Poznać swoje korzenie

Nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości, za to przeszłość jest znana w szczegółach, trzeba ją tylko zapisać, utrwalić, a potem mądrze z niej korzystać.

Wspomnienia to jedna z najważniejszych części ludzkiego życia. Ile to razy otwieramy albumy i przeglądamy stare czarno-białe zdjęcia? Wspominamy, śmiejemy się, tęsknimy za tymi, którzy odeszli, wyjechali, zaczęli żyć gdzieś indziej, z dala od nas. Ile razy patrzymy na czyjąś twarz i nie wiemy dokładnie kim ten człowiek był i jaką rolę pełnił w naszej rodzinie? Niby jest nasz, bo ma swoje miejsce w albumie, ma imię, które zazwyczaj wymawiają już tylko nasze babcie, ma swoje fotografie, uśmiecha się i ktoś stoi obok niego, ale przecież go nie znamy, nie mamy prawa go znać – umarł dużo wcześniej przed naszymi narodzinami. A jednak jest, w tym albumie, a był i bywał w życiu. Pewnie zrobił coś, przez co teraz zawdzięczamy mu to, że mieszkamy tu, a nie gdzie indziej, zawdzięczamy mu, że jesteśmy. Ile razy kusi nas, aby przeczytać schowane w starym biurku listy? To przecież znów ten człowiek, którego nie znamy, który jest dla nas jakby poza istnieniem, a przecież ma swoje listy i ktoś ma jego listy, a w życiu był i bywał. Ile razy oglądamy rodzinne pamiątki i nawet nie zastanawiamy się, czyje ręce dotykały tę książkę, ile łez na nią wylały, czyje usta piły z tej filiżanki, jak wiele kostek cukru na jej dnie się rozpuściło, czyje ciało nosiło te ubrania, jak często i w jaki sposób. A przecież człowiek to istota o wiecznie niezaspokojonej ciekawości, która łaknie wiedzy, niczym zakochany pocałunków. Czy nie chcieliście kiedyś poznać życia tego nieznanego człowieka, a przy tym samym poznać swoje korzenie, poznać siebie?

Gdy jest się daleko od wspomnień, bo życie doczesne nie daje na co dzień wytchnienia, to przeszłość wydaje się zaledwie mgnieniem. Kiedy się człowiek odda wspomnieniom, to stwierdza, że przeszłość była bogata i barwna, a do tego żył w czasach niepowtarzalnych, choć nie do końca szczęśliwych.

Dziedzictwo1Krystynie psuje się samochód w najbardziej nieodpowiednim momencie. Od najbliższego warsztatu samochodowego dzieli ją kilka kilometrów, a na nogach ma wysokie szpilki. Nie ma mowy, w butach nie dojdzie, musi iść na bosaka, jak poradzili jej dwaj przejeżdżający rowerzyści. Kobieta wyrusza przed siebie, idzie pełna nadziei, ciesząc się piękną, wiosenną pogodą. Kiedy dociera do najbliższej wsi okazuje się, że i w tej nie znajdzie mechanika. Natknąwszy się na pracownika banku, który właśnie zakończył pracę, błaga go o pomoc. Mężczyzna nie jest przekonany, w końcu ma wiele spraw do załatwienia, poza tym, chciałby być szybciej w domu. Lody przełamuje fakt, że nazwisko panieńskie Krysi – Kuśmierczyk – jest również nazwiskiem bankowca. Piotr decyduje się pomóc kobiecie, a wieczorem razem z nią i swoją żoną piją herbatę, rozmawiając o rodzinie. Wspólnej rodzinie.
Dzięki dalszym poszukiwaniom, a także rozmowom z ojcem i stryjami, Krystyna Januszewska przedstawia nam historię swojej rodziny, opierając się na postaci Jana Kuśmierczyka, jej dziadka. Jaś to zwykły chłopak, mieszkający z matką. Nauczony pracy od małego całe dnie ciężko haruje, aby z ziemi utrzymać rodzinę, której on jest teraz głową. Ciałem przebywa na na polu, a myślami rwie się w świat. Jan chciałby zobaczyć coś więcej poza polami i łąkami, które go otaczają; chciałby wyjechać do miasta, zobaczyć, jak żyją ludzie w mieście, a co najważniejsze, zarobić trochę grosza i mieć szansę, aby samemu pokierować swoim życiem. Te myśli najbardziej nachodzą go wtedy, kiedy Józefa, jego matka, usiłuje znaleźć mu narzeczoną. Jaś nie widzi siebie w małżeństwie, czuje się za młody na to, aby stać się niewolnikiem miłości, zbuntowany chce uciec od matki, w końcu jest jeszcze młody, ma prawo, by żyć.

