Gdy fascynacja literaturą zmienia się w obsesję

Po napisaniu „Joylandu” i „Pana Mercedesa” mówiło się, że King się wypalił, że nie potrafi pisać, że dobre lata już przeminęły, bo nie dość, że jego książki nie są ani w połowie tak interesujące ani porywające jak kiedyś, to są wręcz żałosne i banalne. Fani z zapartym tchem czekali więc na kolejną część trylogii, aby wziąć pisarza w obronę i wszystkim niedowiarkom i pesymistom udowodnić, że nazwisko amerykańskiego pisarza jest już marką – marką bardzo drogą i luksusową, gwarantującą najwyższą jakość produktu. Król musiał więc złożyć, a następnie udźwignąć na swoich sześćdziesięciosiedmioletnich ramionach, a właściwie wzgórzach i dolinach wyobraźni, kreatywności i umiejętnościach pisarskich, ogromny ciężar. A razem z nim ciężar ten musiała od początku dźwigać jego najnowsza powieść „Znalezione nie kradzione”. Optymizmowi i radości fanów towarzyszyła też nadzieja i nutka niepokoju – czy Król podoła narzuconemu z góry wyzwaniu? Czy „Znalezione nie kradzione” obroni nie tylko siebie, ale i „Pana Mercedesa”?

kingWszystko gówno znaczy – taki miałam nadać tytuł tej recenzji, ale nie chciałam, żeby było zbyt wulgarnie już od pierwszego słowa. „Wszystko gówno znaczy” to wcale nie moja opinia na temat warsztatu Kinga i jakości „Znalezione nie kradzione”. To nawet nie są bezpośrednie słowa autora, ani bohatera, którego wykreował. Są to słowa Jimmy’ego Golda, czyli głównego bohatera trylogii Johna Rohsteina, który to z kolei jest jednym z bohaterów „Znalezione nie kradzione”, powtarzają się w książce natomiast tak często, że stwierdziłam, że bez wspomnienia o nich, nie mogę nawet zacząć o najnowszej historii opowiedzianej nam przez Króla. Jest to motto tej książki, jej myśl przewodnia, która z pewnością ma za zadanie ukazanie nam, czytelnikom, absurdu świata nie tylko tego literackiego, fikcyjnego, ale i tego, w którym żyjemy. Jego bezsensowności, kruchości, ulotności. Być może jest to również prztyczek w nos krytykom Kinga, który zza maski bohatera jego bohatera mówi nam, że przecież to i tak wszystko gówno znaczy – recenzje, opinie, krytyka, dyskusje, a nawet książki.
Chociaż to właśnie Jimmy Gold, ulubiony bohater, wręcz bóg Morrisa Bellamy’ego powtarza, że wszystko gówno znaczy, Morris w szlachetnym celu, którym jest obrona literatury i postaci literackich w 1978 roku włamuje się do domu swojego ulubionego pisarza i grozi mu, że go zabije. John Rohstein na początku wydaje się być zbyt oszołomionym, aby uwierzyć „Żółtemu” i jemu towarzyszom, szybko jednak zrozumie, że to nie są żarty, a takie rzeczy nie zdarzają się jedynie w książkach, bo przecież nie w filmach – John Rohstein gardził kinem i szczerze go nienawidził. Jednak co może być powodem napaści? Umysł staruszka pracuje szybko – rozwiązanie jest tylko jedno i są nim pieniądze. Mówi włamywaczom, że w portfelu na kilkadziesiąt dolarów, bierzcie i idźcie, zostawcie mnie w spokoju. Jednak porywacze wiedzą nieco więcej na temat nie tylko zasobów portfela pisarza, ale i jego kariery pisarskiej. Najwięcej wie oczywiście Morris. Podczas gdy jego współpracownicy przeszukują dom, a wkrótce natrafiają na sejf i opróżniają go, Morris wdaje się w dyskusję z pisarzem. Można by pomyśleć, że skoro dwudziestotrzyletni mężczyzna tak bardzo ceni książki Rohsteina, jego samego też będzie miał za geniusza, niemalże boga. Jednak nie, nie w tym przypadku. Bellamy posługuje się słowem „geniusz” tylko w znaczeniu ironicznym, nie potrafi przebaczyć Rohsteinowi tego, co zrobił z jego ukochanym bohaterem, jaki koniec nadał ostatniej książce, jak bardzo go upokorzył, zepchnął do zwyczajności, zmienił z buntownika w oportunistę. W rozmowie Rohstein wcale nie wyjaśnia Morrisowi swojego postępowania, nie tłumaczy, nie przeprasza, nie obiecuje kolejnej książki. Staruszek naraża się chłopakowi tym bardziej, twierdząc, że dwudziestotrzylatek ma jeszcze nikłe pojęcie o literaturze i nie rozumie nie tylko wielu wybitnych książek, ale samej trylogii o Jimmym, nie rozumie Jimmy’ego. Czy nie zasłużył na śmierć? Oczywiście, że tak. Morris bez wahania zabija twórcę Golda, a następnie bierze notesy, pieniądze i razem dwójką wspólników ucieka z domu pisarza.
Wkrótce Morris odkrywa, że wśród notesów Geniusza znajduje się kolejna powieść o jego ulubionym bohaterze i nie marzy już o niczym innym, jak o przeczytaniu jej. Nawet kiedy spostrzega, że historia Jimmy’ego Golda nie zakończyła się na trzeciej książce, nie żałuje, że zabił Rohsteina. Wszystko gówno znaczy, Rohstein się nie liczy, ważny jest tylko Jimmy i czas, w którym Morris będzie mógł spokojnie pogrążyć się w lekturze. Nie wie jednak, że przyjdzie mu na to czekać bardzo długo, prawie całe jego życie, bo trafia do więzienia z zupełnie innego powodu.

