Fiu-bździu, fiksum-dyrdum, czyli do Wałbrzycha raz jeszcze

Po kilkumiesięcznej przerwie od „Piaskowej Góry” z przyjemnością sięgnęłam po jej kontynuację – „Chmurdalię”. Bałam się, że książka nie sprosta poprzeczce postawionej przez pierwszą część, że Joanna Bator nie podoła tak ciężkiemu zadaniu, bo choć na ogół kontynuacje są ciekawe, nie zawsze się autorom udają. Ale… ale aby zacząć pisać cokolwiek o „Chmurdalii” pozwólcie mi wrócić na chwilę do „Piaskowej Góry”.
Piaskowa Góra to miejsce, gdzie ciągle wieje wiatr, dzięki któremu możemy wczuć się w wyjątkowy wałbrzyski klimat. Mieszkają tu nie byle jacy bohaterowie, bo specyficzna Jadzia Chmura, która z jednej strony jest kobietą, jak wszystkie inne, z drugiej strony bawi nas i zachwyca barwność tej postaci, jej mąż, górnik Stefan i córka Dominika. Jednak Jadzia, która jest główną bohaterką powieści nie od zawsze mieszkała w Wałbrzychu. Przyjechała tu z wioski spod Skierniewic i już na dworcu, spadając prosto z oblodzonych schodów ląduje w ramionach swojego przyszłego męża. Wkrótce Jadzia staje przed ołtarzem w sukience uszytej z niemieckiej firany, wydaje na świat bliźniaczki – martwą Paulinę i niepodobną do nikogo Dominikę. Dominika to kolejna kobieta, która dołącza do powieści. W „Piaskowej Górze” nie dowiemy się o niej tak wiele, jak jest to ukazane w „Chmurdalii”. Podczas gdy „Piaskowa Góra” wydaje się być poświęconą Jadzi, „Chmurdalia” stawia na Dominikę (nie myślcie jednak, że w kontynuacji Bator zepchnęła Jadzię na bok).
Chociaż trzeba przyznać, że „Piaskowa Góra” zdecydowanie stawia na kobiety, opisując ich barwne historie i losy – poznamy tutaj mająca bzika na punkcie bakterii Jadzię Chmurę, utalentowaną matematycznie Dominikę, Zofię, babkę Dominiki, za którą jak cień podążają wspomnienia z wojny, ale też dwie przyjaciółki – Halinę (czyli kolejną babkę Dominiki) i Grażynkę Rozpuch – „Chmurdalia” wcale jej nie ustępuje. To właśnie w kontynuacji Bator wnikliwie przedstawia nam historię Grażynki i innych bohaterów. Czasem czytając myślałam, że autorka robi wszystko, aby tylko nie opowiedzieć nam o Dominice. Przyznaję, że było to niezwykle denerwujące, bo na 500 stron książki, o Dominice było ich może ze 150. Ale miała w tym jakiś cel – czyli przedstawienie nam innych bohaterów, ich życia, losów. Dzięki temu bardzo polubiłam Grażynkę, która w pierwszej części nie zyskała zbytnio mojej sympatii.
chmursaliaBator zabiera nas nie tylko do Wałbrzycha, ale również do Niemiec, gdzie po raz pierwszy poznamy Sarę, do Ameryki, gdzie przenosi nas jej opowieść, do Francji, o której marzy uroczy Ivo, do Japonii, o której opowiada Eulalia Barron,
do Londynu, gdzie mieszka wyuczona już na lekarkę Małgosia, a także do Grecji, gdzie znowu zetkniemy się z postacią Dimitriego (bo właśnie sięgając po „Chmurdalię” miałam nadzieję, że znowu go spotkam!). Świat przedstawiony przez Bator jest nieco inny, niż ten z lat ’70. Wszystko powoli się zmienia – Dominika i Dimitri nie są już dziećmi, Jadzia się starzeje i jednym z jej głównych zajęć jest uczestniczenie w pogrzebach, w telewizji nie nadają już takich serialów jak „Isaura” czy „Dynastia”, a owo „homoniewiadomo” powoli staje się czymś całkiem normalnym. I chociaż brakowało mi nieco tego wałbrzyskiego klimatu, „Chmurdalia” miała jeszcze całą talię kart do zaoferowania, którymi mogłam się zadowolić.