Nie chce kobiety, bo jeszcze nie wie, że jest potrzebna jak w źródle woda. Woli na razie za towarzysza mieć psa, wałęsać się nocami i marzyć przy księżycu, niż wiązać się z drugim człowiekiem. Powiedział jej kiedyś, że lepiej żyć samemu. Nie trzeba później płakać, kiedy umierają bliscy. Zapytał też, po co jej było to życie, skoro prawie wszystkich straciła. Tyle męki, pracy, tyle trudu, a teraz w pustej izbie płacze wieczorami. Byłaby sobie sama i żyła jak pani przy ojcu.
– Ale wtedy bym ciebie, Jasiu, nie miała. Może ten cały trud był tylko po to, żebyśmy razem zostali. Kto wie, co by się ze mną działo. Widać taki los był mi pisany. Każdy ma swój i nie ucieknie od niego – powiedziała ze smutkiem.

Marzenia w ostatecznym starciu przegrywają z miłością do rodziny, poczuciem obowiązku i przywiązania do ziemi. Jaś zaciska zęby i godzi się na małżeństwo, nie wiedząc, że już wkrótce zakocha się bez pamięci, będzie dziwił się swoim słowom i już nigdy nie pomyśli o życiu w samotności.
Życie Jasia nie jest proste, nie jest kolorowe, nie jest życiem, o jakim by marzył. Jest życiem potwornie ludzkim, z ludzką dolą, ludzkimi problemami i ludzkimi krzywdami. Choroby w rodzinie, dzięki którym śmierć zbiera żniwo niejednokrotnie większe niż rolnicy jesienią, bawią się uczuciami ludzi, poddając ich coraz to gorszym i boleśniejszym próbom. Krystyna Januszewska przedstawia nam wiejski świat, którego obraz znamy z klasycznych powieści, urzekając nas jego prostotą i pięknem, pewnymi uczuciami, niezachwianą, chociaż ciężką wiarą i pierwotnością potrzeb.

Jak pojąć to wszystko? Jaki jest sens żyć, skoro ci, Boże, wystarczy kaszel, żeby zabić człowieka? Po co je rodzić, starać się, po co się cieszyć czymkolwiek? Czy takie krótkie życie jest tego warte?

Jan to człowiek pracy, stale aktywny, stale troszczący się o swój i swoich bliskich byt. Nigdy nie odmawia pomocy, zawsze najpierw myśli, później robi. Jest odważny, ale i spragniony. O swoich marzeniach nie zapomina nigdy, chociaż chowa je z tyłu głowy. O obowiązkach, względem rodziny i ojczyzny myśli nieustannie, dlatego dla ich dobra – dobra żony, dzieci i Polski – gotów jest przelać krew, oddać życie.

– Historia uczy życia, a polityka kombinowania – powiedział głośno do kobiet. Widać było, że nie odstąpi, że już dawno zadecydował. – Nie przystoi mężczyźnie bać się ciężkiej pracy ani ryzyka. Dawno temu mężczyźni szli wojować, żeby zdobywać majątek, nie dziw się, że teraz ciągnie ich w świat za pracą. Kobieta od zawsze siedziała przy dzieciach, a mężczyzna zdobywał. Wszędzie tak jest, człowiek, ptak czy inne zwierzę, wszyscy mamy swoje do zrobienia.