Pete uświadamia sobie, że dla tego człowieka fikcyjna Andrea, pierwsza miłość Jimmy’ego, jest realna w taki sposób, w jaki nie jest realna Tina. Dla Czerwonoustnego żaden żywy człowiek nie jest równie realny jak Jimmy Gold, Andrea Stone, pan Meeker, Pierre Retonne (znany również jako Dealer Samochodowy z Piekła Rodem) i cała reszta. To niewątpliwie świadczy o prawdziwym, głębokim szaleństwie, ale w takim razie Pete również musi być szalony, bo wie, co czuje ten obłąkaniec. Wie to dokładnie. Tak samo rozpromienił się z podniecenia, z osłupienia, kiedy Jimmy dostrzegł Andreę w Grant Parku podczas zamieszek w Chicago w 1968 roku. Autentycznie miał łzy w oczach. Te łzy, rozumie Pete (…) świadczą o fundamentalnej sile iluzji. To dlatego tysiące ludzi płakały na wieść o tym, że Charles Dickens zmarł na wylew. To dlatego ktoś latami kładł róże na grobie Edgara Allana Poego 19 stycznia, w rocznicę urodzin pisarza.

W 2010 roku zakopany przez Morrisa skarb odnajduje trzynastoletni chłopiec – Peter Saubers. Na początku najważniejsze są dla Pete’a pieniądze, bo to właśnie dzięki nim będzie mógł pomóc rodzinie – ojcu, który ucierpiał w ataku Pana Mercedesa, harującej jak wół matce. Pieniądze były jak manna z nieba – rodzice w końcu przestaną się kłócić, wyjdą z dołka finansowego, staną na nogi, a on, Pete, i jego siostra Tina będą wieść życie podobne do tych, które wiodą ich rówieśnicy. Następnie chłopiec kieruje swoją uwagę na liczące sobie po osiemdziesiąt stron moleskiny – na pierwszy rzut oka nie wszystkie z nich są coś warte. Wiele stron jest niezapisanych, gdzieniegdzie są wiersze, eseje, jakieś pijackie wywody, aż w końcu Pete natrafia na… DWIE powieści o Jimmym Goldzie. Chłopak zatraca się w świecie literackiej fikcji, nie wiedząc, że grozi mu z jej powodu śmiertelne niebezpieczeństwo. Że ktoś, komu przyszło czekać prawie całe życie na Jimmy’ego Golda, w końcu będzie chciał się z nim spotkać ponownie i że… jest niesamowicie zazdrosny o czytelnika, który mógł uczynić to szybciej i który na ten moment wie o nim więcej.
Czy detektyw Bill Hodges, Jerome i Holly powstrzymają szaleńca i uratują życie chłopaka? A jak ma się Pan Mercedes?