Na okładce książki przeczytamy, że to „Odyseja” na opak. Wędrówka Odyseusza stanowi tutaj niezwykle ważny motyw. W „Chmurdalii” zetkniemy się z szeroko rozumianym pojęciem podróży – od przemierzania świata, poprzez podróż w głąb siebie i innych. Każdy podróżnik potwierdzi, że słowo „podróżować” zawsze będzie się łączyć ze słowem „opowieść”. Dla bohaterów „Chmurdalii” historie rodzinne, mity, opowieści mają ogromne znaczenie, bo pozwalają wrócić im do przeszłości, pogodzić się z nią, albo za nią zatęsknić. Opowieści zmieniają ludzi, kreują ich, tworzą na nowo. Zmienia się też Jadzia Chmura, która żyjąc z dala od córki nauczyła się pewnego obiektywizmu, nauczyła się słuchać innych i mówić do innych. Jadzia dalej oczywiście jest postacią niezwykle barwną, która zachwyca i bawi, ale jak już wspomniałam, poznajemy też innych bohaterów. Jedyne czego żałuję to fakt, iż Bator nie zetknęła postaci Dominiki z księdzem Adasiem – ale być może tak miało być, pewne historie muszą pozostać niedokończone, a ostatecznie „Chmurdalia” to nie romans.

Żeby życie opowiedzieć, wielu słów nie trzeba (…), tyle co urodzić się, kochać, umrzeć i szlus.

Joanna Bator zwraca ogromną uwagę na pamięć. Człowiek musi pamiętać, pamięcią żyje, bo jak mówi jedna z jej bohaterek:

Jesteśmy tym, co pamiętamy.

Język „Chmurdalii” znany nam już jest z „Piaskowej Góry”. Jest to język zwyczajny, język prostych bohaterów, język uliczny. Joanna Bator świetne włada słowem i aż ciężko uwierzyć, że powieść złożona głównie z samych opisów tak bardzo może czytelnika zafascynować.

Mocniej chwyciła ucha torebki, wrzasnęła, broń się, cipo na kaczych łapach, i ruszyła. Cipa na kaczych łapach? Leokadia zrobiła krok w tył i poczuła, że złamał jej się obcas u lewego buta, pani sobie uważa, zapiszczała, bo Jadzia torebkę rozhuśtała nad głową jak nunczaku, to już nie Jadzia, to Bruce Lee, chińskich diamencików, w powietrzu błysk, ogień, świst, zamęt, wir! Pierwszy cios trafił Leokadię w ramię, drugi w ucho, poprawiony trzecim precyzyjnie, łup, jeszcze raz łup i łup.

Wiele więcej można by jeszcze powiedzieć o tej książce – naprawdę warto pochylić się nad każdym pojedynczym bohaterem, przejrzeć motywy, które pojawiają się na kartkach „Chmurdalii” (ot, ciekawym motywem jest nocnik Napoleona, który trafia z rąk do rąk, gubi się i odnajduje, aby w końcu wrócić do właściwej osoby), zagłębić się w opowieści. Joanna Bator doskonałym zmysłem obserwacji podaje nam jak na tacy osobowość Polaków, to, kim jesteśmy. Zachęca nas do lektury mnogością wątków spośród których niemal każdy, znajdzie coś dla siebie. Jednak nie tylko to, bo uświadamia nam po drodze bardzo ważne prawdy, zwraca uwagę na ważne kwestie. Są takie książki, które należy czytać, a ja nie widzę tutaj innego rozwiązania niż te, by przejść przez „Chmurdalię” śladami Odyseusza.
I pamiętajcie:

Świat jest pełen możliwości, a nie niebezpieczeństw.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Fiu-bździu, fiksum-dyrdum, czyli do Wałbrzycha raz jeszcze

  1. Pingback: Moje #52 book challenge | Niebieska Papużka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s