Tove i Faffan – portret córki i ojca artysty

Nazwisko Tove Jansson zazwyczaj kojarzy nam się z Doliną Muminków, którą wszyscy znamy, mało kto wie jednak, że pod płaszczem muminkowych metafor Tove skryła realne postaci ze swojego życia – rodziców artystów, przyjaciół, swoich braci czy nawet pomoc domową. Niewielu z nas potrafi sobie wyobrazić, jak wyglądało jej prawdziwe życie, podejrzewam, że nawet po przeczytaniu jej biografii nie poznamy prawdziwej Tove – bo jak można przez słowa poznać czyjeś uczucia?
Dopiero „Córka rzeźbiarza”, czyli zbiór dziewiętnastu opowiadań, pierwsza nietypowa autobiografia fińskiej artystki, pokazuje nam, jak naprawdę wyglądało jej życie, kim była, co czuła, jakie relacje wiązały ją z ojcem – bo przecież o niego najbardziej tutaj chodzi – o „Faffana”.
Jesienią 1967 roku Tove Jansson napisała w liście do przyjaciółki: teraz nie piszę już dla dzieci, ale o pewnym dziecku – dla dorosłych. Ciężko jest i ekscytująco bez pomocy Doliny Muminków. Jak widać, autorka musiała dojrzeć do tego, aby jeszcze nie do końca wprost, ale już nie posługując się zmyślonymi postaciami opowiedzieć o sobie i o ojcu, o sobie i o matce, o dziecku i rodzicach, o życiu u boku artystów – jak ono rzeczywiście wyglądało?

Rzeźby tatusia, oświetlone ogniem z kominka, poruszały się wolno dookoła nas, te jego smutne, białe kobiety, stawiające ostrożny krok i wszystkie gotowe do ucieczki. Wiedziały
o niebezpieczeństwie, które jest wszędzie, ale nic nie mogło ich uratować, dopóki nie zostały wykute w marmurze i umieszczone w muzeum. Tam jest się bezpiecznym. W muzeum albo w czyichś objęciach, albo na drzewie. Może też pod kołdrą. Ale najlepiej jest chyba siedzieć na wysokim drzewie, o ile nie jest się jeszcze w brzuchu swojej mamy.


corka

W „Córce rzeźbiarza” Tove na powrót przyjmuje postać dziecka, opisuje świat oczami małej dziewczynki, przez co z pewnością wiele jej uczuć jest pokryte hiperbolami, a z drugiej strony są one przecież proste i czyste. W dziewiętnastu opowiadaniach mówi o strachu i bezgranicznej miłości, o wieczorach, podczas których czuła się bezpiecznie, opowiadaniach matki, o spacerach z Anną i o zazdrości. Opowiada o tym, jak łatwo traci się osoby, jak ciężko patrzy się na ich odejście. O mężczyznach i kobietach, truchłach małych zwierząt, a nawet o zabijaniu, o pewnej samolubnej wronie, i małpie Poppolinie.

Czytelnik, biorąc do ręki „Córkę rzeźbiarza” powinien być szczególnie ukierunkowany na wrażliwość i piękno tej opowieści. Portret ojca, który przedstawia nam córka wydaje się nieprawdopodobny, wręcz fascynujący. Bardzo kojarzył mi się ze zbiorem opowiadań „Sklepy cynamonowe” Bruna Schulza, gdzie ojciec też wydawał się być postacią mityczną, wyjątkowo, jakby nietykalną świętością. Istnieją też przecież pewne podobieństwa – jak kobiety ojca Tove i manekiny Jakuba, umiłowanie do zwierząt i swoisty mit, który podąża za obiema postaciami. Ojciec – człowiek z reguły najpospolitszy z najpospolitszych, „codzienny”, „zwyczajny” – tutaj wydaje się być czymś egzotycznym i fascynującym. A jednak jest w tym wiele bólu, bo przez swoją wyjątkowość często zdaje się być kimś nieosiągalnym, będącym poza zasięgiem małej rączki dziecka. Jest blisko, a zarazem daleko, daleko, a jednocześnie blisko, co jest przecież tak trudne do zrozumienia. Tove z czułością wspomina momenty, w których Viktor darzył ją odrobiną uwagi, kiedy rozmawiał z nią o morzu, fascynował się sztormem, o którym rozmawiał tylko z nią, bo tylko ona podzielała jego pasję, pozwalał sobie asystować w pracy, a jednocześnie ma się przecież wrażenie (przez wyolbrzymianie uczuć dziecka), że to Poppolino czy egoistyczna wrona bardziej go obchodziły od małej dziewczynki. Dziwna, a jednocześnie niesamowicie piękna jest ta jego „obecność” i „nieobecność” w życiu córki, miłość, którą siebie wzajemnie darzą, wyjątkowość, jaką w sobie widzą, ta bliskość i to oddalenie.