Rysując portret Jana Kuśmierczyka, swojego dziadka, Krystyna Januszewska przedstawia nam całą społeczność ludzi zdeterminowanych, brawurowych. Przedstawia nam portret Polaków, dla których praca jest jedynym możliwym krokiem w kierunku swoich marzeń. Autorka pokazuje trud poświęcenia i wagę ryzyka, jaką podejmowali nasi rodacy, aby dostać od życia coś więcej, niż tylko kawałek pola, które wielokrotnie nie potrafiło wyżywić rodziny. Czterdzieści rodzin opuszcza domy rodzinne i udaje się w poszukiwaniu swojej ziemi obiecanej. Co zastaną na Kresach? Nie wiedzą, co więcej, nie mają nawet najmniejszego wyobrażenia o tamtej ludności. Kieruje nimi jedynie potrzeba zapewnienia bytu, pragnienie godności, upragnionego spokoju i bezpieczeństwa. Po długich latach niewoli pragną zrzucić z ramion ten ciężar, jaki narzuciła im ojczyzna i móc odetchnąć pełną piersią. Wszystko ma swój kres, cierpienie też powinno go mieć.
Dzięki „Dziedzictwu” przemierzamy świat wczesnego XX wieku, gdzie za pomocą postaci Jasia Kuśmierczyka Januszewska obrazuje nam życie zwykłego człowieka. Prawdopodobnie w podobny sposób żyli nasi dziadkowie czy pradziadkowie – uprawiając swój kawałek ziemi, troszcząc się o rodzinę, nie wybiegając myślą dalej niż poza jutro. To monumentalna saga rodzinna, w której nie brak swoistej atmosfery wsi, w której codzienność przeplatają sąsiedzkie konflikty, suto zakrapiane piwem wieczory w karczmach, pierwsze spacery w blasku księżyca, kwilenie nowonarodzonych dzieci czy zapach dopiero upieczonych ziemniaków podanych ze szklanką świeżego mleka. Tutaj śmierć przeplata się z narodzinami, łzy smutku ze łzami radości, sukcesy z porażkami, szczęście z kłopotami. Tajemnice, sekrety, tajemnicze zniknięcia, wyjazdy z dnia na dzień, pędzące na złamanie karku kibitki, zabory, a z drugiej strony ciężka praca na polu, niewinne uśmiechy, chwytanie się za rękę, narodziny dzieci, czytanie „Anielki” Prusa. To doskonała opowieść na długie, jesienne wieczory, mówiąca o tym, że człowiek prosty i niewykształcony ma prawo zabiegać o szczęście. To historia ludzi zdeterminowanych, aby zmienić swoje życie, a przecież pogodzonych z jego biegiem i przemijaniem, ciągle dziwiących się, ale coraz bardziej oswojonych ze śmiercią, nieuchronnością wydarzeń i kaprysów losu.
Krystyna Januszewska łącząc biografię swojej rodziny z fikcją literacką uzyskała niebanalny efekt powieści niesamowicie wzruszającej, prawdziwej, pięknej. Tutaj nie zachwyca nas tylko historia, ale to domniemane życie jednego człowieka – człowieka, nie bohatera literackiego – i otaczających go ludzi. Barwny świat, charakterni bohaterowie zachwycają, chwytają za serce i każą nam iść za sobą, przewracając kolejne strony powieści. Czytając zrozumiałam, że nie żyjemy w jednym świecie, a każdy z nas ma swój świat. Wraz z narodzeniem człowieka, powstaje nowy świat, wraz z jego śmiercią, ten świat umiera. Żyjemy w wielu światach na raz – w swoim świecie i czyimś świecie. Najpiękniejsze, co możemy zrobić, to poznać światy, które nas otaczają.  Ta książka to nasze dziedzictwo – nas, zwykłych ludzi. Dziedzictwo Polaków.

Stryjek miał rację. Byłam w dojrzałym wieku i bardzo chciałam poznać tę historię, a nawet więcej, podzielić się nią z innymi. Nie dlatego, że była wyjątkowa albo sensacyjna. Zdałam sobie sprawę, że ludzkie życie, niełatwe zazwyczaj, warte jest zapisania.
Miejsca i ludzie wymazani z pamięci. Nie ma już tamtych domów, ogrodów, czas unicestwił ślady narodzin, miejsca pochówku przysypał pyłem historii. Na ich grobach buduje się czasem nowe miasta, autostrady. Zarosły ścieżki prowadzące za dom, za stodołę, w pole. Nie da się odnaleźć śladów stóp odbitych w błocie, przedmiotów, których dotykali, ani odwiedzanych przez nich zakątków. Byli dla siebie ważni, dziś już nie ma znaczenia, czy byli szczęśliwi. Czas płynie dalej, a w głowie kołaczą się myśli, że z nami będzie podobnie. Istniejemy dotąd, dokąd sięga pamięć tych, którzy nas wspominają. Zatrą się imiona, nazwiska, twarze, fakty z życia pokryją się plamą pleśni. Nie poznamy do końca historii świata i trzeba się z tym pogodzić.
Stare, bielone chałupy zostaną tylko w skansenach, jedynych miejscach pamięci. Malwy pod pochyłym płotem, stołki, ławy, bańki na mleko, słomiane zabawki przepełnione zapachem tamtych ludzi i miejsc, świat utracony odchodzi w smugę cienia. Dopóki krew pulsuje w skroni, jestem, a potem znikam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s