O współczesnym Don Kichocie

Gdybyśmy chcieli zbadać jak pod lupą słowo „humanista”, nie moglibyśmy nie zacząć naszych rozważań od renesansowego znaczenia tego słowa. Humanistą był człowiek biegle posługujący się kilkoma językami, w tym łaciną i greką, znajdujący zainteresowanie w naukach biologicznych i fizyce, ale o duszy artysty, miłującego ponad wszystko sztukę – literaturę, malarstwo, rzeźbę czy muzykę – słowem; człowiek wszechstronnie uzdolniony. A współcześnie? Bo przecież każda epoka dała temu słowu coś od siebie i coś zabrała… Czy dziś spotykamy się jeszcze z prawdziwymi humanistami? Jeżeli tak, to jak wyglądają? Czy łatwo rozpoznać ich na ulicy, bo tak bardzo się wyróżniają, czy raczej gubią się w tłumie? I czy ich istnienie ma jakikolwiek sens?
O tym w szalenie zabawny, przerażająco smutny i niebezpiecznie inteligentny sposób opowiada nam Wit Szostak… ekhm, a właściwie Lesław Srebroń.

sto-dni-bez-slonca_500Wspomniany przed chwilą Lesław Srebroń to polski uczony, humanista, który trafia na Finnegany w ramach wymiany uniwersyteckiej. Jest niemniej zdziwiony niż pewnie Wy teraz, dowiadując się, że semestr spędzi na Finneganach, a nie na Oxfrodzie, czy ewentualnie Cambridge – no bo gdzie właściwie znajdują się Finnegany? Te skryte za horyzontem wyspy, nie figurujące nawet na mapach, okazują się być takim poniekąd niechcianym dzieckiem Irlandii. Ale to dla Srebronia nie stanowi najmniejszej przeszkody – wręcz przeciwnie, czuje się zaintrygowany! Trafia więc tam, gdzie trafić nie powinien, próbując wtopić się w tłum, zaistnieć w wąskim akademickim gronie i spokojnie popracować nad twórczością wielkiego polskiego fantasty – Filipa Włócznika. Spędza na Finneganach dziewięćdziesiąt dni, z czego aż dwadzieścia jest słonecznych, ale to przecież żadna przeszkoda, by tytuł ozdobić niewielką hiperbolą 😉 Już po tygodniu spędzonym na Wyspach Srebroń czuje się Finnegańczykiem – wieczorami pija piwo razem z resztą mężczyzn, zaopatruje  się w tweedową marynarkę i kaszkiet, przestrzega niepisanych zasad tej społeczności. Wie, jak zachować się wśród swoich kolegów z uniwersytetu, z kim jak rozmawiać, jak i komu okazywać szacunek. Angażuje się w niecodzienne badania doktor Sadhbh O’Sullivan, stara się pomóc biednej Jaglance, wielkiemu uczonemu Lwowi Michajłowiczowi, co więcej wie, że sam jest lubiany i szanowany.
Jednak okazuje się, że nic nie wygląda tak, jak o tym pisze Srebroń, a co więcej, nic nie jest takie, jakim wyobrażał to sobie czytelnik… Gdzie przebiega granica między fikcją a rzeczywistością? Jaka jest prawda o nas samych i czym właściwie jest prawda?
Lesław Srebroń to współczesny Don Kichot, który walczy z przysłowiowymi wiatrakami. Rzuca się na nie, a za każdym razem upadek jest boleśniejszy od poprzedniego. Chociaż sam siebie uważa za wybitnego badacza, okazuje się być zwykłym… maskonurem! Jak bardzo ufny może być człowiek względem ludzi, którzy pragną go najbardziej zranić?

„Sto dni bez słońca” to niesamowita satyra akademicka, która uderza nie tylko w wykładowców, sposoby kształcenia, studentów, ale przede wszystkim w zwykłego człowieka – przekonanego o własnej wielkości i wyjątkowości, naiwnego, ufnego, sympatycznego, choć nieco nachalnego, mającego w życiu jakiś cel, choć cel zupełnie bezsensowny – no bo nie oszukujmy się, na co komu dziś wielkie humanistyczne projekty? Chociaż wątpię, by każdy z nas był Lesławem Srebroniem, niewątpliwie posiadamy niektóre jego cechy. Szostak w perfekcyjny sposób pokazuje nam, jak cienka jest granica między fikcją, a rzeczywistością, między prawdą, a tylko naszym wyobrażeniem o prawdzie. Kreuje bohatera wyjątkowego – samotnego i małego, przekonanego o swojej misji w tym świecie. Tak jak Don Kichot, Lesław Srebroń ma marzenia. O ile jednak Don Kichot chciał zostać rycerzem, tak Srebroń nie wsiada na konia, nie bierze Sancho Pansy ze sobą i nie wyrusza w świat, a gdziekolwiek jest, próbuje zarazić ludzi swoją miłością do prozy wielkiego Filipa Włócznika – którego w istocie nikt nie zna, z pewnością grafomana. Walczy z wiatrakami, czyli ludźmi, ich niechęcią, sprzecznymi opiniami, ale największą walkę rozgrywa chyba sam ze sobą. W miarę czytania miałam ogromną nadzieję, że Srebroń w końcu się obudzi i zrozumie co się wokół niego dzieje, jednak on do końca pozostał… sobą, po prostu sobą. Potrafi dostrzec błędy innych, ale nie widzi wad swoich:

Muszę wyznać, że drażniła mnie trochę naiwność głównego bohatera. Sytuacja dla każdego czytelnika zrozumiała, dla niego była tajemnicą.

Książeczka krótka, zawierająca mini rozdzialiki, ułatwiające czytanie i wprowadzające do opowieści ład i harmonię, o pięknym stylu, ale, jak już napisałam we wstępie, przerażająco inteligentna. Na przemian smutna i śmieszna, słodko-gorzka, pokazująca, jak ciężko zrezygnować ze złudzeń, jak boleśnie jest żyć we własnym świecie, każąca się zastanowić nad sobą, nad swoim miejscem w szeregu i nad rzeczywistością, która nas otacza. Bo chociaż to tylko fikcja literacka, to przecież szalenie możliwa… Kto wie, ilu Lesławów Srebroniów jest wśród nas? A może to my nimi jesteśmy? Jak ich ratować, jak siebie ratować?

Oto co z nami robi wielka literatura! Odsłania i opisuje najskrytsze doświadczenia, których zwykli śmiertelnicy nie mają odwagi nazwać. Powiem otwarcie: których my, zwykli śmiertelnicy nie mamy odwagi nazwać. Wielka proza pokazuje nam naszą nagość, bezbronność, a my perwersyjnie oglądamy siebie obnażonych. I – oto największy paradoks sztuki! – zamiast wstydu czujemy spokój.

To, zdaje mi się, jest najlepszym podsumowaniem „Stu dni bez słońca”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s