tylko dziesięć dzieliło go od dzieciństwa, dzieciństwo nie było więc jakąś ułudą, odległą krainą, niedostępną wyspą, a czymś bliskim, niemalże będącym w zasięgu ręki, teraz zaś (podczas akcji trwania powieści), mając prawie czterdzieści lat, coraz bardziej zbliża się do „tego” wieku, już pochował ojca, z pewnością niedługo pochowa i matkę, bo wielu jego znajomych ma to doświadczenie już za sobą, a więc w końcu nastąpi i jego kolej. Mnie bliżej jest do tego dzieciństwa, aniżeli do wieku Knausgårda, dlatego doskonale potrafiłam zrozumieć jego myśli i emocje, smutek szarpiący jego sercem.

Bawiłem się myślą o samobójstwie, robiłem to od dzieciństwa, i z tego powodu gardziłem sobą, bo to miało się nigdy nie wydarzyć, miałem za dużo do pomszczenia, zbyt wielu osób nienawidziłem i za dużo mogłem na tym zyskać.

Oprócz relacji małżeńskich Knausgård opowiada o kryzysach swojej rodziny i znajomych – jakże zabolał go rozpad małżeństwa brata, Ynvego, który w wieku czterdziestu lat pozostawił żonę, chcąc zacząć żyć na nowo – zupełnie tak, jak ich ojciec. A co czuł, kiedy to on odchodził, pozostawiał kobietę, kraj, próbując ułożyć sobie życie na nowo? Samotny banita w morzu zupełnie obcych osób…
Knausgård spotyka się z przyjaciółmi, rozmawia z nimi, dzieli się spostrzeżeniami, a to wszystko otulone jest anegdotkami o Szwecji, do której Norweg z dnia na dzień postanowił się przeprowadzić. O tym kraju tak bliskim norweskim fiordom, a jednocześnie tak bardzo się różniącym snuje mnóstwo anegdotek, niejednokrotnie wściekając się na to całe „poukładanie” i przestrzeganie zasad przez Szwedów.

Ach, jak nienawidziłem tego małego, pieprzonego kraju! W dodatku tyle tu zadufania! Wszystko, co tutejsze, jest normalne, wszystko, co inne – nienormalne. A jednocześnie z otwartymi ramionami przyjmują wielokulturowość i mniejszości! Biedni ci Murzyni, którzy przyjeżdżają z Ghany czy Etiopii i muszą się zmierzyć ze szwedzką pralnią! Rezerwować pranie z dwutygodniowym wyprzedzeniem i wysłuchiwać reprymend, jeśli zostawią skarpetkę w suszarce, albo witać mężczyznę, który z podszytą ironią życzliwością staje w drzwiach z tą cholerną torbą z Ikei i pyta: Czy to przypadkiem nie należy do pana?

Całe dziesiątki stron poświęcone są literaturze, rozmyśleniom Knausgårda, analizie dzieł, rozmowie na ten temat ze znajomymi. Jeżeli ktoś odczuwa głód literatury skandynawskiej, to właśnie w „Mojej walce 2” znajdzie mnóstwo zachęt, przynęt, smaczków. Poezja i proza, te dwie przeplatające życie Knausgårda formy literackie, wiodą tu prymat. Poezja, bo nie zrozumiała, niedostępna, a jednak piękna, proza, bo tak bliska, niemalże cielesna i tak samo bolesna.

Literatura nie musi w stu procentach odzwierciedlać rzeczywistości, żeby mówić prawdy. To dobre argumenty, ale nie pomagały. Sama myśl o fikcji, o wyimaginowanym postaciach w wyimaginowanej akcji, wywoływała mdłości. Reagowałam na nią fizycznie.

I tak snuje tą swoją opowieść – pomiędzy brudnymi pieluchami, kłótniami z szaloną Rosjanką, sztokholmskim klimatem, czasem pokrapiając ją kroplą czerwonego wina, albo kolorowej grappy, będąc wciąż blisko z rodziną, ale bliżej z książkami Karl Ove.
Po przeczytaniu drugiej części nie pozostawił mnie tak smutną i tak wymiętą, jak po księdze pierwszej. Zmienia też obraz siebie, bo już nie mam wrażenia, że jest skończonym skurczybykiem, myślącym o masturbacji w chwili, gdy dociera do niego wiadomość o śmierci ojca, nie potrząsającym dziećmi ze złości, a głęboko współodczuwającym i często bezsilnym. To właśnie w drugiej części miałam ochotę Knausgårda przytulić, pocieszyć i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. W pierwszej chciałam go tylko wysłuchać. „Moja walka 2” jest jeszcze bardziej bolesna, pełna wstydliwych rodzinnych momentów, jeszcze bardziej intensywna w emocje.

Co więcej mogę powiedzieć o „Mojej walce 2” nie zdradzając niczego? Zdaje się, że tylko tyle, że jeszcze bardziej zapragnęłam poznać Skandynawię, przebywać w niej, wdychać to chłodne powietrze, patrzeć na szare morze i nasiąknąć jej klimatem. A życie Karla Ovego? No cóż, kiedy kupowałam dostępne po polsku tomy „Mojej walki” liczyłam na to, że książki pochłoną mnie całą, jak zrobiły to z wieloma osobami. I chociaż spodziewałam się czegoś innego, niż dostałam, chyba udało im się to zrobić. Bo w naprawdę wielkiej literaturze nie chodzi przecież o akcję, nie chodzi o fabułę, o fikcyjność, świat przedstawiony, nie chodzi nawet o bohatera. Chodzi o to, aby po przeczytaniu książki czuć ją w sobie, abym czasem spojrzała na świat oczami Karla Ovego, aby przypomniały mi się jego słowa, kiedy sprzątam mieszkanie, abym czuła to, co czuł on. Aby ta książka mnie zmieniła, nie pozwoliła o sobie zapomnieć, abym czasem była smutna, czasem radosna, ale aby wszystko to działo się pod jej wpływem. W naprawdę wielkiej literaturze chodzi o to, aby nią żyć. I chociaż zdawałoby się, że pisze o niczym, bo czymże w obliczu tych wszystkich wymyślnych fabuł jest gotowanie obiadów i bolesne odczuwanie świata, Karl Ove Knausgård to robi. I, co więcej, robi to bardzo dobrze.

Tak czy owak, w przeszłość nie możemy się cofnąć. Wszystko, co robimy, jest nienaprawialne, a jeśli obejrzymy się za siebie, to widać nie życie, tylko śmierć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s