Potem nie mogłam go już dłużej zatrzymać. To smutne, kiedy robią się mgliści i znikają. Mówi się wszystko, co trzeba, a oni i tak znikają. Wtedy nie warto ciągnąć dalej, bo to się robi głupie. Więc ogarnia Cię samotność.

„Córka rzeźbiarza” może okazać się niemałym zaskoczeniem, bo w końcu wydaje się, że to z matką łączyły ją bliższe relacje. Zbiór opowiadań Tove ukazuje się w latach sześćdziesiątych, czyli tuż po śmierci Viktora. Niedługo potem autorka wydaje „Tatusia Muminka i morze” z dedykacją „dla pewnego ojca”. Tove potrafi barwnie malować słowami, opisując swoją zazdrość, którą stawia w opozycji do miłości ojca, ojca tak podziwianego i tak bardzo kochanego. Być może artystka stara się zdystansować swoje spojrzenie na postać Viktora Janssona, być może próbuje go ponownie wydobyć z cienia, być może hiperbolizując, próbuje go odzyskać choć na chwilę, mimo że to już niemożliwe.
Patrząc na ojca, Tove opowiada o mężczyznach i kobietach, o przyjaźni, wierze i wybaczaniu:

Wszyscy mężczyźni ucztują i są kolegami, którzy się nigdy nie opuszczą w niebezpieczeństwie. Kolega może ci powiedzieć okropne rzeczy, ale na drugi dzień już o nich nie pamiętasz. Kolega nie przebacza, a tylko zapomina – kobieta wszystko przebacza, ale nigdy nie zapomina. Tak to jest. Dlatego kobiety nie mogą ucztować. Otrzymywanie przebaczenia jest bardzo nieprzyjemne.

Oprócz ojca jest to też, a może i w głównej mierze, opowieść o matce i o sztuce. Dziecko, dorastające u boku rodziców artystów mimowolnie chłonie tę sztukę. Urocze są momenty w których artystka opisuje swoje zaangażowanie w pracę rodziców, swoją wiedzę i bezgraniczną wiarę w obojga. Sztuka staje się najważniejszą dziedziną ich życia, opisana jest jednak w sposób prosty, bez zbędnej egzaltacji i metafizyki. Opisana tak, jak widzi i rozumie ją dziecko.

„Córka rzeźbiarza” to zbiór cudownych wspomnień o dzieciństwie, które przeminęło, ale które próbuje się bezustannie przywołać, zatrzymać, przeżyć ponownie. To opowieści pełne tęsknoty, bólu, nostalgii, jednocześnie przepełnione radością i bezgranicznym szczęściem. Spośród wszystkich opowiadań i wszystkich uczuć, których mamy okazję doświadczyć na tych zaledwie stu pięćdziesięciu stronach rysuje nam się obraz wyjątkowej, szczęśliwej rodziny i wyjątkowo szczęśliwego dziecka.
To opowieści o miłości – do rodziców, do sztuki, do świata. To opowieści o tym, jak naiwnie wierzy się, że jest się najważniejszym dla kogoś i że to nigdy nie przeminie.

Im jest się mniejszym, tym Boże Narodzenie jest większe.

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Tove i Faffan – portret córki i ojca artysty

  1. Pingback: Tydzień Blogowy #38 – Wielki Buk

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s