Jak już wspomniałam, poprzeczka była ogromnie wysoka, ale żeby nie trzymać Was już dłużej w niepewności muszę powiedzieć, że dla Stephena Kinga wciąż zbyt niska. Król doskonale poradził sobie z krytyką i swoimi chwilami słabości udowadniając nam, że wciąż jest w doskonalej formie, potrafi pisać świetne, mądre i niezwykle wnikliwe książki. Że wciąż jest jednym z numerów jeden w świecie dobrej literatury. Historia porywa i trzyma w napięciu do samego końca. Chociaż na pierwszy rzut oka na to nie wygląda – czemu przeczą między innymi okropne zabójstwa, wręcz rzezie – jest to wrażliwa opowieść o znaczeniu i sile literatury. O tym, jak cenny jest dla nas bohater literacki, jak ważna książka. Doskonale rozumiem postać Morrisa Bellamy’ego, bo sama nie raz zastanawiałam się dlaczego Jaume Cabre w taki, a nie inny sposób postanowił zakończyć historię Adriana Ardevola i Boscha. Dlaczego tak wybitni bohaterowie zazwyczaj kończą zwyczajnie, pospolicie, zdecydowanie niewybitnie. Przykładem nie jest tylko Jimmy Gold, czy mój Adrian Ardevol, ale choćby i Hamlet i Wokulski, których wszyscy znamy, i wielu innych. King pokazuje nam, że z czasem świat fikcyjny wplata się w ten prawdziwy i tworzy z nim całość. Wolimy spędzić pięć minut z ukochaną lekturą i bohaterem niż godzinę z normalnym, być może bliskim nam człowiekiem. Nie uciekamy do fikcji, przyjmujemy ją do swojego życia jako prawdziwą, realną, a często i jedyną. Łatwo nazwać to obsesją, jak sama zresztą napisałam w tytule, i wielu ludzi pewnie tak to nazywa. Ja nie raz usłyszałam, że jestem uzależniona od książek, bo muszę przeczytać przynajmniej 100 stron dziennie, bez tego czuję się źle, nijako. Ale ja zamiast „obsesji” czy „uzależnienia” nazwałabym to miłością. Większość z nas była przynajmniej raz zakochana i wie, jaki to ból, kiedy nie można spotkać się z ukochanym/ ukochaną choćby na kilka minut, kiedy nie można drogiej osoby zobaczyć, dotknąć, poczuć. Tak samo, jak z zakochaniem, jest z książkami – z fascynacji literaturą bardzo szybko się zakochujemy, aż w końcu przechodzimy do prawdziwej i trwałej, ale cały czas gorącej miłości. I tak w imię tej miłości jesteśmy w stanie zrobić wszystko – nawet poświęcić swoje życie.
Uwaga! Jest to jednak też ostrzeżenie, bo każda miłość może być toksyczna, może więzić, niszczyć, a wtedy ważne, aby wiedzieć, co wybrać, aby nie stawiać na szali życia ludzkiego i życia mimo wszystko fikcyjnego…
Książka to kryminał, więc mogłoby się zdawać, że dla każdego czytelnika. Ale nie polecałabym jej osobie, która właśnie od niej ma zacząć swoją przygodę z czytaniem lub osobie, która czyta bardzo sporadycznie, od zera do kilku książek na rok. Takie osoby nie zrozumieją obsesji, a raczej miłości Morrisa. I tak, jak ciężko jest mi wytłumaczyć komuś, kto nie lubi czytać, co daje mi literatura i dlaczego nie potrafię bez niej żyć, tak ciężko byłoby streścić „Znalezione nie kradzione”, aby oddać jej sens, a już tym bardziej sprawić, by osoby nie zakochane w czytaniu wyciągnęły z lektury coś więcej, oprócz wartości kryminalnej, dreszczyku emocji i opisu zabójstw.
Przy tym co napisałam powyżej, absolutnie nieistotna jest moja krytyka, którą chciałam skierować w stronę kreacji bohaterów i ich języka – nieważne, że Holly często mówi „do pupy”, co strasznie mnie denerwuje, zapisuje godzinę kiedy „PK” w swoim notesie, czyli „poszła kupę” czy że Jerome miewa tryb, podczas którego przełącza się na slang, który w próbie przekładu na język polski brzmi okropnie, wręcz literacko biednie. Albo że Morris, widząc pewnego człowieka wita go normalnie, ale ma ochotę powiedzieć „Co jest doktorku?” (co oczywiście jest odniesieniem do królika Bugsa). Kilka razy dostrzegłam też chyba rozbieżność pomiędzy tym, co stało się wcześniej, a tym, co nastąpiło później.
Ale tak, jak napisałam, to jest nie ważne. Bo ostatecznie wszystko gówno znaczy.

Advertisements

15 uwag do wpisu “Gdy fascynacja literaturą zmienia się w obsesję

  1. Pingback: Tydzień Blogowy #15 | Wielki Buk

  2. Mogłaś dać taki tytuł „Wszystko gówno znaczy” 😀 Hehe, byłby mocny start 😀 Ale mnie może nie słuchaj w tej kwestii, bo ja lubię uzasadnione wulgaryzmy, a większość ludzi to razi 🙂

    Cieszę się, że książka Ci się podobała – ja uważam, że „Pan Mercedes” był o wiele słabszy, a teraz King się odnalazł. Oby na dobre 😀

    Polubione przez 1 osoba

  3. Pingback: Moje #52 book challenge | Niebieska Papużka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s